Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Friday, 23 September 2016

Kobieta przewrotna, kobieta upadla, czy po prostu mRufa w szczycie formy

A bo sie z Duo i Demirja troche wymienialysmi doswiadczeniami, ktora lepiej lata nad parkietem, a ktora nad chodnikiem i poczulam, ze chyba musze spisac troche moich wystepow akrobatycznych, bo za wyjatkiem 1-2 przypadkow zwykle miewam spora widownie.
Te bez widowni to byly na ubitym sniegu lub tez lodzie i nie stanowilyby jakiejs sensacji gdyby nie to, ze za pierwszym razem bardzo dlugo nie moglam wstac.
I wcale nie dlatego, ze na przyklad stracilam przytomnosc, o co to, to nie, to by bylo zbyt proste!
Ja bardzo probowalam wstac, ale przed dluzszy czas ilosc konczyn na ziemi nie chciala byc mniejsza niz trzy.
Wygladalo to mniej wiecej tak, jak u tego wilka...



--------------------------------------------
Ten drug raz, wydarzyl sie na torach tramwajowych i akurat wcale sie nie cieszylam, ze jestem sama, bo tory tramwajowej to jednak nie jest miejsca na polezanki i gdy pierwsza proba powstania mi nie wyszla, przypomnialam sobie ten poprzedni raz i rownoczesnie dotarlo do mnie, ze niedlugo przyleci kolejny tramwaj i na prawde nie byloby najlepiej jakbym nadal na tych torach probowala sie zebrac do kupy. Juz nie pamietam czy pospiesznie odpelzlam, metoda zblizona do tej prezentowanej przez wilka i podjelam dalsze proby, czy wizja roztaczana przez wyobraznie byla na tyle skuteczna, zeby mnie podniesc do pionu.
--------------------------------------------
Reszta to jednak byla przy licznym audytorium.
--------------------------------------------
Raz, jeszcze w latach licealnych, wracalismy gromadnie z apelu, a polegalo to na schodzeniu schodami na parter. Szlam z kolezanka AMC, zasmiewalysmy sie bo zamiast powiedziec "uderzylam sie lokciem" powiedziala do mnie "urodzilam sie lokieciem".
Wokol nas byla cala masa innego luda, z mojej i nie mojej klasy, prawdopodobnie byl tam tez jakis chlopiec, ktory budzil moje zainteresowanie, a ja mialam na stopach pantofle z nubuku, takie czarne z frendzlem z przodu, ale takim bardzo modnym wtedy, prawdopodobnie byly to buty na zmiane, albo byla ciepla pora roku i sucho i wtedy mozna bylo nie zmieniac i w tych pieknych inaczej, ale modnych epicko pantoflach tuptalam w dol po tych schodach z instytucjonalnej sieczki kamiennej zasmiewajac sie z lokiecia...
I nagle patrze...
A ja siedze...
Troszeczke mnie to zdetonowalo, dokonalam szybkiej inwentaryzacji wewnetrznej, ale oprocz nieco zbolalej dupy i godnosci osobistej nic mi nie dolegalo, wiec spojrzalam w gore i napotkalam bezgranicznie zdziwione spojrzenie AMC:
"A co Ty tam tobisz?" zapytala.
"Siedze" odparlam odruchowo.
Prawie usiadla ze mna i mowi, "No wiesz, ja tu do Ciebie mowie i mowie, a Ty nic, patrze za siebie, a Ciebie nie ma. Czy Ty wiesz jak Ja sie zdziwilam?"
Ba, kochana AMC, a wiesz jak Ja sie zdziwilam gdy zamiast glow zoabczylam przed soba rzad antyglów, a moja osobista przezywala spotkanie trzeciego stopnia z kamiennym schodkiem? ;)
--------------------------------------------
Kolejne schody rzucily sie na mnie po latach, w jednostce edukacjy juz wyzszej.
Ba nawet wiecej niz raz, ale byly to rozne schody.
1)
Pierwszy raz byl identyczny z poprzednim (powyzej) roznica bylo tylko, ze byla zima i weszlam wlasnie do budynku, w zmarznietych i lekko wilgotnych butkach, po czym udalam sie do "piwnic" (zawsze mnie do lochow ciagnelo, co?). Schodki do piwnic byly uzbrojone. Mianowicie oprocz instytucjonalnej sieczki kamiennej posiadaly tez progi metalowe. I te progi odrobinke wystawaly ponad stopien.
W teori mialy zapobiegac poslizgom, ale poniewaz, ja mam historie zwiazana z roznymi antyposlizgowymi ustrojstwami to nic mi to nie pomoglo, a nawet przeciwnie.
Otoz dalam dwa kroki w dol, na trzecim mokra i zimna podeszwa stracila przyczepnosc, a druga zawadzila obcasem o prog antyposlizgowy i na trzeci stopien trafilam z impetem, koscia ogonowa i reszta godnosci osobistej...
Widok musial byc epicki bo uslyszalam jakies okrzyki zza siebie, ale poniewaz ta godnosc osobista mnie bolala, a nogi siegaly akurat podestu 2 stopnie nizej, to po prostu wstalam i udalam sie dalej do piwnicy, drugi bieg schodow pokonujac juz dosc statecznie, przy poreczy...
2)
Drugi raz (ktory akurat pamietam) mial miejsce mozna powiedziec po przeciwnej stronie budynku we wszystkich 3 wymiarach.
Schodzilismy grupowo tak zwanym 'kominem', po jakichs zajeciach i jak to po zajeciach cos tam sie gadalo.
Nie wiem jakie mialam obuwie na nogach, ale cos tam mi wzrostu dodawalo. Nie jakos drastycznie, ale te standardowe 4-5cm.
Z racji charakteru uczelni, towarzystwo bylo glownie meskie, ale jeszcze nie zblazowane na tyle, zeby oczekiwac, ze plec mniej-lub-bardziej piekna bedzie im ustepowac w wejsciach itp, znaczy gentelmeneria jeszcze szalala.
Szalala tez moja forma.
Rozmawiamy, tuptamy, ja wyjatkowo z racji waskosci klatki schodowej, bo komin, tuptam przy poreczy i chyba to mnie uratowalo.
Idziemy, tuptamy, az nagle ja dostaje ogromnego przyspieszenia. Nawet nikt mnie nie popchnal, bo mimo ciasnoty, jednak ta gentelmenenria.
Dostalam wiec tego przyspieszenia i zaczynam sunac w dol.
Jakos tak wyboiscie.
Ale ta porecz, wiec sie zlapalam i wyhamowalam.
Ale podwozie jakies takie nie do konca.
Cos nie wygodnie jest, znaczy.
Najlepiej byl usiadla gdzie stoje i obejrzala straty, a przy okazji skalibrowala mozg, bo jakis taki rozstrojony jest po tym przyspieszeniu.
No ale ciasno jest i nie bardzo dobrze bedzie jak zablokuje klatke schodowa.
Od lewej juz mijaja mnie ludzie, wiec zaczynam sie przesuwac, zeby zrobic im miejsce i przeczekac ruch.
Ale nade mne ktos stoi. Zerkam, a to Jerry.
Taki kolega.
Stoi i wyczekujaco patrzy, bo widzial to przyspieszenie i dziwi sie czemyu tak nagle przystanelam.
Spotyka moj wzrok i zachecajaco gestykuluje, ze mam isc pierwsza, bo jest gentalmenem.
Tu trzezwosc troche przebila sie przez te wizje co-by-bylo-gdyby, otwieram gebe i slabym dosc glosem dysponuje:
"Ty sobie idz, Jerry, spokojnie, a ja tu sobie chwilke postoje."
Jerry, zloty chlopak, ugodowy, ominal mnie i poszedl sobie, reszta narodu tez.
Nie nawet musialam siadac - zadarlam koslawa lape do gory i odkrylam powod niewygody - otoz urwalam sobie obcas.
No coz jak sie zjezdza ze schodow na stojaca, a takze na obcasach niczego innego nie nalezy sie spodziewac.
--------------------------------------------
Mozna by myslec, ze czegos sie juz do tej pory nauczylam, na przyklad nie biegac po schodach na obcasach i bylaby to prawda, ale zycie miewa czasem szatanskie pomysly - otoz pare lat pozniej, w Pierwszym Zakladzie (w zasadzie byly 2), gdzie pracowalam w bliskim sasiedztwie dElvix (jak wspomnialam, nasze drogi jak sie juz raz skrzyzowaly, podciely i poplataly, to tak im juz zostalo na dlugie lata), byla winda, a moze nawet dwie (??), a z racji pracy na jednym z gorniejszych pieter - na przedostatnim - raczej z tych wind korzystalam. Zreszta wiekszosc oddzialow Zakladu mialo polityke, ze schody sa pp i sie ich na codzien nie uzywa bo sie moga wyrobic i co wtedy?
Zatem normalnie pomykalam winda, ale jak raz wylaczyli prad i po tym wydazeniu przestala dzialac winda (chyba, bo mozliwe ze po prostu sie popsula, jakby ze starosci). Byl to czas konca dnia wiec sie towarzystwo posypalo schodami won.
Ja i dElvix tez.
Oprocz tego schodami szedl tez jeden koles. Rzadne wykolioczko prawde mowiac, ale troche sie na Casanove mial chec kreowac.
No i ten moment los wybral na wymierzenie mi kolejnego kopniaka w dupsko.
Otoz, z dElvix chyba sie gdzies wybieralysmy na jakies towarzyskie ekscesy, a on wlasnie wyskoczyl na te schody i nas zaczepial.
Ja chcialam mu cos odpysknac i dosc energicznie spojrzalam w jego kierunku w gore, celem dogryzienia i w tym momencie moje kostka wykonala swoj stary numer i postanowila stracic integralnosc strukturalna.
A ja bylam na schodac i w ruchu i na obcasach...
Tak owszem. Spadlam ze schodow.
Na stojaco.
Znowu.
Jedynie dElvix zorientowala sie, ze cos sie dzieje i omc a padlaby obok na atak smiechu, bo przeciez "mRufa na widok chlopa spadla ze schodow".
Ten "chlop" nie mial bladego pojecia, bo podobnie jak te pare lat wczesniej porecz uratowala pozory.
Niestety straty byly wieksze niz tylko obcas, wiec pod koniec wieczoru zapadlam na wyjatkowa nieruchawosc, ale przeciez nie zrezygnowalabym z rozrywek przez glupia kostke, tak?
--------------------------------------------
O moim zdublowanym lotem nad chodnikiem juz pisalam to sie powtarzac nie bede...
--------------------------------------------
Lata pozniej, ba kilkanascie lat pozniej wrecz, juz na Wyspie, w silnej grupie pod wezwaniem, a takze pod wplywem, w przerwie miedzy meczami rugby poszlismy zapolowac na burrito, tzn na kilka sztuk - tak srednio wyszlo po 1.33 na glowe, bo nie wszyscy amatorzy udali sie na polowanie. Ja sie udalam. Mialam wyjatkowo rozsadne butki, bo z cholewka, sznurowane, aczkolwiek na okolo 4 cm obcasiku, Moglo byc gorzej bo chadzalam wtedy na  prawie 6cm szczudelkach.
Te wybralam z racji niskosci bo sporo tuptania wchodzilo w gre, a na dodatek w O sa nadal ulice wykladane kamienna kostka 'antyposlizgowa'.
Trzezwa jak swinia, tuptam zatem z reszta - znacznie mniej trzezwa - jest Przebrzydluch rzecz jasna (w doskonalej formie, znaczy pod wplywem), Ian (czlowiek sznurowadlo, a takze dusza), Mark - wowcza szef Przebrzydlucha.
Nosze plecaczek. Cos w nim usiluje upchnac i isc rownoczesnie i jest bardzo duzo ludzi wokolo. Ide, upycham, zapinam plecak....
I nagle czuje....
Ze kostka moja postanowila mi przypomniec, ze ja mam. Oraz, ze ona ma nawyki.
Ja po przeszlo 20 latach tez juz pare nawykow mam i jak tylko czuje, ze ta menda zaczyna wygibasy to jak najszybciej usiluje przestac na niej stac.
Poza  wszystkim innym, wizja dewastacji kostki, gdy czeka mnie podroz do domu, a mieszkalam wtedy dosc daleko od O, zawsze dziala na mnie dopingujaco.
(w gre wchodzi ta kostka od pedalu gazu no nie? to ciezko jej nie uzywac jak sie ma do przejechania 17 mil z okladem)
Niestety, jak usilujesz przestac stac na nodze, ktora jest jedyna noga na jakiej w danym momencie przejsciowo stoisz, to skutki bywaja spektakularne.
I tym razem tak bylo.
Polecialam.
Nie daleko wprawdzie, bo glownie na dol, ale troche tez do przodu i wykonalam ladowania na kota, tzn nie na jakies bogom ducha winne zwierze, czterolapne od spodu, tylko ja padlam na cztery lapy, tzn na dwie lapy i dwa kolana.
Ruchem jeszcze nieco posuwistym.
Wyhamowalam, ale czuje cala soba, ze to jeszcze nie wszystko.
Otoz moj plecak sila rozpedu jeszcze lecial i gdyby nie byl przymocowany do mnie jednyn uchem to jak nic bylabym teraz w ksiedze rekordow guiness na rzut plecakiem bez zamachu.
Ale, ze byl przymocowany to tylko mnie jeszcze kawalek po asfalcie pociagnal, wykonal wzrocowy polokrag nad moja glowa i pierdyknal bardzo malowniczo tuz przed moja geba.
Mine mialam dosc nietega, ale glownie to zbaranialam, w tle panicznie szacujac straty. Troche tez balam sie wstac by okiem wyobrazni widzialam podarte nogawki i broczace obficie posoka kolana oraz dlonie.
Nieslusznie.
Owszem kolana mialam nieco pocharatane, ale nogawki cale!
Co prawdziwy dzins, to prawdziwy dzins... nawet dlonie w nienajgorszej formie gdyz przydlugie rekawy polara bywaja czasem przydatne.
W tym momencie zorientowalam sie, ze wokolo mnie jako tak cicho i pusto i strzelila adrenalina. Podnioslam sie chyba sila woli, a moi towarzysze rzucili sie do mnie.
Ian jako jedyny podsunal mi honorowe wyjscie, pytajac kto mnie popchnal, bo podobno tak to wlasnie wygladalo ;)
Niestety, ta moja niewyparzona geba musiala wypaplac, ze... nikt...
Spuscmy zaslone na reszte tego polowania (bo przeciez, ze dokonczylismy wyprawe i wrocilismy ze zdobycznymi burritami), kostka byla tylko lekko nadwyrezona, a polkniete dwie pyralginy w ciagu 30 minut od lotu i ladowania "na kota" znacznie przyspieszyly proces gojenia.
Nieco pozniej tego wieczoru, znowu cos mentalnie wykrakalam - mianowicie Ian poszedl kupowac drinki i wracajac niosl je wszystkie na raz na tacy.
Wysoki facet, leciutko podchmielony, niesie w pubie o wielopoziomowych salkach tace zastawiona wysokimi szklankami i butelkami.
Brzmi jak poczatek niezlego gagu, co nie?
Otoz tak i nie, bo Ian ostroznie bardzo idac pokonal wszystkie poziomy, nie uroniwszy ani kropelki.
Dotarl do naszej mini-salki i byl juz w zasiegu stolika.
Moj wzrok przyciagnal nierowny fragment wykladziny, czy innego dywanika i katem mozgu, jeszcze w oparach adrenaliny z mojego ladowania pomyslalo mi sie samo 'Zeby tylko sie nie potknal... e chyba omin....'
Nie ominal. Potknal sie
Szklanki zabrzeczaly, Ian zaczal kompensowac, przechylac sie i coraz blizej stolika bedac widac bylo jak walczyl o rownowage, a ja caly czas mam nadzieje, ze jednak da rade, odstawi tace zanim harmoniczne przekiwanie zawartosci przekorczy mase krytyczna...
Inni tez. Znaczy wpatrzeni, nie ,ze mase krytyczna osiagaja (chociaz biorac pod uwage reszte wieczoru to w zasadzie pewnie tez).
I tak na bezdechu, wpatrujemy sie, kompletnie unieruchomieni... chyba zdarz....
Nie zdarzyl.
Dostal rzecz jasna aplauz za probe i tym samym, majac wieksze audytorium przycmil moj wystep.
Mam jeszcze jedno wspomnienie, ale widze ze tu mi sie rzeka robi, mimo usilnych prob prostego przekazu, wiec chyba zakoncze...
A szkoda bo ten "ostatni" jak dotad raz jest najbardziej widowiskowy i godzien bez mala kaskaderskich wyczynow, ale moze cos sobie jeszcze przypomne i bedzie sequel o mRufie akrobatce.

Thursday, 15 September 2016

Krowa, puzzle, prysznic i sernik, czyli czy warto pojechac z mRufa do Torunia

Mial byc przeglad roznosci podroznych, ale widze po objetosci, ze sam Torun dostarczy samodzielnego wpisu.

Zaczne od tego Torunia, bo ten prysznic, ale jak zawsze sprawa wymaga wstepnej dygresji.
No to gogle czasoprzestrzenne na twarz i lecimy - uwaga na turbulencje bo Anno Domini jakies niepewne...

Otoz jest rok panski juz po 2001, ale na pewno przed 2006tym. Pewnie nawet przed 2005tym.
I jest tez maj. 1wszy maj.
Jutro sa urodziny dElvix i nie wiem, ktora z nas wymozdzyla zeby pojechac do Torunia, ale tam wlasnie mialysmy nazajutrz jechac, a ja wymozdzylam, ze upieke sernik, po raz pierwszy w zyciu samodzielnie i na dodatek w mojej osobistej kuchni, tzn w jej piekarniku.
Prawdopodownie pieklam go z podwojnej ilosci sera, bo mialam tortownice rozmiar taki bardziej na byka.
Tak w ogole to bylo chyba pierwsze ciasto jakie upieklam w moim M, co sugeruje, ze mogl to byc 2002 lub 2003 (nie pamietam czy udalo m isie kupic kuchnie juz pierwszej wiosny, czy dopier nastepnego roku.)
Przejeta rola wstawilam prawie pelna tortownice do piekarnika i zaczelo sie pelne napiecia oczekiwanie.
Kibicowala mi Smoczynska, a dElvix chyba nawet nie wiedziala, ze pieke bo mozliwe ze mi chodzila po glowie niespodzianka.
Dlugo nic sie nie dzialo, ale wiedzialam ze czekanie potrwa conajmniej godzine.
Uzalilam sie Smoczynskiej, ze martwie sie czy mi cos z tego wyjdzie czy tylko zmarnuje mase sera i czasu i nerwow.
Smoczynska, dobra przyjaciolka, stanela na wysokosci zadania i odpisala:
“Nie martw sie. Na pewno wyjdzie”
Po kolejnej porcji czekania, zajrzalam do piekarnika i wpadlam w zachwyt – sernik zaczal roznac!
I jak zacza tak nie chcial przestac!!
Rosl i rosl, zupelnie jakby byl na drozdzach, a nie byl!
W pewnym momencie przerazilam sie bo gora zaczela niebezpiecznie zblizac sie do sufitu w piekarniku!
Odpowiedz do Smoczynskiej:
“ Mialas racje, wyjdzie na pewno, ale chyab w piekarnika.... Boje sie otwierac drzwiczek bo jak ruszy to go nie dogonie!!”
Przerazone wizja spalenia wierzchu, w okolicy 50 minuty podjelam meska decyzje – skroje kawalek tego przerosnietego wierzchu i dopieke osobno na foli aluminiowej.
I tak zrobilam.
Skroilam kawalek tej gory, i jak latwo zgadna reszta bardzo energicznie, acz rownomiernie... opadla.
Zrobilo mi sie troche niewyraznie, ale nie bylo odwrotu – skrojone wieczko nie dalo sie polozyc na wierzh bo oczywiscie ropadlo sie na 2-3 kawalki.
Wepchnelam caly naboj, juz teraz w kawalakach do piekarnika na ciag dalszy pieczenia.
Po kolejnych 20 minutach podejrzalam piekarnikowa wnetrze i wstapila we mnie nadzieja – ten opadniety wierzch sernika po dekapitacji uniols sie na nowo i wlasciwie wrocil na swoja pierwotna wysokosc.
Uspokojona oddalilam sie na reszte czasu pieczenia, anstepnie wylaczylam piekarnik, usuwjac zen te odcieta gore, zeby nie wyschla za mocno. Reszta zostala w srodku zeby sobie ostygnac stopniowo, a wierch zostal poddany degustacji.
Mojej radosci niebyloby konca, bo smak sernika byl w pelni zadowalajacy, gdybym nieopatrznie nie zajrzala odruchowo do piekarnika...
Ten cholerny sernik zrobil sie WKLESLY!
Oczywiscie rozpacz moja tym razem konca nie miala. Co z tege, ze dobry jak jesc go nalezy w ciemnym pokoju ina dodatek z opaska na oczach??
Uzalilam sie czym predzej telefonicznie Faderowi, ktory pocieszyl mnie, ze wklesly czy kostropaty, on go pokocha jak swoj i zje z wielkim entuzjazmem.
Troche mnie to pocieszylo, ale zatroszkalo mnie czy uczestuje jutro dElvix skoro sernik sie nie prezentuje.
W koncu wymyslilam, ze wykonam z niego porcje, wybierajac najmniej zdeformowany fragment i zaserwowac go w pojemniczku metoda kwadrutury kola, znaczy sie kanciasty kawalek upchnac w okraglym pojemniczku i udawac, ze dewastacja zastapila przy transporcie.
Oczywiscie sprawa sie rypla, bo opowiedzialam moja sernikowa martyrologie dElvix w drodze do Torunia, czym ubawila ja standardowo, czyli do poziomu ‘Jak to dobrze, ze mam tusz wodoodporny’.
W Toruniu odwiedzilysmy rozne miejsca w tym sklep z piernikami i nie tylko, tzn w sklepie byly tylko pierniki, ale my odwiedzilysmy tez inne atrkacje, w tym dom Mikolaja Kopernika, czy tez moze dom w ktorym mieszkal, ale na samym wstepie znalazlysmy sklep z puzlami, przy ktorym ja wpadlam w stupor bon a wystawie tkwila mapa swia wykonana z puzli, a byla to bardzo stara mapa, tzn kopia rzecz jasna i ja sie zaparlam, ze bez nie nie wracam.
dElvix nawet nie probowala mi do rozumu przemawiac, bo wairactwo puzlowe bylo jej bliskie, a mialysmy juz za soba kilka upajnych sesji skladania puzli w moim M, bo do niedawna nie posiadalo nadmiaru mebli, zas posiadalo duze ilosci pustej podlogi, przekonala mnei tylko, zeby z zakupem poczekac,az bedziemy sie zbierac do powrotu. Bo z pudlem puzli nieporecznei sie zwiedza.
Przyznalam jej racje i pieczolowicie zapamietalam lokalizacje sklepu.
Owszem puzzle kupilam, acz nie te z wystawy bo okazaly sie one byc poza moim zasiegiem budzetowym. Kupilam inne, mniejsze, tez z mapa, troszke inna ale nadal niezla i w cenie ktora nie sprawiala, ze musialabym do konca maja zyc o chlebie i wodzie (bo ten sernik nawet zamrozony starczyl by mi tylko na jakis tydzien- dwa).
W ktoryms momencie wreczyla delvix sernik, ktorego ona sprobowala i zabila mnie slowami:
“No niezly, tylko wiesz, szkoda troche ze taki wklesly. Zupelnie jakby za mocno wyrosl i ktos mu skroil gore i wiesz po tym tak sie zapadl w sobie.”
W ktoryms momencie na pograniczu Starowki szlysmy kolo fragment jakiegos muru. Mur byl stary i mocno pokrzywiony. Nagle dElvix rzekla:
“No nie chcialabym isc tedy po pijaku.”, a bogom ducha winna okoliczna para turystow oparskala sie smiechem.
Pamiec mi troche nie sluzy, a protez brak, ale w ktoryms momencie zaczal kropic, a pozniej padac deszcze, ale nie zmoklysmy jakos wyraznie i drastycznie wiec musialysmy go gdzies przeczekac, mozliwe, ze PicChacie, bo w owej 5-latce lubilysmy sie tam stolowac na naszych wycieczkach (za wyjatkiem Juraty, czy innej Krynicy Morskiej, bo tam stolowalysmy sie w turystycznych lokalach lub tez w smazalniach nalesnikow.
Na Starowce nie padal zbyt intensywnie, ale w innych czesciach Trounia loil poteznie, czego nie wiedzialysmy tak od razu.
Przyszla pora powrotu. Majaczy mi sie ze w gre wchodzila wizyta w pasmanterii albo innym sklepie tekstylnym, bo dElivx cos tam wypoatrzyla i te puzzle.
Udalysmy sie w koncu do samochodu i mozliwe ze wtedy zlapala nas koncow tej ulewy ktorej doswiadczyly przedmiescia, a tylko zobaczylysmu jej slady w postaci kaluz niewspolmiernie wielkich do obecnej lekkiej mzaweczki.
W kazdym razie, wsiadlysmy do samochodu. Byl to samochod moj. To znaczy nie pameitam ktory to byl samochod – oficjalnie moj czy nieoficjalnie moj, ale to nie istotne bo oba mialy dwie cechy wspolne – byly rude i mialy elektrycznie otwierane szyby przednie. Samochod delvix mial szyby jeszcze na korbke.
Oooo i jeszcze kupilysmy te helowa krowke.
Dla Wiedzminki.
To znaczy taki balonik helowy w ksztalcie krowy, bo Wiedzminka miala faze na krowy. Jak chce to niech dementuje, ale nie radze, bo koszule nocna w krowki kupowalam jej na spolke ze swiadkiem.
Mialam lekkie obawy czy nam ta krowa wejdzie do bagaznika z reszta rzeczy, czyli musial byc to bRudasek – moj pierwszy rudy samochod (drugi w ogole), ale delvix zgasila moje obawy mowiac, ze krowa jedzie z name, a nie w bagazniku.
Ruszylysmy w szerokopjetym kierunku domu. Czyli na Stolyce.
Wyjezdzajac na przedmiescia odkrylysmy, ze ten deszcz co nas spotkal to byla tylko taka mala pluskaweczka, bo najgorsze musialo zatrzyamc sie wlasnie tu.
Drogi jak to drogi, nie stanowia wzorca plaskowsic godnego Sevres, wiec kaluze nalezalo trawersowac ostronie, a moliwie omijac. Ja sie wzielam na sposob i po prostu wepchnelam sie na pas srodkowy i tam pozostalam, tzn nie to ze stalam nieruchomo.
Chlodniejsze powietrze na zewnatrz sprawilo, ze zaczelysmy parowa od srodka, wiec uchylilam nam nieco okna. Odrobinke. Tak ze 2 cm.
Czerwone.
Stoimy. Z obu stron pusto, znaczy nikogo po bokach. Zapala sie zolte, ja sie uzbrajam w bieg i ruszam, a nag le z mojej prawej, czy od strony dElvix slysze dziki churgot. Zerknelam i widze w lustrku boczny ze prawym pasem nadlatuje ze straszna predkoscie stary Zuk – to taki poldostwaczy samochod, co nie?
Widze tez te doopna kaluze ktora jest na pasie obok.
Zdazylam tylko pomyclec, ciekawe czy nas ochlapie i ruszylam. W tym momencie dElvix zaklela i zaczela otrzpywac ramie. Zgadlam natychmiast, ze jednak nas ochlapal, a delvix pobrala nieplanowany prysznic blotny w pelnej odziezy i uczynilam dwie rzeczy:
Zamknelam szybe dElvix, i powiedzialam na glos “cholera, wykrakalam”.
Zaintrygowana dElvix wydobyla ze mnie co wykrakalam, zabronila wiecej krakac mentalnie, bo najwyrazniej mam w tym duza skutecznosc, nastepnie wyrazila swoja, mocno tendencyjna opinie, na zamykanie okna po fakcie, po czym zmienila zdanie i pochwalila mnie za zamkniecie, bo uswiadomila sobie, ze to mogl byc dopiero poczatek – kaluze przed nami byly jeszcze wieksze, a mijaly nas wylacznie ciezkie wozy – osobowe wlokly sie dkoladnie takim samym tempem swiadome czajacych sie pod woda pulapek.
I bylby to koniec relacji, gdyby nie ... helowa krowa.

 Wygladala jak cos pomiedzy tymi dwiema, bo takiego mogelu jakos juz nie widze, no chyab, ze dElvix pamieta ja lepiej i skoryguje.


Nie, nie rozszczelnila sie sprawiajac, ze rozmawialysmy jak Alvin i jego bracia chipmunki, ale i tak dostarczyla nam uciechy co niemiara.
Otoz w ktoryms momencie, przy wyprzedzaniu jakiegos innego pojazdu dElvix zlapala krowe i wycelowala jej pysk w mijany samochod.
Samochod nie dosc, ze wyprzedzany to jeszcze drastycznie zwolnil.
My dostalysmy ataku smiechu, po czym ktoras z nas odezwala sie:
“Ty, myslisz, ze oni mysleli, ze to zakamuflowany radar??”
I tym sposobem reszte trasy pokonalysmy testujac reakcje kierowcow jeszcze wtedy na nasz krowe helowa...
Kurtyna.

Friday, 9 September 2016

Bonusowa notka ekspresowa - jak to sie Merkury na Urosza rzucil, czyli Merkury vs Urosz 2:0


Krotko bedzie.
Wrecz telegraficznie.
Wrocmy na chwile do dnia wczorajszego.

Pora lunchu, Urosz z Czetanem juz gdzies wybyli, na moim telefonie silne braki pytan czy bym cos chciala, wiec wywnioskowalam, ze wybyli obaj i nie ma szanys na frytki na krzywy ryj.
Bywa.
Plakac nie zameirzalam, chociaz po otrzymaniu zapiekankej Panini, w bulce typu ciabata pozbawilo mnie dobrego nastroju kompletnie.
Po jakichs 2-3 kwadransach widze jak chlopaki wracaja, obujuczeni torbami, znaczitsa luncz bedzie DIY oraz jedzony na miejscu. Zakonotowalam, ze Urosz wyjatkowo obujuczony szedl. Zakupy do domu blysnelo i zgaslo bo nie mojej babci buraczki, jak to gdzies wyczytalam.

Dzis, rano.
Przyjechalam do Kolchozu wyjatkowo wczesnie, bo wyszlam nieco za pozno. Sprzecznosci? Alez skad, to znaczy w ogole jestem ich pelna, ale nie tym razem. Otoz wstalam, wykonalam poranne rytualy i bylo za pozno, zeby gotowac coz na lunch (np makaron do podgrzania, ach cholera, mam 2-minutowy ryz, mogla... a nie, nie moglam juz pamietam – mam akurat napad salicylanowej nietolerancji), a w zasadzie za wczesnie na normalne wyjscie z pracy, ale pomyslalam, ze moze sie uda pomknac przed kolejka na rondo i wskocze do teskacza po jakies dorbiazgi. Niestety jak sie okazalo wyszlam jednak nieco za pozno bo w okolicy teskacza bylam jakies 7 minut za pozno, bo kolejka juz troche byla, mimo ze piatek.
Po 20 minutach dolaczyl do nas Urosz, niemo wyrazajac swoje zaskoczenie, ze juz tu jestem.
Po kolejnych 10-15 minutach widze, ze nadciaga w nasza strona mocno obsmiany, wyraznie w potrzebie dialogu.
Podchodzi do nas i wolas, podnaszac wysoko niesione w rekach ciezary: Siate z teskacza pelna kanciastosci oraz 6-ciopak kartowno mleka.
- Zgadnij co tu mam?
Mnie w oczach stanela wizja z wczoraj, kiedy wracaj z zakupow z siatami:
- Wczorajsze zakupy?
Zupelnie nie zaskoczony moja przenikliwoscia odparl:
- Tak!
- To Ty sie ciesz, ze to mleko dlugoterminowe (tu nazywa sie to Long-life, a w realiach to po mojemu mleko uchate (UHT))
- W ogole duzo szczecia, bo tu (wskazujac na siate) sa herbaty, kawa i takie tma i tylko winogrona z rzeczy mniej zywotnych!
- No to masz farta. Zaproponowalam bym Cie rozwiazanie, na przyszlosc, ale jest ono bardzo wybrakowane
-??
- No bo moglbys mi mowic ,ze mam Cie pilnowac, ale absolutnie nie ma gwarancji, ze nie zapomne.
(Smiech)
- Problem w tym, ze przypominac mi nalezy dokladnie w chwili gdy mam to zrobic, bo inaczej gowno z tego bedzie.
- I co zabierasz to teraz do samochodu?
- Tak, Nie zamierzam ryzykowac!
I poszedl.
Po pieciu minutach wraca, nadal z ciezarami:
- Nawet nie zaczynaj!
- Ale...
- Cicho! Ani slowa!!
- A...
- Te zakupy sa PRZEKLETE!!
- Kluczykow zapomniales?
- GHRRRRRR!!
- Chesz moje?
Rzucil zakupy pod nasze nogi i udal sie podrygujac ze smiechu do swojej gawry – znaczy za rog, gdzie jest jego biurko.
Wrocil, pobral pakunki i juz ma odchodzic, gdy dla jaj zapytalam go
- Masz indetyfikator?
(zeby wejsc i wyjsc z Kolchozu niezbedny jest identyfikator)
Zakrecony byl chlopisko tego stopnia, ze mimo iz przed chwila wykonal wyjscie/wejscie i mial indentyfikator na szyi, to sie pomacal po klatce celem sprawdzenia...
Nie.
Nie rzucil we mnie tym 6ciopakiem mleka ;)

---------------------------------------------
W temacie Urosza jeszcze, bo akurat sobie przypomnialam
Rozmowa w samochodzie, po wyjatkowo wkurzajacym dniu (dla mnie) i meczacym (dla niego), czyli oboje w siwetnej formie. Ja prowadze. Tydzien temu to bylo. (Bo czasem, z racji bliskiego sasiedztwa jezdzimy jednym samochodem: Ja z nim, Ja z jego zona, Ja z obojgiem, acz  czesciej (bo lubie jezdzic) oni ze mna razem lub z osobna)
Ja, wkurzona jeszcze ostatnia rozmowa dnia:
-Jakbym kiedykolwiek miala miec jaka super-moc, to chcialabym zeby to byla umiejetnosc zamiany ludzi w popiol samym wzrokiem.
- Wow... az tak?
Chwila ciszy, bo ja jeszcze bulgocze wewnetrznie z wscieklosci.
Urosz dodaje:
- No az tak wielkich ambicji nie mam. Ale z racji mojej pracy czesto marze aby miec trzecie oko, na palcu - tu zaprezentowal wskazujacy lewej reki, bo Urosz jest leworeczny.
- Hm...
- No wiesz, wiekszosc zycia zawodowego spedzam probujac zagladac w rozne trudnodostepne miejsca celem wymiany okablowania, odkrecenia srubek stojaka na serwer, sprawdzenia czy cos sie nie wypielo, itp...
- Nie no ja rozumiem, ale wiesz, widze szereg minusow tego rozwiazania...
- ??
- No wiesz, co sie stanie jak sobie przytrzasniesz palec, 
- Auc...
- ...albo wsadzisz go niechcacy do oka...
- Hm, no...
- ...o wizycie w toalecie nawet nie wspominajac...

Zapada zszokowana cisza.

Wybuchamy smiechem...

- NO WIESZ!! Nigdy nie myslalem o tym pod takim kontem!!
- Co? Nigdy nie mowiles o tym zadnemu analitykowi?

Kurtyna.