Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Tuesday, 14 August 2018

Gdzie jest mRufa, czyli jedna z moich supermocy

Dawno nie bylo wspominek wymagajacyh skoków czasoprzestrzennych, a moja niedawna rozmowa z kolezanka, która mieszka w caravanie, czyli domku kempingowym przywolala wspomnienie w tym wlasnie temacie.
Otóz jedna z moich supermocy jest...
...
...
NIEWIDZIALNOSC!!


https://i.pinimg.com/236x/2e/1f/d9/2e1fd9c3fe4f7b2f2c47f5a5ba078981--ice-age-quotes-movie-quotes.jpg


Powaga. Nic nie przesadzam.
Czasem po prostu nagle sie robie niewidzialna i wszyscy mnie potracaja.

No dobra, to nie jest rzadna supermoc, to jest cholerna niedogodnosc.

Ale na ten przyklad potrafie zniknac i ciezko mnie znalezc.

I wcale nie dlatego, ze bedac nikczemnego wzrostu nikne za ekranem nawet jak jest ustawiony na plasko na biurku.
Chowam sie po mistrzowsku i z doskonalym wyczuciem czasu.
I zwykle totalnie nieswiadomie.
Uniki robie równie mistrzowskie, co niezaplanowane.
I totalnie niechcacy zwykle tez.
Tzn bez swiadomej premedytacji.
Raz przyprawilam najblizsza rodzine o ciezka panike.
Innym razem pol biura o potezny ubaw, a calkiem ostatnio udalo mi sie uniknac spotkania totalnie na nim bedac.
Ale po kolei.
Gogle do skoków czasoprzestrzennych gotowe?
No to cofamy sie w lata 80te, raczej wczesne. Mozliwe, ze nawet bardzo wczesne.
Na wies, gdzie mieszkali moja Babcia z Dziadkiem.
Jest Wielka Sobota, przedpoludnie.
------------------------------------- 
Slowem wyjasnienia - nie wiem czy nadal taki zwyczaj panuje w wioskach oddalonych nieco od centrum parafialnego jakim jet swiatynia, ale w owych czasach, byc moze ze wzgledu na sytuacje polityczna kraju, a moze tylko z racji logistyki, z koszyczkiem wielkanocnym ludnosc nie rypala kilka/kilkanascie kilometrów do swiatynii, tylko skladala udekorowane koszyczki w dedykowanym domu we wsi, bladym switem, zwykle byl to najnowszy/najwiekszy dom we wsi. 
Ksiadz byl wozony przez kogos z parafian samochodem, zwykle w godzinach przedpoludniowych, bo ksieza w owych czasach samochodów zwykle nie miewali, od wioski do wioski i swiecil te koszyczki. 
Nastepnie naród okoliczny przez cale popoludnie zlazil sie i zabieram swoje koszyczki. 
Przez kilka lat z rzedu takim domem byl nowo pobudowany dom moich dziadków, wczesniej byl to dom wlascicieli lokalnego sklepu, a pózniej to juz nie wiem, bo czasy sie zmienili i zamiast wozic nasza swieconke do Babci na swiecenie, zaczelismy koszyczek lokalnie w L do swiatynii nosic, wiec moze w gre wchodzily jednak te wzgledy polityczne.
-------------------------------------
Kilkuletnia mRufa przemyka sie niedostrzezona przez nikogo przez pól domu do ostatniego pokoju, gdzie na srodku stoi ogromny stól (prawdopodobnie sa to 2 duze stoly zestawione razem), udekorowany bialymi obrusami i gesto oblozony rozmaitej masci i kalibru koszyczkami.
W tym nasz osobisty, wówczas oceniany przez mnie jako skromny, choc obecnie uznalabym go za gustowny (znak ze albo sie starzeje, albo zamieniam w swoja RO, osobiscie wole te druga alternatywe).
W pokoju, pozbawionym ludzi za to pelnym ferii kolorów, w cichosci, z oczami jak spodki, chlonac kolory i wzory pisanek, baranków, kurczatek i innego koszyczkowego nadzienia oraz przystroju, kilkuletnie mRuczatko chodzi sobie cicho wokolo stolu, napawajac sie ta sesnorycznie jednostronna uczta, czasem tylko niesmialo czubkiem paluszka tracajac jakies puchate zólciutkie kurczatka czy inne koszyczkowe pawiany, bo nasz koszyszek mial wylacznie baranka.
Czas wbrew pozorm nie stanal w miejscu, chociaz dla mRufczatka jakby nie istnial.
Nagle z sasiedniego pomieszczenia rozlegaja sie glosy.
W pierwszej chwili dziecko kompletnie je ignoruje, bo zasadniczo nie robi nic nielegalnego - nikt jej przeciez nie zabronil wchodzic do pokoju.
W koncu przez wytlumione zmysly dociera do niej, ze jeden z tych glosów nie nalezy do jej rodziców, dziadków czy wujków.
W domu jest ktos obcy!
I zbliza sie do pokoju....
-------------------------------------
Do pokoju energicznym krokiem wkracza kaplan, rozmawiajac z kims z rodziny, mozliwe ze nawet z moja RO. A moze z jakims spóznionym koszyczkodawca.
Pokój jest pusty.
-------------------------------------
Jako dziecko doglebnie niesmiale i dzikie (czytaj do ludzi) zwyczajowa przewalke narodu przed i po swieceniu przeczekiwalam zwykle gdzies w ukryciu, czesto w samochodzie, z którego nie chcialam wyjsc dopóki nie bylam gotowa na spokanie z ludzmi, nawet jesli byli to ludzie z dosc bliskiej dla mnie rodziny.
------------------------------------- 
Pustoscia pokoju zatem nikt sie jakos za szczególnie nie dziwil, bo jako rzeklam - nikt nie widzial jak sie do niego przemknelam.
Po swieceniu zaczeli sciagac ludzie, nawet dosc szybko, bo pewnei w ciagu godziny stól opustoszal.
Po pewnym czasie do pokoju wszedl ktos z rodziny i po chwili wyszedl mówiac "nie, tu jej nie ma".
Po kolejnej chwili niedomkniete drzwi wielkiej trzy-drzwiowej szafy uczylily sie i wychonelo z niej nieco zmierzwione mRufczatko.
Stól byl juz wlasciwie pusty - chyba zostal tylko koszyczek nasz i lokalnej rodziny.
-------------------------------------
Wyszlam z pokoju, przeszlam przez reszta domu opustoszalego i chyba wychynelam nawet na podwórko zanim rzucila sie na mnie jakas czesc rodziny ciezko zaniepokojona moim zniknieciem na pare godzin.
Okazal osie ze najpierw szukala mnie RO wiedzac (jak to RO tylko umieja) ze lubie ogladac swieconki i chcac mnie tam zabrac, ale nie namierzyla mnie na czas bo nadjechac kaplan i trzeba bylo brac udzial czy tam cos. A po samym swieceniu niestety nie zdazylam wymknac sie z mojego ukrycia przed przybyciem narodu po koszyczki.
Glowne obawy wynikaly z faktu ze maniacko uwielbialam w tamtym domu wlazic na strych i snuc sie po nim jak smród za wojskiem, wyobrazajac sobie rózne rzeczy lub kapiac w strychowych rupieciach i przydasiach.
Na struchu poczatkowo swiezo niewykonczonym po juz po roku pjawil sie epicki kurz, którym mi szkodzil oddechowo, a wchodzilo sie nan bo niezbyt ergonomicznie wylanych schodach bez poreczy i nieco zakrecajacych, wiec rodzina obawiala sie ze z nich w koncu kiedys zlece na ryja albo i gorzej.
Czego nie brali pod uwage to ze ja sie strasznei balam zleciec z nich na ryja i lazlam po nich jak ostatni pokraka, ale ogólnie mialam zabronione wlazenie tam solo w owych czasach. Podobnie bylo z piwnica - tak samo wylane schody itp, ale piwnica kryla w sobie mnie atrakcji niz strych wiec sie do niej maniacko nie pchalam a juz na pewno nie sama bo tam bylo ciemno, a ja braku swiatla nie lubilam nigdy.
-------------------------------------
No dobra juz opowiadam szybciutko o tym spotkaniu co to na nim bylam i nie bylam, bo na pewno wszyscy (oprócz Diabla z buraczków, która to juz zna te historyjke) którzy do tej pory przeczytali czekaja wylacznie na to ;)
-------------------------------------
Otóz kilka tygodni temu mielismy jednego ranka wizytacje.
Mianowicie po 3 miesiacach od zmiany w sponsorach projektu, nasz nowy duet sponsorujacy postanowil nas zaszczycic wizyta bez mala koronacyjna.
Uwazacie, ze co ja zrobilam?
Otóz schowalam sie i podsluchiwalam z ukrycia lol. 
NIE pod stolem. Oraz NIE w szafie. 
Po prostu jak wszyscy runeli za przepierzenie zeby dolaczyc, to ja niewzruszona klikalam w laptopa przy biurku. 
Po chwili, jak zapadla chwila ciszy za przepierzeniem rozleglo sie pytanie "a gdzie mRufa?",  "A mRufa dolaczy?", "Widzialam ja chyba dzisiaj?", na co ja zamarlam w lekkiej panice, a jedna z akwaryjnych kolezanek wychylila sienawet dyskretnie zza przepierzenia, gotowa mnie wywolac do tablicy, ale zdazylam zagestykulowac jej, ze ma trzymac morde w kuble i sie udalo.
Tylko pózniej przez 40 minut nie moglam sie ruszac bo mi krzeslo skrzypi, no i pisac musialam szpetem i nawet sobie nie wyobrazacie jak bardzo chcialo mi sie zakaslac lol.
Podczas spotkania , kazdy mial sie przedstawic sluzbowo w kilku slowach czego nienawidze i po latach zgodnie z wygloszona w koncu grozba czynie slowami "I am mRufa, I'm an alcoholic", a co wciaz zaskakuje ludzi, a nastepnie powiedziec cos ciekawego o sobie czego inni nie wiedza. Na to dictum pomyslalam sobie ze powinnam wyskoczyc zza przepierzenia i wykrzyknac - a moja supermoc jest mistrzowskie unikanie *ujowych i bezceowych spotkan!
Ciekawe co by na to powiedzili?

Friday, 3 August 2018

Unmanagable - czyli tym razem Merkury wykazuje, ze mRufa nie da sie zarzadzac

Nie powinnam byl wczoraj w ogóle wychodzic z lózka. 
Po prostu.
Otóz ja uwazam, ze to Mesje Merkury w akcji. Aczkolwiek nie bede toczyc pierwszej krwi zeby udowadniac ze nie jestem wielbladem itp.
Ukradzione z Internetów
Relacja bez filtrów (spisana bez mala na zywo bo wczoraj w niespodziewanej pólgodzince jaka zyskalam w efekcie wydazen zaczelam pisac maila do jednej z zaprzyajznionych jednostek i w polowie zorientowalam sie, ze wychodzi mi wpis):

"Dzis (wczoraj) od samego rana mi idzie troche w poprzek i pod wlos, wlasciwie to juz od wczoraj (przedwczoraj) kiedy okazalo sie, ze bankomat w Kolchozie padl, a ja mam wprawdzie dyszke przy sobie, ale potrzebuje 2 dyszki na hiszpanski. 
Odkrylam to za pózno aby M poprosic o wyciagniecie kasy po drodze i wymiane papierka na wersje elektorniczna. 
Napisalam wiec do nauczyciela sms, ze jestem niewyplacalna i co on na to. On na to, ze jak raz na 12cie lat spóznie sie z oplata to jest to totalnie wybaczalne. 
Nie dla mnie wprawdzie, bo to znaczy ze za tydzien bede musiala 40 dyszki wykaslac z siebie na raz :(, no ale cóz robic. Trza bedzie wyskakiwac z gotówki jak tylko sie do niej dobiore.
Ale pomyslalam, ze moze oddam mu dzis (znaczy wczoraj), bo dzis tez ma u nas lekcje z innymi nadgorliwcami.
Wieczorem pojechalam do sklepu po trucizne do picia, bo juz mi tak totalnie wyszla ze sie nawet wklesla podloga w miejscu gdzie normalnie trzymam flache.
W sklepie, z nienacka zapytano mnie czy chce "cashback" (czyli zwrotna gotówke - doliczaja mianowicie porzadna kwote do rachunku i z kasy wyciagaja i wreczaja czlowiekowi rzadana kwote, zwykle do 30 funtów) a ja glupkowato odpralm, ze nie dziekuje - a powinnam byla potraktowac to jakos glos wszechswiata sugerujacy mi wyjscie z impasu, bo dzis rano odkrylam ze automat dalej nieczynny w kolchozie.
Odkrylam tez, ze zapomnialam spakowac komórki, wiec nadal nie mialam jak wzywac wsparcia finansowego, a oprócz tego nie moglam tez wyslac sms z gratulacjami na okolicznosc 10tej rocznicy slubu M&Msom.
Nastepnie kolo poludnia zauwazylam kolejke przy bankomacie wiec czym predzej rzucilam co robilam i pogalopowalam ustawic sie w ogonku.
Laska przede mna pobrala dyszke i odbiegla w podskokach. Kolezanka z projektu strasznie nadeta z natury, a tym razem dodatkowo, oznajmila mi, ze juz raz chciala 30 i jej nie dal nic, na co zasugerowalam jej ze jest zbyst zachlanna i powinna byla o dyszke wystapic to moze by dostala.
Kolezanka nadela sie jeszcze bardziej i wystapila uparcie o 3 dyszki.
Nie dostala.
To poszlam ja i glupawo zamiast wlasnej rady posluchac i poprosic o dyszke zawolala 30 i oczywiscie gówno dostalam. 
I jeszcze zostalam osobliwie ofuknieta przez maszyne.
Osoba za mna postanowila eksperymentowac i poprosila o 20, ale nic z tego. 
Ja sie na kolejna próbe nie zdecydowalam, bo mialam obawy ze w koncu mi zezre karte, bo juz do mnie dotarlo ze to przeciez Mesje Merkury od tygodnia harcuje.
Wrocilam nadeta do akwarium i tam tez zostalam.
Zaczelismy testy. 
W sensie ze testowanei jednego z wdrazanych komponentow.
Jako tester honorowy zostalam dolaczona do grona w ostatniej chwili.
To znaczy, ja wiedzialam od 2 tygodni, ale wspólwykonawca jakos nie. 
W zwiazku z tym:
- Po pierwsze jako jedyna mialam niewlasciwe ustawienia konta przez co pierwsza transze testów zakonczylam ostatnia, bo zanim mnie naprawili to dobre 20 minut minelo (a przyznalam sie ze cos jest nie tak dopiero po dobrych 5minutach wysilków wlasnych bo myslalam, ze ja cos zle robie).
- Po drugie w kolejnej transzy testów okazalo sie, ze nie dostaje emaili testowych ani wlasnych ani cudzych testów, bo mnie po prostu na liscie odbiorców testowych nie ma.
To by wyjasnialo ten problem.
- Po trzecie jak juz mnie dodano do liste, to poniewaz bylam last minute, to nikt mna nie "zarzadzal", wiec znowu polowy testów nie moglam zweryfikowac, bo wszsytko przychodzilo do mnie z ogólnego adresu, zamiast z adresu "zarzadzajacego".
Tu juz zacelam glosno i wyraznie rechotac bo przeciez wszyscy wiedza w Kolchozie, ze mna sie zarzadzac po prostu nie da, a HR jest plene wymówien tych co próbowali hehe.
Ostatni test z tej drugiej transzy byl o wysylanie systemowo smsów. 
W pierwszej chwili zapytano mnie czy aby mam dostep do nowego CRMu, gdzie sa dane kontaktowe. No helou, czywista ze mam, przeciez pracuje w nim. 
A to swietnie ucieszyl sie jeden z testowych pomocników.
Jade wiec ze skryptem, inni tez az dotarlam do punktu gdzie trzeba podac swój numer komórki, zeby przetestowac ten systemowy sms.
"Ej, ja nie chce podawac komórki, prywatnej do sluzboweg osystemu" zaprotestowalam niemrawo, ale pomyslalam, ze huk tam, najwyzej wykasuje od razu zeby nie bylo powtórki sprzed 10 lat 
(Otóz przy poprzednim projekcie tej klasy podalam swój numer konta do testowania systemulokalnego(testowego), który mial byc docelowo naszy mtesotwym, a pózniej okazalo sie ze nie ma czasu budowac nowego zeby zrobic zen produkcje i przysposobilismy ten testowy na produkcje po ostatniej udanej testowej migracji, czego jakos nie zauwazylam i moje konto bankowe w ferworze walki nie zostalo usuniete i jako taka anonimowa sierota wisialo w polecnieu zaplaty i po okolo dwóch albo 3 miesiacach po wdrozeniu odkrylam, ze robie symboliczne dotacje miesieczne na rzecz Kolchozu i sa to co ciekawsze dotacje anonimowe w systemie bo oczywiscie reszty moich danyc hw systemie nigdy nie bylo!)
Juz wzielam sie z wklepywanie danych do testu, gdy dotarlo do mnie ze przeciez nie mam dzis telefonu, wiec i tak nie moge przetestowac na sobie!!
Zglosilam zazalenie, ze nie moge testowac ostatniego scenariusz bo zapomnialam telefonu.
Rozbawiona, ze skleroza oszczedzila mi podawania prywatnej komórki w systemie sluzbowym, spoczelam na laurach.
Po 5 minutach przyszli sie pytac czy juz sobie przypomnialam telefon.
Zbaranialam na to, bo przesz pamietam swój numer.
Ach!! Okazalo sie, ze to tak nieslychana rzecz, zapomniec komórczaka, ze nikt nie powiazal "zapomnialam telefonu" z fizycznym brakiem komórki i uznali ze trzasnela mnie po prostu skleroza!
Wyjasnilam zatem, ze ja zapomnialam zabrac z domu komórke, wiec problem jest sprzetowy raczej niz mentalny.
Po opanowaniu rozbawienia zalecono mi pominac pierwsze 10 kroków i pojechac ze skryptem od 11stego.
Poslusznie wykonalam polecenie.
Nagle siedzaca obok mnie kolezanka imieniem Julie, nie bioraca udzialu w testach nagle mówi
"Dlaczego ja dostaje smsy o tresci Hi Gemma??"
Ja odostalam ataku smiechu i mówie, ze pewnie jej numer telefonu jest na jakims testowym rekordzie w systemie.
"Ale to juz 7my!" poskarzyla sie kolezanka.
Pocieszylam ja ze w sumie bedzie okolo 12-13 bo tylu testerów bralo udzial w tym cwiczeniu.
I faktycznie po 10 minutach dostala jeszcze jeden smsm urozmaicony tym razem "Hi Gemma, this is msg from mRufa", co potwierdzilo moje podejrzenia.
Jak mówila, nie powinnam byla dzis (wczoraj) wychodzic z lózka."

Thursday, 26 July 2018

Gry i zabawy ichtiologiczne czyli mRufa na wystepach goscinnych w Normandii

Otóz w ubieglym tygodniu wybralam sie troche z koniecznosci do Francji.
Z koniecznosci, bo w zasadzie budzet urlopowy jest na debecie od paru lat, ale poniewaz obecny projekt ujawnil jednodniowy poslizg, a ja mialam 3 dni nadgodzin do odbioru w tym miesiacu to zlosliwie postanowilam sobie je odebrac oraz dlatego, ze musialam zalatwic w kraju wina i zabich udek oraz slimaków pewna sprawe biurokratyczna.
Sprawe zalatwilam czesciowo, bardziej niz mialam obawy, a mniej niz powinnam.
Korzystajac z owej koniecznosci i zachlannie wysepionych 3 dni wycelowalam w weekend i umówilam sie z V, ze ich odwiedze przy okazji, bo jednak szmat czasu sie nie widzialysmy - na oko jakies 3 lata, a ta z kolei zapowiedziala, ze z tej okazji zabierze mnie do Deauville, w Normandii.
Nastawiona na takie eleganckie okolicznosci przyrody, nie majac kolczyków z brylantami, zapakowalam spodnie typu wieczorowego (zamiast drugiej pary spodni codziennych i pary sandalów).
Zapakowalam tez kostium kapielowy bo skoro w kurortach to na pewno basen w hotelu bedzie to se poplywam.
Jako doswiadczona turystka (przez los i pogode doswiaczona), zapakowalam tez kurtke z kapturem oraz antygwaltki.
W efekcie takiego pakowania zapewnilam brak deszczu i pogode jak drut. Co prawda prognoza zlosliwie sugerowala chlody wlasnie w Normandii, ale swiadoma tej kurtki od deszczu i posiadanych dlugich spodni wielosezonowych cala droge prowadzilam pogadanki motywacyjne, ze "mam kupalnik, kupatsya budu" bo jak juz wspominalam V jest Australijska Rosjanka, urodzona na Ukrainie i od przeszlo póltora roku czekajaca na decyzje w sprawie paszportu francuskiego. Istny sok wieloowocowy ;)
O, malzonek V uparcie sie z nas nasmiewal, ze wykapiemy sie do wysokosci kostek i bedziemy schrzaniac z plazy i posunal sie nawet do czynnego sabotazu wymyslajac dla nas dluga droga z planami póltoragodzinnego spaceru w jakims miescie o nazwie CAEN, o którym rzadne z nas wczesniej nie slyszalo (a które jest stolica regionu Calvados, na co ja sie najpierw podjaralam bo zaczelam niesmialo liczyc na wizyte w destylerni loklanej - och w jakimze bylam bledzie), spaceru odmówilam stanwoczo bo temperature w okolicy 28 stopni i zywe slonce skutecznie mnie zniechecalo do marszów bez celu po sladach jakiegos debila z 11 wieku (przepraszam osoby histerycznie inklinowane, ale akurat takie atrakcje mnie nie interesuja (nie ta epoka histeryczna), nawet fakt, ze tym debilem byl Wilhelm Zdobywca nie zrobil na mnie wrazenia), nastepnie poslugujac sie jakimis osobliwymy wskazówkami z internetu przegonil nas przez pól miasta szukajac restauracji, która juz nie istniala, by w koncu zasiasc w koszmarku na ulicy, obok odswiezanej wlasnie katedry czy tam innego opactwa, który serwowal (koszmarek, katerdra zas serwowala nic) wylacznie padline rozmaitego autoramentu.
To ta katedra, czy cós. Na jej tylach przy remontowanej wlasnie uliczce lubo tez deptaku znjadowalam sie knalpka-koszmarek. Ale zarcie bylo nieszkodliwe i np w porównaniu z Wyspa boskie, ale w porównaniu z innymi miejscami we Francji to takie sobie ;)
Owszem uparcie jestem "recovering vegetarian", czyli wegetarianka na odwyku, ale w restaurajach zwykle wybieram opcje wege, pod warunkiem, ze sa zjadliwe. niestety w koszmarku nie bylo jadalnych wersjii wege, wiec ze startera zrezygnowalam kompletnie, na glówne danie wybralam jedyne co mi sie udalo zorzumiec samodzielnie w menu czyli burger (po poprzednich doswiadczeniach z posilków we FR w towarzystwie V, wole nie polegac na ich interpretacjach jezykowych potraw (kacze plecy) i próbuje sie sama zorientowac co jest w ofercie) oraz trio serowe Normandii - tak sie to nazywalo, slowo honoru.
Oprócz oslepiajacego slonca i morderczego burgera który mnie pokonal rzucil sie na mnie wychodek.
Biernie sie rzucil, mianowicie musialam skorzystac.
Wejscie bylo neutralne i tylko jedno wiec uznalam ze to co-ed i slusznie.
Ale w najdzikszych widach nie przewidzialabym formy owego co-edu. Otóz wchodzilo sie i pierwszy widok jaki czlowieka spotykal byl pisuar, bez mala na wprost drzwi (po lekkim skosie i bez jakichkolwiek drzwi). Szczesliwie akurat nie byl w uzyciu bo nie wykluczone ze z zaskoczenia bym cos powiedziala w sposób dynamiczny i gawaltowny.
Mimo, ze w uzyciu nie byl, to wystawilam leb na zewnatrz celem upewnienie sie ze nie wlazlam z rozpedu do meskiego wychodka.
Ale nie.
Uspokojna wstepnie rozejrzalam sie na boki. Po lewo byla umwyalka a po prawo dwoje drzwi. Te blizej mnie mialy ksztalt w spódnicy na drzwiach, drugie w spodniach. Ksztal, nie drzwi.
Oba akurat wolne, wiec mimo noszonych akurat spodni wlazlam w drzwi ze spódnica.
Po stosownej chwili laczenia sie z Sekwana wyszlam.
Wychodzac, bardzo dyskretnie spojrzalam na pisuar, ale nadal byl wolny.
Wróciwszy do stolika uprzedzilam towarzystwo, ze jest to wychodek z niespodzianka, wiec zeby nie czuli sie zaszokowani.
Na rekonensans udal sie O.
V w tym czasie wyznala mi, ze zrobila chlopu lekka awanture, bo prosila go o wyjazd nad morze, a on z uporem maniaka po jakich ruinach usiluje nas ganiac, wiec jedzimy juz teraz prosto do miejsca gdzie mamy mete.
Odetchnelam z ulga bo na prawde te 3 sklepu na krzyz w okolicy budzily mój niepokój - nie bylam pewna co ja przez 1.5 godziny bede robic, czekajac az oni sie przespaceruja. Nastepnie dziabnely mnie wyrzuty sumienia bo O poczynil przygotowania, wydrukowal plany spacerów itp. A juz na sam kniec troche sie uspokoilam bo przeciez zignorowal wymagania ogólne i szczególowe, ze "nad morze, na plaze", które zdefiniowalam mu V na samym wstepie. Zawód wyuczony wzial góre nad emocjami i uratowam moja równowage.
Ale rozpedzilam sie - bo wieczorem przed wyjazdem do Normandii zasiedlismy na pogaduchy i posilek i moi gospodarze opowiadali mi o rozmaitych przezyciach z poprzednich 3 lat.
Nie no spokojnie, nie bede Wam opowiadala calej historii, ale w swietle pewnych ostatnich wydarzen kilka ich opowiasci rzucily mnie na kolana w lzach smiechu i kaluzy nie tylko z lez, acz nadal ze smiechu i postanowilam sie tym podzielic.
(bo potrzebny mi byl pewien dokument z francuski instytucji panstwowych w wersji papierowej, a dostalam go w elektornicznej i od miesiaca nie moglam sie doprosic wersji papierowej, bez slowa wyjasnienia. V poproszona o wsparcie jezykowe przekazala mi ze mój rozmówca strasznei sie dziwi po co mi papier jak mam elektroniczny i mge wydrukowac)
Otóz O mial pare lat temu zabieg by-pass. Jest to zabieg dosc inwazyjny (bardzo wrecz) i w okolicach kardiologicznych i jako czlowiek nie pierwszej juz mlodosci O byl nieco niepewny co do swojej ogólnej kondycji (i do dzis jest nieco). Po pewnym czasie po ty mzabiegu musial wyjechac z Francji, zeby zrestartowac swoja krótkoterminowa wize francuska. Bylo to zaledwie miesiac czy dwa po zabiegu. Uznal ze to moze troche wczesnie, moze nie czul sie jeszcze za dobrze, ale przepisu sa nieublagane i jak nie wyjdzie to moga go deportowac, odebrac wize itp.
Poszedl do lekarza po zaswiadczenie, ze mu latac jeszcze nie wolno, zebu mu odroczyli termin/ przedluzyli te wize jednorazowo o kilka miesiecy (nie pomyslala fujara ze móglby do mnie przyjechac na weekend pociagiem, no ale to juz nic nie poradze).
Lekarz loklany, popatrzyl na niego z politowaniem i pogardliwie mowi, 'panie, my takich operacji na setki robimy, jakby kazdemu zabronic to by prawie nikt po 50tce latac nie mogl.
Na to Oleg, któremu pikawa szwankowala, ale nie ciety jezyk odparl- To ja poprosze o zaswiadczenie ze latac mi wolno i absolutnie nic mi nie grozi.
Lekarz na takei diktum pomilczal chwile, popatrzyl na niego badawczo i po namysle odparl- To ja panu damu zaswidczenie ze latac jeszcze nie mozna.

Dostalam czkawki ze smiechu.

W tym czasie (te zabiegi i inne takie) V starala sie o rózne inne zezwolenia, w tym to obywatelstwo, a O ow ramach procedury laczenia rodzin o pozwolenia zostania z nia bo ona juz prawo pobytu i pracy miala.
W ramach tych procedur oboje musieli dostarczac rozmaite dokumenty typu akt urodzenia, certyfikat zawarcia zwiazku malzenskiego.
Mus to mus, dostarczyli, chociaz nie bylo to latwe bo V urodzona na Ukrainie, tam akurat wojna i jak to niby zalatwic? Ale jakos tam sie udalo.
Po trzech miesiacach (moze po pól roku?) dostali wezwanie, ze musza ponownie.
Ale dlaczego?
A bo moze w te 3 miesiace sie cos zmienilo.
No dobrze mówia, ze sie mogli rozwiesc to owszem, mozliwe, aczkolwiek akurat nei czuli takej potrzeby, ale akty urodzenia??  To co, ze data sie zmienila w ciagu tego czasu czy co?
A to nie ich sprawa, taki przepis.
V dostala piany na pysku wylupala im co o tym mysli, przywalili pieczatke ze jednak nie musi, bo okolicznosci przyrody utrudniaja.
(Czy to mozliwe ze we Francji wszystko mozna zdalnie wydobyc? by chyba tak i to sprawia ze tym lokalsom sie wydaje ze wszedzie jest tak samo?)
Nastepnie w ramach swojej procedury laczenia rodzin O dostal wezwanie, zeby dac zaswiadczenie, ze jego obecna zona jest jego jedyna zona, znaczy zeby udowodnic, ze po rozwodzie z pierwsza, a przed slubem z druga, nie mial zony 1.5 z ktora nadal jest zwiazany, ewentualnie nie wzial sobie w miedzyczasie jakiejs dodatkowej.
Poszedl  wiec O wypisywac to oswiadczenie, ale przed oddaniem go cyz moze przed rozpoczeciem pyta urzedniczki, czy jego zonie tez takie zaswiadczenie beda kazali zlozyc, bo ona czesto i na dlugo wyjezdza i on by tez chcial wiedziec, czy on u niej jedynym mezem i skoro on wypisuje takie to czy ona tez by mogla.
Urzedniczka popatrzyla na niego, wybuchnela smiecham i powiedziala, ze on tego oswiadczenia tez nie musi dawac.

Tu prawie spadlam z krzesla i przypomnialam V jak to mój rozmówca wczesniej dziwil sie straszliwie czemu ja potrzebuje miec oryginalny papier zeby zabrac do Polski, a nie kopie.
V prawie wyplula wlasnie popijane piwo.
--------------------------------------
Kurtyna.
--------------------------------------
No dobrze to teraz fast-forward do godziny powiedzmy 16/17tej w dniu wyjazdu nad morze.

Z okna mialam miedzy innymi widok taki. Jest to widok historyczny scisle powiazany z D-Day czyli zdobywaniem Normandii przez sily alianckie. To na obrazku to resztki ruchomej przystani (jedenj z) o nazwie Mulberry Harbour (ten okres histeryczny owszem jak widac)

W pokoju na 3cim pietrze, wrecz na poddaszu, najpierw slyszym straszliwe posapywanie, mamrotane klatwy, tajemniczy lekki lomot.
To mRufa wbija sie w swój od lat 4rech nie uzywany "kupalnik".
Wlasnie przygwizdala lokciem w scianke dzialowa usilujac zamontowac opatulacze na "duzych niebieskich oczach".
Czy wiecie jak koszmarnie trudna wbic sie w nieco ciasnawa góre on tankini jak czlowiek jest porzadnie spocony po wspinaczce na 3cie pietro po 15 minutach pieczenia sie w zamknietym samochodzie z wylaczonym silnikiem?
Nie wierze, ze wiecie.
A ja juz wiem.
Ale udalo sie.
I nic nie urwalam.
Nastepne wyzwanie to zejsc po kreconych schodach w japonkach i spodniach które z nienacka zrobily sie okropnie luzne i sliskie i ni cholery nie chca trzymac sie w pasie tylko usiluja sie zeslizgnac ze spetanych kostiumem kapielowym bioder.
No i na koniec trzeba w tych japonkach wyjsc z hotelu przez bar wypelniony elegancja wypoczywajaca na tarasie.
Dalej to juz bylo z górki.
A to moze nie jest majsterstyk ale spodobal mi sie efekt swiatel sztucznych w zestawieniu w niebem o godzini okolo 22.30. Wykonany aparatem z jezyny bez nijakich dopalaczy. Marga patrz - tam mi sie przynajmniej jedno "plastykowe badziewie" majaczy - których nota bene we Francji jak mrówków bylo!!

W koncu okolo 17.15 znalazlysmy sie z V w wodzie, slonej, burej (bo przyplyw szedl) i cieplej jak zupa.
W tak cieplej wodzie nie kapalam sie od blisko 30 lat, kiedy to Baltyk przywital nas temperatura wody +21C.
Zadowolona z zycia, zmagam sie z falami, wychlapuje slona wode z ucha, usiluje plynac pod prad itp, w poblizu, ale pare matrów ode mnie V robi to samo, gdy nagle na rece zanurzonej w wodzie poczulam delikatne musniecie. W pierwszej chwili czesciowo wyparlam, ale nie pewnie sie rozejrzalam wokolo.
Po chwili drugie musniecie, tym razem w udo.
Tu juz wrzasnelam.  
(I pogratulowalam sobie ze jednak wstapilam do lazienk PRZED wyjsciem z hotelu)
V zdziwiona sie pyta czy mi zimno, czy cos sie stalo. Wyznala ze czuje sie obmacywana, ale nie widze przez kogo.
Zanim V zdazyla mnie wysmiac, ze mam fantazje podskoczyla jak biczem cieta - "cos mnie po plecach smyrnelo!"
Niepewnie zaczynamy sie odsuwac patrzac podejrzliwe w metna (przyplyw) wode, gdy katem oka widze cos srebrzystego szybujacego z kierunku mojej glowy. Odskoczylam gwaltownie i zbaranialam.
Otóz usilowala sie na mnie rzucic ryba.
Sporsza taka. Okolo 30cm dlugosci, dobrze wykarmiona (po dluzszym kopaniu w internetach doszlam do wniosku ze byl to pstrag morski).
Po chwili znowu mnie cos smyrnelo znowu w reke.
Nastepnie smignelo mi spod stopy, bo akurat lazilam w wodzie.
Zostalysmy zaatakowane przez jakos mocna nawiedzona rybe!!
Pierwszy raz w zyciu zobaczylam rybe plywajaca w morskich odemtach w na pókuli Pólnocnej!
Malo tego - po odplynieciu w innym kierunku (naszym) powrócilysmy w poprzednie miejsce i najnormalniej w swiecie ta szalona ryba urypala mnie w palec u nogi.
Na szczescie to nie pirania bo juz bym robila za mRufa 9ciopalca.
Do dzis nie umiemy wyjasnic czemy tylko ta jedna ryba tak sie na nas zawziela i czemu tylko na nas bo nikt wiecej nie wyskakiwal w wody z okrzykiem, a kapiacych sie jednak troche bylo.
Natomiast jestem przekonana, ze poznalam ten krzywy (rybi) ryj na drugi dzien w Cabourg, na talerzu O.

--------------------------------------
Czuje sie pomszczona.
--------------------------------------

Juz koncze, slowo!! przypomniala mi sie jeszcze wcoraj wieczorem martyrologia kapelusika odslonecznego O. Otóz O w swoje ulubione nakrycie glowy od slonca - taki kapelusik polowy, faktycznie calkiem fajny jak dla mezczyzny. No i te czapke nosil przez caly weekend. Az wreszcie usiedlismy w tej kanjpie z ta ryba co mnie ugryzla. Mial te czapke nie wiem gdzie, bo nie na stole i nie na glowie. V poszla na plaze sie wykapac raz jeszcze, a ja zamówilam sobie deser lodowy, który okazal sie byc wiekszy niz moja glowa i totalnie mnie pokonal, ale to juz poza konkursem. O zamówil tez jakis lakoc, a kapelutek polozyl na krzesli V.
Kelnerka zabrala nasze talerze i po pewnym czasie przyniosla desery.
O z jakiegos powodu postanowil zalozyc kapelusz. wzial go z krzesla i usilowal ja sobie nasadzic na glowe gdy cos z niej wylecialo. Nie byl to królik, ani golab, tylko resztka chili w oliwie, która kelnerce zleciala z talerza i wpadla wlasnei do kapelutka.
O poczul sie mocno zdeguatowany, wytrzepal czapke i z rozgoryczniem pokazal mi okazala tlusta plame w denku kapelusza.
Zapytal czy moze ja sprac piwem (desperados), ale mimo, ze alkoholem mozna rozne plamy wywabiac to watpilam czy akurat tym piwem warto i zasugerowalam wode. O usilowal uzyc do tego celu swoja zatluszczona ryba serwetke, wiec oddalam mu swoja nie uzywana, ale i tak mialam obawy bot ta serwetka niebieska, ale co sie bede klocic z tak upartym facetem co to w 28 stopniach usilowal nam wmawiac ze mu zimno i nawet butów na plazy nie zdejmie.
Po chwili O pochylony nad czapka zerka na mnie zaklopotany i mówi
"Smatri (mRufa), sczas ana stala galuboj!" (Patrz, teraz sie zrobila nibieska(ta plama)).
Parsknelam smiechem, a O przestal wcierac serwetke w czapke i odlozyl ja na krzeslo V.
W polowie deseru V wrócila z kapieli, a O wyrwal jej swoja czapke prawie spod zadka u pokazuje co sie stalo. Czapka podobno pierna wiec sie uspokoil.
Dojechalismy do Paryza, wysiadamy z samochodu, a O wykrzukuje
"Moja biedna czapka - nie dosc ze zaplamiona i upackana to jeszcze cala droge V na niej siedziala!"

Kurtyna.

PS. Czapka po praniu nadal mialam niebieski slad po serwetce... wiedzialam ze to byl blad.