Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Monday, 27 February 2017

Czy mRufa moze zabic smiechem?

Od lat juz osoby cztajace moje listy/maile oraz nieopatrznie decydujace sie na podroz w moim towarzystwie musza krwia wlasna, serdeczna podpisywac oswiadczenie, ze godza sie na ryzyko pekniecia ze smiechu na wlasna odpowiedzialnosc. O podrózach cos tam wspominalam chyba, a dzis w ramach dwóch niedawnych wydarzen poreklamuje troche jak swietnie mi idzie czytanie.
dElvix przez lata cale na wspolne wyprawy montowala na oczach masakre wodoodporna.
Nie, ze jestem taka zadufana w swoje talenta – wszak w tytule jest pytanie...
Czyli czas na kolejny mRufa’s Digest czyli kreatywne czytanie, sluchanie i takie tam.
Zaczne od tego czym juz sie indywidualnie pochwalilam paru osobom to jak nie chca czytac po raz wtory niech przewina prawie do konca ;).

Spanglish Omlet.
Czyli jak zabilam smiechem siebie i Marian z kantyny.
Pobieglam mianowicie w samo poludnie sprawdzic czym nas uraczaja owego dnia sily decyzyjne w kantynie.
Wlazlam zatem i kikuje pod tablica z menu.
Zwyczajowy ziemniak wyglada wyjatkowo zalosnie (ze srem i fasolka (baked beans) zwykle go biore jako last resort food, czyli tzw brzytwa dla tonacego), wiec czytam menu wlasciwe, omijajac  z przyzwyczajenia sekcje miesna – 15 lat wege i ogolna niechec do jadania mies w lokalach zakladowego zywienia swoje robia
Menu wedlug mojego wzroku  mowi tak:
Vegetarian option:
Spinach Omlette (Omlet szpinakowy)
served on salad. (na zielsku).
No to zaciekawiona patrze po plycie, zeby mu sie przyjrzec temu omletu, bo okiem wyobrazni widze cos takiego:

pozerane przez mnie nagminnie za oceanem (to czerwone to pomidor siekany), sos opcjonalny. Slinotok hamuje z wielkim trudem.
I widze rozne rzeczy w tym takie cos:

I mysle sobie co nastepuje:
"No i gdzie ten omlet szpinakowy? Przeciez nie to - to jest jakies za blade, ciekawe co to w ogole jest... “
Zerknelam na miesne menu, a tam stoi ze beef pie z frytka,
“Kurde, czyzby?? Nie moze byc... Czyzbym znowu czytala kreatywnie?" i patrze ponownie na tablice na opcje wege, a tam jak wol, a raczej tuz ponizej wolu:
Spanish omelette (...) Czyli Tortilla poczeta z jaj, zeimniakow gotowanych i posiekanych i cebulki, czyli takie cos czego Bozena nie lubi bardzo, a ktorego i ja nie za bardzo lubie, bo zwykle jest szalenie mdly, a juz na zielsku tym bardziej.
Marian, ktora serwuje jest mi akurat znajoma w ogole, wiec nawet nie musi sie odzywac tylko patrzy na mnie pytajaco, bo jakby nie bylo nikogo nie ma i przyszla moja kolej, wiec sie przywitalam i jej mowie powyzsze.
A ona w smiech i pyta juz stoicko:
"na miejscu czy na wynos?"
To juz jakos tak rzutem na tasme wzielam, ale bez zielskowej podsciolki, bo nasza kantyna nie wierzy w salad ktora nie ma w sobie roszpunki (nienawidze) oraz niedojrzalego pomidora w oblesna kostke (bluznierstwo kulinarne), bo pomyslalam, ze jedyna Hiszpanka z kantyny odeszla z miesiac temu, wiec jak nic ten Spanish Omlette to bedzie wszystko przypominal, tylko nie te ichnia tortilla ziemniaczana.
I mialam racje. (patrz PS)
 Zamiast salaty wynegocjowalam kapuste chyba pekinska, na parze to sie smialam, ze przynajmniej troche zieleni w pudelku, skoro tego szpinaku brak.
Marian znowu w smiech i pyta "co Ci sie stalo??" na to ja uczciwie do bólu:
"Well obviously I am VERY G O O D with reading today..." (najwyrazniej czytanie mi dzis  SWIETNIE idzie...).
Jak to dobrze, ze ona juz zwyczajna moich talentow i sparskalam ja ze smiechu juz wiele razy, bo osoba mniej obyta, by mogla nie strzymac.
PS. Donosze, ze taka zapiekanka ziemniaczana z porem i cebula im wyszla, bo oczywiscie po wierchu cieniutko serem posypali, wiec mialam racje, ze jako potrawa ze Spanish omlet to to mialo tyle samo wspolnego zez omletem szpinakowym... ;)

Dziwki.
Jakies pol roku temu, nie wnikajmy dlaczego, siedzac w Kolchozowym Lochu,  sprawdzalam rozklad tramwaju 17 w Stolycy.
No dobra, powiem, akurat zmienili czasowo trase i usilowalam potwierdzic Faderowi dokad i któredy obecnie tramwaj ten dojezdza w jego szerokopojetym kierunku, bo on z internetem NIE do konca za pan brat.
Fader, nie tramwaj.
No i patrze sobie na liste przystankow, w Srodmiesciu akurat...
I mnie zatkalo...

Przystanek JAKI??

Przecieram oczy i patrze ponownie...

Nie no Dziwki jak slowo hono...

a nie...

Kurtyna.
Wypij swoj jogurt.
Poszlam z dzis rana do kuchni napelnic flaszke woda do rozcienczania – bo ja wode rozcienczam – nie moge w pracy pic takiej CZYSTEJ... Maxem ja rozcienczam i wszyscy sa zadowloeni – kubki smakowe bo nadal maja Maxa i nerki bo maja co robic. Pecherz nieco mniej bo co i rusz pecznieje i musze z nim ganiac nad portal z Tamiza, ale nic to.
Jestm zatem w tej kuchni, nalewam wode do kubka (pol, na zaczyn, tfu, na wapno) i oko me ucieka w bok, na pudelko z zielona mietowa herbata, ktora ktos wystwail na widok i uzytek publiczny.
Na klapce jest slogan ktory zlapal mi oko i zamarlam.
Ba w zasadzie to zbaranialam.
Mianowicie czytam: “drink yoghurt green” czyli pij jogurt zielony.
Zamarnieta taka czyli zbaraniala zaczynam sie zastanawiac, kto wpadl na ten swietny pomysl i co autor mogl miec na mysli.
Ze jogurt ma zzieleniec, zanim go wypije, czy tej herbaty trzeba don nasypac co nada mu jakies szczegolne walory – od razy moja porazka z ciastem z dodatkiem bardzo drogiej japonskiej herbaty  mi sie przypomniala.
Nie, nie zostala opisana bo zamierzam podjac druga probe.
Po wyplacie, zebym mogla dokupic tej bardzo drogiej zielonej herbaty dokupic.

Mrugnelam przerywajac stupor i juz mam zaczac nalewac wode do butelki gdy niepokorone oko znowu pomknelo na to pudelko z herbata z nie do konca sformulowana mysla, ze moze bym sie jej napila, niezaleznie od durnowatego sloganu na klapce, gdy zobaczylam to:


Tia...
No przeciez to identyczne
Drink your greens – pij zielenine
Drink yoghurt green-  pij jogurt zielony.
Kurtyna.

PS. Bedzie spin-off bo mi sie przypomnialy jeszcze Dury, ale to wymaga osobnej historii.

Thursday, 9 February 2017

Jak sie sypia w Londku - czyli mRufa znowu w podrozy.

Mialo byc Jak to mRufa zdobyla Bruges, ale nie bedzie, bo:

1. Zanim go zdobyla to najpierw zostaje postawiona przed faktem dokonanym pt: "mRufa, kupilismy Ci bilet do Bruges, bo tanio bylo."
2. Za dlugo wszystko na raz opowiedziec wiec (moze) bedzie w odcinkach.

A, ze wiadomo, ze Chytry dwa razy traci i chociaz to nie ja po taniosci chcialam jechac to prawdopodobnie podroz "do" wyszla mi najbardziej kosztownie ze wszystkich jadacych. Bo ogolnie to jednak raczej nie, ale o tym pozniej.
Otoz, jak chyba wspominalam podczas relacji z podrozy do Paryza, przestestowalam bardzo pozytywnie rozwiazanie - wsiasc do pociagu poza Londkiem i porzucic tam za dosc rozsadna oplata samochod, nastepnie wysiasc w tym samym miejscu.
Owszem wysiadanie czasem prezentuje trudnosci, ale da sie zrobic.
Ale tym razem nic z tego.
Czyli musze dotelepac sie od siebie do Londka. I to nie, ze na dworzec autobusowy, ktory znam jak wlasna kieszen, tylko na dworzec kolejowym miedzynarodowy.
Dworzec Swietego Trzustki. Ewentualnie Swietej Trzustki, ale jakos mnie sie wydaje, ze to 'on', a nie 'ona'.
Pomozdzylam cokolwiek i wymozdzylam.
Zanocuje se w Londku. 
Przeszlo dekada na Wyspie i jeszcze nigdy noclegow w Londku nie uprawialam.
Najwyzszy czas i pora!
Poguglowalam i przy pomocy jednego z trawlerów podroznych wyguglowalam sobie nocleg przy samym dworcu, nie, ze jakis hostel czy inny najtanszy na swiecie, ale troszke bardziej atrakcyjny. Jak sie pozniej okazalo, przeplacilam srogo, bo bezposrednio mozna taniej, ale trudno... Chytry z przymusu tez traci wiec liczylam sie z tym.
Plan byl taki: dostac sie do Londka jakos po pracy dzien przed wyjazdem, tam taksowka do dworca i myk, po cichutku zaulkami do hotelu.
Rano wyspana i wypoczeta (buhahahahaha) po sniadanku hotelowym, na stacje i dalej to juz improwizacja.
Jedyne co poszlo zgodnie z planem to improwizacja.
Co do literki mi wyszla.
Zwierzylam sie z mojego planu Rach, ktora odruchowo powiedziala, ze przeciez po mnie pojedzie i z nia pojade na dworzec.
Nie popukalam sie w czolo tylko z grzecznosci. W zamian podziekowalam wylewnie i powiedzialam, ze chetnie skorzystam jesli mi zapropnuje podwozke w drodze powrotnej.
I teraz uwaga - skok do przodu - we srode, przed wyjazdem, zapytalam Rachel jaki ma plan (podejrzewajac, ze pewnie pojedzie jak ja do Londka dzien wczesniej i zatrzyma sie u rodzicow) i slysze (oczami bo pytalam na pismie) "Odwoze Mlodszego na football i zabieram auto na parking przy autobusoach, skad odbierze je (auto) Stu, a ja wsiade do autobusu miedzy 18.15 a 18.30...
Dobrze, ze mnie malo co w zyciu dziwi, bo bym sie zdziwilam smiertelnie jak zamierza mnie nastepnego dnia odebrac z A i zabrac nas obie na autobus do Londku, skoro bedzie juz od 12 godzin w Londku... ;).
Ugadalam zatem sasiada/kumpla/Urosza (szykujemy pampersy na wypadek posikania sie ze smiechu? Sluszny ruch...), ze mnie podrzuci na ten autobus. Jak sie da to na okolice 18tej, ale wygladalo, ze raczej pozniej, wiec mialam nadzieje, na towarzystwo, ale nie liczylam na nie zbyt mocno.
I teraz dygresyjka.

Urosz jesk carkeeperem. To znaczy maja na stanie swoj wlasny samochod - mocno wysluzona i nadgryziona zebem czasu Foke aka Osiolka, ktorym obecnie glównie posluguje sie Uroszowa Polowica, a Urosz rozmaicie - czasem tym Osiolkiem, czasem samochodem zaprzyjaznionej jednostki rusko-gruzinskiej, naszej wspolnej sasiadki - ktora to czesciej przebywa poza Wyspa niz na Wyspie, z roznych wzgledów, stan który zreszta niedlugo sie zmieni mam wrazenie, gdyz dziecko im wchodzi w wiek szkolny, ale poki co jeszcze trwa, a czasem pojazdem syna znajomego, ktory to nawet nie wie, ze ma pojazd bo mial go dostac od wlasnego Ojca (czyli znajomego Urosza), ale zdazyl zapasc (syn znajomego) na nagle zawieszenie prawa jazdy wiec nie dostal, a na przechowanie z racji wygody geograficznej auto poszlo do Urosza.
Jako, ze samochód sie psuje od stania, jak powszechnie wiadomo, to Urosz ma prikaz uzywac obu dogladanych pojazdów. Czyli od czasu do czasu nimi musi jezdzic. Strasznie ciezki obowiazek, ale taka juz rola carkeepera ;).

Tak, ze do wyboru sa 3 samochody, plus ewentualnie mój, zostajacy pod domem tym razem.
Czyli: prawie nowy Juke, automat, bo jednostka rusko-gruzinska nie wlada prawem jazdy na samochody z reczna skrzynia biegów (na Wyspie jest taka opcja, ze mozna miec prawko tylko na automaty), jakis francuski lew, nie juz pierwszej mlodosci, ale i niezbyt nadgryziony zebem czasu, wierny Osiolek aka Foka mocno nadgryziona.
I jako opcja - Zabojca Lisów, tez juz nieco nadgryziony, acz glownie przez lisa.

Urosz podjechal po mnie najnowszym pojazdem ze swojej stajni - Jukiem, tylko kilka minut spozniony, co jeszcze nie przekreslalo mozliwosci zazebienie sia na autobus Rach, i ruszylismy.
Podczas podrozy rozmawialismy glownie o tym pojezdzie, bo mimo, iz nazwal go "damskim", to jest tez najbardziej odbajerowanym, ale z racji sredniej wielkosci silnika, nie ma w sobie az takiego ognia jakby sie mozna bylo spodziewac (co jest mi znajome z racji powozenia Zabojcy Lisow, gdyz mimo sporego jak na rozmiar auta silnika, jest to tez jakas tam ekonomiczna generacja w zwiazku z czym odejscie ma slabsze niz moja stara Niebieska Strzala z jednym litrem do dyspozycji).
Nagle Urosz zamilkl, silnik zmniejszyl sobie obroty drastycznie, ale nie zgasl.
"Widzialas?? Prawie nam sie zadusil?!?" zapytal mnie z niedowierzaniem.
Potwierdzilam i troche zdebialam, bo przeciez to automat.
Co zrobic jak ci w automacie spadaja drastycznie obroty?? We wlasnym wcisne sprzeglo i jakos tam sie doturlam do miejsca gdzie mozna sie zatrzymac, ale z automatem?
Zamknac oczy i sie modlic??
Brak mi doswiadczen.
W starych autach mozna bylo ewentualnie wlaczyc tzw dopalanie i nieekonomicznie bo na wyzszych obrotach pojechac dalej.
Mechanikiem nie jestem i sie na pojazdach nie znam - tyle wiem co nieco ponadprzecietny uzytkownik, bo jezdzilam roznymi kategoriami dwusladów i slucham co sie do mnie mowi.
Urosz zmienil tryb jazdy ze sportowego (?!?) na zwykly i pojechalismy dalej. Niezbyt niestety daleko bo przed kolejnym rondem na tzw szybszym pasie samochod wzial i zgasl. A my zamarlim na awaryjnych, przy czym mnie przy okazji zimny pot nieco zlal.
Katem oka zauwazylam, ze tuz zanim zgasl poziom akumulatora drastycznie spadl, skoczyl i znowu spadl, co mnie zastanowilo i zasugerowalam wylaczenie elektroniki typu radio, klima, dziki nadmuch, ale uslyszalam, ze nie bardzo wiemy jak to powylaczac, poza tym co to ma do rzeczy.
No to wyjasnilam co zauwazylam - jakby pobór pradu gwaltownie skoczyl.
Pomocniczo zapytalam tez o tankowanie, bo o ile paliwo bylo to nie wiadomo jak dlugo zlezale i z jakiej stacji, na co uslyszalam to samo - ze nie wiemy.
Na Wyspie stacje nieco bardziej kontrolowane, ale tez mam pare typów co ich unikam, wiec dodalam takze, ze jak mnie spotykalo takie zachowanie prowadzonego bolidu, to raz bylo to zatkane sitko w pompie paliwowej w latach kiedy paliwo mialo na etykietce liczbe oktanow mocno zawyzona wzgledem stanu faktycznego, a to znowu bywalo dobrze poslodzone, a czesto tez przyprawione jakimis smieciami dodatkowymi.
No ale coz ja wiem o zabijaniu, a Juke'ach w szczegolnosci...
Oznajmilam, ze zapewne samochod sie obrazil za krytyke i nie zyczy sobie zeby mu rozmiar silnika wytykano, co znacznie poprawilo atmosfere w samochodzie i po jeszcze jednym incydencie ze zgasnieciem na szybkim pasie Urosz odczekal na poboczu kilku minut, ktore ja spedzilam na panicznym kombinowaniu, jak mam kierowcy taksowki objasnic skad ma mnie pobrac i jak Urosz wroci do domu, po czym samochod laskawie zgodzil sie wspolpracowac i dowiozl mnie na autobusy.
Tuz przed samym parkingiem z autobusami Urosz sprobowal zazartowac, ze ja mialam czekac na Rachel, a to ona poczeka na mnie, co bylo troszke niewypalem, bo ja juz wiedzialam, ze raczej jade sama - Rachel byla gotowa na parkingu z autobusami zanim my wyjchalismy z A, ale kazalam mu sie nie przejmowac, bo w koncu nie jestem dzieckiem i nie musze nawet w Londku poruszac sie z przewodnikiem.
Dojechalismy, skomentowalam wiec cala przygode slowy "majac wlasciwie 4 samochody do wyboru, musiales wybrac akurat ten co sie zacznei psuc, no nie?" i nastapil maly cud - Rach jeszcze tam byla.
Zamienilam z ulga (i po co?) towarzysza podrózy i pojazd i wdalam sie w czekanie na autobus. (drugi cud to fakt, ze Urosz dotarl do domu bez problemow i auto nie wykazywalo nijakich fanaberii od tamtej pory (oprocz tego, ze najwyrazniej nie ma checi mnie wozic, ale o tym pozniej bo nastapilo juz po powrocie z wycieczki))
Rachel bardzo mnie namawiala, juz od paru dni, aby skorzystac z uslug Uber'a, ktory podobno w Londku juz rownie popularny co w Stolycy, acz zdaje sie mniej bojowo traktowany przez korporacje. Nawet podarowala mi voucher na podroz za dyszke, nie pamietajac (tak, pamiec nie jest jej najmocniejsza strona) o tym, ze ja nie uzywam aplikacji telefonicznych, a juz szczegolnie takich ktore chca karty kredytowe znac na pamiec.
Nastepnie zaczela mnie namawiac, zebym wziela taxi z Baker Street, a nie z Victorii, bo blizej.
No to w koncu sie jej zapytalam czy moze mi tego Ubera zamowic, a ja jej zaplace.
Otoz nie bardzo, bo ona na Baker Street nie wysiada. Tylko na Victorii.
No to mowie, ze ja tez nie musze na Baker Stret bo tam nie ma taksowkowego postoju wiec i tak zamierzam jechac do Victorii.
A jak tak to spoko, Rachel mi zamowi Ubera.
Po czym na Baker Street mowi: "Wysiadamy! Ja stad tez moge latwo pojechac do rodziców".
Probowalam protestowac, ale nie bylo mowy.
Niezadowolona ogromnie wylazlam z tego autobusu, obujuczona jak niewysoki dromader (3 torby: bagaz glowny, plecak, torebka) i mamroczaca pod nosem szereg inwektyw. Pod adresem calego swiata. Rachel nagle z dzikim wigorem mowi "To chodz, idziemy na stacje."
NIE.
"Slucham?"
NIE.
"Dlaczego? "
"Bo ja tu wcale wysiadac nie chcialam, nie wiem gdzie jest stacja i w ogole to mam wszystkiego dosc i wracam do domu" - nie ze jestem jakas przerazliwie chimerna (ot tak srednia krajowa na emigracji), ale puscilo napiecie po tym psujacym sie samochodzie i autentycznie odechcialo mi sie calej imprezy. Dodam, ze oplaconej wiec moglam sobie na humory pozwalac (a jak sie okazalo pozniej, slusznie moglam, bo gwiezdzie humorów calej wyprawy do piet nie siegam i tak) nie narazajac nikogo procz siebie na koszty.

Nie przedluzajac - Uber zostal zamowiony, numer ulicy wybrane z precyzja zegarmistrzowska, po czym okazalo sie ze Uber-driver jest tuz/tuz.
Bedzie za minute.
3 minuty pozniej, nadal bedzie za minute i za kolejne 3 minuty bedzie za minute....
A my wpatrzone rozpaczliwie w ulice usilowalysmy wylowic numer rejestracji i model kazdego nadjezdzajacego pojazdu, we wcale nie malym ruchu ulicznym, mimo godziny 20tej.
W koncu po drugiej stronie ulicy, przy kompletnie innym numerze budynku katem oka ktoras z nas odkryla wlasciwa rejestracje, rzucilam sie machajac w jej kierunku, ryzykujac totalny karambol, ale nic z tego. Kierowca odjechal i powiadomienie przyszlo, ze musial odwolac.
Rachel do tej pory zachwalajaca Ubera troche sie skonsternowala, ja dostalam ataku smiechu bo granice rozpaczliwej desperacji juz przekroczylam,a poza tym takie atrakcje to dla mnie norma.
Skonsternowana nadal Rachel, ale juz lekko rechoczaca, dokonala kolejnego zamowienia. I tym razem pieczolowicie podalysmy adres odbioru i samochodu wypatrywalysmy jeszcze uwazniej i tym razem wszystko poszlo jak z platka.
To znaczy prawie bo jednak mimo ze numer ulicy podany zostal idealnie to pojazd zatrzymal sie po drugiej stronie i pare numerow dalej, ale tym razem nie czajnikowal tam w ukryciu tylko machal konczynami (kierowca nie pojazd), wiec unikajac spowodowania karambolu dosiadlam pojazdu i zostalam odwieziona do hotelu.
Hotel z zawnatrz nie prezentowal niczego nadzwyczajnego, ale widzialam zdjecia wiec liczylam, ze srodek bedzie interesujacy.
INTERESUJACY byl.
Recepcja wygladala super - kontuar przystrojony frontami walizek i kuferkow, klucze z takimi monstrualnymi blachami z numerem pokoju, stylowo tak.
Oblsuga oczywiscie NIE lokalna, bo jednak pewne standardy trzeba zachowac.
Uiscilam i zostalam poinformowana, ze do pokoju mam zejsc na sam dol, OSTATNIMI schodami.
Troche mnie to zaintrygowalo, bo ile tych schodow tam niby maja??
Otoz w sumie 4 klatki schodowe gdyz hotel obejmowal 4 segmenty.
Ruszylam z tobolkami (torba na kolkach, plecak i torebka) i juz przy pierwszych schodach mnie zablokowalo bo ktos szedl z naprzeciwka, a korytarze sa jednoosobowe.
I wylacznie dla osob malo barczystych...
No ale jakos sie minelismy - czlowek z przeciwka wbil sie w jakas wneke, ja przeszorowalam soba po scianie i pognalam dalej.
Ostatnie schody, to ostatnie.
Na dól.
Ok, sa.
CO??
One sa o polowe wezsze niz ten korytarz...
Qzwa, ze tak stekne, nie zmieszcze sie w ramionach.
Zmiescilam sie, ale juz torba w reku ni cholery. A przed soba jej nie podzwigne.
A Chu...steczka haftowana, niech jedzie za mna na kolkach.
No super juz jeste....a gówno bo to dopiero pierwszy podest.
Lup, Lup, Lup... za mna na podest zjezdza torba.
Qr...a mac zakret?
Taki tego no, nie ze podest tylko jak krecone schody, no nie?
A ja z plecakiem pelnym kruchej zawartosci i torebka przez ramie obijajaco kolano i za mna ta kompletnie nie przegubowa torba na kolkach.
I jak ja mam niby sie przepchnac?
Kopem przed soba nie moge torby poslac, bo szklane scianki i na koncu schodów tez szklano, poza tym od podestu powyzej dywan pokryty folia kuchenna wiec gwaltownych ruchow nie moge robic zeby sie nie zeslizgnac...
Takiego tanca swietego Wita, na tak malutkim skrawku nierownej przestrzeni z 3ma sztukami bagazu to chyba nikt w tej dekadzie nie odtanczyl.
I w kurtce.
Dzierzac dodatkowo w jednej rece te blache 10cm na 20cm z numerem pokoju i kluczem.

Coraz bardziej wsciekla niz rozbawiona, w koncu poddalam sie i sila woli chyba obrocilam sie z tym plecakiem na grzbiecie w przestrzeni gdzie w zasadzie tylko bokiem i na wydechu powinnam sie przemieszczac (metoda 'na kraba'), zlapalam tylna reka raczke torby utknietej na zakrecie i szarpnelam z calej sily, nie baczac na mozliwe konsekwencje.

Otoz nie wybilam zadnej szyby.
Nie zjeb...lam sie z tych schodow na ryj.
Nie zerwalam nawet tej cholernej folii spozyczej z dywanu!

Ku mojemu bezbrzeznemu zaskoczeniu wydobylam sie z tej pulapki i katem umyslu przemknela mi mysl, ze powinnam zrobic zdjecie temu pierdzielonemu korytarzykowi ze schodami bo przeciez nikt mi nie uwierzy za obrocilam sie o 180 stopni na szerokosci 45 centymetrow... te centymetry to jeszcze sprawdze bo moja torba miescila sie tam na szerokosc i na tym koniec.
Na dole schodow, odwazylam sie odetchnac z ulga, i strasznei glupio bo okazalo sie, ze mam do wyboru dwoje drzwi. Na prawo i na lewo. Na prawo widac bylo tylko jedno pomieszczenie, bogato oszklone i bez wyposazenie innego niz materialy remontowe wiec metoda eliminacji poszlam na lewo i znalazlam pierwsze pokoje z tego poziomu (dla sluzby poziomu, jak ktos zna sitcom You Rang M'Lord? to powinien sobie teraz wyobrazic poziom na ktorym sie znalazlam).
Byl to numer 006. Ja mialam 009. Gebowo mi powiedziano, ze 9, wiec nie probowalam wlamu do 6tki. 
Pomyslalam, ze juz jestem i po co? Okazalo sie bowiem, ze rypalam tymi schodkami na dol tylko po to, zeby za drzwiami zaczac wspinaczke mniej wiecej do 1/3 wysokosci tego co przed chwila pokonywalam w tych kocich jelitach korytarzyka. 
Tyle, ze korytarz byl jakby szerszy, ale rowniez wil sie jak boa w agonii po zezarciu krokodyla i byl przykryty jakimis tekturami na lepy przyczepionymi do dywanu.
Wscieklosc moja osiagnela apogeum i po prostu ruszylam po najmniejszej linii oporu, jak niewysoki czolg, z przyczepka i te wszystkie poziomy pokonalam znowu sila woli, a torba za mna podskakiwala jak 3-latek na spacerze. 
U szczytu tych dziwnych ni to schodow ni to podescikow zerknelam ocenic straty i bloga satysfakcja zalagodzila moja wscieklosc - wszystkie tektury na lepach zostaly POKONANE.... (czytaj oderwane)
(rano byly poprzylepiane na nowo).
Dotarlam do pokoju, otworzylam drzwi i troche mnie przytkalo. Owszem miejsca tyle co kot naplakal, ale pokoj w zieleni natychmiast oblal moja udreczona dusze spokojem. 
Weszlam, przepchnelam sie pod drugi koniec pokoju zeby zmiescila sie ze mna ta torba, zatrzasnelam drzwi i zrzucilam wszystkie trzymane manele oraz kurtke i najpierw zamarlam na widok 2 okienek, bo przeciez bedac gleboko pod ziemia na okna nie liczylam, a juz na pewno nie na okna ktore dostarcza mi swiezego londkowego smogu. Okna wprawdzie wychodzily na jaki osobliwy komin, ale troche powietrza miejskiego (i temperatury) dostarczaly, dzieki czemu po nocy nie obudzilam sie ugotowana i uduszona na raz.

Nastepnie zainteresowalam sie gdzie tu do cholery jest lazienka. 
A pewnie te szklane mleczne drzwi, co oni do cholery z tym szklem, pieniedzy za duzo maja??
Otworzylam te drzwi i voila, odkrylam powod tych wielopoziomowych poziomow.
Istny hotel Szalonego Kapelusznika - do lazienki schodzilo sie dwa stopnie ponizej poziomu pokoju.

 A rolka srajtasmy wisiala tuz przy porcelanowym tronie i nagminnie w nia wlazilam wychodzac z lazienki.
Ale moja pierwsza mysl jak to zobaczylam byla:
"Zeby sie tylko na ryja nie zwalila jak wstane w nocy na siku"
Tak mnie ta mozliwosc przerazila, ze do lazienki szlam kompletnie wybudzona, co slabo wplynelo na moje wyspanie nastepnego poranka i mialo istotny wplyw na rozmiar i odcien workow pod oczami jakie sie mi powiesily po powrocie... Ale nie uprzedzajmy faktów.

Pokoj z poziomu lazienki wyglada nawet dosc imponujaco, przyznaje, dopoki nie uswiadomimy sobie, ze przestrzen zyciowa miala 2 metry na powiedzmy 1.5, w tym lozko1 na 2 metrywbite na styk pomiedzy scianami, plus ten wykusz okienny, w ktory zostal wbity trojkat stolika i zydel - doslownie, super wygodny swoja droga. Swiatlo mi troche nie wyszlo, ale pokoj byl oswietlony dosc skapo i musialam wszystko odpalic, zeby nie czuc sie przyduszona pólmrokiem.


Ogolnie, zeby nie lokalizacja pokoju w kazamatach, czulabym sie zachwycona bo tak pokreconego dekoru dawnom nie widzialam. Byl nawet czajnik i DARMOWA pólitrówka wody mineralnej, a takze szereg gniazdek dogodnie umieszczonych przy owym kasku stolika, w tym jedno gniazdko europejskie, czym sie wrecz wzruszylam, bo pakujac sie nie uwzglednilam noclegu w Londku i mialam wylacznie ladowarke na Europe kontynentalna...
Rano odkrylam, ze pod lozkiem bylo cos na modle palety na koleczkach - druciany ni to koszyk ni to stojaczek na kolkach, na ktorym mozna bylo umiescic bagaze i upchnac pod lozkiem celem nie tracenia miejsca na nogi. 
Dodam tylko, ze pomiescilby pelnowymiarowa walize na 30 kg, ale JAK te walize mozna bylo przepchnac po tych zawijanych schodkach to ja nawet nie sprobuje sobie wyobrazic.
Rano rzecz jasna w lazience zrobilam basen, co bylo moim obowiazkiem, nastepnie skakalam po stertkach z wilgotniejacych recznikow na wpol ubrana, w skarpetach, jak tylko ja potrafie (pamietamy racza, rozkicana, acz otluszczona sarenke? No to wlasnie tak), zeby umyc zeby, rozczesac afro (od wilgoci po prysznicowej, ktora nijak sie nie chciala osuszyc na poczekaniu) czy tez zasiasc na porcelanie, bo chociaz podloga byla profilowana, to bylo to profilowanie bardzo losowe - oprocz odplywu pod prysznicem, spora kaluza uformowala sie bezposrednio przed umywalka, a druga nieco mniejsza, pod sciana kolo porcelany...
Jako, ze bylo to B&B to jeszcze przed wymeldowaniem sie (no szkoda zebym sie szarpala z manelami po tym labiryncie wielopoziomowym na glodniaka) udalam sie na sniadanie, nawet nie jakos pozno i z rozzaleniem odkrylam, ze skonczyl sie ciemny chlebek tostowy, a sniadanie serwowane jest jak za oceanem - bufet szwedzki i róbta co chceta,  a nie tak jak w irlandzkich B&B czy nawet hotelach Wyspy w ktorych bywalam do tej pory, gdzie sniadanie podawano wedlug zamowienia. Pogodzilam sie z losem i bialym tostem i jak zasiadalam przy stole, facet z kuchni przylazl i dolozyl chleb razowy.
I wtedy wiedzialam juz, ze dzien bedzie interesujacy.

I na tym zakoncze ten etap relacji bo juz dluga jest, a sama podroz do i zdobywanie Bruges pelne bylo tylu roznych smaczków, ze jeszcze nie wiem jak sie za nie zabrac ;).

Wednesday, 1 February 2017

sKundlona mRufa i inne przypadki

Bo bylo juz o tym jak zostalam wyznawca nawidakcji, to teraz czas no kolejne wyznanie.
Otoz siedzialam sobie akurat w bardzo niewielkim samolocie Relacji Planeta Ojczysta-Wyspa i czytalam ksiazke.
Wlasciwie to ja konczylam czytac i naszla mnie w tle refleksja, ze mimo iz w podroz wlasciwie bez kundla sie nie ruszam, to zawsze lakomym okiem zerkam na papierowa literature i wylacznei w ksiagarniach analogowych przezywam chwile rozkoszy i wychodze z torbami, doslownie i w przenosni ;).
I taka mnie ta refleksja dalej poniosla, ze mi sie przypomniala scena, w ktorej dostaje na imieniny oraz z zaskoczenia Kundla i strasznie staram sie nie okazac obrzydzenia, a wrecz przeciwnie zachwyt ;).

Tak, dElvix... byla to jedna z tych nielicznych sytuacji gdzie staralam sie ze wszystkich sil ukryc przed Toba co mysle ;).
Czy mi sie udalo, nie wiem.

dElvix z mezem Mudkiem mnie bowiem uszczesliwili Kundlem z klawiaturka, mowiac miedzy innymi, ze jest to jedyny (wtedy) model ktory pozwala na nielimitowane korzystanie w WisperNetu za friko i na calym swiecie i podobno komus w jakims egzotycznym i odludnym miejscu pozwolilo na kontakt z rodzina/znajomymi, gdzy wszelkie inne sposoby zawiodly, a ze ja jezdze jak glupia na rozne konce swiata to pomysleli, ze mi sie przyda.
Faktycznie wtedy mialam faze, ze raz na rok, a czasem czesciej jechalam gdzies hen daleko.

Coz ja wiedzialam o zabijaniu, mysle sobie teraz, bo nie wyobrazam sobie podrozy gdziekolwiek, bez mojego wiernego Kundla z klawiaturka :)

******************************
Kochana dElvix - byl to chyba jak dotad, najlepszy prezent niespodzianka jaki w zyciu dostalam :).
******************************

No ale wracam do tego samolotu i mojej refleksji.
Otoz leci sobie nikczemnej wielkosci samolot ze Stolycy do Londku, a ja w nim.
Dolecial, wyladowal, ja te swoje refleksje snuje i postanoawiam, ze sie nimi podziele i ukladam juz sobie glowie konspekt wpisu, gdy nagle slysze z glosnika:
"Witamy Panstwa na lotnisku imienia..." tu zmieram na bezdechu bo przez moment sie zaciekawilam czy sie po latach w koncu dowiem czyjego imienia jest lotnisko w Londku, gdy zapada cisza, pelna napiecia, wszyscy pasazerowie, a nie jest ich tak znowu wielu w tym napieciu tez tkwia, gdy slychac ciche parskniecie juz nie z glosnika i dociera do nas, ze stewardesa sie rabnela i chciala nas witac na Londynie na lotnisku imieni Fryderyka...
Zakonotowalam sobie pieczolowicie aby to zapisac i snuje te moja refleksje dalej, a my dojezdzamy pod bramki, tym nikczemnej wielkosci samolotem (Fader okresla go mianem "kurczaka", a ja zwykle operujaca Orlem Polskim zdecydowalam sie na Polska Jaskolke, bo jednak kurczaki slabo lataja o wlasnych silach), narod, jak to narod zrywa sie na bacznosc 5 sekund zanim zagsna swiatla "zapiac pasy" i czekamy.
Ja sie nie zrywam bo po pierwsze nigdzie mi sie nie spieszy, a po drugie wrecz przeciwnie gdyz pora akurat godzin szczytu na autostradzie.
Siedzimy/Stoimy gdy odzyw sie kapitan.
"Szanowni Panstwo, w ostatniej chwili zmieniono nam numer bramki, wiec jetesmy zmuszeni poczekac na obsluge, co potrwa okolo 20 minut"
A ja okiem wyobrazni widze jak obsluga z rozwianym wlasem i przeklenstwem na ustach galopuje te kilometry z jednego konca terminala imienia Krolowej, na drugi, a ze ja te kilometry musze przegalopowywac za kazdym razem gdy korzystam z uslug Polskiego Orla, to dokladnie wiem co czuja...
Przestalam snuc refleksje i profilaktycznie wyciagnelam plecak z gornej polki, myslac ze jak nic bedziemy rypac autobusem na drugi koniec terminala, a pogoda jednak nie az taka urocza - cieplo, ale i mokro.
Minelo z 15 minut z tych 20tu, ja zaczelam juz rozwazac, czy by nie popelnic wpisu na temat podrozy gdy odzywa sie kapitan:
"Szanowni Panstwo, zmieniona nam w ostatniej chwili numer bramki, a teraz okazalo sie, ze bramka jest zepsuta."
Ja w tym momencie juz widze, jak wszyscy karnie siadamy, zapinami pasa a Kapitan brawurowo przewozi nas z calym samolotem na drugi koniec terminala, prujac slalomem miedzy samlotami i pojazdami, a takze omijajac jednostki ludzkie prujace na czolowe z Polska Jaskolka...
"W zwiazku z tym musimy poczekac na kolejna zaloge z obslugi, a mozliwe ze dodatkowe serwisy, co potrwa okolo 15 minut"
To juz mialam pewnosc, ze beda schody, wiec czym predzej wydobylam z plecaka kurtke i strategicznie ulozylam manele zeby jednym zwinnym skretem ciala wbic sie rownoczesnie w rekawy kurtki, ucho plecaka i torby.
Po okolo 10 minutach, moze wiecej stweradesa oznajmila, ze wychodzic bedziemy tylnymi drzwiami.
W tym momencie pogratulowalam sobie decyzji zajecia miejsca 20+, a nie tak jak mnie system usadzal 13B, bo musialabym cala te cizbe narodu, ktora zabolaly juz od stania nogi, przeczekiwac, a tak to juz po chwili bylam na sliskich, bo mokrych metalowych schodach i okazala sie, ze musze rypac przez plyte, nie, nie na drugi koniec terminala - ze 20 metrow, a nastepnie prawie 4 pietra na gore schodami, z 5-6 kilowym plecakiem, torba i wspaniala kurteczka na temperatury lekko zimowe.
Ja to ja. Wlazlam i nawet sie zasapalam dopiero na tym prawie 4tym pietrze, jak stanelam juz na schodach ruchomych, ale 80% narodu mialo podreczne walizeczki na kolkach i w tych walizeczkach caly swoj bagaz... Mimo, ze Orzel Polski nie kaze placic za bagaz (jeszcze), w przeciwienstwie do Ptaszyska Wyspowego na ten przyklad.
No i tak.
A donosze, ze bagaz pobralam z okolic tasmy punktualnie o godzinie przylotu... to tak apropos niczego.

No i  wracam do tematu.
Myslalam, ze nigdy nie bede chciala czytnika. Kupilam taki nawet przyjaciolce, bo miala na liscie zyczen, a jej zyczenia zwykle byly dla mnei trudne do przelkniecia - taki mam dziwny i niedobry charakter, ze chociaz lubie dawac prezenty, to nie lubie dawac tkich ktore do mnei nie przemawiaja, sa sprzeczne z moimi pogladami. Nie, ze dam tylko to co sama bym chciala, ale to cos musi mi pasowac i do osoby i nie budzic wewnetrznych oporow. A zyczenia Judi  sa zwykle takie, ze mi wszystko debieje... ot na przyklad klecznik za miliony.... klecznik do medytacji. Za 50 dukatów lokalnych. Mnie opada wszystko lacznei ze skarpetami. Nie, nie potepiam, nich go dostanie :). Ale nie ode mnie. I mimo, ze koszt tego prezentu przekraczal jeszcze wtedy, znacznie lokalne standardy prezentowe, to czytnik dostala, tyle, ze byl to przezent caloroczny ;).

No i kolejnego roku, postawiona przed stanem dokonanym, zostalam wlascicielka czytnika.
Najpierw dla zachety zostal on dla mnie napelniony rosyjska literatura post-apo, co wydatnie podnioslo jego walory w moich oczach, a nastepnie odkrylam, ze Smoczynska tez ma Kundla i ma sie czym ze mna podzielic, a jeszcze nastepnie doznalam szoku, bo w darach od Smoczynskiej byla miedzy innymi lektury szkolne lubiane przez Fadera i Fader zabral mi Kundla!!!
Ba, przestawalam go miec za kazdym razem jak przyjezdzal do mnie, albo ja pojawialam sie na wystepach goscinnych.
W nastepnym roku Fader dostal swoj wlasny czytnik, nadziany obficie i przestalam byc pozbawiana lektury przy wspolnych podrozach itp.
Chyba to najbardziej sprawilo, ze zaczelam to ustrojstwo uzywac - niemoc uzywania jak mi go zabieral Fader.
Najpier wylacznie w podrozach i natychmiast zachwycilo mnie jak bardzo waga mojego bagazu glownego sie zmniejszyla, bo ksiazki na podroz 3-4 tygodniowa swoje wazyly, a przewozic je trzeba bylo w obie strony, objetosc bagazu podrecznego tez sie zmniejszyla, bo zamaiast tomiszcza na podroz mialam plaski pakiecik, wielkosci zeszytu szkolnego...
A jak odkrylam, ze moge kupowac ksiazki w mowie ojczystej i sciagac je na czytnik, czytajac dla relaksu w mowie ojczystej kiedy chce, a nie 3-4 razy w roku przez pare dni do 2 tygodni po powrocie z wystepow goscinnych, to juz w ogole wpadlam w cielecy zachwyt.
Ze juz nie wpomne o tym izx ksiazka zakupiona on-line byla mi dostepna od reki, a nie za 2 dni.

Ale, nie w tym dzielo, bo moja refleksja obejmowala rozne smiechostki zwiazane z przyzwyczajaniem sie do czytnika.

Otoz, jeszcze pare lat od zaposiascia Kundla, lapalam sie, ze przerywajac czytanie na chwilke klade na ekranie czytnika komorke
No zeby mi sie kartki nie zamknely przeciez, bo tak miewam w zwyczaju z ksiazkami papierowymi...

Innym razem usilowalam odczytac na plecach czytnika streszczenie ksiazyki czytanej...

Wielokrotnie gdzies w swiecie sprawdzalam jakies informacje korzystajac z WisperNetu, ale bylo to jak wyrywanie sobie zebow bez znieczulenia... Mozna, czemu nie, ale upierdliwe jak rzadko co... Nawet internet przez modem analogowy nie dostarcza tak upojnych doznan... Ale owszem. Da sie.

Pewnego razu zas, szukalam ksiazki.
Byla to tom 4.5 z serii 7-mio ksiagu Mroczna Wieza Stephena Kinga - jedna z moich ulubionych jego produkcji, czytywana przeze mnie rownie regularnie co Wladca Pierscieni i jak ktos zna oba to swietnie zrozumie czemu.
Mam wszystkie 7 czesci w papierze i wydaniu polskim oraz w oryginale i akurat wyszla ta czesc 4.5.
Przeczytalam rzecz jasna i zakonotowalam sobie w glowie, ze mam...
Minelo troche czasu i zapragnelam sobie odswiezyc lekture.
Przystapilam do namierzania ksiazki.
Mieszkalam wtedy w W i lokum mialo limitowane miejsca na trzymanie ksiazek - jeden waski regal sluzbowy i mala polke, ktora nalezala do mnie, wiec dwie, w porywach do trzech, sterty ksiazek rosly tez na jednej z szafek.
Zwykle wiem doskonale gdzie mam jaka ksiazke i grupuje je wg autorow.
Rzucilam sie wiec na regal, bo tam byly wszytkie Kingi.
Owszem, wszystkie, ale nie ta.
Dziwne... przeciez nie czytalam jej ponownie od zakupu.
Ale ok, moze w roztargnieniu ja gdzies wepchnelam...
Przekopalam sterty - nie ma.
No to mala polka, chociaz tam zawsze byly tylko Pratchetty...
Nie ma.
Wracam w regal.
Widze okiem wyobrazni okladke, wiem czego szukam, obwochalam wszystkie polki...
Nie ma.
Usiadlam zmartwiona, bo przeciez w lokalu na prawde nie ma gdzie zapodziac ksiazki i mysle straszliwie co moglam z nia zrobic.
Czytalam ja w domu, nigdzie nie jezdzilam w tym czasie wiec nie moglam jej przypadkowo zostawic na wystepach goscinnych...
Zrezygnowana, siegnelam, po czytnik, zeby sobie poczytac cos innego, na pocieche.
Przegladam zasoby....
CO???
Wroc!!
Stepehen King, Wind through the Keyhole (czyli tom 4.5 z 7miu)...
Sprawa znikajacej ksiazki sie wyjasnila - nie mogac sie doczekac na wydanie w miekkiej oprawie zeby mi pasowalo do calosci, kupilam sobie wersje na Kundla, zeby juz przeczytac i nie czekac ani chwili dluzej...
Ot Pan Hilary... ;)

Sa takie ksiazki, ktore mi w czytniku nie ida za bardzo, ale sa tez takie, ktore ni cholery mi nie ida w naturze, tfu, w analogu, a na Kundlu smigam az milo...
Przyklad - tez Stephena Kinga, konfabulacja o zabojstwie Kennedy'ego... W papierzem mnie zlamalo po 20-30 stronach i nie moglam zmoc... Oddalam w ogole do Kolchozowego sklepu.
W zamian kupilam sobie wersje sKundlona i przeczytalam w trymiga...
Taki Glukhowski zas na odwrot - na Kundlu czyta mi sie z okropnymi oporami (inne post-apo na przyklad spoko, ale jego, zle) i trzeba duzo zeby moje opory przelamac... A papier pruje, az milo.

No i calkiem niedawno...
Czytalam sobie ksiazke na Kundlu i nagle zaczal mnie szczypac grzbiet palca...
Paper-cut! Czyli zacial ma sie papieram...
Czytajac z Kundla...
Mysle ze to jest prawdziwie poziom Mistrza Yody umiejetnosci...