Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Friday, 23 November 2018

mRufa kontra Mercury 1-1, czyli kinowe porazki w nowej odslonie.

Otóz rzucil sie nie mnie Mercury.
I wbrew pozorom to nie makaronizm jak mawia Marga, tylko Freddy.
foto z https://queenphotos.wordpress.com/2013/07/14/freddie-sheer-heart-attack-tour-2/
Zeby nie bylo - ja bardzo lubie twórczosc Queen.
We will rock you bylo hymnem mojej przyjaciólki i moim w sredniej szkole, Radio Gaga moim ulubionym przebojem przez wieki, no i w ogóle - zeby nie bylo, ze nie lubie, c'nie?

Ale jak zobaczylam zajawke filmu Bohemian Rapsody przed wieloma miesiacami to mnie odrzucilo - no nie pasowal mi odtwórca roli Freddiego, koniec i kropka.
Moze za dobrze pamietam go jako zywego (tak jestem stara, no juz trudno, wydalo sie), chociaz moze nie tak blisko i dokladnie jak wokaliste Airbourne, ale jako zywo, takiego wytrzeszczu to on jednak nie mial, nawet jak byl juz ciezko chory.
A moze po prostu jakas anty-chemia jest i tyle, bo od razu wiedzialam ze NIE pójde na ten film i NIE bede go ogladala.
(Dodam uczciwie, ze w ogole nie chadzam na filmy o kapelach/muzykach, nie wiem czemu. Nie mam parcia.)
Nie pomoglo nawet, ze kolega przystojnego Roba (ze studiów) gra Briana-kudlacza.
Nie pomoglo, ze Sandra chciala pójsc i zupelnie nie zrobila na mnie wrazenie pochwala od Bozenki, która wlasnie obejrzala ten film pare tygodni temu i sie dziwila, ze czemu nie.
To tyle tytulem wyjasnienia.

Od tygodnia szaleje Merkury w retro (astrologicznie, co nie?).

Taki obrazek przyslala mi kiedys przy okazji Judi od krysztalow i uwazam go za nadzwyczaj udany.
Mnie jak zawsze zaczyna przeczolgiwac do dwóch tygodni przed i tak tez bylo.
Otóz wybralam sie w koncu do kina - wybierac sie usilowalam od przeszlo 3 tygodni - czyli krótko po poprzednim raporcie, ale zycie mi nie sprzyjalo, bo albo nie mialam czasu, albo energii, a jak byly i czas i energia to nie bylo w kinie absolutnie nic mnie interesujacego.
Juz bylam bliska w miniony poniedzialek udac sie na Grincha, ale po pierwsze czulam sie jakby mnie ktos zlamal na pól i zlozyl do kupy przy pomocy drutu kolczastego, po drugie kiblowalam w Kolchozie do godzin wymiatania pracowników na miotle z budynku.
No to nie poszlam.
Kolejne dwa dni przynosily podobny bilans - bo nawet jak wyszlo mi sie z raz kolo 5tej (ewenement) to akurat nic nie grali stosownie czasowo.
Wczoraj mialam nawet mysl czy by nie pójsc na tego Grincha, ale o 16.45 kiedy mial sie zaczynac (poprzedzony reklamami itp) ja jeszcze konczylam rewizje i poprawianie historii uzytkowników z piana na pysku (bo po raz 3ci i wcale sie od tego lepsze nie robily - nota dla potomnosci - zle zdefiniowane historie nie robia sie lepsze od patrzenia na nie. Nawet patrzenia bardzo stanowczo i ponuro. A takie podejscie uprawia wiekszosc moich kolegów z zespolu.).
Skonczylam punkt 5ta i po zakonczeniu czynnosci sluzbowych i pozegnaniu ciezarówki numer 2, która wlasnie zaczela urlop przed rozpoczeciem macierzynskiego, wyszlam z pracy z bojowa mysla - jak zdaze to ide na Robin Hooda na 5.15.
Tzn mysla byla, ze jak dojade pod kina do 5.20 to spróbuje.
Dojechalam i 5.20 punkt bylam na górze przy kasach.
Wyprzedzilam po drodze jakiegos faceta, który calym soba wskazywal, ze nie wie czego chce - bo najpierw wyprzedzil mnie do schodów ruchomych, chociaz wcale do nich nie szedl, po czym rozlazlym krokiem dal sie mnie wyprzedzic do nastepnych schodów ruchomych.
Otwarte byly dwie kasy i przed obiema "klebilo sie" 3-5 osób, wiec stanelam w tej blizszej myslac dosc niejasno, ze moze kupie cos do jedzenia, bo od sniadania wlasciwie nic nie jadlam, to moze bym jakies nachosy z tym niedobrym sosem zjadla.
Niezdecydowany stanal za mna.
3 sztuki sprzed drugiej kasy odeszly razem jako jeden klient i rozlazly koles kurcgalopkiem tam popedzil.
Ja zrezygnowana stalam dalej i dostarlo do mnie, ze przy kasie odbywaja sie jakies negocjacje.
Po 3 minutach monitorowania negocjacje trwaly twardo dalej.
Jakies zwroty jakies popcorny czy inne lody, ale nie film.
W koncu dwójka w pretensjach i z lodami sobie poszla a do negocjacji przystapila kolejna trojka.
A ja sobie stalam i snulam refleksje, ze cholera zamieniam sie chyba w tych róznych co zawsze wysmiewalam, ze narzekaja jak ludzie do kina ida z obiadem w dwojakach i wybrzydzaja przy kasie jakby to byla restauracja Michelina.
Po pewnym czasie zaczelam przysluchiwac sie tamtej drugiej stronie, z nadzieje ze Niezdecydowany jednka na cos sie zdecyduje i pójdzie w cholere - otóz usilowal dowiedziec sie o której zacznie sie jakis tam film, zeby nie ogladac reklam i zajawek i czy jak pojdzie teraz na obiad to zdazy sie najesc zanim zacznie sie film o 8mej.
Nic jakos nie kupujac deliberowal tak a moze nawet monologowal z zapalem.
W tym momencie zlapalam wzrok zdesperowany kasjera z tej drugiej kasy i pomyslalam, ze moze jednak szybciej zdecyduje sie ten Niezdecydowany niz tych trzech co tez przyszli na film do obiadu.
Ruszylam wiec dostojnym krokiem z lekkim pólusmieszkiem w te strone i bym jak nic zbaraniala widzac ulge na obliczu kasjera, gdyby nie to ze juz prawie tam dotarlam i wlasciwie zatrzymywalam sie w kolejce jako druga.
"Przepraszam, moze ja obsluzej te pania, a pan sie w tym czasie zastanowi" wyrwala mnie z zaskoczonego stanu wypowiedz chlopaka za lada.

Wbrew ssaniu w zoladku odparlam energicznie, ze ja to poprosze tylko o bilet na film. I ze filmem tym jest Robin Hood na 5.15.
Wybralam rzad, zaplacilam i gdy mialo nastapic wydrukowanie biletu, zabraklo papieru.
Cholera jasna pomyslalam refleksyjnie.
"Bardzo przepraszam, przyniose tylko nowa rolke i wydrukuje"
Bardzo stoicko odparlam, ze jasne, myslac rownoczesnie niejasno, ze moze z raz omina mnie te wkurzajace reklamy.
Nie zdawalam sobie sprawy, ze ten szum za mna to byla przelatujac zlosliwa godzina.
Nowa rolka przybyla i zaczal sie proces wymiany.
W polowie chlopak powiedzial, ze wlasciwie to ja moge juz isc jakbym chciala, ze dal mi miejsce w ostatnim rzedzie i se moga usiasc gdzie chce bo jest prawie pusto, a film jest w salce 8.

Upewnilam sie, ze na pewno w 8 i poszlam mentalnie smiejac sie ze acha-cha-cha, ale by bylo smiesznie, jakby mi dal zly bilet jak poprzednio.

Poszlam do tej salki 8 i zdebialam bo mialo byc prawie pusto, a tu calkiem sporo ludzi. Ale ostatni rzad faktycznie pusty to moze to mial na mysli.
Poszlam tam i usiadlam.
Przeczekalam koniec reklam i zajawki i na ekranie pojawil sie tytul filmu.
.
.
.
.
buduje napiecie
.
.
.
.
jeszcze buduje
.
.
.
.
no dobra pieta wysiada, juz nie buduje

Bohemian Rhapsody.

Juz nawet nic nie pomyslalam, tylko zlapalam kurtke i torbe i wyszlam, za drzwiami myslac nieco rozpaczliwie, ze przeciez nie mam biletu to nie wiem jak ja udowodnie ze zaplacilam, jak tego chlopaka na drugiej kasie juz nie bedzie.

Oczywiscie juz go na kasie nie bylo, ale zauwazylam, ze rozmawial jeszcze z innymi chlopakami, wiec podeszlam do niech i z lekka uraza oznajmilam, ze w ósemce to jest Bohemian Rhapsody!!

Chlopak nawet nie pytal co mialo byc tylko zlapal za ekran kolegi (kasowy znaczy a nie ze jego cyferblat) zerknal i przepraszajac przerazliwie powiedzial, ze to miala byc sala 7, ale ze spokojnie mój film sie jeszcze nie zaczal.

I w tym momencie uswiadomilam sobie, ze to byl ten sam chlopak który mi wymienial bilet na wlasciwy poprzednim razem, jak zmiast filmu z czasem trafil mi sie film z zegarem.
(ofiara dysjalkulii czy co??)
Poszlam na wlasciwa sala, która faktycznie byla prawie pusta, ale ostatni rzad zajelo 3 nastolatków, na szczescie jednak film przyszli ogladac, a nie wkurzac ludzi, ale i tak usiadlam w innym rzedzie i mozliwe daleko od nich.
Usiadlam, obejrzalam po raz wtóry reklamy i zajawki, pogratulowalam sobie w duchu, ze nie mam tym razem zakaski i napoju, ktory moglam zostawic omylkowo w 8-ce i w lekkim napieciu czekalam, czy aby na pewno jestem w dobrym miejscu.
Robin Hood.
Uff.

I tak to wlasnie rzucil sie na mnie Mercury, ale mój upór doprowadzil do remisu.

Kurtyna!

Monday, 22 October 2018

Kara za dobry uczynek, czyli kinowych porazek ciag dalszy

Jest w moim przybranym kraju takie powiedzonko - No good deed goes unpunished - czyli, ze dobre uczynki sa karalne.
Jak slowo daje zawsze myslalam (przed migracja), ze istnieje tylko karma, a tu wszystko wskazuje na to, ze istnieje tez rodzaj anty-karmy albo kotrarmy.
Czyli nie rób komus dobrze, bo ci sie moze odplacic z buta. W moim przypadku odplacanie zwykle robia sily wyzsze techniczne.
I tak na przyklad we srode bardzo póznym wieczorem, z nieznanych nikomu powodów zaoferowalam osobie, która przegapila ostatni pociag, ze ja podwioze.
Co tez uczynilam.
Juz w drodze powrotnej bylo fajnie, ale bylam przygotowana, bo jadac z pasazerem zaobserwowalam, ze kawalek drogi powrotenj stanowi droge zamknieta, wiec pieczolowicie wygladalam objazdu i nawet mi sie to ladnie udalo.
Nastepnego dnia bylam taka nietomna, ze nie zapakowalam sobie nic do jedzenia, a jak jestem mocno niewyspana to potrzebuje wiecej paliwa, bo jednak nadal musze zasilac jednotke centralan ciagnaca na wysokich obrotach.
Nietkórzy moze mysla, ze praca umyslowa to letka jest i nieobciazajaca, ale niestety moja jednostka centralna wymaga paliwa wysokoweglowego, inaczej szybko sie buntuje.
Nie ze górnik na przodku, ale po 4 dniach na diecie bialkowej niby glodna nie bywam, ale po 8 godzinach pracy w drugim jezyku to ja juz wylacznie na instynktach funkcjonuje i o mysleniu nie ma mowy.
Ale nie w tym rzecz - mianowicie udalam sie po pasze do kantyny i kupilam sobie ladnie wykladajaca kanapke, wlasciwie to KANAPE, z szynka i serem.
Jakies tam zielsko w niej bylo, ale nie rocket (po naszemu roszpunka), której nie cierpie, bo jak dla mnie smakuje jak wolowina z pieprzem, a pieprzu (czarnego) tez nie cierpie.
Za to byla z picklem.
Co nawet toleruje, bo troche sie juz do tutajszych chutney i pickle przyzwyczailam i nawet niektóre z nich kupuje dobrowolnie.
Niestety bylo to pikiel rodzynkowy.
A chyba od pieprzu czarnego i roszpnuki to wylacznie mumifikowanych winogron nie cierpie bardziej.
Pomamrotalam sobie pod nosem, ze jeszcze mi tylko tego do szczescie brakowalo - to juz lepszy byl ten pieróg z serem na slodko okraszony skwarka.
Wydlubalam z obrzydzeniem rodzynki (niektóre z pyska, bo sie tak sprytnie kryly za zielenina, ze paru nie wypatrzylam) i spozylam reszte bez obrzydzenia ale i bez wielkiej przyjemnosci.
Wczesnym popoludniem odzyskalam nieco wigoru i postanowilam rzutem na tasme oraz spontanem pójsc sobie do kina.
Taki film byl, ze Bad Times at the El Royale (czyli Kiepskie czasy w El Royale) i spodobal mi sie tak sklad jak i tytul, wiec wydarlam z biura o 4.15 i pojechalam do kina.
Przy kasie poprosilam, ze chce jeden siedzacy na Bad Times at the El Royale.
VIP? nie dziekuje, zwykly poprosze. A gdzie - a nich bedzie na koncu.
Nawet nie swirowalam, ze przy oknie, bo jednak kreatywnosc mi nadal od niedospania kulala.
Pobralam bilet, zapodalam nawet przekaske (NIE popcorn), napój mialam wlasny, skitrany w torbie.
Polazlam do salki, sprawdzajac po drodze jej numer i numer rzedu - czyli spojrzalam na bilet na tyle dlugo aby odczytac ze screen 11, i miejsce jakiestam.
Miejsce to ogólnie mnie malo obchodzilo bo wiem, ze przed 17ta to oni je tak sobie z laski na ucieche przydzielaja, bo tlumów nie ma.
Usiadlam zatem po uwazaniu (mozliwie daleko od juz obecnych klientów) oraz na tylku i zaczelam spozywac przekaskem, zabijajac czas reklam i zajawek. Akonczylam pozywienie w sam czas na koniec reklam i wyciagnelam puszke napoju z torby celem przeplukania ryja po nieco palacych papryczkach.
Minely zajawki i pojawil sie napis, ze zblizajacy sie seans jest przeznaczony od lat 12
na co troche baranina zaczela ogarniac, bo mialam wrzazenie, ze film byl od 15, ale czytam se dalej i tytul brzmi:
The house with clock in it's walls.
Tu juz zbaranialam porzadnie i tylko w desperacji pomyslalam, ze moze im sie plansze pomylily (jakie plansze idotko, wrzasnela zirytowana podswiadomosc, przesz to wszystko na tasmie jest czy tam jakims innym nosniku) i czekalam jeszcze chwile, ale okazalo sie, ze nie.
Ze to jednak inny film. O domu z zegarkiem w scianach.

Refleksyjnie pomyslalo mi sie, ze no tak: chcialam czas, mam czasomierz w sumie czego sie czepiam...

Wiadomo czyje. Obrazek w wiki.
Wyjelam bilet pelna niedowiezania, ze az taki debilizm mnie ogarnal, ze wlazlam do innej salki i to jeszcze z zegarowym motto, otóz nie bilet jak cholera glosi, ze screen 11, a tytul flmu na bilecie, ze The house... (bo tylko kawalek tytulu drukuja).
Wydarlam z salki jak piorun kulisty.
No dobrze, kulistosc to i owszem, ale predkosci troche ograniczona bo i schody i ciemno i wscieklosc.
Popedzilam do kolesia z obslugi, którego wczesniej nie bylo i pytam go w której salce jest Bad times at the el royale. Chlopak mnie troche nie pojal (mozliwe ze sie z emocji troche zaplulam) i pyta wzajemnie, ze o której? Nie, o której to ja wiem, tylko gdzie, bo mi dali zly bilet.
Chlopak spojrzal na mnie nieco baranim wzrokiem - heh, baranina sie udziela - ale zanim cokolwiek powiedzial zorientowal sie, ze sobie jaj nie robie i prawde mówiac jestem nieco wpieniona.
Aczkolwiek zaczyna mnie juz sytuacja smieszyc, czego jeszcze zewnetrznie nie widac, ale zaraz bedzie.
Wyrwal mi bilet prezoraszajac, kazal poczekac i zapewniajac, ze film sie jeszcze nie zaczal, sam poszedl wymienic mi bilet.
Nie wiem po co bo cena jest taka sama, ale bylo mi wszystko jedno i wlasnie zaczelam rechotac.

Owszem moglabym obejrzec ten drugi film ale ja akurat chcialam cos dla bardziej doroslego odbiorcy niz 12latek.

Po paru minutach, z nowym biletem udalam sie na salke - nomen omen 10, czyli tuz obok.
Usiadlam sobie gdzies tam, znowu majac w odwloku wydrukowane koordynaty i uswiadomilam sobie, ze puszka z napojem, prawie pelna zostala w salce 11.
Niby moglam przebiec (i pewnie powinnam byla), ale juz mi sie nie chcialo.
Obejrzalam sobie prawie wszystkie reklamy i wszystkie zajawki po raz drugi - bo mój seans zaczynal sie 9 minut pózniej niz ten zegarkiem i wreszcie zaczal sie wyczekany film.

Monday, 15 October 2018

Szkocka Teoria spisku, czyli koronacja Króla Juliana.

W drodze do Wiedzmiego zaulka zatrzymalysmy sie po drodze w moim ulubionym miejscu czyli w Gretna Green.
Dla nieuswiadomionych - byla to pierwsz kuznia Szkocji, tuz przy granicy i ze wzgledu na panujace w Szkocji regulacje stala sie celem par mlodych pragnacych uregulowac swoja sytuacje prawna, które to pragnienie niekoniecznie dobrze bylo widziane przez ich rodziny. Znaczy uciekali tam zeby sie pobrac.
Do dzis mozna tam wstapic w zwiazek/instytucje bez nadmiernych fanfar i kosztów, a zeby podniesc atrakcyjnosc imprezy okoliczni mieszkancy wykonali z tego miejsca atrakcje turystyczna.
Bylam tam juz wiele razy, zwykle zatrzymujac sie na postój/posilek trawersujac dystanse pomiedzy O, a jakims wybranym miejscem w Szkocji.
Zaproponowalam kuzynce zakup potrawy narodowej szkockiej czyli haggis, czyli czegos w rodznju baranich salcesoników wzbogaconych jakas kasza czy innym ziarnem, ale ku mojemu zaskoczeniu po raz pierwszy spotkalam sie z pelnym obrzydzenia protestem.
Nie zniechecam sie latwo, bo do tej kazdy chcial spróbowac, wiec zaprezentowalam wersje wege, bo i taka istnieje i owszem - uprzedzajac pytania - próbowalam, bylo jadalne i niezwykle oryginalne, ale kuzynka nie wykazala ognia.
Dziwna jakas.
Zre te wszystkie morskie robale i ryby ktore nie wychodza z wody sie wysikac, a na salceson w stylu kaszanki sie otrzasa.
No ale jak nie, to nie - w koncu jest gosciem i chociaz podpada mi koszmarnie juz od pierwszej wizyty (nie wymyslili co chca robic, znika po nocy bez telefonu, na hot tub sie krzywi), to niech jej bedzie.
'Moze wreszcie przestanie sie dziwic, ze ja tez na rózne propozycje sie otrzasam', pomyslalam sobie i przestalam naciskac, aczkolwiek puszke z wersja wege zakupilam na wszelki wypadek. Bedzie jak znalaz w jakims chudym miesiacu.
Spozylysmy w Gretna zupke pt Scottish Broth - taki gesty krupnik z duza iloscia warzyw tylko bez ziemniorów, co jak dla mnie podnosi jeko walory - z jakiegos powodu nie cierpialam kartofli w krupniku cale zycie. Kuzynka popila kawa i ruszylysmy w dalsza droge.
Okazalo sie, ze cos kuzynce zawredzilo - ja uwazam ze to klatwa obrazonych Haggis, ale mozliwe ze ta kawa, bo w drodze powrotnej po identycznym zestawie znowu jej zawredzilo, bo mnie nie zaszkodzilo nic a nic.
Polowanie na haggis - taki sport narodowy
Na szczescie nie bylo to nic tragicznego tylko lekka niemoc jelitowa (a wlasciwie to raczej nadczynnosc), wiec zaczelysmy snuc plany na najblizsze dni. Zaproponowalam kuzynce, ze mozemy pojechac nad jezioro Loch Ness jesli by chciala.
Otóz chciala.
Ze wzgledu na prognoze niby lepsza niz sie pierwotnie zapowiadalo, ale mozliwe ze niepewna tosmy sobie zaplanowaly te wycieczke na sobote.
Co prawda nie zaplanowalysmy tego najlepiej, bo nie bylo czasu nawet poplywac po jeziorze, ale w sumie to bylo dosc chlodno, wiec nawet sie nie upieralysmy za mocno.
Ja nawet chcialam, ale w drodze do Fortu Augustusa (poludniowy kraniec jeziora) sporo padalo (ten jeden epizod deszczowy o którym wspominalam), a drogi byly bardzo w stylu górskim i troche sie sploszylam, ze po nocy w takiej pogodzie na karku to ja bym nie chciala jechac, wiec nalegalam, zeby zaczac wracac nie pózniej niz o 16tej.
Ale najpierw musialsmy tam dojechac, w czym pogoda nie pomagala, wiec najpierw dla kurazu wstapilysmy do przydroznej destylerni.
Tam okazalo sie, ze trafilam swoim sposobem na najdrozsza w regionie i tak na prawde to stac mnie bylo tylko na 4 czekoladki sluzace do oczyszczania podniebienia pomiedzy degustacjami.
Honorowo kupilam tez mala buteleczke (350ml) najtanszej whisky (49 funtów za litr), a czekoladki zapakowano nam w torebke foliowa i z takim ladunkiem wyszlysmy z lokalu. Zaczelo mzyc wiec zagescilysmy ruchu i ja natychmiast dostalam ataku smiechu, bo wygladalo to jakbysmy w pospiechu pedzily do auta zeby te flaszeczke prywatnie rozpic zakaszajac czekoladkami.
Kuzynka przyznala mi racje i oprócz rozpijania flaszeczki wszystko sie zgadzalo - pozarlysmy lapczywie te czekoladki wielkosci czubka malego palca, srednio po 8zeta za sztuke.
I nawet sie nie udlawilysmy.
Byly to czekoladki bardzo bogate w doznania, smakowe i nie tylko.
Dalsza droge urozmaicalam kuzynce opowiescia jak to w Imperium na stacji beznynowej nocna pora prosilam sie o klopoty kupujac rolke ductape i klebek sznurka, dalej urozmaicil nam droge mostek zwodzony, który wlasnie sie otwieral i kuzynka wpierala we mnie, ze to na pewno na zadanie dla kazdej lodzi, co musialam jej z jakiegos powodu konicznie wybic z glowy.
Zupelnie nie wiem czemu mam takie parcie na korekty blednych przekonan u innych, zupelnie jakbym nie mogla pozwolic im robic z siebie idiotów, skoro moge ich próbowac powstrzymac.
A jeszcze dalej to juz dojechalysmy i na parkingu zglupialam z nadmiaru wolnych miejsc.
Oraz troche z tego, ze tam gdzie przed kilku laty (5ciu) byl podupadajac lokalny sklep spozywczo-wielobranzowy, powstalo centrum turystyczne z wsciekle drogim sklepem z kaszmirem, kawiarnio-barkiem dla naiwnych (turystow), z którego zrezygnowalysmy.
Nastepne to bylo dejavu bo usilowalysmy zjesc posilek w lokalu który byl zamkniety chociaz wygladal na otwarty, a mnie sie przypomnialo, ze 5 lat temu z dElvix i jej rodzina bylo identycznie. Spróbowalysmy pubu, ale byl wypchanu o brzegi ludzmi, wiec ja troche zla (bo mocno glodna po nieco nerwowej podrózy - ten deszcz i krete waskie drózki wzmagaja apetyt, jakby ktos pytal).
Z wrazenia wprowadzialm kuzynke w blad wmawiajac jej, ze jezioro znajduje sie na górze i tam sie udalysmy, a po drodze na górke zaczal padac troche ten deszcz, co popsulo mi humor do reszty. Dalam sie przekonac, ze w istocie to jest jeden z kanalów, a nie jezioro i udalysmy sie w dól.
Nagle tuz przed naszym nosem z pubu pelnego do wypeku wysypala sie grupa okolo 10 osób.
Spojrzalysmy na siebie i osiagajac porozumienie wygloszonym unisono "próbujemy?", "dawaj" wparowalysmy do srodka.
Pusty niby sie nie zrobilo (na dole, bo byly 2 poziomy) ale stolik dla dwóch osób byl wolny, wiec rzucilysmy sie na niego jak banda barbarzynców.
Po posilku swiat wypieknial, a deszcze przestal padac, ale zrobila sie za pózna pora zeby plywac tym statkiem, wiec ja sie udalam na eksploracje sklepu z pierdutami turystycznymi, a kuzynka pobiegla nad jezioro.
Ruszylysmy w droge powrotna i gdzies w polowie drogi rzucil sie na mnie napis niedbale wymazany na dwóch starych tablicach reklamowych pozbawionych poprzednich tresci.

Takie napis to byl, aczkolwiek nie ten bo w czasie jazdy sie nie da siegnac telefony z bagaznika, a Kuzynka nie ma instynktu lowcy samochodowego fotografa (tez mi tym podpadli z moim CO)
Przeczytalam ten napis glosno i wyrazilam konsternacje, ze jakis fanatyk swiata dysku sie tak objawil, czy co?
"Otóz nie", wyjasnila mi kuzynka. "Ziemia jest plaska"
Oznajmila to smiertelnie powaznym tonem. Tak mnie tym zastrzelila, ze polknelam przynete i zaczela sie zgubna w skutkach (dla mojej przepony) dyskusja.

I juz widze ze ponioslam porazke w dziabaniu na odcinki.

"Ale jak to plaska, przeciez widac z kosmosu, ze nie..."
"Otóz nie ma zadnego kosmosu z którego widac, to wszystko spisek."
No dobra, fakt ze bylam na Cape Canaveral i widziala jak sie szykowali to startu (2006), nie gwarantuje, ze to nie spisek, wiec draze dalej.
"Ale przeciez sa loty dokoloa swiata? I rejsy"
"Fikcja i mistyfikacja. A Australii nie ma."
"Ale jak to Australii nie ma?" Oburzylam sie nie widziec czemu bardziej niz na dictum plaskiej ziemii.
"No nie ma."
"Ale ja tam bylam."
"Tylko ci sie zdawalo"
"No przesz lecialam i na dodatek ten ostatni kawalek z Azji do samej Australi w ogóle nie spalam."
"To byly takie specjalne ekrany. Tez spisek."
"Yyyy?? To gdzie niby bylam?"
"W Kanadzie jest takie miejsce specjalne które udaje Australie."
Bzdura, w Kanadzee nie bywa tak cieplo i nie ma miejsca na lasy tropikalne i pustynie."
"No owszem, ta Australia troche bruzdzi teorii plaskiej ziemii, ale to wszystko spisek rzadowy."
"A którego rzadu? Przesz nie Polskiego"
"Yyyy... wszystkich."
"Hm..." odparlam sceptycznie, "Juz to widze, szczególnie jak rzad Planety Ojczystej osiaga jednoglosnosc w sprawie. A co z Antarktyda? "
"Antarktydy nikt nie widzial, wiecej na pewnie nie istnieje."
"Ale ja znam faceta co widzial i sie nawet tam wybieram za jakis czas."
Tu kuzynka sie poddala i mi wyjasnila, ze istnieje stowaryzszenie plaskiej ziemii i od niedawna wynajeli sobie jakis lokal w Szkocji, jak sie okazalo pózniej wlasnie w rejonie, który trawersowalysmy.
Uwazaja ze Ziemia to wlasciwi taka misa i ze wlasnie Australia im do tej teorii nie pasuje bo i msie w misie nie miesci.
A dowody zdjec z kosmosu, czy horyzontu itp to wlasnie wszystko spisek.
Jest nawet jakis kanal na jutjubie który rózne takie teorie spisku prezentuje i bylo takze o radykala z plaskiej ziemii. Ale inne tez.
Na przyklad, ze Kate (zona ksiacia Williama) nie urodzila rzadnych dzieci, tylko, ze urodzila je surykatka.
No to dictum zbaranialam i przez dluzsza chwile musialam skupic sie na wykopywaniu z wyobrazji takich wizji:
ukradzione z internetów
Nie polecam podczas prowadzenia samochodu!
ktos te wizje nawet zdazyl narysowac!! Nomen-Omen z nieistniejacej Australii!!
Nastepnie kuzynka sie opamietala i poprawila sie:
"Surogatka."
"No tak..surykatka to by dopiero byla sensacja."
"No, wyobraz sobie Surykatke na tronie Królestwa zjednoczonego."
"Nie musze, wlasnie mi sie udalo je wypedzic z oka wyobrazni!"
"hahaha, Król Julian na tronie Wyspy!"

Kurtyna

Ze smiechu splakalam sie i prawie posmarkalam, aczkolwiek czkawki nie dostalam.

PS. W ogóle Szkocja sprzyja rozmowom inicjujacym masaz przepony - jak kiedys sie ogarna pamieciowo to spróbuje zacytowac rozmowy z podrózy z dElvixami. W gre wchodzily swinskie skrzydla!