Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Thursday, 9 February 2017

Jak sie sypia w Londku - czyli mRufa znowu w podrozy.

Mialo byc Jak to mRufa zdobyla Bruges, ale nie bedzie, bo:

1. Zanim go zdobyla to najpierw zostaje postawiona przed faktem dokonanym pt: "mRufa, kupilismy Ci bilet do Bruges, bo tanio bylo."
2. Za dlugo wszystko na raz opowiedziec wiec bedzie w odcinkach.

A, ze wiadomo, ze Chytry dwa razy traci i chociaz to nie ja po taniosci chcialam jechac to prawdopodobnie podroz do wyszla mi najbardziej kosztownie ze wszystkich. Bo ogolnie to jednak raczej nie, ale o tym pozniej.
Otoz, jak chyba wspominalam podczas relacji z podrozy do Paryza, przestestowalam bardzo pozytywnie rozwiazanie - wsiasc do pociagu poza Londkiem i porzucic tam za dosc rozsadna oplata samochod, nastepnie wysiasc w tym samym miejscu.
Owszem wysiadanie czasem prezentuje trudnosci, ale da sie zrobic.
Ale tym razem nic z tego.
Czyli musze dotelepac sie od siebie do Londka. I to nie, ze na dworzec autobusowy, ktory znam jak wlasna kieszen, tylko na dworzec kolejowym miedzynarodowy.
Dworzec Swietego Trzustki. Ewentualnie Swietej Trzustki, ale jakos mnie sie wydaje, ze to 'on', a nie 'ona'.
Pomozdzylam cokolwiek i wymozdzylam.
Zanocuje se w Londku. 
Przeszlo dekada na Wyspie i jeszcze nigdy noclegow w Londku nie uprawialam.
Najwyzszy czas i pora!
Poguglowalam i przy pomocy jednego z trawlerow podroznych wyguglowalam sobie nocleg przy samym dworcu, nie, ze jakis hostel czy inny najtanszy na swiecie, ale troszke bardziej atrakcyjny. Jak sie pozniej okazalo, przeplacilam srogo, bo bezposrednio mozna taniej, ale trudno... Chytry z przymusu tez traci wiec liczylam sie z tym.
Plan byl taki: dostac sie do Londka jakos po pracy dzien przed wyjazdem, tam taksowka do dworca i myk, po cichutku zaulkami do hotelu.
Rano wyspana i wypoczeta (buhahahahaha) po sniadanku hotelowym, na stacje i dalej to juz improwizacja.
Jedyne co poszlo zgodnie z planem to improwizacja.
Co do literki mi wyszla.
Zwierzylam sie z mojego planu Rach, ktora odruchowo powiedziala, ze przeciez po mnie pojedzie i z nia pojade na dworzec.
Nie popukalam sie w czolo tylko z grzecznosci. W zamian podziekowalam wylewnie i powiedzialam, ze chetnie skorzystam jesli mi zapropnuje podwozke w drodze powrotnej.
I teraz uwaga - skok do przodu - we srode, przed wyjazdem, zapytalam Rachel jaki ma plan (podejrzewajac, ze pewnie pojedzie jak ja do Londka dzien wczesniej i zatrzyma sie u rodzicow) i slysze (oczami bo pytalam na pismie) "Odwoze Mlodszego na football i zabieram auto na parking przy autobusoach, skad odbierze je (auto) Stu, a ja wsiade do autobusu miedzy 18.15 a 18.30...
Dobrze, ze mnie malo co w zyciu dziwi, bo bym sie zdziwilam smiertelnie jak zamierza mnie nastepnego dnia odebrac z A i zabrac nas obie na autobus do Londku, skoro bedzie juz od 12 godzin w Londku... ;).
Ugadalam zatem sasiada/kumpla/Urosza (szykujemy pampersy na wypadek posikania sie ze smiechu? Sluszny ruch...), ze mnie podrzuci na ten autobus. Jak sie da to na okolice 18tej, ale wygladalo, ze raczej pozniej, wiec mialam nadzieje, na towarzystwo, ale nie liczylam na nie zbyt mocno.
I teraz dygresyjka.

Urosz jesk carkeeperem. To znaczy maja na stanie swoj wlasny samochod - mocno wysluzona i nadgryziona zebem czasu Foke aka Osiolka, ktorym obecnie glownie posluguje sie Uroszowa Polowica, a Urosz rozmaicie - czasem tym Osiolkiem, czasem samochodem zaprzyjaznionej jednostki rusko-gruzinskiej, naszej wspolnej sasiadki - ktora to czesciej przebywa poza Wyspa niz na Wyspie, z roznych wzgledów, stan ktory zreszta niedlugo sie zmieni mam wrazenie, gdyz dziecko im wchodzi w wiek szkolny, ale poki co jeszcze trwa, a czasem pojazdem syna znajomego, ktory to nawet nie wie, ze ma pojazd bo mial go dostac od wlasnego Ojca (czyli znajomego Urosza), ale zdazyl zapasc (syn znajomego) na nagle zawieszenie prawa jazdy wiec nie dostal, a na przechowanie z racji wygody geograficznej auto poszlo do Urosza.
Jako, ze samochod sie psuje od stania, jak powszechnie wiadomo, to Urosz ma prikaz uzywac obu dogladanych pojazdów. Czyli od czasu do czasu nimi musi jezdzic. Strasznei ciezki obowiazek, ale taka juz rola carkeepera ;).

Tak, ze do wyboru sa 3 samochody, plus ewentualnie moj, zostajacy pod domem tym razem.
Czyli: prawie nowy Juke, automat, bo jednostka rusko-gruzinska nie wlada prawem jazdy na samochody z reczna skrzynia biegów (na Wyspie jest taka opcja, ze mozna miec prawko tylko na automaty), jakis francuski lew, nie juz pierwszej mlodosci, ale i niezbyt nadgryziony zebem czasu, wierny Osiolek aka Foka mocno nadgryziona.
I jako opcja - Zabojca Lisów, tez juz nieco nadgryziony, acz glownie przez lisa.

Urosz podjechal po mnie najnowszym pojazdem ze swojej stajni - Jukiem, tylko kilka minut spozniony, co jeszcze nie przekreslalo mozliwosci zazebienie sia na autobus Rach, i ruszylismy.
Podczas podrozy rozmawialismy glownie o tym pojezdzie, bo mimo, iz nazwal go "damskim", to jest tez najbardziej odbajerowanym, ale z racji sredniej wielkosci silnika, nie ma w sobie az takiego ognia jakby sie mozna bylo spodziewac (co jest mi znajome z racji powozenia Zabojcy Lisow, gdyz mimo sporego jak na rozmiar auta silnika, jest to tez jakas tam ekonomiczna generacja w zwiazku z czym odejscie ma slabsze niz moja stara Niebieska Strzala z jednym litrem do dyspozycji).
Nagle Urosz zamilkl, silnik zmniejszyl sobie obroty drastycznie, ale nie zgasl.
"Widzialas?? Prawie nam sie zadusil?!?" zapytal mnie z niedowierzaniem.
Potwierdzilam i troche zdebialam, bo przeciez to automat.
Co zrobisz jak ci w automacie spadaja drastycznie obroty?? We wlasnym wcisne sprzeglo i jakos tam sie doturlam do miejsca gdzie mozna sie zatrzymac, ale z automatem?
Zamknac oczy i sie modlic??
Brak mi doswiadczen.
W starych autach mozna bylo ewentualnie wlaczyc tzw dopalanie i nieekonomicznie bo na wyzszych obrotach pojechac dalej.
Mechanikiem nie jestem i sie na pojazdach nie znam - tyle wiem co nieco ponadprzecietny uzytkownik, bo jezdzilam roznymi kategoriami dwusladów i slucham co sie do mnie mowi.
Urosz zmienil tryb jazdy ze sportowego (?!?) na zwykly i pojechalismy dalej. Niezbyt niestety daleko bo przed kolejnym rondem na tzw szybszym pasie samochod wzial i zgasl. A my zamarlim na awaryjnych, przy czym mnie przy okazji zimny pot nieco zalal.
Katem oka zauwazylam, ze tuz zanim zgasl poziom akumulatora drastycznie spadl, skoczyl i znowu spadl, co mnie zastanowilo i zasugerowalam wylaczenie elektroniki typu radio, klima, dziki nadmuch, ale uslyszalam, ze nie bardzo wiemy jak to powylaczac, poza tym co to ma do rzeczy.
No to wyjasnilam co zauwazylam - jakby pobór pradu gwaltownie skoczyl.
Pomocniczo zapytalam tez o tankowanie, bo o ile paliwo bylo to nie wiadomo jak dlugo zlezale i z jakiej stacji, na co uslyszalam to samo - ze nie wiemy.
Na Wyspie stacje nieco bardziej kontrolowane, ale tez mam pare typów co ich unikam, wiec dodalam takze, ze jak mnie spotykalo takie zachowanie prowadzonego bolidu, to raz bylo to zatkane sitko w pompie paliwowej w latach kiedy paliwo mialo na etykietce liczbe oktanow mocno zawyzona wzgledem stanu faktycznego, a to znowu bywalo dobrze poslodzone, a czesto tez przyprawione jakimis smieciami dodatkowymi.
No ale coz ja wiem o zabijaniu, a Juke'ach w szczegolnosci...
Oznajmilam, ze zapewne samochod sie obrazil za krytyke i nie zyczy sobie zeby mu rozmiar silnika wytykano, co znacznie poprawilo atmosfere w samochodzie i po jeszcze jednym incydencie ze zgasnieciem na szybkim pasie Urosz odczekal na poboczu kilku minut, ktore ja spedzilam na panicznym kombinowaniu, jak mam kierowcy taksowki objasnic skad ma mnie pobrac i jak Urosz wroci do domu, po czym samochod laskawie zogdzil sie wspolpracowac i dowiozl mnie na autobusy.
Tuz przed samym parkingiem z autobusami Urosz sprobowal zazartowac, ze ja mialam czekac na Rachel, a to ona poczeka na mnie, co bylo troszke niewypalem bo ja juz wiedzialam, ze raczej jade sama - Rachel byla gotowa na parkingu z autobusami zanim my wyjchalismy z A, ale kazalam mu sie nie przejmowac, bo w koncu nie jestem dzieckiem i nie musze nawet w Londku poruszac sie z przewodnikiem.
Dojechalismy, skomentowalam wiec cala przygode slowy "majac wlasciwie 4 samochody do wyboru, musiales wybrac akurat ten co sie zacznei psuc, no nie?" i nastapil maly cud - Rach jeszcze tam byla.
Zamienilam z ulga (i po co?) towarzysza podrózy i pojazd i wdalam sie w czekanie na autobus. (drugi cud to fakt, ze Urosz dotarl do domu bez problemow i auto nie wykazywalo nijakich fanaberii od tamtej pory (oprocz tego, ze najwyrazniej nie ma checi mnie wozic, ale o tym pozniej bo nastapilo juz po powrocie z wycieczki))
Rachel bardzo mnie namawiala, juz od paru dni, aby skorzystac z uslug Uber'a, ktory podobno w Londku juz rownie popularny co w Stolycy, acz zdaje sie mnie bojowo traktowany przez korporacje. Nawet podarowala mi voucher na podroz za dyszke, nie pamietajac (tak, pamiec nie jest jej najmocniejsza strona) o tym, ze ja nie uzywam aplikacji telefonicznych, a juz szczegolnie takich ktore chca karty kredytowe znac na pamiec.
Nastepnie zaczela mnie namawiac, zebym wziela taxi z Baker Street, a nie z Victorii, bo blizej.
No to w koncu sie jej zapytalam czy moze mi tego Ubera zamowic, a ja jej zaplace.
Otoz nie bardzo, bo ona na Baker Street nie wysiada. Tylko na Victorii.
No to mowie, ze ja tez nie musze na Baker Stret bo tam nie ma taksowkowego postoju wiec i tak zamierzam jechac do Victorii.
A jak tak to spoko, Rachel mi zamowi Ubera. Po czym na Baker Street mowi: "Wysiadamy! Ja stad tez moge latwo pojechac do rodziców".
Probowalam protestowac, ale nie bylo mowy.
Niezadowolona ogromnie wylazlam z tego autobusu, obujuczona jak niewysoki dromader (3 torby: bagaz glowny, plecak, torebka) i mamroczaca pod nosem szereg inwektyw. Pod adresem calego swiata. Rachel nagle z dzikim wigorem mowi "To chodz, idziemy na stacje."
NIE.
"Slucham?"
NIE.
"Dlaczego? "
"Bo ja tu wcale wysiadac nie chcialam, nie wiem gdzie jest stacja i w ogole to mam wszystkiego dosc i wracam do domu" - nie ze jestem jakas przerazliwie chimerna (ot tak srednia krajowa na emigracji), ale puscilo napiecie po tym psujacym sie samochodzie i autentycznie odechcialo mi sie calej imprezy. Dodam, ze oplaconej wiec moglam sobie na humory pozwalac (a jak sie okazalo pozniej, slusznie moglam, bo gwiezdzie humorów calej wyprawy do piet nie siegam i tak) nie narazajac nikogo procz siebie na koszty.

Nie przedluzajac - Uber zostal zamowiony, numer ulicy wybrane z precyzja zegarmistrzowska, po czym okazalo sie ze Uber-driver jest tuz/tuz.
Bedzie za minute.
3 minuty pozniej, nadal bedzie za minute i za kolejne 3 minuty bedzie za minute....
A my wpatrzone rozpaczliwie w ulice usilowalysmy wylowic numer rejestracji i model kazdego nadjezdzajacego pojazdu, we wcale nie malym ruchu ulicznym, mimo godziny 20tej. W koncu po drugiej stronie ulicy, przy kompletnie innym numerze budynku katem oka ktoras z nas odkryla wlasciwa rejestracje, rzucilam sie machajac w jej kierunku, ryzykujac totalny karambol, ale nic z tego. Kierowca odjechal i powiadomienie przyszlo, ze musial odwolac.
Rachel do tej pory zachwalajaca Ubera troche sie skonsternowala, ja dostalam ataku smiechu bo granice rozpaczliwej desperacji juz przekroczylam,a poza tym takie atrakcje to dla mnie norma.
Skonsternowana nadal Rachel, ale juz lekko rechoczaca, dokonala kolejnego zamowienia. I tym razem pieczolowicie podalysmy adres odbioru i samochodu wypatrywalysmy jeszcze uwazniej i tym razem wszystko poszlo jak z platka.
To znaczy prawie bo jednak mimo ze numer ulicy podany zostal idealnie to pojazd zatrzymal sie po drugiej stronie i pare numerow dalej, ale tym razem nie czajnikowal tam w ukryciu tylko machal konczynami (kierowca nie pojazd), wiec unikajac spowodowania karambolu dosiadlam pojazdu i zostalam odwieziona do hotelu.
Hotel z zawnatrz nie prezentowal niczego nadzwyczajnego, ale widzialam zdjecia wiec liczylam, ze srodek bedzie interesujacy.
INTERESUJACY byl.
Recepcja wygladala super - kontuar przystrojony frontami walizek i kuferkow, klucze z takimi monstrualnymi blachami z numerem pokoju, stylowo tak.
Oblsuga oczywiscie NIE lokalna, bo jednak pewne standardy trzeba zachowac.
Uiscilam i zostalam poinformowana, ze do pokoju mam zejsc na sam dol, OSTATNIMI schodami.
Troche mnie to zaintrygowalo, bo ile tych schodow tam niby maja??
Otoz w sumie 4 klatki schodowe gdyz hotel obejmowal 4 segmenty.
Ruszylam z tobolkami (torba na kolkach, plecak i torebka) i juz przy pierwszych schodach mnie zablokowalo bo ktos szedl z naprzeciwka, a korytarze sa jednoosobowe. I wylacznie dla osob malo barczystych...
No ale jakos sie minelismy - czlowek z przeciwka wbil sie w jakas wneke, ja przeszorowalam soba po scianie i pognalam dalej.
Ostatnie schody, to ostatnie.
Na dól.
Ok, sa.
CO??
One sa o polowe wezsze niz ten korytarz...
Qzwa, ze tak stekne, nie zmieszcze sie w ramionach.
Zmiescilam sie, ale juz torba w reku ni cholery. A przed soba jej nie podzwigne.
A Chu...steczka haftowana, niech jedzie za mna na kolkach.
No super juz jeste....a gówno bo to dopiero pierwszy podest.
Lup, Lup, Lup... za mna na podest zjezdza torba.
Qr...a mac zakret?
Taki tego no, nie ze podest tylko jak krecone schody, no nie?
A ja z plecakiem pelnym kruchej zawartosci i toreba przez ramie obijajaco kolano i za mna ta kompletnie nie przegubowa torba na kolkach.
I jak ja mam niby sie przepchnac? kopem przed soba nie moge torby poslac, bo szklane scianki i na koncu schodów tez szklano, poza tym od podestu powyzej dywan pokryty folia kuchenna wiec gwaltownych ruchow nie moge robic zeby sie nie zeslizgnac...
Takiego tanca swietego Wita na tak malutkim skrawku nierownej przestrzeni z 3ma sztukami bagazu to chyba nikt w tej dekadzie nie odtanczyl.
I w kurtce.
Dzierzac dodatkowo w jednej rece te blache 10cm na 20cm z numerem pokoju i kluczem.

Coraz bardziej wsciekla niz rozbawiona, w koncu poddalam sie i sila woli chyba obrocilam sie z tym plecakiem na grzbiecie w przestrzeni gdzie w zasadzie tylko bokiem i na wydechu powinnam sie przemieszczac (metoda 'na kraba'), zlapalam tylna reka raczke torby utknietej na zakrecie i szarpnelam z calej sily, nie baczac na mozliwe konsekwencje.

Otoz nie wybilam zadnej szyby.
Nie zjeb...lam sie z tych schodow na ryj.
Nie zerwalam nawet tej cholernej folii spozyczej z dywanu!

Ku mojemu bezbrzeznemu zaskoczeniu wydobylam sie z tej pulapki i katem umyslu przemknela mi mysl, ze powinnam zrobic zdjecie temu pierdzielonemu korytarzykowi ze schodami bo przeciez nikt mi nie uwierzy za obrocilam sie o 180% na szerokosci 45 centymetrow... te centymetry to jeszcze sprawdze bo moja torba miescila sie tam na szerokosc i na tym koniec.
Na dole schodow, odwazylam sie odetchnac z ulga, i strasznei glupio bo okazalo sie, ze mam do wyboru dwoje drzwi. Na prawo i na lewo. Na prawo widac bylo tylko jedno pmieszczenie, bogato oszklone i bez wyposazenie innego niz materialy remontowe wiec metoda eliminacji poszlam na lewo i znalazlam pierwsze pokoje z tego poziomu (dla sluzby poziomu, jak ktos zna sitcom You Rang M'Lord? to powinien sobie teraz wyobrazic poziom na ktorym sie znalazlam).
Byl to numer 006. Ja mialam 009. Gebowo mi powiedziano, ze 9, wiec nie probowalam wlamu do 6tki. 
Pomyslalam, ze juz jestem i po co? Okazalo sie bowiem, ze rypalam tymi schodkami na dol tylko po to, zeby za drzwiami zaczac wspinaczke mniej wiecej do 1/3 wysokosci tego co przed chwila pokonywalam w tych kocich jelitach korytarzyka. 
Tyle, ze korytarz byl jakby szerszy, ale rowniez wil sie jak boa w agonii po zezarciu krokodyla...
i byl przykryty jakimis tekturami na lepy przyczepionymi do dywanu.
Wscieklosc moja osiagnela apogeum i po prostu ruszylam po najmniejszej linii oporu, jak niewysoki czolg, z przyczepka i te wszystkie poziomy pokonalam znowu sila woli, a torba za mna podskakiwala jak 3-latek na spacerze. 
U szczytu tych dziwnych ni to schodow ni to podescikow zerknelam ocenic straty i bloga satysfakcja zalagodzila moja wscieklosc - wszystkie tektury na lepach zostaly POKONANE.... (czytaj oderwane)
(rano byly poprzylepiane na nowo).
Dotarlam do pokoju, otworzylam drzwi i troche mnie przytkalo. Owszem miejsca tyle co kot naplakal, ale pokoj w zieleni natychmiast oblal moja udreczona dusze spokojem. 
Weszlam, przepchnelam sie pod drugi koniec pokoju zeby zmiescila sie ze mna ta torba, zatrzasnelam drzwi i zrzucilam wszystkie trzymane manele oraz kurtke i najpierw zamarlam na widok 2 okienek, bo przeciez bedac gleboko pod ziemia na okna nie liczylam, a juz na pewno nie na okna ktore dostarcza mi swiezego londkowego smogu. Okna wprawdzie wychodzily na jaki osobliwy komin, ale troche powietrza miejskiego (i temperatury) dostarczaly, dzieki czemu po nocy nie obudzilam sie ugotowana i uduszona na raz.

Nastepnie zainteresowalam sie gdzie tu do cholery jest lazienka. 
A pewnie te szklane mleczne drzwi, co oni do cholery z tym szklem, pieniedzy za duzo maja??
Otworzylam te drzwi i voila, odkrylam powod tych wielopoziomowych poziomow.
Istny hotel Szalonego Kapelusznika - do lazienki schodzilo sie dwa stopnie ponizej poziomu pokoju.

 A rolka srajtasmy wisiala tuz przy porcelanowym tronie i nagminnie w nia wlazilam wychodzac z lazienki.
Ale moja pierwsza mysl jak to zobaczylam byla:
"Zeby sie tylko na ryja nie zwalila jak wstane w nocy na siku"
Tak mnie ta mozliwosc przerazila, ze do lazienki szlam kompletnie wybudzona, co slabo wplynelo na moje wyspanie nastepnego poranka i mialo istotny wplyw na rozmiar i odcien workow pod oczami jakie sie mi powiesily po powrocie... Ale nie uprzedzajmy faktów.

Pokoj z poziomu lazienki wyglada nawet dosc imponujaco, przyznaje, dopoki nie uswiadomimy sobie, ze przestrzen zyciowa miala 2 metry na powiedzmy 1.5, w tym lozko1 na 2 metrywbite na styk pomiedzy scianami, plus ten wykusz okienny, w ktory zostal wbity trojkat stolika i zydel - doslownie, super wygodny swoja droga. Swiatlo mi troche nie wyszlo, ale pokoj byl oswietlony dosc skapo i musialam wszystko odpalic, zeby nie czuc sie przyduszona polmrokiem.
 Ogolnie zeby nie lokalizacja pokoju czulabym sie zachwycona bo tak pokreconego dekoru dawnom nie widzialam. Byl nawet czajnik i DARMOWA politrowka wody mineralnej, a takze szereg gniazdek dogodnie umieszczonych przy owym kasku stolika, w tym jedno gniazdko europejskie, czym sie wrecz wzruszylam, bo pakujac sie nie uwzglednilam noclegu w Londku i mialam wylacznie ladowarke na Europe kontynentalna...
Rano odkrylam, ze pod lozkiem bylo cos na modle palety na koleczkach - druciany ni to koszyk ni to stojaczek na kolkach, na ktorym mozna bylo umiescic bagaze i upchnac pod lozkiem celem nie tracenia miejsca na nogi. 
Dodam tylko, ze pomiescilby pelnowymiarowa walize na 30 kg, ale JAK te walize mozna bylo przepchnac po tych zawijanych schodkach to ja nawet nie sprobuje sobie wyobrazic.
Rano rzecz jasna w lazience zrobilam basen, co bylo moim obowiazkiem, nastepnie skakalam po stertkach z wilgotniejacych recznikow na wpol ubrana, w skarpetach, jak tylko ja potrafie (pamietamy racza, rozkicana, acz otluszczona sarenke? No to wlasnie tak), zeby umyc zeby, rozczesac afro (od wilgoci po prysznicowej, ktora nijak sie nie chciala osuszyc na poczekaniu) czy tez zasiasc na porcelanie, bo chociaz podloga byla profilowana, to bylo to profilowanie bardzo losowe - oprocz odplywu pod prysznicem, spora kaluza uformowala sie bezposrednio przed umywalka, a druga nieco mniejsza, pod sciana kolo porcelany...
Jako, ze bylo to B&B to jeszcze przed wymeldowaniem sie (no szkoda zebym sie szarpala z manelami po tym labiryncie wielopoziomowym na glodniaka) udalam sie na sniadanie, nawet nie jakos pozno i z rozzaleniem odkrylam, ze skonczyl sie ciemny chlebek tostowy, a sniadanie serwowane jest jak za oceanem - bufet szwedzki i robta co chceta,  a nie tak jak w irlandzkich B&B czy nawet hotelach Wyspy w ktorych bywalam do tej pory, gdzie sniadanie podawano wedlug zamowienia. Pogodzilam sie z losem i bialym tostem i jak zasiadalam przy stole, facet z kuchni przylazl i dolozyl chleb razowy.
I wtedy wiedzialam juz, ze dzien bedzie interesujacy.

I na tym zakoncze ten etap relacji bo juz dluga jest, a sama podroz do i zdobywanie Bruges pelne bylo tylu roznych smaczków, ze jeszcze nie wiem jak sie za nie zabrac ;).

Wednesday, 1 February 2017

sKundlona mRufa i inne przypadki

Bo bylo juz o tym jak zostalam wyznawca nawidakcji, to teraz czas no kolejne wyznanie.
Otoz siedzialam sobie akurat w bardzo niewielkim samolocie Relacji Planeta Ojczysta-Wyspa i czytalam ksiazke.
Wlasciwie to ja konczylam czytac i naszla mnie w tle refleksja, ze mimo iz w podroz wlasciwie bez kundla sie nie ruszam, to zawsze lakomym okiem zerkam na papierowa literature i wylacznei w ksiagarniach analogowych przezywam chwile rozkoszy i wychodze z torbami, doslownie i w przenosni ;).
I taka mnie ta refleksja dalej poniosla, ze mi sie przypomniala scena, w ktorej dostaje na imieniny oraz z zaskoczenia Kundla i strasznie staram sie nie okazac obrzydzenia, a wrecz przeciwnie zachwyt ;).

Tak, dElvix... byla to jedna z tych nielicznych sytuacji gdzie staralam sie ze wszystkich sil ukryc przed Toba co mysle ;).
Czy mi sie udalo, nie wiem.

dElvix z mezem Mudkiem mnie bowiem uszczesliwili Kundlem z klawiaturka, mowiac miedzy innymi, ze jest to jedyny (wtedy) model ktory pozwala na nielimitowane korzystanie w WisperNetu za friko i na calym swiecie i podobno komus w jakims egzotycznym i odludnym miejscu pozwolilo na kontakt z rodzina/znajomymi, gdzy wszelkie inne sposoby zawiodly, a ze ja jezdze jak glupia na rozne konce swiata to pomysleli, ze mi sie przyda.
Faktycznie wtedy mialam faze, ze raz na rok, a czasem czesciej jechalam gdzies hen daleko.

Coz ja wiedzialam o zabijaniu, mysle sobie teraz, bo nie wyobrazam sobie podrozy gdziekolwiek, bez mojego wiernego Kundla z klawiaturka :)

******************************
Kochana dElvix - byl to chyba jak dotad, najlepszy prezent niespodzianka jaki w zyciu dostalam :).
******************************

No ale wracam do tego samolotu i mojej refleksji.
Otoz leci sobie nikczemnej wielkosci samolot ze Stolycy do Londku, a ja w nim.
Dolecial, wyladowal, ja te swoje refleksje snuje i postanoawiam, ze sie nimi podziele i ukladam juz sobie glowie konspekt wpisu, gdy nagle slysze z glosnika:
"Witamy Panstwa na lotnisku imienia..." tu zmieram na bezdechu bo przez moment sie zaciekawilam czy sie po latach w koncu dowiem czyjego imienia jest lotnisko w Londku, gdy zapada cisza, pelna napiecia, wszyscy pasazerowie, a nie jest ich tak znowu wielu w tym napieciu tez tkwia, gdy slychac ciche parskniecie juz nie z glosnika i dociera do nas, ze stewardesa sie rabnela i chciala nas witac na Londynie na lotnisku imieni Fryderyka...
Zakonotowalam sobie pieczolowicie aby to zapisac i snuje te moja refleksje dalej, a my dojezdzamy pod bramki, tym nikczemnej wielkosci samolotem (Fader okresla go mianem "kurczaka", a ja zwykle operujaca Orlem Polskim zdecydowalam sie na Polska Jaskolke, bo jednak kurczaki slabo lataja o wlasnych silach), narod, jak to narod zrywa sie na bacznosc 5 sekund zanim zagsna swiatla "zapiac pasy" i czekamy.
Ja sie nie zrywam bo po pierwsze nigdzie mi sie nie spieszy, a po drugie wrecz przeciwnie gdyz pora akurat godzin szczytu na autostradzie.
Siedzimy/Stoimy gdy odzyw sie kapitan.
"Szanowni Panstwo, w ostatniej chwili zmieniono nam numer bramki, wiec jetesmy zmuszeni poczekac na obsluge, co potrwa okolo 20 minut"
A ja okiem wyobrazni widze jak obsluga z rozwianym wlasem i przeklenstwem na ustach galopuje te kilometry z jednego konca terminala imienia Krolowej, na drugi, a ze ja te kilometry musze przegalopowywac za kazdym razem gdy korzystam z uslug Polskiego Orla, to dokladnie wiem co czuja...
Przestalam snuc refleksje i profilaktycznie wyciagnelam plecak z gornej polki, myslac ze jak nic bedziemy rypac autobusem na drugi koniec terminala, a pogoda jednak nie az taka urocza - cieplo, ale i mokro.
Minelo z 15 minut z tych 20tu, ja zaczelam juz rozwazac, czy by nie popelnic wpisu na temat podrozy gdy odzywa sie kapitan:
"Szanowni Panstwo, zmieniona nam w ostatniej chwili numer bramki, a teraz okazalo sie, ze bramka jest zepsuta."
Ja w tym momencie juz widze, jak wszyscy karnie siadamy, zapinami pasa a Kapitan brawurowo przewozi nas z calym samolotem na drugi koniec terminala, prujac slalomem miedzy samlotami i pojazdami, a takze omijajac jednostki ludzkie prujace na czolowe z Polska Jaskolka...
"W zwiazku z tym musimy poczekac na kolejna zaloge z obslugi, a mozliwe ze dodatkowe serwisy, co potrwa okolo 15 minut"
To juz mialam pewnosc, ze beda schody, wiec czym predzej wydobylam z plecaka kurtke i strategicznie ulozylam manele zeby jednym zwinnym skretem ciala wbic sie rownoczesnie w rekawy kurtki, ucho plecaka i torby.
Po okolo 10 minutach, moze wiecej stweradesa oznajmila, ze wychodzic bedziemy tylnymi drzwiami.
W tym momencie pogratulowalam sobie decyzji zajecia miejsca 20+, a nie tak jak mnie system usadzal 13B, bo musialabym cala te cizbe narodu, ktora zabolaly juz od stania nogi, przeczekiwac, a tak to juz po chwili bylam na sliskich, bo mokrych metalowych schodach i okazala sie, ze musze rypac przez plyte, nie, nie na drugi koniec terminala - ze 20 metrow, a nastepnie prawie 4 pietra na gore schodami, z 5-6 kilowym plecakiem, torba i wspaniala kurteczka na temperatury lekko zimowe.
Ja to ja. Wlazlam i nawet sie zasapalam dopiero na tym prawie 4tym pietrze, jak stanelam juz na schodach ruchomych, ale 80% narodu mialo podreczne walizeczki na kolkach i w tych walizeczkach caly swoj bagaz... Mimo, ze Orzel Polski nie kaze placic za bagaz (jeszcze), w przeciwienstwie do Ptaszyska Wyspowego na ten przyklad.
No i tak.
A donosze, ze bagaz pobralam z okolic tasmy punktualnie o godzinie przylotu... to tak apropos niczego.

No i  wracam do tematu.
Myslalam, ze nigdy nie bede chciala czytnika. Kupilam taki nawet przyjaciolce, bo miala na liscie zyczen, a jej zyczenia zwykle byly dla mnei trudne do przelkniecia - taki mam dziwny i niedobry charakter, ze chociaz lubie dawac prezenty, to nie lubie dawac tkich ktore do mnei nie przemawiaja, sa sprzeczne z moimi pogladami. Nie, ze dam tylko to co sama bym chciala, ale to cos musi mi pasowac i do osoby i nie budzic wewnetrznych oporow. A zyczenia Judi  sa zwykle takie, ze mi wszystko debieje... ot na przyklad klecznik za miliony.... klecznik do medytacji. Za 50 dukatów lokalnych. Mnie opada wszystko lacznei ze skarpetami. Nie, nie potepiam, nich go dostanie :). Ale nie ode mnie. I mimo, ze koszt tego prezentu przekraczal jeszcze wtedy, znacznie lokalne standardy prezentowe, to czytnik dostala, tyle, ze byl to przezent caloroczny ;).

No i kolejnego roku, postawiona przed stanem dokonanym, zostalam wlascicielka czytnika.
Najpierw dla zachety zostal on dla mnie napelniony rosyjska literatura post-apo, co wydatnie podnioslo jego walory w moich oczach, a nastepnie odkrylam, ze Smoczynska tez ma Kundla i ma sie czym ze mna podzielic, a jeszcze nastepnie doznalam szoku, bo w darach od Smoczynskiej byla miedzy innymi lektury szkolne lubiane przez Fadera i Fader zabral mi Kundla!!!
Ba, przestawalam go miec za kazdym razem jak przyjezdzal do mnie, albo ja pojawialam sie na wystepach goscinnych.
W nastepnym roku Fader dostal swoj wlasny czytnik, nadziany obficie i przestalam byc pozbawiana lektury przy wspolnych podrozach itp.
Chyba to najbardziej sprawilo, ze zaczelam to ustrojstwo uzywac - niemoc uzywania jak mi go zabieral Fader.
Najpier wylacznie w podrozach i natychmiast zachwycilo mnie jak bardzo waga mojego bagazu glownego sie zmniejszyla, bo ksiazki na podroz 3-4 tygodniowa swoje wazyly, a przewozic je trzeba bylo w obie strony, objetosc bagazu podrecznego tez sie zmniejszyla, bo zamaiast tomiszcza na podroz mialam plaski pakiecik, wielkosci zeszytu szkolnego...
A jak odkrylam, ze moge kupowac ksiazki w mowie ojczystej i sciagac je na czytnik, czytajac dla relaksu w mowie ojczystej kiedy chce, a nie 3-4 razy w roku przez pare dni do 2 tygodni po powrocie z wystepow goscinnych, to juz w ogole wpadlam w cielecy zachwyt.
Ze juz nie wpomne o tym izx ksiazka zakupiona on-line byla mi dostepna od reki, a nie za 2 dni.

Ale, nie w tym dzielo, bo moja refleksja obejmowala rozne smiechostki zwiazane z przyzwyczajaniem sie do czytnika.

Otoz, jeszcze pare lat od zaposiascia Kundla, lapalam sie, ze przerywajac czytanie na chwilke klade na ekranie czytnika komorke
No zeby mi sie kartki nie zamknely przeciez, bo tak miewam w zwyczaju z ksiazkami papierowymi...

Innym razem usilowalam odczytac na plecach czytnika streszczenie ksiazyki czytanej...

Wielokrotnie gdzies w swiecie sprawdzalam jakies informacje korzystajac z WisperNetu, ale bylo to jak wyrywanie sobie zebow bez znieczulenia... Mozna, czemu nie, ale upierdliwe jak rzadko co... Nawet internet przez modem analogowy nie dostarcza tak upojnych doznan... Ale owszem. Da sie.

Pewnego razu zas, szukalam ksiazki.
Byla to tom 4.5 z serii 7-mio ksiagu Mroczna Wieza Stephena Kinga - jedna z moich ulubionych jego produkcji, czytywana przeze mnie rownie regularnie co Wladca Pierscieni i jak ktos zna oba to swietnie zrozumie czemu.
Mam wszystkie 7 czesci w papierze i wydaniu polskim oraz w oryginale i akurat wyszla ta czesc 4.5.
Przeczytalam rzecz jasna i zakonotowalam sobie w glowie, ze mam...
Minelo troche czasu i zapragnelam sobie odswiezyc lekture.
Przystapilam do namierzania ksiazki.
Mieszkalam wtedy w W i lokum mialo limitowane miejsca na trzymanie ksiazek - jeden waski regal sluzbowy i mala polke, ktora nalezala do mnie, wiec dwie, w porywach do trzech, sterty ksiazek rosly tez na jednej z szafek.
Zwykle wiem doskonale gdzie mam jaka ksiazke i grupuje je wg autorow.
Rzucilam sie wiec na regal, bo tam byly wszytkie Kingi.
Owszem, wszystkie, ale nie ta.
Dziwne... przeciez nie czytalam jej ponownie od zakupu.
Ale ok, moze w roztargnieniu ja gdzies wepchnelam...
Przekopalam sterty - nie ma.
No to mala polka, chociaz tam zawsze byly tylko Pratchetty...
Nie ma.
Wracam w regal.
Widze okiem wyobrazni okladke, wiem czego szukam, obwochalam wszystkie polki...
Nie ma.
Usiadlam zmartwiona, bo przeciez w lokalu na prawde nie ma gdzie zapodziac ksiazki i mysle straszliwie co moglam z nia zrobic.
Czytalam ja w domu, nigdzie nie jezdzilam w tym czasie wiec nie moglam jej przypadkowo zostawic na wystepach goscinnych...
Zrezygnowana, siegnelam, po czytnik, zeby sobie poczytac cos innego, na pocieche.
Przegladam zasoby....
CO???
Wroc!!
Stepehen King, Wind through the Keyhole (czyli tom 4.5 z 7miu)...
Sprawa znikajacej ksiazki sie wyjasnila - nie mogac sie doczekac na wydanie w miekkiej oprawie zeby mi pasowalo do calosci, kupilam sobie wersje na Kundla, zeby juz przeczytac i nie czekac ani chwili dluzej...
Ot Pan Hilary... ;)

Sa takie ksiazki, ktore mi w czytniku nie ida za bardzo, ale sa tez takie, ktore ni cholery mi nie ida w naturze, tfu, w analogu, a na Kundlu smigam az milo...
Przyklad - tez Stephena Kinga, konfabulacja o zabojstwie Kennedy'ego... W papierzem mnie zlamalo po 20-30 stronach i nie moglam zmoc... Oddalam w ogole do Kolchozowego sklepu.
W zamian kupilam sobie wersje sKundlona i przeczytalam w trymiga...
Taki Glukhowski zas na odwrot - na Kundlu czyta mi sie z okropnymi oporami (inne post-apo na przyklad spoko, ale jego, zle) i trzeba duzo zeby moje opory przelamac... A papier pruje, az milo.

No i calkiem niedawno...
Czytalam sobie ksiazke na Kundlu i nagle zaczal mnie szczypac grzbiet palca...
Paper-cut! Czyli zacial ma sie papieram...
Czytajac z Kundla...
Mysle ze to jest prawdziwie poziom Mistrza Yody umiejetnosci...

Thursday, 19 January 2017

The Hero, by xpil.eu, przeklad yours truly, czyli znowu udaje, ze tlumacze ;)

Oryginal/Original version

Przeklad uparcie autoryzowany i wciaz za zgoda autora.

Wed, Nov the 25th 2015, Zone 51, Nevada.
Corporal Kouska yawned. The patrol was boring. As usual. Kouska, after seven hours of flattening his ass in the Stryker, achieved such levels of self-consciousness that he could aspire to become some sort of a saint if it wasn’t for the end of patrol around the proverbial corner.
According to the commanding officers, lone patrols of this desert sector were supposed to “form the core” of the soldier. Kouska didn’t want to be that soldier, but what can you do – a man’s gotta do what a man’s gotta do. He always wanted to be in the military – since he was a kid, but in the wildest dreams he did not expect to patrol thousands of square miles of NOTHING in the hot and loud tin can.

Sand.

Closing his eyes for a moment would not make it go away. The view of fields upon fields of dirty-yellow shitty-nothingness was embedded in his retina for good. He would have given close to anything for a patch of green somewhere. Something that was not a sand dune, or at least something that was not a sturdy interior of the Stryker, as familiar as your best mate’s face.
All controls formed a boring message that everything was within acceptable parameters, nothing was going on, all components of the Stryker were operational and there was no point to expect anything out of ordinary for another hour.
Nothing, but the sand that is.
Even if any enemy was to attack this useless piece of desert, they would have to first sneak through an impenetrable radar network, that have been combing the area around the Zone for years.
Ten seconds later Corporal Kouska, son of Jean-Marie Kouska and Caroline Kouska (de domo Ctrvtek) was the most surprised corporal in the history of The American Military.
The cuboid appeared out of nowhere.

Literally.

It has not arrived, it has not surfaced from beneath the dune, it has not jumped from behind the pile of rocks. Simply where there was a desert, flat as a lake’s surface on a quiet day, suddenly there was this shining in numerous shades of green, cuboid.
Kouska had not clocked thousands hours of brutal trainings in the field for nothing. Three tenths of a second later Stryker was in full combat mode, machine guns aimed at the cuboid.  Actuators’ stabilizers for the threaded barrel howled, on a high gear, when the Stryker leaned halting suddenly.

Finger on the trigger gave this soothing feeling of being in control, only slightly shadowed by the fact that he was aiming at a wobbly, jelly-like, emerald cuboid, the size of a three-storey house.
Frantic memory dig for relevant combat instruction didn’t bring much. In fact, it has brought absolutely nothing.

Kouska was a simple guy. He knew that staying in the heat for prolonged period of time can make your brain go wackadoodle. Also in a such a way that you will see three-storey tall, greenish jelly-like cuboids, where there should be dirty-yellow sand.
Especially, that object this size should have triggered all sorts of alarms. If it was real, he would have been contacted the base by now. But the comms were silent.
The thermo vision was showing the object in its unreal orange-grey shades, so it either was really there, or his brain went wackadoodle more than he initially suspected. So he did the only sensible thing he could come up with. He grabbed radio transmitter and said... Well he tried to say. He wanted to report to the base that he was seeing what he was seeing. But radio was dead. As if he was trying to transmit from Faraday cage. There were no control signals.

The comms were dead.

Cold sweat covered his back. If something could sneak unnoticed through a fine mesh of military radar network and remotely kill all his comms...
Slowly, not losing an eye-contact with the objects, he reached for the breast pocket with his left hand, and retrieved a small vial, broke the tip and quickly ingested the content. Mixture of Pentylenetetrazol and Nikethamide could normally bring a wagon of deeply meditating monks to the level of agitated teenage girls at Justin Bieber concert. Kouska felt no difference, so he was not dreaming and possibly not hallucinating.
He was about 70 yards from the cuboid.
He grabbed bullhorn and said:
“This is Corporal Herman Kouska, US Army. Please identify yourself.”
Nothing.
“This is Corporal Herman Kouska. You are on a military base on the territory of the US Army forces. Identify yourself.”
Still nothing.
Kouska rubbed his eyes. It looked as if the air was vibrating next to the cuboid – as it does close to the tarmac on a very hot day. Also...

No, it couldn’t be. He must be “seeing” things. But something was not right.

Now he could see it. The pile of rocks that he was driving towards, before the cuboid appeared, was still few hundred yards away, and should be completely obscured by the cuboid. But he could still see it.
On both sides of the cuboid.
Kouska has never been an overly religious man. He also never really believed in Aliens – he had seen too many shitty sci-fi films as a kid for that. But this definitely was OUT of this world. No special effects could have fooled him so much in such a short spell.
Just to be on a safe side, he activated and dropped a radio beacon, shifted the gear to reverse and started putting some distance between himself and the object. He went for couple of hundred yards and the coms console suddenly came back from the dead. All lights were on!
And around him a hell broke loose. Suddenly there was a swarm of armoured vehicles, and air was thick with helicopters.
He took a sharp turn and only just managed not to ram into the command tent!

He froze.

Apparently they have been searching for him for 3 weeks now – he has disappeared from the radars out of the sudden in the middle of the desert. The country was on the brink of war – all usual suspects were being questioned – Russians, Chinese, Arabs and gods-know-who-else. Luckily he appeared at the very last moment as suddenly as he disappeared.

***
Thursday, May the 13th 2128, Mars, stasis 3872.
Modern history class.
Since that day, Ladies and Gents, over 110 ago, Corporal Kouska has been a national hero. Leaving behind this radio beacon allowed us to locate the cuboid in a local four dimensional curvature.
Technology used to construct the object was several levels more advanced that anything known to humankind at the time. The jelly-like quality that Kouska recalled from that day was just and optical projection of the fractal structure of the cuboid. Eggheads to this day cannot fathom the purpose of the object, but as we all know, thanks to the detailed analysis of the object we managed to achieve in only four generations a technological jump we would not have otherwise achieved for millennia.
Thanks to that we no longer have to worry about the greenhouse effect, or how to end the poverty haunting 80% of human population at the time.
And because of that we have discovered ability to bend space in low-gravity mode, allowing us to safely colonize Moon and Mars, and now we are very seriously considering an interstellar travel.
If it wasn’t for the bravery of Corporal Kouska, most likely we would still be living on the dying, overpopulated and over polluted Earth.
Let the memory of Corporal Kouska live for ever!

***
Wed, 25th of November 2015, Hyperspace, Interstellar taxi, category five.
“You Idiot! I have told you we are not stopping on the way. You were supposed to take a dump BEFORE we left!”
“I know Zgrvbhh, but you know how it is. You always forget something, plus it is holidays so chillax!!”
“I don’t give flying! We are not stopping or else we will miss the best part of the party – they are going to serve supernovas with hard gamma, and obstrudels for pudding!!”
“We won’t miss that, chill! Worst case scenario you will miss the opening choir of Brgvmmmw, and I need a dump SO badly, and this is a category five – remember?  They don’t have crappers!”
“Damn you! Ok, hang on; there is a little planet nearby with nothing but some worms on it. But be swift or else I’m going on my own!”
“Righty ho, don't get your shorts in a twist! Driver! Can you pull over here for a minute – there by that planet! Yeap, the 3rd one on the left. I’ll give you the hyperspace pass codes.”

Saturday, 14 January 2017

Piatek Trzynastego vs Rock'n'Roll

Czyli starcie Dwoch Tytanow.
Bo bylo tak, ze dostalam info, ze jedna taka kapela co ja odkrylam w 2011 roku jadac droga miedzystanowa I-95, najwiekszym samochodem jaki w zyciu prowadzilam i wpadla mi w ucho wonczas tak gleboko, ze nie baczac na ryzyko zapisalam sobie jej nazwe w notatce telefonu, bedzie w trasie.
I ze w tej trasie bedzie rowniez na Wyspie.
Zaintrygowalo mnie to bo przeciez nie mieli nowego albumu od 2 lat, to o co chodzi, ale zapytalam mojego towarzysza koncertowego co on na to.
A on, ze owszem, czemu nie, pojedzmy 13 stycznia 2017.
To sie zgodzilam, ale poprosilam czy on moze bilety kupic a ja oddam mu gotowke, bo karta trzeszczy w szwach ale gotowki mi nie brak. (blisko moich urodzin to bylo).
On sie zgodzil i przelytawal chyba na nami zla godzina, albo co.

Po czym wyguglowalam, ze za tydzien wypuszczaja nowy album - tajemnicy trasy koncertowej wyjasniona!

Pozniej to spojrzalam jeszcze w kalendarz i zobaczylam ze bedzie to piatek.
Wstepnie nawet sie ucieszylma, bo to znaczy ze nazajutrz sobota, imieniny kota... znaczy wroc, nie trzeba sie rany zrywac do Kolchozu.
A pozniej dotarlo tez do mnie, ze to Piatek Trzynastego. Ale pomyslalam sobie, ze przeciez to Rock'n'Roll i byle czego sie nie boi.
I tak.
W miedzy czasie Spuchly mi Trabki Eustachiusza i to nawet dwa razy i zakielkowala w glowie (miedzy tymi spuchnietymi trabkami) mysl, a wlasciwie taka wizja, takiego jednego chlopaka, ktory stal obok mnie na jednym z koncertow i byl klocony ze swoja panienka, a zarazem mial cos w uchu oraz druga z drugiego koncertu, ktory stanal obok i cos tam majdrowal, tez przy uszach, a nastepnie dal nura w ogolnym kierunku sceny, a pozniej widzialam jak wychodzil z imprezy z paleczkami perkusisty i bez obledu w oczach...
Ja z obu koncertow wyszlam tylko z polowa mozgu, bo druga wila sie w meczarniach uciskana przez te trabki.
No i ten kielek wizyjny rozrosl sie cokolwiek w poczatku stycznia, a nastepnie zaowocowal zamowieniem zatyczek usznych podobno 'stosowanych przez muzykow na koncertach'.
Wybralam stosownie kosztowne z mysle, ze niech przynajmniej jest szansa, ze to nie sa jakies stopery z przerostem ambicji.
Zamowienie doszlo, okazalo sie miec w sobie 2  pary silikonowych zatyczek z rureczka w srodku, w dwoch kolorach i nie ze jeden w prawe drugi w lewe ucho tylko z teoria naukowa, ze niebieskie wytluma treble, a biale basy (zmyslam oczywiscie, bo sie nie znam, ale jakies tam inne herce niby wytlumiaja). Jedna pare w zasadzie wykluczylam bo czulam sie ja kz woda w uszach, ale ta druga byla obiecujaca.
Zapakowalam obie do pudeleczka, polozylam na stole obok latoka i pomyslalam:
'Zebym tylko nie zapomniala ich zabrac w piatek'.
Tydzien plynal, a ja z obawami siegalam mysla do tego piatku bo nie bylam pewna czy mam dosc sily po tej dziwnej chorobie sylwestrowej na 4 godziny stania w tlumie.
Stan uszu snu mi z powiek nie spedzal, bo te zatycznki, no nie?
W miedzy czasie chodzilam juz do Kolchozu, wiec powodow do odwolania imprezy nie bylo.
Nadszedl czwartek wieczor, a ja zaczelam sie pakowac - nie ze w walizki czy cos, tylko przeciez jak do Kolchozu pojdze wystrojona z nienacka w t-shirt z kosciotrupem i napisem "Game Over - you lose", nawet w piatek to moze to troche dziwnie wygladac - nie ze sie ukrywam z upodobaniami, a skad, tylko nigdy nie bylam zwolenniczka nadmiernego obnoszenia sie z czymkolwiek, a juz szczegolnie od lat dwoch, zycia osobistego pod zadnym pozorem do Lochow kolchozowych nie przynosze.
A z kolei udanie sie na koncert Distrubed oraz Avenged Sevefold w biurowym stroju tez nie lezy w mojej naturze...
No to pakuje sie, wlasnie w sensie stroju na zmiane po zakonczeniu szychty w Kolchozie, szykuje podreczny zestawy koncertowy astmatyka, bo z plecakiem/torba na koncerty przestalam chodzic juz pare lat temu - owszem fajnie jest miec wszystko pod reka, ale nie fajnie jak polowa umyslu caly czas skupia sie na pilnowaniu sakwojazy i otoczenia, a otoczenie nijak nie wspolpracuje pchajac sie na czlowieka.
Mniej wiecej w tym samym czasie przestalam nosic torbe co i obcasy na te koncerty.
Przygotowana szmacianka z ekwipunkiem zostala powieszona na drzwiach we-wy-jsciowcyh, bo znana jestem z tego, ze umiem ominac kompletnie kazda torbe czy pakunek o ile nie zablokuje mi drzwi - tym sposobem srednio raz w miesiacu zostawiam w domu sluzbowy komputer zabrany z koniecnzosci na weekend...
W piatek trzynastego pojechalam do pracy - oczywiscie szyby byly zamarzniete, a odmrazacz od kilku dni zniknal z powierzchni ziemii, bo sniegiem nas tu strasza od tygodnia i kazdy pierwsze co robi to patrzy w internatach na zdjecia blizarda z NY z 2016, i czym predzej pedzi kupic odmrazacz... - wczesniej wiec odsiedzialam swoje w aucie czekajac na rozmarzniecie szyby przedniej i bocznej (jednej, bo druga nie zamarzla), a ja szanuje swoje nadgarstki i szyb nie skrobie - i do Kolchozu dotarlam wlasciwie o czasie, bo byl piatek, wiec ogolnie nieco na drogaj lzej.
Dotarlam, rozpakowalam sie zawodowo, odbylam zabawna rozmoe z Rach - zona Stu:
Moi - Slucha czy to bardzo zle o mnie swiadczy jako kobiecie, ze nie zadaje sobie wysilku przebrac sie i umalowac na balety przedswiateczne,  ale zawsze pamietam, zeby ubrac sie stosownie na koncert?
Rach - Bardzo zle swiadczy (Bad, very BAD), odparla Rachel ze smiechem
(i tu czesciwo nieprztlumaczalny ciag dalszy)
Moi Rach - Haha, Bad to the bone...
- Yeap, there is song about it... nawet ja to wiem, ale nie wiem przez kogo spiewana, nie ludz sie...
-Ale ja wiem i nawet slyszalam ja raz na zywo.

 I... uswiadomilam sobie, ze nie pamietam zabierania zatyczek do uszu.

Brawo ja.

Cale te przygotowania i radosc i prosze... wystarczyla chwila na autopilocie.

Pochwalilam sie Przebrzydluchowi, ktory akurat zapadl na chwilowy atak troskliwosci i zaczal stawac na uszach, zeby mnie zmotywowac do powrotu do domu i pobrania zatyczek.

Nie mialam ochoty okropnie. Ale mysl o polmozgowiu post-koncertowym tez mnie nie zachwycala.
W koncu uleglam namowom i pojechalam.
Pobralam zatyczki, wychodze z domu, zakluczam i pakuje sie do auta.
W tym czasie za mna staje van Poczty Jej Krolewskiej Mosci i wyskakuje dostarczycielka, ktora machajac wszystkimi konczynami nie potrzebnymi do chodzenia pedzi w moja strone.
Wylazlam uczynnie z auta i ku jej radosci zgodzilam sie poczekac, bo miala przesylki do naszego domu (tzn do kilku lokali z mojego sasiedztwa), w tym rowniez dla mnie.
Dla mnie jedna, reszta dla sasiadow z boku i z gory. Nie majac wymowki zgadzam sie robic za przechowalnie, przyjmuje manele i wychodze, wsiadam do samochodu i jade do Kolchozu.
W polowie drogi dociera do mnie, ze NIE PAMIETAM czy zamknelam drzwi na klucz.
Pamietam mysl "oj zebym tylko nie zapomniala zakluczyc" i dalej juz siedzenie w samochodzie.

Fajnie, co? Deja vu takie. Deja ve all over again, wrecz ;)

Nie, nie wrocilam sie po raz trzeci (1wszy po zatyczki, 2gi przyjac przesylki, no nie?).
Dotarlam do Kolchozu i zadzwonilam do zony Urosza, ktora siedziala akurat w domu.
Zlota kobieta (chociaz czasem trudno jej sie pozwiezac z frustracji, bo ma maniere obrony tego, ktory czlowieka akurat frustruje), poszla czym predzej sprawdzic i zameldowala mi, ze jednak zamknelam...

Uff...
Odetchnelam, ale o nie, nie zadne takie, nie osiadlam na laurach.
Piatek Trzynastego nadal trwal...

Po szychcie pojechalam do Stu, porzucic moje auto i przebrac sie w Standardowym Uniform Koncertowy, po czym rozbawilam Stu prawie do lez, bo wyszlam z lazienki juz w zbroi ze slowami:
"No bardzo Cie przepraszam, ale wlasnie odkrylam, ze zamiast czarnej koszulki zabralam granatowa i bedziesz musial ten dysonans kolorystyczny zniesc" (czarny/granta/braz)
Zart byl dla nas tym smieszniejszy, ze ja sie przed koncertem u nich przebieram 5 minut, a taka Kot przed impreza do 1.5 godziny...
Pojechalismy.
Oczywscie wspomnienie poprzedniej podrozy za pomoca nawidakcji Stu rzucily sie na nas w tym samym czasie, z ta roznica ze ja wspomnialam ja w milczeniu a Stu zapytal czy mysle, ze grozi na tamta trasa widokowa. Ocenilam, ze raczej nie, bo koncert tym razem na obrzezach, a nie w scislym centrum, choc jak jechalismy mna  calkiem ostatnio (przez Szweda) to udalo nam sie popelnic jakies glupstwo i chyba objechalismy cale centrum konferencyjne dokola...
Dojechalismy na nasz parking w niesamowicie szybkim tempie co Stu pochwalil i ocenil, ze jestemy dosc wczesnie i chyba przelatywala nad nami ta sama zla godzian co w chwili kupowania biletow.
Przegrzana okropnie usilowalam sie ogarnac zeby wyjsc z samochodu i nic na zapomniec, a Stu w tym czasie rzekl "O! Bilety! Dobrze by je bylo zabrac" z czym sie zgodzilam, bo sobie wyobrazilam mimowolnie jak wracamy po nie do samochodu... (hehehehe...) i zajal sie przygotowaniem samochodu na spadek temperatury w nocy. Ja przestalam nan zwracac uwage bo bylam nadal smiertelnie przegrzana, mimo, ze siedzialam bez kurtki (Qrwa mac, ze tak sobie zaklne, pomyslalam,  w domu to jak w psiarni zimno maja i sie ze mnie wysmiewali ze sie skarzylam na chlod, a w samochodzi w kurtce siedzi i tropiki w morde robi...)
Wylazlam.
On zamknal samochod i poszlismy.
Po drodze Stu pil swoja trucizne z puszki, zakladal "chustke" na glowe, gadal... Ja glownie szlam i starlam sie nie oddychac zimnym powietrzem, bo mi to nie sluzy, a gora suwaka od polara mi sie ciagle odsuwala wiec skupialam sie na tych dwoch czynnosciach - przebieranie nogami oraz zaslanianie geby, zeby mniej zimne powietrze wciagac.
Doszlimy do miejsca jakies 50 mterow od budynku, gdy Stu skonczyl picie, pobiegl wyrzucic puszke i nagle stanal.
Stanelam i ja.
"Poczekaj chwile, upewnie sie tylko czy wzialem bilety" mowi do mnie.
Stoicko i nawet dosc zadowolona z siebie rzeklam.
"Ty brales, nie ja."
Stu obszukal sie dokladnie, a mial do wyborku 4 kieszenie.
Wiecie jak dlugo mozna obszukiwac 4 kieszenie?
Bo ja juz wiem.
"Kurcze, nie ma ich... yyyy... To... yyy... to co... yyyy... spotkamy sie tu, czy przed wejsciem, a ja pobiegne?" wystekal Stu z niepewna nadzieja.
"Nie no idz, a ja pojde powoli za Toba" ulitowalam sie ja.
I poszlam sobie spacerowym krokiem bo zimno juz mi jednak nie bylo po pierwszym marszu z parkingu.
Po drodze musialam przeczekiwac takie duze fale narodu idace albo z expo samochodow wyscigowych z drugiego skrzydla centrum, albo do hali na ten sam koncert co my - szlo poznac bo umundurowaniu. Ci w kurtalkach lub z torbami z logo kosztownych samochodow to byli ci z expo, a ci w koszulkach i tatuazach z uskrzydlonymi czaszkami i polnadzy to byl moj tlum.
zrodlo: www.avengedsevenfold.com

Zeszlo mi sie tak dlugo, ze zaczelam w tych grupach od czaszek wypatrywac Stu i martwic sie, ze go przegapie.
A mialam ze soba wylacznie polski telefon - ten co w taksowce sobie pojezdzil przed swietami. Szczesliwie byl juz tam numer do Stu, wiec zadzwonilam:
- Halo?
- Czy ja Cie przeoczylam?
- Nie. Jestem nadal przy samochodzie...(to nieco lamiacym sie glosem), nie moge ich znalezc...
- Ja juz blisko jestem, za pare minut dolacze
I pomyslalam sobie
'No Piatek Trzynastego jak w morde strzelil.'
Stu kazal mi patrzec pod samochodem jak on sie wycofa, ale i tam nic nie bylo.
Poszedl obleciec caly parking bo moze wiatr je gdzies poniosl... tu zapytalam jakie to byly bilety, bo wiatru akurat w tym rejonie nie bylo wcale, musily by byc na jedwabiu pajeczyna tkane, zeby ich cos tam mialo porwac.
Okazalo sie, ze klasyczne kartoniki czyli jednak dosc ciezkie.
Ale nie komentowalam bo widac bylo, ze chlopina w rozpaczy jest i bredzi.
Wrocil i zaproponowal, zebysmy szli w strone hali, bo moze gdzies leza.
Z litosci tylko nie popukalam sie w czolo, bo nie widzial tych tlumow ktore przeszly ta droga po nas.
I slusznie sie nie popukalam bo sam doszedl do tej konkluzji.
Gdyby to byl ktos inny, ktos kto lepiej zna moje przygody to bysmy oboje szli ryczac ze smiechu, a tak to musialam trzymac rechot pod kontrola, zupelnie jak w tedy z kinie z Jase'em.
Z racji parkingu, ktory zalatwialam ja bo mi sie spodobalo, ze byl tak super blisko do hali, przyslugiwalo nam prawo wejscia wejsciem dla wybrancow (drugi raz zreszta, ale pierwszym razem zostawilismy wydruk w samochodzie), wiec Stu zasugerowal, zebysmy mimo wszystko sprobowali wejsc.
Nie popukalam sie w czolo glownie z zimna, bo nawet elementarna grzecznosc mnie opuscila, ale widok Stu biegajacego rozpaczliwie po krzakach z latarka z telefonu wyciskal lzy z oczu.

I tu nastapil pierwszy pojedynek Tytanow.

Otoz pan z ochrony wejscia dla Vipow nie dosc, ze nie popukal sie w czolo na nasz komunikat o nieszczesciu (bo do baru dla Vipow by nas istotnie wpuscil), ale wrecz zalecil pojscie do Box Office to tam nam wydrukuja nasze bilety.
I nastapila wymiana rol.
Bo ja juz sie mentalnie pogodzilam, z tym ze z koncertu nici. Ba ja juz nawet ukladalam sobie w glowie ten wpis - jak opowiadam czemu bedac przed wjesciem NIE bylam na koncercie - i nawet troche sie cieszylam, ze nie czeka mnie tortura tlumu i permanentny bol dupy od stania...
Ja oklaplam, a Stu ozyl i dostal takiego wigoru, ze zapomnial o tym iz mam nogi o polowe krotsze od niego. Z radosnym okrzykiem, ze przeciez on ma emaila ze soba, rzucil sie w strone box office.
A ja z opuszczona glowa i czlapiac nogami ruszylam niechetnie za nim.
Po drodze mijalismy konikow, mamroczacych zachecajaco "ktos potrzebuje biletu?"
Pozwolilam sobie nawet na glupwy zart typu "Jak myslisz, probuja wlasnie sprzedac nasze bilety?" co Stu powital wyjatkowo pragmatycznym "Niewykluczone", ale kompletnie nie dziabnelo go to w entuzjazm, a przeciwnie - podwoil tempo, zostawiajac mnie ewidentnie na tylach.

Starcie Tytanow numer dwa...

Dotarlismy do Box office, Stu wszedl, a mnie drzwi sie zamknely przed nosem, gloszac ze mam se nacisnac przycisk.
To ja im strzelilam Focha i odsunelam sie na bok obserwujac Stu przez szybe.
Nie weszlam tez z innego powodu.
Nikt nie lubie miec swiadkow jak tlumaczy sie z glupoty, no chyba ze ma ciagaty sadlo-maslo...
Patrze zatem bezmyslnie i widze:
Stu stoi niepewnie przed kobieta zza lady.
Nagle zaczyna gestykulowac.
Zamienia sie w czlowieka-pytajnik.
Zaczyna lekko podrygiwac, po czym pobiera od drugiej kobiety za lada kartoniki.
Podnosi sie nad ziemie jakie 5cm i zaczyna swiecic swiatlem wewnetrznym.

Zaintrygowana przybieram przyjemny wyraz twarzy na jego widok.
"Nasze Bilety!!"
"Nasze?"
"Tak! Ktos przyniosl!"

Nosz Qrwa Mac. W moim swiecie takie rzeczy sie nie dzieja!

I w ten sposob przestwilam niepodwarzalny dowod ze Rock'n'Roll moze wszystko!
Uczy, Leczy, Cieszy, Bawi i z Opalów Cie Wybawi!

Oczywiscie to wszystko nie mialo by miejsca gdybym to byla sama ja.
Nawet Rock'n'Roll nie ma takich mocy sprawczych, wiec nie ludzmy sie, to nie byl koniec.

Po pierwsze, przegapilismy pierwszy numer rozgrzewkowy, co jak uslyszalam ich finalne lomoty, nawet mnie ucieszylo. Do dzis zatem nie wiem co reprezentuja soba In Flames.
Po drugie, moja obserwacja, ze na poprzednim koncercie w tym lokalu bylo duzo mniej luda, okazala sie sluszna.
Po trzecie, nachosy serwowane w NEC Arena sa najgorsze jakie w zyciu jadlam i mimo zazytego ranigastu daly mi troche popalic.
Po czwarte, mimo ze stalismy gdzies w polowie hali, no moze miedzy polowa a pierwsza cwiartka od sceny, to stalismy rownoczesne tuz obok strefy zgniotu czyli War-Zone, czyli Rzezni, ktora radosnie uformowala sie podczas koncertu Disturbed nieco przede mna i po prawo.
Po piate, wbrew namowam Stu odmowilam udania sie glebiej w tlum w lewo, podczas przewy miedzy wystepami, a w pierwszych 20 minutach wystepu wlasnie tam, pol lewo i tuz przed nami uformowal sie drugi Mosh-Pit, czego nie omieszkalam triumfalnie wytknac...
Po szoste, zawsze w najblizszej okolicy Rzezni lataja kubki i tylko moge miec silna nadzieje, ze wylacznie z piwem...
Po siodme, kofeina wyplukuj mikroelementy. To Fakt niezbity. Mimo, ze nie odwodniona, a przeciwnie, ale pijam wylacznie napoje typu trucizna,  juz po godzinie stania zaczely mnie lapac koszmarne skurcze w stopach i pecinach. probowalam je rozpedzic przysiadami, co o malo nie skonczylo sie dramatem bo po kolejnym przysiadzie prawie klapnelam z polu na tylek, jak mnie chwycilo w obu stopach.
Po ósme, najpierw za mna, nastepnie przed Stu zebrala sie grupka polglowkow w niezlym stanie - oni to byli zalazkiem tej kolejnej strefy zgniotu - i w calej hali jako jedyny postanowili, ze nie beda wychodzi na fajke tylko sobie zapala na miejscu. Owszem. tuc obok mnie, z moja reakcja na dym z papierosów. po 3cim paiperosi poddalam sie i ucieklam z sali. Stu pozniej powiedzial, ze jakies 15 minut po mnie znikli tez oni. NoszWmordeInozem, magnes na trudne przypadki mam wbudowany?? Stu sie smial, ze poszli mnie szukac.
To tyle.
Bo reszcze koncertu - mniej wiecej 1/3 ostatniego zespolu odsluchalam na krzeselku przed wejsciem na sale, ukldajac pasjansy na komorce.
Zas moim odkryciem muzycznym roku jak dotad jest kapel pt Disturbed. Fantastyczni tak nagraniowo jak  na zywo.

Acha!! Po dziewiate!
W piatek w pracy postanowilam zapoznac sie zgrubnie z tym Disturbed, zeby wiedziec czego sie spodizewac, bo wczesniej slyszalam tylko jeden ich kawalek, polecony przez Bozeninego Stefana. Wlaczylam sobie co tam bylo najnowszego album na spotify "Live at Red Rock, Nov 2016" i odsluchalam. Byl to dokladnie ten sam wystep ktory ilka godzin pozniej odpracowalam na zywo...

Kurtyna!

Friday, 6 January 2017

Podroze z Merkurym, bo mRufa chyba lubi z nim podrozowac

No musi cholera jasna, psiakrew lubic, skoro maniacko podrozuje tylko w czasie kiedy Merkuriusz hocki klocki wyczynia.
I tak bylo tym razem.
Bo swieta przyszly i trzeba bylo poleciec na Planete Ojczysta w tym roku. To znaczy w tamtym.
Bilet mialam juz w wrzesniu bo i tak bylo wiadomo, ze lece ja.
Pamietna poprzedniej podrozy, wyjechalam stosownie wczesniej.
Kolejka do terminali tez zaczynala sie stosownie wczesniej, mimo ze byl to dzien roboczy i dobre 3 dni przed swietami.
Ale to wszystko bylo spodziewane.
Walizke mialam wybitnie ciezka i nawet jak ja targalam do samochodu to wiedzialam, ze 20 kilo przekroczylam na pewno, a czulam ze dosc porzadnie...
Na miejscu zreszta okazalo sie ze mialam racje - 25.1kg...
No i teraz ciekawostka - moze ktos cos?
Od kilku lotów polskim orlem przy odprawie internetowej mam do wyboru najwyzej 2 miejsca, a odprawiam sie w pierwszej godzinie owych 24 godzin poprzedzajacych lot.
Czy ludzie wykupuja miejscówe od razu?
Czy cos sie w systemie pozmienialo?
Bo jakos nigdy tak nie ma, ze wszystkie miejsca sa zajete i na przyklad siedzialam sobie przy oknie (uff, ze sie udalo) z jakims obcym chlopem, wtulonym we mnie, no nie byl taki do niczego, ale smierdzial jak siedem nieszczesc, a az taki przystojny to jednak nie byl, zeby mi aromoterapia nie przeszkadzala.
No ja rozumiem, chlop po fizycznej pracy np po calym dniu, moze nie pachniec rozami, jak nie wzial prysznica od razu, ale przed podroza?
No dobra, zalozmy ze na to lotniska musial biec z Orkadów. Hektar, spocic sie mozna. Tez bym zrozumiala, w koncu sama mimo porannego przysznica po 4 godzinach z hakiem i pielgrzymce terminalowej z strou zimowym rozami tez juz nie wanialam.
Ale to byl ten slynny aromat starego capa wydzielany przez nieprana od tygodnia mesko intesywnie eksploatowana odziez.
Skad wiem?
A wiem bo pracuje ze mna taki pan kolo, ktorego siedzialam przez miesiace letnie jakis czas temu i na poczatku tygodnia bylo ok, ale juz kolo srody zaczynalo byc gesto, a w piatek staralam sie nie oddychac, bo pan ów caly tydzien opedzal w tej samej parze dzinsów i koszuli, a zycie prowadzil aktywne wiec nie tak, ze zakladal dzinsy dopiero przychodzac do pracy i zdejmowal po 7 godzinach grzenia krzeselka.
No.
Tak, ze mialam podroz luksusowa, bo w aromoterapi z przedsionka piekiel i z obcym chlopem wtulonym w moje plecy (wczesniej w ramie, bo najpierw siedzialam jak bogowie lotniczy zalecaja).
Ale uwaga - pamietacie trudnosc z wskoczeniem w krzeselko ogrodowe w pazdzierniku?
Nic takiego nie nastapilo i pas tez zapielam bez szarpaniny, czyli ewidentnie cos bylo nie tak z tamtym fotelikiem...

Czytalam sobie ksiazke, co pomagalo. Wyglam sie zatem zadem w strone capa, jak tylko dotarl odo mnie ze przeciez moge, zalorzylam filtr na slonce i czytalam z zacieciem. Hobbita czytalam, po raz nie wiem który, w oryginale nota bene, bo sparlam sie po obejrzeniu filmu (w listopadzie ubieglego Anno Domini dopiero) wylapac niescislosci i bujna wyobraznie Petera Jacksona.
Czytalam zatem i nagle czuje kuksanca w bok.

Noszkurnagomyszawdupekopana...

Juz sie prawie zrywam przyfanzolic aromatycznemu przytulasowi w leb, a tu sie okazuje, ze somsiad ten od przytulasów dostal batonik i pilnuje, zebym ja swojego nie przegapila...

Szlag jasny i jak ja mam mu gwaltownej sraczki zyczyc, jak taki o moja przytulasnosc troskliwy?
No ale za batonik podziekowalam, bo do konca slodyczowego banu zostaly mi jeszcze 3 dni.
Merkury z mojego kolana dostala drgawek ze smiechu bo jezyki mi sie perwolily artystycznie, bo orlem polskim lecac, powitalam sie jak nalezy i o wode tez poprosilam jak nalezy, a za batonika dziekowalam w language, po czym zbluzgalam sie po polsku za pierdolowatosc... Zdaje sie, ze ubaw mial tez przytulasny somsiad...
Dolecielim i wydostalam sie z czelusci polskiego orla na teren Planety Ojczystej.
A tak w ogole to samolot byl opozniony. Na tyle, zeby z wczesnego popoludnia wrabac mnie w popoludniowe korki.
I dopiero tu zaczla sie polka z przytupem.
Bo musialam zapolowac na tkasówke.
W glebu duszy pragnelam zlapac na lasso pewna konkretna korporacje taksowkowa bo nie zabijaja budzetu i sa mili kierowcy (jak dotad jeden buc mi sie trafil, ale nie zlodziej, wiec mu wybaczylam).
Niestety nie bylo ich w ogole na stanie postoju wiec musialabym albo czekac, albo dzwonic, albo polozyc lache na preferencjach i wsiasc do pierwszej lepszej.
To wsiadlam do pierwszej lepszej, ale niestety byla to osobiscie przeze mnie niecierpiana korporawcaj, co sie nazwzya jak zona ojca-zalozyciela Stolycy...
Co yblo dalej to powinnam okryc zaslona milczenia, ale nie okryje tylko bede ekschibicjonistycznie opisywac w ponizszych paragrafach...
Moze nauczy mnie to nie chodzic na kompromis z wlasnymi przekonaniami.
Zaczelo sie niewinnie - kierowca zapytal czy ma preferencje co do trasy.
Odparlam wersalowo, ze mnie to lotto, bo wszystkie znam, byle najszybciej i najbezpieczniej.
Kierowca niby zawodowo jezdzi po miescie, a wrypal nas w najbardziej zakorkowana z tych kilku tras... Zaczelam nabierac podejrzen.
Ale jeszcze nie tak bardzo bo probujac wyplatac nas z tego korka, artystycznie wrypal nas w kolejny.
Pocieszajaco powiedzialam mu o Merkurym.
Temat sie rozwinal i nagle okazalo sie ze pisze sms do przyjaciolki-czarownicy pytajac o zgodnasc zodiakalna kierowcy i jego najnowszej dziewczyny.
I slucham wyznan typu "bo ja taki serial ogladam. no taki babski troche".
No i teraz jest tak.
Zjezdzamy z mostu juz na okolice mojej dzielni i mozna w prawo albo prosto (nastepnie wybor jest szybko w prawo lub w lewo, ale w lewo to w przeciwna strone niz trzeba wiec moj umysl wyparl taka opcje), a Kierowca sie mnie pyta w prawo czy w lewo. No to ja w owym momencie zgodnie z prawda mowie w prawo i troche sie nawet dziwie gdzie on to lewo widzi. Ale po chwili juz sie nie dziwie, bo znajdujemy sie na pasie w prawo, w tej drugiej transzy wyborow, czyli na zlym.
Niby pasazer ma byc cichy i bezwonny, ale kuzwa, ja za to place... wiec pytam grzecznie "a czemu z tego pasa?" na co Kierowca zdzwiwiony "bo pani tak powiedziala".
A ja "ale przeciez tedy sie nie da dojechac?" na co kierowca potulnie wbija sie w lewy pas i teraz nie wiem - juz kombinowal, czy uczciwie nie wiedzial??
Ale kierowca taksowki?? Zeby nie wiedzial? I nawidakcje mial??
Ale dojechalim i pod domem swiadoma, ze na liczniku jest wiecej niz ja mam gotowki pytam "jak u pana z kartami?"
A on... kierowca DUZEJ stolycznej korpo taksowkowej do mnie, ze..."Nie bardzo".
I tu juz mnie tknelo pozadniej. Ale odparlam, ze ok tylko chwile trzeba poczekac bo mam za malo zlotowek i wyciagam polska komorke celem wezwania Fadera na pomoc, bo byl przygotowany na taka opcje...
Na co kierowca pyta czy mam dukaty Her Majesty.
Mam, mowie.
To on moze wziac w dukatach albo cos.
Na to ktos puka w okienko, a to Fader.
I teraz ciekawostka - wyskoczyl zapytac czy potrzebuje kasy, ale bez kasy...
Ha.
Tak.
Obok mnie caly czas moj wierny kumpel Merkury, ktory tez lubi ze mna jezdzic chyba, chichocze jak najety.
I teraz jest galimatias, bo ja usiluje wydobyc sie z tego cholerna pojazdu, Fader usiluje negocjowac z kierowca (??), ze on zaraz przyniesie pieniadze, a ja usiluje zebrac moje klamoty i rownoczesnie rozliczyc sie w dwoch walutach, bo skoro moge to niech to zrobie.
Na drugi raz prosze mi przypomniec, zebym:
1) po wyladowaniu natychmiast pobrala PLN z okolicznej 'sciany'
2) nie informowala Faera ze nadjezdzam.
Czemu?
Otoz ta polka z przytupem dopiero sie rozkreca.
Wysidlam w koncu, ogolocona tak ze zlotych jak i ze sterlingów, poszlismy do domu, rozpakowalam klamoty na tyle na ile trzeba zeby wydac Faderowi jego wkupne, a nie wypucowac sie z prezentów i szykujemy sie ruszyc na zakupy zywnosciowe, pobranie mojego sterydu z apteki a takze przesylki z lokalnej poczty.
Jest po 17tej jakos.
Zebralam potrzebne fanty na kupe - dowod/prawko/portfel/torebke i siegam po komorke.
Te polska.
Komorki nie ma.
Tu przeczucie mnie tknelo ostro, ale jeszcze trzymam sie pazurami nadziei i dzwonie sama do siebie.
Gówno, prosze jasnie panstwa, komorki brak.
Juz wiemy co sie stalo?
Otoz w ferworze walki z platnoscia z taksowke i Faderem probujacym pomoc, telefon zamiast do torebki wlozylam... OBOK torebki.
Jest to telefon dosc stary i z prepaidem w srodku, ale mimo wieku nadal jest wart wiecej niz niejeden nowy, bo jest to ostatnia Jezyna z wymienna bateria i pelna klawiatura, wykonana jeszcze zanim zaczeli ciac koszty... Malo tego - ma w sobie taka mase kontaktow, ze az mi serce zakrwawilo na te strate.
Zadzwonilam zatem ponownie z nadzieje, ze kierowca uslyszy...
Uslyszal i oddzownil, ale nie z mojej jezyny tylko ze swojego telefonu.
Ciekawe moze nie umial... ;)
Ze on juz jest daleko i jedzie spod Zabek, ale sa korki.
Dziwne bo jak sa takie kroki, to by az pod Zabki nie podjechal, wiem bo znam trase (dzieki Yahu, za nasze dlugie nocne Polakow rozmowy, jak Cie do domu odwozilam po dlugim dniu).
Troche zamarlam ile mnie zakosztuje ta impreza, ale z nadzieja pytam czy bede mogla sobie odebrac go z biura rzeczy znalezionych w firmie.
"Nie bardzo" mowi kierowca "bo my nic takiego wlasciwie nie mamy"...
Tu zdebialam bo jak to?
Od razu wyrzucaja czy sprzedaja na alledrogo??
"A poza tym to musialaby pani gdzies az na Wawer jechac" tu juz mi sie to przestaje podobac, ale bardziej mi zalezy, na odzyskaniu tej jezyny niz niz na prawdomownosci kierowcy.
No to mowie, ze moze jak bedzie mial kurs w mojej okolicy to bym go zamowila. No co on dziwnie ochoczo:
"To ja do pani jade, ale to potrwa bo korki sa"
Godzine pozniej.
"Tak, ja jade wie pani, ale korki straszne sa"
Na co proponuje, ze moze gdzies wyjade naprzeciw, np do fastfooda na stacji benzynowej?
Oj nie bo to jemu nie po drodze (WTF??? to praktycznie jedyna droga??)
kolejne pol godziny pozniej
"A bo wie pani tyle korkow bylo, ze ja podjechalem do domu obiad zjesc i stad juz prosto do pani jade i policze tylko za ten kawalek"
Dodam, ze w miedzy czasie Fader odstawial swoj numer "pomagam", czyli sle wiachy na taksowkarza,wyzywa go, wyzywa mnie, obraza sie, nastepnie znowu wyzywa wszystko, wtraca sie do rozmowy, komentuje ktoredy kierowca ma jechac, wszystko to na pelen regulator, bo przeciez kierowca musi go uslyszec z odleglosci tych 15-20 kilometrow...

W kazdym razie objechalam kilka dni pozniej dzielnice, co w niej te korki byly, bardzo porzadnie i z detalami, doprowadzajac Nawidakcje Malego Czerwonego Czolgu do rozpaczy, bo trasa jaka mi wskazywal byla totalnie rozkopana i musiala sie biedaczka ostro gimnastykowac, zeby doprowadzic mnie do celu, ale warto bylo, bo takiej smiechoterapi to ja od wielu miesiecy nawet z dElvix nie mialam, jak podczas tego spotkania na Wyspowo-Azjatyckim szczycie w prawobrzeznej Stolycy.
A jakbym nie objechala to bym do dzis uwazala, ze jest to dzielnica wieksza niz cala Stolyca  bazujac na relacji kierowcy.

Telefon odzyskalam i potwierdzily sie moje podejrzenia co do historii - wyglada, ze kierowca to on moze i byl, ale albo sobie kursik zrobi na lewo, albo w ogole jezdzil nie na swojej maszynie, bo jezyne przywiozl mi z obstawa...
Zaplacilam i przysieglam sobie NIGDY W ZYCIU NIE KORZYSTAC Z TAKSÓWKI Z TEJ KORPORACJI.
Poprzednio tylko sobie obiecywalam unikac.
Teraz nie wsiade do dziadów.
Nawet gdybym miala rypac na piechote przez cale miasto.
A kierowca niech sie liczy, ze moge mu na maske napluc bo numer kierowcy zapamietalam.
Z pozniego popoludnia zrobil sie wieczor i z zaplanowanych rzeczy udalo sie wylacznie wykonac zakupy zywnosciowe. Reszta zostala na kolejny dzien przerzucona.
--------------------------------
Dodam tez, ze mimo slynnego juz roztargnienia, byl to PIERWSZY raz w moim zyciu uzytkownika komorkowego (od konca lat 90tych, czyli pierwszych komorek na karte), ze zadzialam gdzies telefon tak skutecznie, zeby oddalil sie ode mnie bez mojej wiedzy.
--------------------------------
Nie byl to koniec przygód, bo jako kolejna atrakcja wystapila dostawa z Wyspy.
Dzien tez mial byc nieco rozbity przez to, ale nie sadzilam ze az TAK!
Otoz spodziewany kurier firmy na F mial przywiezc mi trunki ktore zamowilam z Wyspy na Planete Ojczysta.
We czwartek mial.
Czwartek przyszedl, ja dostalam sms, ze kurier w drodze i moge go sledzic, co probowalam uczynic ale nie szlo i w tym momencie kurier na F zajechal pod dom.
Fader stanl na bacznosc pode drzwiami, ja dostalam bezdechu bo akurat w lazience przebywalam i czekam na dzwonek.
Dzwonka brak, ale kurier wszedl, pognal na gore i wrocil, wsiadl do samochodu i pojechal, wg slow Fadera ktory przestal na bacznosc polowe atrakcji, a druga przegapil, wiec nie wiedzial czy kurier paczke z domu wyniosl czy nie.
Status przesylki - w drodze.
Zdzwilam sie, jak rzadko bo jak to? Dwa razy przyjedzie?
Moze miedzynarowdowe jezdza osobno?
No ale pojechal, nie wraca, kartki nie zostawil to ruszylismy zalatwiac to co poprzedniego dnia sie nie udaly.
Wlaczylam sobie w telefonie wyspowym przesyl danych i religijnie co godzine sprawdzalam status przesylki, za co ostro zaplace, zmuszajac Fadera do powrotow do domu co 2 godziny.
Nic. Cisza. Amba. Kurier w drodze. Dostarczy do 18tej.
I tak bylo do 16tej.
Od 16tej wyladowalismy w domu i odmowilam wychodzenie az do 18tej.
Status na stronie bez zmian.
Przyszla 18ta. Przesylki ani sladu.
Przeszla mi przez glowe mysl, ze to rano to byla pomylkowa proba dostarczenia, albo moze moje przesylke dostarczyli innemu kurierowi?
sprawdzilam dane zamowienia kilkakrotnie... wszystko sie zgadza - adres, telefon... zadnych blednych danych.
Ale srawdilam raz jeszcze status i....
"Proba dostarczenie nieudana o 16.35, instrukcje na kartce".
Nosz kur zapial pies zaszczekal.
Kartki nie ma, a my w domu bylismy.
Szukam telefonu do firmy F, a telefonu brak. Zero. Nawet sex-linii (0700) nie maja na stronie wymienionej.
Moze jakis numer bylby na kartce, ale kartki brak.
Oczywiscie w tle Fader "pomaga".
Nie bede sie powtarzac, ale tym razem wyjasnia mi co mam im powiedziec jak zadzwonie, nie baczac ze juz 3 razy meldowalam, ze dzwonic to ewentualnie moge zebami, jak mroz chwyci.
Wyslalam do F wiadomosc z detalami i sugestia co o nich mysle.
I postanowilam, ze mam ich w dupie. Jutro jedziemy z programem bez taryfy ulgowej, a ja zloze skarge w sklepie i strace frimie F klienta.
I tak bylo.
Pojechalismy, zalatwialismy wszystko po kolei, gdy okolo 16tej z groszami zadzwonil moj telefon polski (ten odzyskany), akurat jak wsiadlam do czolgu i zaczelam sie rozgrzewac po ostatniej gimnastyce na sliskich sciezkach i bezdrozach cmetarnych.
Odbieram, a tam... cisza.
Mysle sobie 'ech, nie zdazylam. ale moze to kurier? oddzwonie"
Oddzwaniam, ktos odbiera, a tam cisza.
Po chwili dzwonek, odbieram, cisza.
Przychodzi sms
"kurier z F z przesylka, nic pani nie slysze"
Odpisuje
"ja tez pana nie slysze, oddzwonie z drugiego telefonu"
"czekam"
Fader to the rescue, tzn jego komorka.
Dziala.
"Bo ja tu jestem z przesylka i nikogo nie ma."
"zgadza sie bo my jestesmy gdzie indziej" odparlam rownie bystro co zgodnie  prawda.
"acha..."
"bo wie pan wczoraj nikt nam zadnej kartki nie zostawil, wiec nie wiedzialam co robic"
cisza...
"acha"
"A moze pan zostawic przesylke u ochorny?"
"Moge, ale czy pani sie zgadza, zebym podpisal za pania?" (jakby poprzedniego gadania o kartce nie bylo, totalne wyparcie w glosie)
"Moge sie zgodzic, ale moze pan z ochrony podpisze - nie powinien robic problemow"
"tak? To ja wroce na ochrone i zapytam"
"niech pan zapyta, jakby co to moze pan zadzwonic i ja panu z ochrony wyjasnie, albo co" (myslac, ze mnie kaze zadzwonic za kilka minut)
I tu chyba zadzialal moj ukryty atut glosowy, bo nie wiem co innego - mianowicie kurier nawet nie probowal mi powiedziec, zebym to ja zadzwonila za te 5 minut tylko odparl ochoczo, nie baczac na koszty:
"dobrze"

Merkury z tylnego siedzenia, az czkawki ze smiechu dostal, tak sie dobrze bawil...
Jak nic lubi on ze mna podrozowac, oj lubi...

Po 5 minutach telefon: Kurier: "To ja, pan z ochrony chcial z pania porozmawiac."
Rozmowa:
O- dziendobry
Moi- dziendobry, to co, zechce pan podpisac sie w moim imieniu na tej przesylce?
O- no moge, ale kiedy panstwo wracacie?
Moi- no za godzine.
O- A to nie ma sprawy!
(WTF??) pomyslalam, ale podziekowalam wylewnie obu panom i juz uspokojona odpalilam Czolg i ruszylam w szerokopojetym kierunku domu.
I wtedy zgadlam, ze ochroniarzowi chodzilo o czas przechowywania, bo miejsca tam na tej ochronie duzo nie maja).

Napiecie puscilo do tego stopnia przez przez kolejne 2 dni w mRufim kwadracie na Planecie Ojcystej szalaly TAKIE awantury, jakich swiat nie widzial... Pozniej dwiedzialam sie, ze ksiezyc jakies glupoty wyczynial i powodowal wqrw powszechny w naszych rejonach...

Zas z pozytywow to po ostatniej awanturze z ust przyjaciolki-czarownicy uslyszalam komplement, szkoda ze nie byl to poniedzialek, ze pieknie wygladam 'jakbym skrywala jakas slodka tajemnice', a ze byl to pierwszy dzien swiat to odparlam, ze owszem duza ilosc czekolady ;)

A pozniej zaczal sie powrot do domu. No nie od razu, po paru dniach.
Ale to juz opowiesc na osobny wpis, bo i tak juz sie dlugo zrobilo...