Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Friday, 22 November 2019

Czary bez mleka i po co Blyskawicy olej

Taki mam jakis tydzien w morde i nozem ze sama nie wiem co we mnie udezylo.

Zaczelo sie od tego, ze w poniedzialek ponizszy napis przecztalam jako

The system is rolling out security ENCHANTMENTS... (System wdraza czary/uroki/zaklecia bezpieczenstwa) co samo w sobie nie jest jakies niezwykle bo jak kiedys zaczelam zglebiac nieco zagadnienia zabezpieczen systemowych i algorytmów szyfrowania to tak wlasnie sie czulam jakby czytalam magiczne inkantacje i przepisy na eliksiry:

"Ogon szczura zasuplaj dwukrotnie w prawo, nastepnie przenicuj i zasuplaj w lewo i takim sposobem wlasnei zabezpieczyles przesylany pakiet danych Potrójnym DESem"

Ale nawet od Systemu (nazwa produktu i producenta jest ta sama), który ma dosc niekonwencjonalne podejscie do takich rzeczy jak nazwy modulów czy patronatu nad nimi (taka koza na przyklad jest symbolem modulu/pakietu marketingowego) nie spodziewalam sie siegania po czary!

Enhancement idiotko, nie Enchantments!!
Ale jak widac (acz moze malo wyraznie), chodzilo o ENHANCEMENTS, czyli udoskonalenia/usprawnienia.

Brawo ja?

Po takim poczatku moglo byc juz tylko gorzej.

Nieco póznie udalam sie do kombo drukarkowo-xero-skanujacego celem wydrukowania, podpisania i zeskanowania, a nastepnie nadania owego skanu na moja skrzynke emailowa pewnego dokumentu dosc pilnie potrzebnego jako papierologia pewne sprawy, która sie ciagnie za mna od póltora roku (i dla wtajemniczonych - wlasnie ulega finalizacji, bez mojej obecnosci!!).
Plan wykonalam, nawet z rozpedu dwukrotnie wysylajac do siebie skan, wrócilam do laptoka, otworzylam jednego z identycznych maili, otworzylam zalacznik i troche zbaranialam bo zeskanowana strona byla pusta. Najpierw pomyslalam, ze zeskanowalam jak idiotka do góry nogami i bede sie teraz gimnastykowac, zeby odwrócic pdfa, ale nie, niz z tych rzeczy - pusta strona od góry do dolu. Z rozpedu sprawdzilam oryginal, ale nie, tekst nie wyparowal podczas skanowania.
Rozgoryczona wrócilam do druk-skanera celem powtórki i tylko tym razem uwaznie spojrzalam na znaczki na nakladki podjnika do glowicy skanujacej.
Tak
Okazalo sie ze papier trzzeba klasc tekstem do góry, a ja polozylam dokument napisem do dolu, tak jakby to robila przy kopiowaniu, tylko ze ja zwykle nie uzywam tej nakladki i polozylam papier tak jakbym kladla beposrednio na plycie kserokopiarki.

No i brawo ja.

Dalej to byl wtorek i bardzo dlugi dzien i jak wracalam mocno zryta mentalnie wieczorem to byla osobliwa kolejka i w samym srodku tej kolejki zapalilo mi sie na pulpicie auta swiatelko smarowania - taka ikonka co wyglada jak dzbanuszek z kropla na koncu.
A to nie jest dobry znak.
Zgasla, a ja zmartwialam.
No niby moge sie zatrzyamc, ale co mi to da - ciemno jak w czarnoziemiu, olej niby mam ale bede go chyba przelewac garstka bo na Wyspowych ulicach instytucja latarni jest chyba wylacznie zarezerwowana do centrów wiekszych miast.
Dojechalam w nerwach do domu i poszlam spac, bo co wiecej moglam po nocy zdzialac.

Tlo tematu jest takie, ze jak bylam w czerwcu na badaniu technicznym to mi powiedzieli, ze oleju trzeba dolac, bo troche malawo jest.
Kazalam dolac i zapytalam o detale - czy mam sie zaczac denerwowac, bo w styczniu byla wymiana oleju, wiec raptem pól roku, czemu tak, itp. 
Powiedziano mi ze mam sobie co jakis czas sprawdzac, miec zapas jakby bylo znowu malawo, ale ze w samochodach po przekroczeniu pewnego wieku takei rzeczy zaczynaja sie dziac.
Uznalam, ze przeciez nie bede co miesiac sprawdzala skoro pól roku bylo ok no i poza tym no do cholery, tak?
Sprawdzialm zatem jakos chyba w sierpniu i nie pamietam czy bylo to po czy przed przygodzie pewnej opony i wygladalo, ze jest tego oleju ze ho-ho wrecz czubato.
Teraz tak patrzac z perspektywy tego tygodnia zaczyna podejrzewac ze spojrzalam ze zle strony bagnetu, ale wtedy wygladalo, ze jest elegancko, a olej byl czysciutki.
Od tamtej pory jezdzilam sporo w dluzsze trasy, a calkiem ostatnio, w pazdzierniku po pogniecionym nabrzezu Wysepki, czyli czesto na wysokich obrotach a juz najczesciej to w korkach.
Podobno takie atrakcje zwiekszaja zertosc silnika na olej.
Mysl o sprawdzeniu poziomu oleju przemykala mi przez glowe pare razy ale tak niezbyt natretnie bo przeciez dopiero 2 miesiace (no dobra, z hakiem) od poprzedniego sprawdzania, no to przesz bez przesady, nie?

Rano wstalam czarnym switem, popukalam sie w czolo bo i tak nic mi nie dawala ta pobudka skoro ciemno, ale korzystajac z czasu ogarnelam sie wczesniej przed-pracowo, naszykowalam wszystko do Kolchozu, w ty mczasie zaczelo szarzec wiec wyszlam zajrzec Blyskawicy pod maske.
Przygotowalam olej, recznik papierowy, nerwy wlasne i zajrzalam.

Poziom oleju by dramatycznie niski.
To znaczy po jednej stronie bagnetu, bo po drugiej bylo go jeszcze w normie, niskiej, ale normie.

Tu przemknela mi mysl, ze moze te 2.5 miesiaca temu spojrzalam tylko na te optymistyczna strone, ale zepchnelam ja do kata, zeby sie dodatkowo nie denerwowac.

Zajrzalam ponowniem celem namierzenia gdzie ten olej, co go mam, powinnam wlac.
Nie powiem co mi to dalo, bo ilosc posiadanych przez Blyskawice nakretek, które mogly byc do oleju troche mnie przerosla, a nie moglam nic na nich wyczytac (bo sa opisanie) albowiem mimo szarówki, bylo jeszcze za ciemno.
Pobieglam zatem do domu i rzucilam sie w poszukiwanie ksiazki samochodowej.
Wbrew pozorom nie bylo to dlugie szukanie, bo moze i jestem skromnym dodatkiem do poteznego roztargnienia, to w temacie samochodowym prezentuje osobliwa pedanterie - otóz wiem doskonale gdzie mam cala papierologia dotyczaca auta.

W czasie jak wydobywalam ksiazke i wertowalam ja szukajac wlasciwego rysunku z informacja, zrobilo sie juz na tyle jasno ze jak poszlam zbrojna w wiedze to i napisy staly mi sie dostepne.

Zaczelam silowac sie z zakretka, ale ta cholera ani drgnela, ani w jedna ano w druga strone.

Rzucilam sie znowu do domu zeby doczytac w ksiazce w która strone sie kreci - a! w przeciwna do wskazówek zegara.
No tak ale ja znam zegar który chodzi w przeciwna strone.
No ale opanowalam z wyslikiem gonitwe mysli i dawaj znowu silowac sie z pokretlem.

Ni chu-chu nie drgnie.

A jakby tam czyms zlapac z boku? Qrwasz, ze ja nic nie.. A! Mam przeciez kombinerki!

Pobieglam do kuchni szukac kombinerek - te dla osdmiany tez doskonale wiem gdzie trzymam, bo w szafce pod zlewem w puszce z innymi narzedziami, a narzedzia mam nie tylko funkcjonalne, ale niektóre wrecz ladne!
Oczywiscie moje sa Niebieskie, a nie juziowe i posiadam wylacznie srubokret i mlotek (który ma w raczce matrioszke srubokretowa, a mimo to calkiem nezle wywazony!) - kombinerki posiadam wylacznie funkcjonalne, bo jakos nie mialam wiary z trwalosc tych "ladnych" :)
Zlapalam kombinerki i dodatkowe papierowe reczniki zeby w ferworze walki nie popkac plastykowej zakretki - taka trzezwosc umyslu zachowalam ze i zawód wyuczony (inzynier nie-calkiem-mechanik) sie mi odezwal i wykonywany (analityk)!

Odkrecilam te cholerna zakretke i tu troche mnie opuscily rózne zalety umyslowe bo usilowalam wcelowac do sredni duzego otworu przy srednim oswietleniu z wysokosci 10cm.
Troche mi nie wyszlo i reka mi drgnela, ale pelan nadziei, ze hamulców sobie olejem nie zalalam bo to nie tu, lalam dalej. Litr to byl wiec mialam leki czy to aby nei za malo, zebym mogla pojechac do pracy i po wiecej oleju, ale po odczekaniu (w tymczasie wytarlam te krople co mi sie wymsknela, rece, zapamietalam typ oleju) chwili sprawdzilam poziom oleju i zatkalo mnie po raz kolejny tego poranka.
Oleju bylo do polowy pomiedzy niskim i wysokim poziomem.
Po tej pesymistycznej stronie bangetu!

Uspokojona posprzatalam brudne papierowe reczniki, narzedzia, ogarnelam troche tajfun w kuchni - bo do pudelka z narzedziami (po czekoladkach z Chopinem) w szafce pod zlewem szlam po trupach, nie oszukujmy sie, a takze w sypialni bo ksiazke samochodowa mam w kontenerku przy lózku, tak kocham swój pojazd, ze skoro nie moge z nim sypiac to chociaz zdjecia jego mam pod reka kazdej nocy hehehe.
Nawet rece spróbowalam domyc! Ale udalo mi sie to dopiero na drugi dzien.
Urwalam sie troche z pracy i udalam do Dilera zeby dokupic sobie oleju - moze nie najtaniej ale jakbym zle zapamietala typ to sprawdza w systemie co mi sprzedali poprzednio!
Tam tez poradzono mi, po wysluchaniu historii, dolac pól litra i sprawdzic poziom, bo moze byc ze wystarczy.
Nastepnego poranka nie mialam sily zerwac sie mrocznym switem i obiecalam Blyskawicy, ze doleje po pracy.
Pelna dobrych intencji wyszabrowalam papierowe reczniki z Kolchozu i pobieglam do auta zeby póki jeszcze zmrok nie zapadl wcelowac.
Otworzylam maske, sprawdzilam poziom - nawet jakby wiecej bylo niz poprzedniego dnia! Ale moze to bylo zludzenie apteczne bo róznica wydawala mi sie minimalna.
Zlapalam za zakretke a ona znowu swoje - ani drgnie!
A kombinerki gdzie?
A w domu.

No i brawo ja po raz kolejny!

No to spakowalam recznik papierowy, i olej, zurzyty do smieci, wsiadlam jak nie pyszna za kierownice i pojechalam do domu.

Oleju dolalam dzis rano, zatrzymala sie na 0.4 i po pesymistycznej stronie bagnetu poziom okazal sie byc na wyokiej kropce.

Niniejszym rozpoczynamy testy zuzycia oleju.

Bo po co mój samochód ten olej zaczal wciagac, to slowo daje nie wiem.
Jeszcze jakbym ja, to by mozna bylo powiedziec ze uzupelniam braki oleju w glowie!
A tak to nie wiem.
No chyba, ze faktycznie jest to zemsta za powozenia Blyskawicy stoczami Ventonru?

----------------------------------------

I na oslode i finale wpisu oraz calkiem z czapy, rozmowa z dzis.

Osoby: Kolega obok, pracujacy dzis z domu, mRufa, Kolezanka tez pracujaca z domu.

Kolega (lekko rozzalony) - wlasnie zostala ochrzaniony przez zone, ze wczoraj przy rozpakowywaniu zakupów schowalem czipsy do lodówki...

mRufa (smiertelnie powaznie) - bylo schowac do zamrazalnika, byly by extra-chrupiace.

Kolezanka - (nieokielznany rechot) Oh, sorry, to bylo srasznie smieszne!

Kurtyna.

Friday, 8 November 2019

Co mozna znalezc podczas poszukiwania browaru?

Po wyczochraniu Tapira i przebraniu sie w zapasowa kurtke, nie podeptana przez gang malych kangurów, zasiadlam do Czerwonej Blyskawicy i zaczelysmy sie z Kuzynka zastanawiac co zrobic z tak milo rozpoczetym dniem.
Z racji lokalizacji naszej i nie tylko padl pomysl, ze poszukamy sobie jednego z kilku lokalnych browarów, w konkretnie teg onajstarszego, bo piwa mieli smakowite - kuzynka przetestowala, a z moich dotychczasowych doswiadczen wynikalo, ze wizyta w takim browarze zwykle dawala opcje degustacji produktów przed zakupem, a mnie zamajaczylo sie zakupienie kilku próbek. Nie wnikajmy dla kogo bo byla to chwila slabosci, której nie uleglam dodam z duma, acz wylacznie ze wzgledu na niesprzyjajace okolicznosci.
Winnice nas nie interesowaly, bo ku memu zaskoczeniu Kuzynka wyznala, ze nie przepada, co sprawilo ze musialam sobie przewartosciowac rózne rzeczy albowiem od lat tkwilam w przekonaniu, ze Kuzynka wlasnie wino lubi. A tu taka niespodziaka.
Mnie osobiscie bylo to obojetne bo ja ani wina ani piwa nie uzywam (tak, wiem na festiwalach piwa bywam co jakis czas), ale wina nie cierpie wiec organicznie (co wyjasnia czemu na fetiwalach wina nie bywam).
Wbilam wiec w nawidakcje kod pocztowy, bo kombinacja ulicy i kodu na mojej nawidakcji nie istniala, a przywyklam ufac bardziej kodom, byc moze nie calkie mslusznie.
I ruszylysmy.
Trasa byla dosc krótka, ale troche mnie zaczelo niepokoic systemateyczne zwezanie sie dróg jakimi mialam podazac.
Na ostatnim skrzyzowaniu wpadlam w rzetalny stupor, bo nawidakcja zalecala mi jechac prosto, a prosto to byl wylacznie las.
Z droga, owszem, ale las i z droga raczje lesna.

To byly mile zlego poczatki czyli pierwszy kawalek lesnej drogi.
Ale dosc dobrze ubita wiec zaryzykowalam.
Jakas mile w las oznajmilam Kuzynce, ze cos jest na rzeczy albowiem wylacznie z nia udaje mi sie wpier***ic w takie lesne drogi i omc bezdroza (tu przeleceiala nade mna zla godzina), wiec w zasadzie nie mam czemu sie dziwic, ze dalo nam sie to równiez w kraju w 90% pozbawionym lasów, ale parlam dalej, bo nawidaktor mi mówil mi ze jeszcze troche.

tu widok wraz z Mapka okolicznosci drogowych i istotnie owa omc droga która wciaz sie zwezala i robila wyboista.
Raz musialam przepuscic rowerzyste, który walil na mnie taranem jak ta owieczka w Irlandii. Minelam w koncu jakies rozwidlenie z wiazdem jakby na pole i pociagnelam dalej, az w konczu oczom mym ukazal sie ... nadal las, a droga juz od dluzzej chwili nie tak pieknie ubita, robila sie wrecz dla zwyklego samochodu nieprzejezdna, a jej szerokosc (a raczej brak szerekosci) wykluczala zawrócenie.
Nawidaktor twierdzil ze pozostalo mi jeszcze mila albo i ponizej do celu, ale przestalam w sobie czuc ducha odkrywcy i zdobywcy, bo jakie by to piwo nie bylo dobre, nie bylo warte porysowanej karoserii czy tfu-tfu gumy w srodku lasu.
Nieco sploszona oznajmilam, ze sie poddaje i ze Kuzynka ma sie modlic do bóstw motoryzacji zeby nic za nami sie tu nie pchalo bo ja sie musze wycofac do jakiegos szerszego miejsca celem zawrotki i ruszylam tylem.
Informuje uprzejmie, ze do jazdy ciaglej tylem kamerka cofania jest przydatna, ale nie az tak jak sie moze niektórym wydawac - no chyab ze po zmroku bo wówczas owszem.
A jazda tylem w linii prostej jest dla mnie wyzwaniem na równej drodze, a co dobiero na wyboistej i w lesie.
Wycofalysmy sie do owego rozwidelnia, które pozwolilo mi zawrócic (tu kamerka cofania oddala nieocenione uslugi, bo wbrew pozorom rozwidelnie nie przypominalo Placu Defilad, ani nawet drogi dwukierunkowej) i ruszylam do tego ostatniego skrzyzowania przed lasem.

Pamietajac zgrubnie wyglad mapy pojechalam nas w prawo i ignorujac protesty Nawidkacji jechalam tak dlugo, az trafilam na miejsce gdzie moglam zaparkowac - mianowicie - przed supermarketem.

Tam dluzsza chwile bladzilysmy nosami po mapie, nastepnie po ekranie mojego telefonu bo usilowalam wypatrzec jakis bardziej sesnowny adres, tak idla turystów, który na stronie nie byl ujawniony, a co gorsza mimo godzin otwarcia, nigdzie ni bylo opcji typu "wycieczka po borwarze" czy tez "degustacja", ale moliwosc, ze Browar dla zwiedzajacych nie jest otwarty wyparlam kompletnie i w koncu ruszylysmy.

Droga tym razem byla asfaltowa i dosc dlugo bardzo zachecajaco szeroka, az w koncu nastapilo skrzyzowanie które zabralo nas na droge bardzo waska, ale nadal uczciwie asfaltowa i po pewnym czasie taranem rzucila sie na nas kobieta spieszona.
Przepuscilam ja grzecznie boczkiem, a ona sie usmiechnale jakas takim wiedzacym usmiechem ze poczulam lekki niepokój.
Kuzynka wysnula przypuszczenie, ze obecna droga laczy sie z ta poprzednia lesna, co wydalo mi sie prawdopodobne, ale parlam dalej.

druga droga - prawie tak samo waska ja kta lesna, ale nadal uparcie asfaltowa i równa.
W koncu uznalysmy zgodnie, ze to nie mozliwe, aby taka droga prowadzila jako glówna do browaru i ze to pewnie jest dorga dostawcza, a wizja cysterny lub tira z piwem idacego na mnei taranem mocno mnei zdegustowala, wiec zawrócilam przy najblizszej okazji i zaczelam na wyjezdzac.

W polowie zatrzymalam nas celem wbicia w nawidakcje jakiegos innego koordynatu - juz nie pamietam czy by to drugi browar, równie niedaleki i równie enigmatyczny co do otwarcia dla zwiedzajacych, czy moze promenada w Shanklin, ale cos tam wbilam i ruszylam dalej.
Po przejechaniu paru mil ukazal mi sie z nienacka znak pt "Mermaid Gin Distillery". (Mermaid - Syrena (morska, nie okretowa, ani spalinowa)
Totalnie zaskoczona, oglosilam to gromko i dodalam "wjezdzamy??"
Kuzynka zaaprobowala i smy wiechalysmy.
Na parking wjechalysmy.
Parking przynalezal do czegosc co wygladalo raczej na pub a nie destylarnie.
Ale napisy wokolo glosily "Wejdz i spróbuje naszego syrenkowego dzinu", "tu robiony jest Dzin Syrenkowy".
No to weszlysmy.
Z mysla, ze nawet jak z dzinem to sciema to moze chociaz cos zjemy.
Otóz byl to istotnie pub/bar ale na tylach mial destylarnie.
Dzinu.
Dzin okazal sie bardzo dobry, ale takze dosc kosztowny w duzuch butelkach, wiec tylkosmy sobie podegustowaly, ja przy okazji rumu ichniej produkcji spróbowalam, wysluchalysmy opowiesci o korzeniach zakladu - okazal osie ze alozyciel tego Utajonego Browaru oraz loklanej winnicy i kogos jeszcze zebral isie do kupy i wymózdzyli ze beda robic whisky. Ale ze whisky wymaga lezakowania minimum 3 lata aby nazwac sie whiskey, a zalozyciele postanowili nie ograniczac sie do minimum to ich pierwsze barylki juz lezakuja od pewnego czasu i jeszcze im paru lat brakuje (do planowanych lat 5ciu) to w miedzyczasie przypadkiem zaczeli produkcje dzinu, a w chwili obecnej planuja wejscie na rynek krajowy (prawda - na bezclówce lotniska Heathrow 26 pazdziernika juz byli) ze swoimi dwoma produktami - dzinem rózowym i niebieskim.
Podobno opakowanie (butelka) w pelni biodegradowalna, co mnie zaintrygowalo, ale jeszcze tego nie sprawdzilam.
I tak to w poszukiwaniu browaru udalo nam sie znalezc jedyna na wyspie destylarnie. I to na dodatek Dzinu Syrenkowego!!
Oraz prawdopodobnie jedyna lesna omc przejezdna droge w promieniu 500 mil!
Po odczekaniu, az troche mi te dwa naparstki dzinu wyparuja z organizmu (i pozarciu paczki orzessków solonych aby w tym parowaniu pomóc) pojechalysmy dalej i nawet prze chwile mialam obawy, ze pozaluje pomyslu, bo znowu trafilam na mocno pognieciony kawalek nabrzeza, ale okazalo sie ze tuz przy samym brzegu ulega rozprostowaniu i prezentuje dos urokliwa plaze, dostepna nie tylko alpinistom, bo prowadzila wzdluz niego przejezdna promenada, a takze operwala winda dla spieszonych która bylam zachwycona i tylko zalowalam, ze nie mam okazji skorzystac bo wynalazek byl cudny, szczególnie, ze klif znacznie przerastal nasz osobisty jsrzebiogórski, a wszak nawet u nas funkcjonowalo cos w rodzaju kolejki, zdaje sie ze w kierunku Rozewia?

Ciag dalszy relacji ze zdobywania Wysepki byc moze nastapi, ale obecnie mam na tapecie inny temat, który mnie przesladuje od paru dekad, wiec to na razie tyle.

PS. cos mam farta to jezdzenia tylem na okolicznosc Isle of Wight, co?

Monday, 28 October 2019

Poczochraj Tapira, czyli kazdy ma takiego Rumaka, na jakiego zasluzyl.

Czyli ciag dalszy

Wystepy goscinne trwaly kilka dni i z racji limitowanej pogody bez deszczu nie udalo nam sie zrobic az tak duzo jak chcialysmy, ale poniewaz pogoda bez deszczu wystapila laskawie w kawalkach przez trzy dni, to udalo nam sie zrobic cos fajnego/zabawnego kazdego z tych trzech dni.
I tak na srode zaplanowalam dla nas szereg atrakcji poczynajac od Farmy Czosnku, gdzie trafilysmy zaskakujaco latwo i na której mozna bylo spróbowac duzo czosnku w róznych formach - lacznie z konfitura czosnkowa i kupic go jeszce wiecej w jeszcze wiekszej ilosci odslon - równiez jako piwo.
Piwa nie mialam odwagi kupic, na wypadek gdyby okazalo sie czosnkowe w smaku.
Mozliwe, ze byl to blad albowiem do produkcji uzywany jest tzw "czarny czosnek" który wizualnie wyglada jak drobny wegiel, a wg opisu smakuje nieco podobnie do lukrecji. No ale spekalam sie. Solennie obiecuja, ze sie odwaze przy kolejnej wizycie na Wyspie Wight, której absolutnie nie wykluczam.
Po wizycie na farmie obralysmy kierunek na Amazon Zoo, czyli jedna z dwóch zoologicznych obiektów na Wysepce, z niecnym planem pomacania Pancernika.
Albowiem obiekt oferowal, za dodatkowa oplata mozliwosc pomacania nastepujacych stworzonek - Surykatek, Pancernika i Tapira.
Oczywiscie kazde z nich bylo odplatne osobno, ale kurcze, potencjalne pomacanie Pancernika bylo totalnie warte dodatkowej odplatnosci, wiec pedzilam do owego zoologa za przewodem moja nadal uparcie milcaczacej nawidakcji, a i Kuzynka nie byla przeciwna.
Nawidakcja prowadzila nas wytrwale, acz w ciszy i jak to czesto bywa z przygodami, tzn konkretnie to dotarlam do "celu", nie zobaczylam owego "celu" i pojechalam dalej.
Przeklinajac Nawidakcje ile wlezie.
Pojechalam na tyle dalej, ze zaczelam miec watpliwosci czy slusznie przklinam, bo jestem pewna, ze pare dni wczesniej widzialam znaki mówiac, ze "cel" byl faktycznie blisko "celu".
Zawrócilam i ignorujac juz Nawidakcje, vo bylo latwe, bo nie pyskowala, obserwowalam wraz z Kuzynka znaki dymne przy drodze.
Otóz slusznie - znaki wskazywaly bardzo wyraznie ze nalezy skrecic tam skad w gniewie (nawidakcyjnym) wyjechalam, wiec skrecilam przy akompaniamencie pelnego oburzenia monologu na temat naiwdakcji, znaków drogowych i dróg na Wysepce w szczególnosci, ale poruszalam sie juz duzo wolniej i z zaskoczeniem zobaczylam ze znaki mówia prawde, a i nawidakcja sie nie mylila, bo zoolog jest ukryty w ramach wiekszego parku omc biznesowego gdzie biznes jest nieco przyziemy, a konkretnie ogrodniczy.
Przeprosilam Nawidkacje, ale ta chyba nie do konca mi wybaczyla. ale to za chwile.
Poszlysmy w strone wejscia do zoologa i ze smutkiem spostrzeglam ze na dwóch z trzech plakatów o bliskich kontaktach z natura jest napis "Niedostepne".
Smutek mój poglebil sie, gdy dostrzeglam ze ten jedyny dostepny to wlace nie Pancernik.
Ale nie tracac jeszcze poprawionego sukcesem nawidakcyjnym nastroju udalysmy sie do kasy.
Przy kasie okazalo sie, ze istotnie z bliskich spotkan trzeciego stopnia dostepne jest tylo jedno i nie jest to Pancernik, gdyz Pancernik sie zasmarkal i co gorsza dostaje antybiotyk, wiec sie poddalam bo jednak zlapac katar od Pancernika to nie jest eksperyment dla osób o slabych nerwach.
Upewnilam sie tylko, ze bede mogla tego pancernika zobaczyc chocby przez szybke i zaczelam debatowac ze soba czy czuje sie na silach na spotkanie z Tapirem,
Kuzynka oznajmila, ze ona mi chetnie zasponsoruje te impreze ale sama absolutnie nie reflektuje.
Przez chwile miala watpliwosci, czy chce sie sama zmierzyc z grzywiasta bestia, bo zapytana od porównacza wielkosc uslyszalam ze on wiekszy od redniego cielaka.
Co bylo kompletna bzdura, bo na wysokosc, dorosly Tapir jest wlasnie wielkosci sredniego cielaka.
Aczkolwiek idac w masa to pokonuje cielaka walkoverem, ale umówmy sie, ze ja sie dopytywalam o wielkosc wzywyz, a nie wszerz.
No krótko mówiac, zdecyodwalam sie.
Do randki z Tapirami (bo bylo ich dwoje) mialam przeszlo godzine wiec udalysmy sie na zwiedzanie reszty zoologa.
Jako, ze mamy pazdzienrik, a na Wysepce to wrecz Pi**ernik, to wiekszosc zwierzaków ukrywala sie w swoich dziuplach, skulona wokol lamp grzejacych itp, wiec taki na przyklad leniwiec wykrecony byl do nas swoim bardzo kudlatym tylkiem. Surykatki w zasadzie sie krecily, ale tez w poblizu swojej lampy kwarcowej, a do ocelota przyszla paczka z amazona, ale go nie bylo wiec mu ja w ogródku zostawili.
Czerwone Pandy okazaly nam uprzejmosc i wylegiwaly sie w swojej altanie, a Tapiry i Kapibary lezaly sobie na kupie w swoim domku.
Pancerników bylo cale mnóstwom ale wiekszosc z nich zakopana po grzbiet w trocniach pod kwarcówkami.
Do randki mojej wciaz bylo troche czasu, wiec namówilam kuzynke zebysmy poszly podkarmic kangury.
Byly to Male kangury - Wallabies.
To znaczy to byl Gang uliczny Wallabies, ale o tym dowiedzialysmy sie dopiero podczas ich ataku.
Moje uprzedni doswiadczenia z kangurami pozwolily mi na pewno smialosc, wiec nabylam nam po garsci karmy i weszlysmy.
To znaczy prawiesmy weszly bo w momencie otwarcia "sluzy" dwa cwaniaki wepchaly nam sie pod nogami do owej "sluzy" i nawet nie usilowaly udawac ze to przez pomylke.
Nieco zbite z tropu ostalysmy dluzsza chwile usilujac je naklonic do powrotu na wybieg, ale jedyne co moglysmy osiagnac to szanse na empiryczny eksperyment pt ile kangurów zmiescie sie w budce telefonicznej, bo takiej wielkosci byla owa "sluza".
Z przejecia, ze niechcacy wypuszcze skaczace pluszaki z zagrody nie mialam nawet szansy trzepnac fotki tym dwóm omc dezerterom.
Zamiast tego usilowalam malo skutecznie je zachecic do powrotu do srodka, podczas gdy kuzynka dzielnie odciaga reszte bandy od bramek.
Jeden kangur dal sie znecic pasza do powrotu na wybieg, a na drugiego juz mi zabraklo zarla, wiec posluzylam sie druga "sluza" do wyjscia i dokupienia kolejnej podwójnej porji tych roslinnych bobków.
Oczywiscie wejscie bylo utrudnione bo w sluzie tkwil ten cholerny kangur.
Musialam go troche przepchnac, ndepnelam mu niechcacy na ogon, czego nawet nie zauwazyl, nastepnie przycielam mu ten ogon, równie niechcacy w miedzy bramka a pekiem trawki, wycofalam sie, skopalam delikatnie ogon z drogi, wlazlam i myslalam, ze pójdzie futerkowa gadzina za mna skuszona iloscia zarcia jakie mialam w rekach, ale nic z tego.
Tkwil uparcie ni to wpatrzony w dal za siatkowa bramka ni to poskubujacy kazionna trawke w sluzie.
Nie to nie, powiedzialam i zajelam sie reszta stada.
Wróc.
BANDY.
    

To byla zorganizowana grupa przestepcza specjalizujaca sie w wymuszeniach, deptaniu bo obuwiu i odziezy i jako dodatkowa srodki wymuszajace stosujaz powarkiwanie i poddrapywanie.


Rózowe buty naleza do kuzynki. KAngury tez mialy do nich uraz bo podeptaly ja epicko.
A poza tym urocza jak cholera i zeby nie randka z Tapirem to bym tam z nimi siedziala do dzis wychodzac tylko co jakis czas na siku icelem dokupienie tych roslinnych bobków do podkarmiania.
A na sam koniec udalo mi sie tego pdelca ze sluzy wejsciowej zwbic do srodka. Widac dotarlo do niego ze tkwiac w wejsciu raczej nie wyjdzie.
W koncu nadeszla pora aby porzucic tych kudlatych gangsterów, umyc lapy, przynajmniej górne (kuzynka umyla sie prawie cala bo w przeciwienstwie do mnie nie miala zapasowej kurtki) i udac sie pod wybieg Tapirów które polegiwaly sobie radosnie w towarzystwie Kapibar.
Nie ukrywam, ze mialam wewnetrzne opory, bo ten cielakowatej wielkosci stwór wygladajacy jak krzyzówka malego slonika z dzikiem, albo sredniego kuca z mrówkojadem, troche mnie peszyl.

Ale okazal sie przeurocza para - matka i syn, radosnie witajacy mój poczestunek.

Uparcie i blednie nazywalam Matke Nelsonem uwazajac ze jak wieksze to chlop. Pozywienie stanowily cwiartki jablek, bananów i marchewki, tzn banan i marchew byly podziabane w poprzek a nie na cwiartki.
Nastepnie, zebym sobie nie myslala, wreczono mi szczote i kazano czochrac Tapira.
A ja glupia myslama ze chodzilo o grzywke.
No cóz. 
Kazdy ma takiego Rumaka na jakiego zasluzyl...
Nelson sie na mnie kompletnie wypial jak tylko skonczylo sie zarelko i wyjechalam ze szczota wiec zaczelam wyczesywac Matke tapirowana.
Acz nie narzekam.
Otóz dobrze wyczesany Tapir lubi sie usmiechnac.



Widok usmiechnietego Tapira byl tego wart!

PS. Ciag dalszy nastapi bo to wcale nie byl koniec dnia, a co dopiero wycieczki. Tapira skonczylam czochrac kolo 14tej, wiec dzien byl wciaz mlody wiec postanowilysmy odwiedzic jeden z lokalnych browarów. Ale o tym przy innej okazji!