Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Thursday, 8 October 2020

Gry i zabawy z dezynfekcja oraz znowu cos mi w zakupy nie wychodzi

Planowany opis przypadków jedynych, jak dotad Wystepów Goscinnych na Planecie Ojczystej, jakos mi utknal - niechec do pisania na laptopie sluzbowym wprawdzie minela bom juz 4ty tydzien w Akawarium Kolchozowym (tym razem jako prawdziwa zlota rybka, bo mam cale akwarium dla siebie), ale zdazylam pozapominac co smakowitszych kasków - mam za to pare nowych smaków.

Otóz (tu bedzie spoiler do tego przyszlego, a moze niedoszlego raportu z WGnaPO) udalam sie w Lipcu z Faderem (i ciezkim refluksem, po przedawkowaniu pewnej sentymentalnej potrawy) do powiedzmy, ze Marketu Budowlanego, celem zakupu baterii lazienkowej z prysznicem, bo stara sie, po kilkunastu latach, zechciala laskawie skonczyc. 

Jakims cudem udalo nam sie trafic na nowsza odslonego tego samego modelu co mnie niewymownie ucieszylo, a przed sama kasa myslalam ze zejde bo refluks przypusci taki atak, ze az mi sie w glowie zakrecilo, ale nie w tym rzecz tylko w dezynfekcji.

Otóz na Wyspie sklepy i znane mi biura zainwestowaly w dozowniki, umieszczane zwykle na scianach, albo na/w stojakach. Nawet Kolchoz. Z rzadka tylko trafia sie prowizorka. 

Na Planecie Ojczystej zas bywa róznie - czasem dozownik profeska, a czasem butelka typu mydlo w plynie z dyskontu (czesto wrecz drugie zycie tejze butelki) na rozchwierutanym stoliku przy wejsciu.

W tym przypadku, choc sklep wcale nie tak dawno otwarty bo zaledwie z poltora roku, no góra dwa i wcale nie maly bo siec, to byl to wlasnie chwiejny stolik, z butelka po mydle z dozownikiem.

Pelna dobrych checi unikania sWirusa w Regaliach i celem zachecenia Fadera do podobnego podejscia (nie zeby nie wierzyl w sWirusa, nie, nie, wierzy jak najbardziej, ale z jakiegos powodu co pewien czas zakwita w nim przekonanie ze jest kuloodporny, czegu tu negowac nie bede, bo w sumie moze i jest, ale jestem swiadoma róznicy w gabarycie miedzy kula nawet malego kalibru, a calkiem wypasionym "Zarazem") rzucilam sie ku stolikowi, prawie go przewracajac i energicznie posluzylam sie pompka dozownika.

Czy to z racji nadciagajacego refluksu czy moze upalu, wykazalam sie pewnym nieskalibrowaniem (koordynacja reki/trajektoria sikniecia/oko) i z zaskoczeniem odkrylam, ze chociaz reke spod dozownika mam calkiem sucha, to doskonale zdezynfekowalam sobie lewa stope obuta w legendarny juz sandal emerycki. 

W stopce-niewidce.

Skomentowalam to na glos wyrazajac zal, ze nie jestem hobbitem, bo przynajmniej nie mialabym mokro w bucie, co wywolalo konsternacje klienta opusczajacego przybytek i zaoszczedzilo podobnej atrakcji Faderowi, który pobral aromatyczny plyn z duzo lepszym skutkiem.

Rozpoczelam tez mój osobisty eksperyment organoleptyczny z plynami i zelami do dezynfekcji i jak dotad moje ulubione to saszetki wydaane pasazerom na pokladzie linii lotniczych Wyspowego Orla - nie zostawia lepkiego osadu, nie wali jak zajzajer ani zbuki z lonskiego roku i nie wysusza nadmiernie skóry. Dalej jest stary dobry spirytus salicylowy. a na samym koncu takie gówno z lokalnego kiosku ruchu, które Fader zakupil w chwili desperacji, które wali komórki wechowe jak cep, który to zamierzalam potajemnie wywalic, ale Fader nie dal mówiac, ze z braku laku itp.

A wczoraj udalam sie do dyskontu. Drugi raz w tym roku, wiec zaden szal, chociaz pierwszy byl zaledwie10 dni temu.

Bo jak bylam w poprzednim tygoniu to odkrylam, ze mial byc polski tydzien i zapragnelam zapolowac na golabki. 

Bo w tym dyskoncie maja wyjatkowo dobre, jak maja. Ale poniewaz mialam tam tez scysje z klientem stajacym za mna (z grzecznosci pisze, ze za mna bo tak konkretnie to mi sie przez ramie przewieszal usilujac jak sadze ukrasc mi z tasmy moje precle, zanim za nie zaplace. Poprosilam, zeby jednak mi sie nie przewieszal przez ramie to byl strasznie oburzony, a ja nawet mu nie wytknelam ze maseczke ma tak nisko po nosem ze widze gdzie mu sie wasy na warga koncza i wcale nie zrobilam tego na tyle glosno, zeby go przed kumplami zblaznic, wiec doprawdy nie uwazam, zebym byla pieniaczka) to przysieglam sobie, ze moja noga wiecej w tej siedzibie nie postanie. 

Ale chec na golabki mi nie minela.

Pojechalam zatem to W gdzie mieszkalam przed 5 laty i udalam sie do tamtejszej siedziby.
Nieco mniejsza, zawsze byla doskonale zaopatrzona i produkty regionalne zdarzalo mi sie tam kupowac nawet tydzien po zakonczeniu "regionalnego tygodnia". 

Niestety z "polskiego tygodnia" pozostaly wylacznie truskwakowe podróbki delicji, waniliowa podróbki ptasiego mleczka oraz mleczna podróbka czekolady.

Ale trafilam na kilka innych towarów, które przy okazji lubie kupic wiec w koszyku pusto przy kasie nie mialam, a na sam koniec rzutem na tasme i skleroza zaslepiona zlapalam buteleczke zelu do dezynfekcji bo przypomnialo mi sie, ze posiadana w samochodzie buteleczka jedzie na oparach.

Przy samochodzie przypomnialo mi sie z kolei, ze mam w plecaku sluzbowym butelke z zelem tez niejako sluzbowym i mialam zamiar samochodowa dopelnic sluzbowym zelem, który wiem, ze nie zabija smrodliwoscia i nie zostawia lepkich rak (plyn w oficjalnych kolchozowych dozownikach niestety nieco lepkosci pozostawia), ale juz bylo po buraczkach, a skoro kupilam, to niech chociaz sprawdze jak ima zapach.

Wyjelam buteleczke, odkorkowalam, podsunelam pod nos i najdelikatniej na swiecie....

....

....

ZDEZYNFEKOWALAM sobie bardzo dokladnie lewa dziurke w nosie, bo pod sama zakretka tkwila brylka tego zelu.

Cos mi ta lewa strona nie najlepiej na tym unikaniu sWirusa wychodzi co?

A teraz cofamy sie nieco w czasie - nie tak znowu duzo - ze dwa tygodnie - wiec gogli do podrózy czasoprzestrzennych nie trzeba odkurzac i wzuwac - kiedy to dostalam zlecenie od Smoczynskiej na flage Walii dla mojej CO. 

Tzn to bylo tak, ze ja sie zapytalam co by moja CO chciala, uslyszalam ze "sami nie wiemy", a nastepnego dnia byla aktualizacja, ze Smok nic nie prowokowany (uwazam, ze podsluchuje nasze pisanie na komunikatorze) wyglosil do swej malzonki, ze jakby mRufa sie pytala to flage Walii.

Nie musze wyjasniac dlaczego Smoczatko moze polubic flage Walii, prawda?

Flaga Walii wyglada mniej wiecej tak

W kazdym razie poszukalam opcji, cos tam upchnelam do koszyka, pomyslalam sobie, ze jutro (czyli we czwartek 2 tygodnie temu) z Kolchozu zloze zamówienie i poszlam spac.

W sobote bylam umówiona towarzysko z M, ale czekalam na dostawe zakupów spozywczych w srodku dnia, a nastepnie rozpoczelam czekanie na dostawe motywów walijskich, a takze paru innych rzeczy z internetowej platformy o geograficznej nazwie.

Czekam i czekam, mija godzina 15ta, czekam dalej, zbliza sie 16ta, M sie zapytuje na która sie mnie mozna spodziewac, a ja juz mam pisac, ze czekam na te dostawe wiec jeszcze nie wiem, ale cos mnie tknelo. 

Nie twierdze wcale, ze tknelo mnie wlasciwe podejrzenie, po prostu zdazylo sie juz pare razy, ze w dniu dostawy przychodzil email, ze jest poslizg, wiec chcialam sprawdzic czy nie ma takiego maila.

Otóz nie ma.

Gorzej, bo nie ma tez maila, ze zamówienie zostalo wyslane. Hm, moze usunelam bezmyslnie po przeczytaniu?

Zalogowalam sie zatem na platforme geograficznie-zakupowa, a w koszyku zobaczylam spokojnie lezace walijskie fanty, ciasto bezcukrowe inipamietamcojeszcze, których ZAPOMNIALAM zamówic w tamten czwartek.

W sumie to sie nawet ucieszylam, bo wolalam juz takie odkrycie niz niepewnosc kiedy sie spodziewac dostawy.

Ale brawo ja, tak?

Sprawdzilam nawet konfiguracje Merkurego, ale wyszlo mi, ze jeszcze za wczesnie, zeby wytknac go palcem, bo dopiero 13tego pazdziernika wchodzi w retro a ponad 2 tygodnie przed to nawet jak dla mnie za wczesnie.

Znaczy mea culpa i tyle.

Minal tydzien, przyszla wyplata a wraz z nia pokusy. 

Tzn pokusy to juz wczesniej przyszly bo M&Msy pokazali mi nowe obuwie &Msa z mojej ulubionej ostatnimy czasy marki, które przypomnialo mi, ze wlasciwie lato sie skonczylo i w letnich Timberdaskach to ja juz dlugo nie potuptam - otóz biora wode góra, bo to byl model na suche lato.

A zaczela sie na Wyspie mokra jesien.

Zatem zachecona wyplata postanowilam popatrzec co tam maja ciekawego.

Okazalo sie, ze maja. i na dodatek w wyprzedazy outletowej za pól ceny. Rozwazylam moje bilanse i postanowilam, ze mnie stac. 

Dokonalam wiec zamówienia, jak gosciu (czyli bez rejestracji), platnosci, na ekranie zobaczylam numer zamówienia, nawet pomyslalam, ze go powinam spisac, ale komunikat glosil, ze przysla emalie. Nawet telefon podalam. Nie spisalam zatem. 

Ale zamiast po prostu zamknac okno, na spontanie w ostatniej chwili zdecydowalam sie zalozyc konto. No i wygladalo, ze zalozylam, nawet w historii zamówien mi sie pojawilo moje zamówienie wiec z poczuciem dobrze spelnionego obowiazku shopoholika wylogowalam sie i poszlam do drugiego sklepu, gdzie tez wyprzedaz powiodla mnei na pokuszenie. 

Drugi sklep to byl juz recydywa, znaczy dobrze mnie tam znaja wiec nic ne musialam rejestrowac.

Sprawdzilam pózniej maile i z drugiego sklepu bylo ich nawet 2, ale w temacie mojego obuwia byla martwa cisza.

Pomyslalam sobie, ze cos tam pisali o duzym natezeniu komunikacji od klientów wiec zwalilam to na karb jakichs drobnych czkawek przepustowosci i nawet mi powieka niepokojem nie drgnela.

Minal dzien - cisza. Minal drugi - dalej cisza. Minal trzeci - lekki niepokój z tej ciszy pogonil mnie do zalogowania sie na konto. 

Dziwne. Haslo mam zapisane na papierku w domu na stole, wiec nie ma mowy zebym zapomniala (zapominam wylacznei jesli nigdzie nie zapisze, a tu doopa, znaczy nie rozpoznaje hasla.

hm.

To zadysponowalam reset hasla.

Nic nie przyszlo.

Hm. 

Drugi raz.

O przyszlo dwa razy?

Dokonalam niezbednych manipulacji, haslo zostalo zmienione, ale zaczelam sie martwic - czyzby mnie ktos zhackowal? 

Kupilam nic na stronie jakiegos zlodzieja? 

No bylby to pierwszy raz w mojej karierze - owszem raz zamówiona torebka zamienila sie po drodze z Chin z podróbki RayBanów, ale to via geograficzna platforma, a nie zlodziejska strone.

Szczególnie, ze strone wyszukalam osobiscie, a nie z jakiegos podejrzanego linku.

W duchu juz sie pogodzilam, ze ponioslam strate w wysokosci polowy ceny obuwia, ale postanowilam przynajmniej sie upewnic.

Napisalam tedy zapytanie do sklepu. Sklep nadal twierdzil, ze ma duze obciazenie komunikacyjne, ale potwierdzenie wyslania zapytania doszlo od reki co mnie pocieszylo. W zapytaniu wyjasnilam co mnie trapi i ze chcialbym sie upewnic czy takowe zamówienie zostalo zlozone przeze mnie u nich czy jednak gdzies indziej.

No i znowu zapadla cisza.

W piatek - ten ostatni - wrócilam z Kolchozu do domu i zobaczylam pode drzwiami pudelko. Czarne wprawdzie ale wygladajace tak, ze moglo byc z tego drugiego sklepu, chociaz oni zwykle dawali pudelka biale z czarnym logo na froncie, ale pomyslalam, ze moze jakies nowe, latwe w dezynfekcji, opakowania wprowadzili.

Podnioslam pudelko przed wejsciem do domu i zbaranialam. Dobrze ze juz przestawalo padac bo bym niezle zmokla.

Pudelko bylo z Timbersklepu.

'O!' pomyslalam i na tym moje elokwencja mentalna sie skonczyla.

Udalo mi sie uruchomic reszte czlowieka i weszlam do domu.

To byl piatek c'nie?

Nowe Timberdaski okazaly sie dobre i po chwili wachania uznalam, ze wizulanie tez je polubie mimo, iz na mRufiej pletwie prezentowaly sie znacznie mniej urokliwie niz na kopytku modelki obuwniczej.

Daja rade c'nie?

W poniedzialek o 9.30 rano przyszla odpowiedz na moje zapytanie.

Bardzo grzeczna odpowiedz, informujaca mnie, ze owszem przyjeli takie zamówienie i widza nawet w systemie, ze juz doszlo i maja nadzieje, ze jestem zadowolona z nabytku. 

A brak komunikacji wynikal z drobnej literówki (doslownie tak napisali - Small Typo).

Mojej.

Otóz podalam pól adresu mailowego z hotmaila, a pól z gmaila.

Brawo ja, tak?

---------------------------------------

PS. W Poniedzialek zostalam w domu ze wzgledów fizjologiczno-anatomicznych wiec nikt nie slyszal jak bardzo sobie gratulowalam. 

PPS. A we wtorek przyszlo awizo, ze przesylka z durgiego sklepu nie miesci sie w skrzynce wiec jej nie zostawili. Bo we wtorek juz nie bylo mnie w domu tylko bylam w Kolchozie.

PPPS. Chyba powinnam dac sobie spokój z zakupami na jakis czas co?

Tuesday, 15 September 2020

Powrót Ta... tfu Powrót do Kolchozu!!

 Zaczelam wprawdzie spisywac relacje z Wystepów goscinnych na Planecie Ojczystej po najdluzszej przerwie w trasie koncertowej Niszczyciela mRufy, ale zycie mi wlazlo w parade i zywa nienawisc do laptopów w domu, po 6ciu miesiacach pracy zdalnej zniechecila mnei do kontynuacji i jakos mi jeszcze nie przeszlo, wiec dzis niejako na goraca szybko zameluje jak to wrota Kolchozu uchylily sie nieco - na tyle by mój dostojny gabaryt zmiescic.

Otóz udalam sie do Kolchozu po dokonaniu stosownych rytualów typu formularz ryzyka zdrowotnego (sklamalam), odczytania maila z instrukcjami (sparskalam sie ze smiechu), obejrzenia filmiku instruktarzowego pt jak chodzic po budynku (nie obejrzalam), obejrzenia zdjecia pogladowego atrium Kolchozu (popukalam sie w glowe bardzo silnie), spakowaniu calego dobytku do plecaka (polecam film Up In The Air gdzie mozna poznac przy okazji paru wybuchów smiechu, czasem z czarnego humoru, teorie noszenia calego swojego zycia na plecach) i zabraniu masko-przeslonki na wszelki wypadek.

Powiedziano mi ze docelowo mam siedziec na drugim pietrze, ale nie nikt nie wie gdzie wiec pomyslalam, ze zaczne od starego miejsca, w Akwarium.

Atrium czyli parter budynku wygladal z lotu ptaka o tak, wiec wiedzialam zgrubsza ze bedzie wesolo.

Labirynt w którym Minotaure postradal zmysly
Labirynt w którym Minotaur postradal zmysly, zanim go wzieli do Starozytnej Grecji.

Zanim jednakze tam dotarlam musialam odstac swoje w korku gigancie ,który napelnil mnie sporym rozgoryczeniem, dopóki nie odkrylam, ze byl to tylko rozkraczony na rondzie autobus i wcale nie oznaczal, ze korki sprzed inwazji sWirusa w Regaliach wrócily podstepnie.

Niestety zeby dotrzec do okwarium musialabym obleciec caly budynek dokola (od srodka) via loop de la loop, co z plecakiem pelnym laptopa, ladowarki, trucizny, naczyn i sztucców zupelnie mnie nie rajcowalo zapytalam kolege z administracji czy nie zerknalby do akwarium czy tam sa warunki do pracy pt karteczki na monitorach zeby se imiona wpisac. Kolega usluzej zerknal i zameldowal, ze karteczek brak wiec nie ryzykowalam ze mnie ktos wykopie i pojechalam winda (tuz obok wychodków i schodów na górze fotki (schody sa stylko w góre. w dól nie dzialaja - przypuszczam ze sie stopnie prostuja jak ktos z góry spróbuje na nie wlezc, acz nie próbowalam schodzic nimi do tylu, moze by sie nie zorientowaly??)).

No górze tez bylo fajnie ale troche mniej skomplikowane - otóz pod sciananmi mozna chodzic tylko do polowy z dwóch stron, a od polowy ruch jednokierunkowy celem powrotu do windy.

Klatki schodowe sa u nas w sumie 4, jedna ta w atrium a reszta w trzech rogach budynku, wied dwie dzialaj w góre, a dwie w dól. 

Oblazlam wiec polowe góry z moim ciezarem na plecach i trafila na JEDNA zywa dusze, która nic mi pomóc nie umiala, wiec wyglosilam pelne rozzalenia dosc gromkie "No za dobrze to tego nie zorganizowali!" majac na mysli Krzywego i Lysa (czyli Lysego i Krzywa czyli duo administracyjnego kierownictwa - Lysy to ten sam koles który na poczatku 2019 tuz przed powodzia w Kolchozie wyjasnial nam, ze woda kapiaca z oswietlenia w windzie to nic groznego bo przeciez w basenach tez sa zarówki...), nastepnie widzac osobliwa mine mojego rozmówcy (z oddali) obejrzalam sie i zobaczylam za soba Duo z Mesny czyli Krzywy i Lysa.

Udalo mi sie nie parsknac smiechem , a nawet wrecz z godnoscia oddalilam sie za róg, i juz miala msie rozpakowac na biurkach niczyich czyl dawnych "hot-deskach" ale pomyslalam sobie, ze za jakie grzechy mam sie dobrowolnie w tak kijowym miejscu zagniezdzac, wszak moge po prostu wrócic do Akwarium w Lochach i poczekac tam na rozwój sytuacji, bo tam przynajmnie bede sama i nie bede musiala w sluchawkach sie do telekonferencji wlaczac.

Zanim to zrobilam, dopadla mnie Krzywa aka Lysa pytajac czy wiem wszystko i nie mam problemów. Zlosliwie odparlam, ze nie wiem nic bo jakso to slabo zostalo wysztko ogarniete i dodalam ze w zwiazku z tym, ze nikt nic nie wie to ja wracam skad mnie wygonili.

zaskoczyla mnie niec zgodnac Lysa oznajmila, ze to swietny pomysl tylko mam pilnowc ,zeby oprócz mnei wiecej niz dwie osoby tam nie siedzialy.

Zjechalam na dól (bo ciezar), zlamalam wszytkie nakazy idac pod prad i zasiadlam na swoim starym miejscu.

Po chwili przyleciala Lysa z karteczkami informujac mnei ze mieli zamiar zamknac nasze Akwarium, ale zrezygnowali, tylko z braku czasu (2.5 miesiaca odkad powrót do biur zostal zaaprobowany przez rzadzacych Wyspa) nie zdazyli karteczek wylozyc.

Oraz wyniesc stolu z "zgubione/znalezione". 

Oraz ze zaplanowanie ruchu jednokierunkowego w tak duzym pomieszczeniu jakim jest Atrium bylo tak strasznie trudne.

Tu juz nie wytrzymalam, bo slowo daje w drodze do pracy mijam chyba ze cztery doskonale rozwiazania dla takiej powierchni z takimi korytarzami. 

Nazywaja sie ronda.

Zadalam wiec bardzo intrygujace mnie pytanie - 'Biorac pod uwage te wszystkie strzalki i lokalizacje toalet, których na dole jest troche (oprócz zazanaczonych na zdjeciu jest jeszcze jedna na recepcji czyli po wyjsciu przez bramki), jak ja mam niby z tych toalet skorzystac bo do rzadnej z nich nie prowadzi droga przez meke. 

Znaczy przez strzalki.

A otóz prosz czytajacych - mam sie zastosowac do strzalek, wyjsc na recepcje, a nastepnie wejsc i moge skorzystac. 

A poniewaz w recepcji tez sa trzalki to w zasadzie wyjscie powinnam z budynku, wrócic drugimi drzwiami i moge korzystac tez z toalety na recepcji. 

Nastepnie wracajac mam obelciec Loop de la Loop i wrocic do Akwarium

Przy odrobinie szczescia, szczególnie podczas ataku hydrauliki po takim maratonie bede musiala leciec w kolejny nawet nie zawadzajac o Akwarium bo zdazy mi sie zebrac zapotrzebowanie na kolejna wizyte w wychodku.

Nie powiedzialam tego glosno. Nic nie powiedzialam. Bo moje mozliwosci zachwywania kamiennej twarzy byly na granicy pekniecia z duzym hukiem i zachowanie ciszy bylo jedyna aktywnoscia do jakiej bylam zdolna.

Moja cisza zachecila Lysa do monologu. Otóz oni tu znalezli ALKOHOL!!

Nie wolno trzymac ALKOHOLU w pracy.

Nadal usilowalam nie ryknac straszliwym rechotem na ten plan wychodkowy wiec milczalam dalej.

A to blad bo akurat trzymanie alkoholou nie jest karane. Nie wolno go w pracy spozywac (acz i to nie jest jakos szczególnie egzekwowane, bo w pubie do lunchu serwuja co czlowiek zechce i nie raz i nie dwa po lunchu na spotkaniu mialam nieprzyjemnosc siedzenia obok bialkowego pojemnika z trawionym piwem), ale trzymac mozna skolko ugodno.

Ale godnosc osobista ponad wszystko wiec pomilczalam jeszcze chwile i wytknelam, ze pewnie dostawca nam przyslal.

"To powinniscie oddac na loteria swiateczna"

Ale przyslal juz PO loterii.

ALKOHOL!!!!

I w koncu polazla w pineche.

Poszlam obejrzec ten alkohol obejrzec i dostalam ataku smiechu bo flaszka cos jak szampan czy tez inne wino musujace miala juz przeterminowana zawartosc.

Przyszla M i postanowilysmy go przetestowac.

Korek powazny, strzelil jak nalezy, z butelki poszedl stosownym dymek, a M uwiecznila mnie w akcji.

Pierwszy dzien w biurze. Pewne nawyki z losk-downu ciezko zarzucic...
No i dyscyplinarka gotowa.
Uwiezy mi ktos, ze TYLKO wachalam??
Ale ja prosze wysokiego sadu chcialam tylko sprawdzic czy po tak autentycznym korku, strzale i dymku zapach tez bedzie udawal prawdziwego szampana.

Sfermetowany sok z winogron z zielona herbata.

Uprzejmie donosze, ze jak ktos lubi wino musuajce czy nawet sredniej klasy szampana, a nie wolno mu alkoholu, to owszem, moze byc zadowolony i usatysfakcjonowany. 
My z M szampana nie lubimu. tradycyjnie, na Nowy Rok mozna sie zmusic do lyka, ale nic poza tym, a ja dodatkowo nie cierpie wina i wlasciwie niczego z winogron, na zadnym etapie i cyklu zyciowego.

I za flaszke napoju gazowanego zielona herbata z winogronem dostalam obsobaczona conajmniej jakbym kase ze skarbonek podciagala.

I co, ktos jeszcze watpi ze Duo z Mensy to nie jest obrazliwy epitet tylko pieszczotliwy komplement?

Acha - jakby ktos chcial wiedziec ile razy wychodzilam przez bramki celem udania sie do toalety w ciagu ostatnich 2 dni  pracy to informuje ze:

Wielkie i Okragle ZERO
I zamierzam ten wynik utrzymac.

Loop de la Loop oblecialam od wczoraj wielkrotnie bo jednak do kuchni po goraca wode nie ma jak inaczej pójsc, a przy okazji spotykam znajomych wiec nie przeszkadza mi to zanadto.

Thursday, 16 July 2020

Kumulacja, czyli wszechswiat postanowil dac mi nieco w kosc

Rzecz o jednym z ubieglych tygodni.

O róznych gówienkach w wentylatorze zycia sluzbowego to nawet nie bede wspominac bo moglabym zgagi dostac, a ranitydyna wciaz na wage zlota.

Ale pozapracowo dostalam kilka kuksanców z róznych stron.
Niby nic, ale wszystko razem mogloby zmeczyc nawet strusia pedziwiatra.
Po 3 miesiacach bezruchu.
Zaczelo sie niewinnie od maila od mojego preferowanego supermarketu internetowego.

---
Droga mRufo,
poinformowal nas producent Iksinski, ze jego produkt w tubkach Pierwiosnek ze wzgledu na zgrozenie biologiczne jest wycofywany ze sprzedazy.
A takze szkodliwy.
Kupilas u nas ostatnio dwie tuby z jalapeno, to nie zryj tylko wyrzuc.
---

Bardzo dlugo usilowalam zgadnac co to za produkt w tubach kupilam.
Myslalam ze chrupki, ale chrupki nie sa marki Pierwiosnek.
Tez na P, ale nie Pierwiosnek.
Poza tym wcale ich nie kupilam tylko mialam zamiar.
Po dluzszej chwili wrócilam do tematu bo mnie gryzl. Napisali bowiem, ze zwróca mi kase. Czyli jest to cos co kupilam.

Zebym wtedy kontynuowala czytanie starszych maili to bym pewnie zgadla od reki, a tak to gryzlo mnie to z godzine.

W koncu tknieta przeczuciem zajrzalam do lodówki.
HA! Jest Pierwiosnek z jalapeno.
I faktycznie 2 tuby.
Serka topionego.
Kupilam z mysla uzycia do produkcji dipu serowego aka salsa de cheso, celem nakarmienia zaprzyjanionych jednostek bo skoro mozna sie spotykac towarzysko w ogródkach to zamierzalismy to robic, a ja zaplanowalam ze ich uracze moim TexMex-em.
Oslablam z ulgi, zesmy jeszcze nie zorganizowali spotkania, bo bym sie zdenerwowalam, ze strulam znajomych.
Zarazem ucieszylam sie, ze wczesniejsze zakupy nie wzbudzily protestu, albowiem juz je pozarlam.
Z lekkim zalem wywalilam tubki serka, bo smakowo pasowal do produkcji dipa doskonale, a cholera wie kiedy go bedzie mozna znowu kupic - Ranitydyna wycofana od zdaje sie konca wrzesnia zeszlego roku i nadal cisza.

Wrócilam do czytania maili i zdebialam.

Sklep napisal do mnie pare dni wczesniej, ze ten wczesniejszy serek tez jest potencjalna bronia biologiczna. No trudno, pomyslalam, zezarlam i zyje wiec chyba nie trafilam.

I juz wtedy powinnam sie byla zorientowac, ze cos jest narzeczy, ale nie.

Przyszla ulewa.
Na Wyspie to w zasadzie rzadna sensacja, na wyspie czesto sie ulewa.
Ale ta ulewa ni z tego ni z owego zaczela ostrym strumieniem - tak to zabrzmialo - walic mi w drzwi frontowe.
Bo moje lokum ma dwie pary drzwi wejsciowych - frontowe i zadnie.
Zaciekawiona otworzylam drzwi

I dostalam prysznice, bardzo rzeskim, od kolan w dól.

Odrzuchowo zamknela drzwi i nie rozumiejac co sie stalo, bo jako zywo deszcze od wysokosci kolan i na dodatek w poprzek jeszcze mi sie w zyciu nie zdazyly.
Nowe zjawisko atmosferyczne znaczy.
Wytarlam podloge i poszlam po telefon bo uznalam ze dla dobra ludzkosci musze to zjawisko uwiecznic.

Uchylilam drzwi ponownie i tym razem nastawiona, uniknelam kolejnego prysznica goleni oraz zaczelam sledzic jego zrodlo.
Otóz byl to rykoszet od wycieraczki.

Skoro rykoszet to jak nic nie jest to rzadne zjawisko atmosferyczne. rozejrzalam sie ukradkiem czy nikt nie stoi ze szlauchem i ne wali w moj próg z ukrycia dla zartu i dostrzeglam ze owszem, w mój próg wali strumien, ale niejako z gory z prawej strony.

Owszem sasiad przyszedl mi do glowy, ale zanim rzucilam wiacha w mixie jezykowym wysadzilam lekko leb i dostrzeglam zródlo tego osobliwego prysznica.

Otóz obok drzwi ma rure spustowa od rynny na dachu, a prysznic wydobywa sie z lacznika nad wygibasnym kolankiem laczacym owa rure z druga rynna z daszku nad moim oknem lazienkowym.

Brzmi to skomplikowanie, ale polega na tym ze moje lokum bylo niegdys parterem sporego domku,  powiekszonego i przerobionego na 4 osobne apartamenta.
Przeróbki obejmowaly rózniez uklad rynien i rur spustowych, a ze wyspiarskie przeróbki maja ogólny charakter typu minimym wysilku i kosztów to wszystkie stare obwody i systemy zostaly i sa hybrydowo polaczone z nowymi od czesci dobudowanej lub jesli bylo to kompletnie nie mozliwe - po prostu sa ale nie uzywane.
I tak wlasnie przedstawia sie sytuacja rynnowo/rurowa.

A na dniach doslownie odkrylam, ze mój lokal miesci w sobie oryginalna instalacje elektryczna dla calego domu, ale dwóch obwodów nie uzywam bo nalezaly do pieterka, a pieterka ma teraz nowa instalacje, a moze powinnam powiedziec odizolowalo sie od mojego licznika oraz skrzynki z bezpiecznikami, wiec u mnie owe obwody po prostu sa a le nic z tego nei wynika. 
Oprócz konsternacji pana elektryka.

No i wlasnie z tego osobliwie powyginanego kolanka rury spustowej wali mini Niagara prosto na moja wycieraczke i rykosztuje do domu.
Zamknelam drzwi ponownie bo brakowalo mi reki zeby wlaczyc apart w telefonie i zarazem nie dopuscic do zalania przedpokoju.
Uzbrojona w sprzet wycelowany juz we wlasciwa strone uchylilam drzwi po raz trzeci, wykonalam eleganckie fotki i zakonczylam proces wycierajac podloge ponownie, po zamknieciu drzwi.
W zasadzie powinnam byla nakrecic film bo fotki nie oddawaly intesnywnosci strumienia, ale juz nie mialam sily na kolejny prysznic od kolan w dól z wycieraniem podlogi wlacznie.


Wyslalam fotki gdzie trzeba informujac bez nacisku, ze mnie sie wydaje, ze to tak nie bedzie dobrze na dluzsza mete, ale to nia ja tu rzadze tylko wlasciciele, wiec niech sobie wiedza i decyduja.

Bo taki mam uklad, ze ja melduje agencji, a agencja przekazuje temat wlascicielom, oni decyduja, a agencja mnie o decyzji informuje. Czasem po fakcie, ale zawsze informuje.

W poprzednim lokum wlasciciele poszli na opcje, ze agencja organizowala wszystko, co bylo troche lepsze, bo w odpowiedzi na moje meldunki pryzbywal stoswny fachowiec i znacznie szybciej.
Jak w zeszlym roku zapchala sie zewnetrzna kanalizacja to chyba z miesiac bujania bylo, bo mimo moich meldunków i informacji ze zrobilam wszystko co internety sugeruja przed wezwaniem 'szambonurkow' (symbolicznie), wlasciciel przyjezdzal dwukrotnie i robil dokladnie to samo co ja liczac, ze moze zelgalam, albo nie wiem gdzie nalezy laz goraca wode.
Oczywiscie skonczylo sie na wizycie fachowców - dwukrotnej bo z jakiegos powodu za pierwszym razem zignorowali polowe studzieniek sciekowych wokól naszej posesji.

Ale nie o tym mialo byc, bo to juz historia.
Fachman zostal wezwany na nastepny dzien. Tzn ja wcale nie wie mczy fachman, ale ktos i tylko byly obawy ze moze nie przybyc bo od rana znowu popadywalo, ale szczesliwie szybko przestalo i moje rynny i rury spustowe przestaly serwowac plukanie na wejsciu i wyjsciu.

To wciaz byl ten sam tydzien. Zaledwie czwartek.

Mniej wiecej 1-1.30 w nocy, a ja dopiero niedawno zapadlam w sen bo wczesniej sasiad mial nielegalnych gosci i strasznei darli ryje tuz nad moja glowa.
Mój mózg wlacza alarm, bo cos jest nie tak i sam bez reszty mojej osoby nie umie tego zinterpretowac.
W lokalu roznosilo sie bardzo przenikliwe cwierkanie z czestotliwoscia okolo 1-2 razy na minute. Tak pi razy oko, bo nie mierzylam z zegarkiem w reku.
Obudzilam sie zatem nieco porzadniej i odkrylam, ze moj alarm pozarowy aka czujnik dymu rozwinal intelignecje i usiluje ze mna porozumiec.

Przeszlo mi przez mysl, ze czyzby bateria, ale jakim cudem bateria skoro ta cholera jest podlaczona do sieci elektrycznej, czyli glupia jestem.

No dobrze, moge byc glupia, ale czemu w takim razie wydziera sie z taka regularna czestotliwoscia?

Rzucilam sie na internet.

Otóz nic z tego, nie jestem glupia - jest w nim bateria, ale takie piski to jest albo bateria albo nie byla pradu i trzeba gada zresetowac albo sie wloty czujnikowe zakurzyly i trzeba odkurzyc.
Baterii nie mam wiec zaczelam od resetu.

Ci co mnie znaja bezposrednio wiedza, ze nie naleze do osób wysokich, ba nawet do sredniego wzrostu mi daleko - ot metr szescdziesiat jak sie dobrze wyprostuje i ani grosza wiecej.

Jest srodek nocy, jestem sama, troche polprztomna ze zmeczenia, jeszcze z niepewna konczyna cyborga no i nie mam drabinki.

Mam za to stolek od Szweda, taki schodkowy.
I wieczne obawy czy wlazac na niego nie przekraczam dopuszczalnego obciazenia.

Czujnik jest pod sufitem w takim miejscu, ze w zasadzie jedyne czego moge sie przytrzymac to otwarte drzwi lazienki - pdpora raczej chwiejna.

No ale spac sie z tym cwierkaniem nie da - jest zbyt przenikliwe.

Swiadoma, ze to gówno sie rozwyje w ramach resetu wykopalam zatyczki do uszu uzywane na co glosniejszych koncertach i zamontowalam je w uszach.

Niepewna czy siegne nawet ze stolka uzbroilam sie w parasol i wlazlam i prawie od reki bym spadla ze smiechu bo uswiadomilam sobie jak to wyglada.

Korpulentna niewiasta w wieku oscylujacym wokól sredniego, w zgrzebnej letniej pidzamie, z zatyczkami w uszach, z duzym letnim parasolem pod pacha, wczepiona jedna reka w chwiejne drzwi lazienki, wsciekle rozczochrana i z dzikow sploszonym wyrazem twarzy...Tiaaaa...

NIE spadlam.

Okazalo sie, ze parasol niepotrzebny i tylko przeszkadza, wiec go odlozylam na 'zabytek' i wlaczylam test/reset.
Oczywiscie sie rozwyl, ale jakos tak dziwnie dwustopniowo. Po puszczeniu przycisku przez jakas sekunde wyl jeszcze nieco w oddali. Zwalilam to na karb zmeczenia i zadowolona cisza która trwala juz minute u dalam sie do lozka.
Juz zaczelam odplywac w objecia Morfeusza.

CWIERK!
...
CWIERK!
...
szlag. Minely zaledwie jakies 30 minut od resetu.

Tym razem wybralam opcje odkurzacza - ten reczny siegal akurat do czujnika jak nieco sie wyciagnelam wiec bez wlazenia na stolek opitolilam czujnik odkurzaczem i zadowolona odlozylam go na miejsce (odkurzacz nie czujnik).
...
CWIERK!
...
qrwamac.
czytam internety ponownie
Ach! po odkurzeniu tez trzeba reset.
cholerajasnapsiakrew, musze znowu wejsc na ten stolek.
Tym razem juz bez parasola!
Alarm znowu rozwyl sie dwustopniowo.
Odczekalam tym razem dluzej i zadowolona udalam sie znowu do lozka.

Tyma razem jednak z zatyczkami do uszu i zamknelam za soba drzwi z nadzieja, ze nawet jak znowu ruszy to moze uda mi sie go zignorowac.
Prawie godzine pózniej
...
CWIERK!
...
CWIERK!
...
CWIERK!
...
qrrrrzapialpieszaszczekal.
Drzwi, zatyczki, wszystko jedno, nie ma mowy o spaniu.

Zdeterminowana wlazlam na stolek, obejrzalam to gówno dokladnie i wypatrzylam miejscie gdzie jest szpara i informacje - tu wcisnac i zsunac czujnik.
Powahalam sie bardzo krutka chwile - menatlanie, nie na czujniku! I postanowilam zrobic to.
Jeden srubokret okazal sie za gruby, musialam wykopac drugi, cienszy i zerwalam to gówno z sufitu!
Zlazlam ze stolka, nie dziubnelam sie w nic srubokretem, wylupalam z czujnika baterie, dostrzeglam napis który mnie pozbawil ze smiechu równowagi:
w glebi ustrojstwa, drobnym drukiem napisali
"jesli czujnik cwierka raz na minute przez 20 minut trzeba wymienic baterie"
bardzo przydatna informacjam, która uzsykujesz jak juz zerwiesz to gówno z sufitu (srakazm!)
Zadowolona z siebie  ruszylam do salonu zdeponowac czujnik i zdechla baterie na stole
...
CWIERK!
...
Zbaranialam epicko.
Ale jak to?? pomyslalam patrzac to na czujnik to na bateria trzymana w drugiej rece to znowu niepewnie na sufit z baza.

CWIERK!

rozleglo mi sie z reki.
z rozpacza wcisnelam test/reset i rozleglos sie takie
CWieeeeeeebzzzzt.

I zapadal cisza. odczekalam dluzsza chwile, wcisnelam ten cholerny guzik znowu - cisza - zlapalam internety i sie uspokoilam - otóz po wyjeciu baterii w ustrojstwie zwykle jest jeszcze zmagazynowany maly kubelek pradu (spokojnie ,wiem o co chodzi, tak sie tylko wyglupiam ;) ) i zanim sie go wyczerpie ustrojstwoy potrafi chwile jeszcze pocwierkac.

Poszlam wreszcie spac, byla chyba 4ta, a o 7.10 bylam gotowa rzucic czyms w budzik, olalam drugi jakies pol godziny pozniej i do pracy stawilam sie w pidzamie, skandalicznie spózniona.

A czujnik odbywal kare na stoliczku do kawy przez ponad tydzien bo oczywiscie najpierw musialam zalatwic baterie, kupujac od razu dwie bo skoro jeden zdech to drugi od pary zdechnie lada moment.
2 tygodnie pozniej nadal nie zdechl, ale pan elektryk robiacy cykliczny serwis poinformowal mnie, ze bateria w tym drugim od 3 lat jest przeterminowana wiec jak slusznie podejrzewalam wkrótce zdechnie i czy bym chciala zeby mi wymienil?
Poniewaz mialam zapas to skorzystalam z oferty bo eletryk dysponowal prawie 40cm przewaga wzwyz i wlasciwie nie musial na niczym stawac zeby do tego gówna pod sufitem siegnac.
Reszte tygodnia spedzilam siedzac kamieniem w domu i w miare mozliwoscie odsypiajac emocje minionych dni.