Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Tuesday, 17 July 2018

Z serii zaslyszane - Paint It Black, czyli notka ekspresowa o konsekwencjach wlasnych czynów

I wcale nie chodzi o ten kawalek Rollingtonsuff, aczkolwiek po namysle stwierdzam, ze albo uzytkownik sie tego nasluchal, albo wpadl w bardzo ponury nastrój, albo (to wiem z autopsji) robil dla kogos rurzowe ciasto urodzinowe i musial odreagowac.

Ukradzione z Internetów.
A bylo tak:
Siedze w pracy i akuratno mam tzw conference call czyli spotkanie zdalne.
Temat spotkanie malo istotny, ale powiem - mianowicie mapujemy dane do migracji.
Mimo iz temat jak widac nadwyraz frapujacy i ognisty, to rozmowa z jakiegos powodu zeszla na tematy nieco uboczne i zesmy wspomnieli wspólnego kolege P, który umie naprawic wszystko.
Symbolicznie rzecz jasna oraz wylacznie w branzy naszej.
Kolega P zaczynal kariere w helpdesku co zostalo mu wytkniete - dodam pomocnie, ze kolegi P przy rozmowie nie bylo, wiec temat nie rozwinal sie w plotki tylko zainspirowal innego kolege do wyznania, ze o ile on nie pracowal w helpdesku, ale kiedys cos diagnozowal dla kogos z helpdesku.
Rzecz dziala sie tak na moje oko we wczesnych latach 90tych.
Na tapecie byl Windows 3.0, którego nawet ja nie pamietam osobiscie, bo ja sie zetknelam z jego nastepna inkarnacjami (3.1x)
Otóz uzytkownik zglosil, ze jego win 3.0 po restarcie byl totalnie czarny.
Ekran pokazywal ciemnosc i nic poza tym.
Helpdesk sie poddal albowiem  nie umieli nic zobaczyc i wezwali kolege na ratunek.
Kolega podiagnozowa, podiagnozowal, az przyszlo mu do glowy zeby zajrzec do pliku pt config.ini (przypuszczam, ze zrobil to bezposrednio w DOSie, bo tak ja bym w owym czasie zrobila - wingroze nie byla w woych czasach taka jak teraz, za moich pierwszych interakcji mówilo sie na nia "nakladka graficzna")
i wykryl tam, ze uzytkownik ustawil sobie wszystkie parametry koloru na czarny. Wszystkie.
To co, moze nie Paint It Black??
No.
----------------------------------------
Idac za ciosem moja pamiec podsunela mnie wspomnienie sprzed lat kilku, zanim smartfonu obiely swiat we wladanie, ale juz w erze telefonów komórkowych rozpowszechnionych.
Moja przyjaciólka od krysztalów - Judi - postanowilam wyslac mi zyczenia. Chyba imieninowe, bo koncepcja Imienin, choc obca bardzo jej sie podobala, a urodziny zawsze spedzalam jednak na Wyspie wiec bylabym dostepna na zywo.
Chciala mi te zyczenia wysla po polsku, zeby mi bylo przyjemnie.
Uzycie tlumacza gugla nie wchodzilo w gre bo byl jeszcze mlody i nie radzil sobie z mniej popularnymi jezykami (przypominam, ze tlumacz gugla ma okolo 12 lat i zaczynal obslugujac wylacznie 2 jezyki i zaden z nich nie byl jezykiem Planety Ojczystej). Inne transaltory tez nie za bardzo przyszly jej do glowy. Zreszta wcale nie jestem pewna czy na polski cos oprocz jakiegos szkieletowego slownika w gre wchodzilo.
Ale Judi nie nalezy do zyciowych poddawaczy sie wiec nei nie poddawala. Otóz wymozdzyla sobie, ze jak napisze mi zyczenia pt "Happy Nameday" w telefonicznym smsie, a nastepnie zmieni jezyk telefonu to zyczenia bedzie mogla wyslac po polsku.

Tak.

Czy mówilam ze Judi jest naturalna blondynka? I uprzedzajac protesty oraz zlozeczenia - o ile ja nie upieram sie, ze kolor jej wlosów ma jakikolwiek wplyw na jakosc pomyslów, to upre sie ze to byl pomysl godzien angdotycznej blondynki.

Nie musze chyba dodawac, ze zmiana jezyka w telefonie sprawila tylko tyle, ze na ekranie jedynym napisem jaki zrozumiala byl napis "Happy Nameday", który rezolutnie pozostal niezmieniony.
Cala reszta telefonu stala sie jej nagle niedostepna.

Judi w padla w rozpacz, bo bez telefou jak bez reki, po czym zaczela kombinowac.
Wykombinowala, ze to kóleczko zebate to symbol ustawien i tamze wlazla, byl to dobry poczatek, ale nic nie dal sam w sobie.
Na pomoc ruszyl jej zatem ten szczatkowy slownik polsko angielski w internetach i dzieki temu powitala mnie slowy "teraz wiem jak po polsku sie pisze "language"!"
Pocieszylam ja w tym miejscu, ze moglo byc gorzej, bo mogla wybrac dajmy na to mandarynski, albo koreanski i to by dopiero bylo wyzwanie.
Nie wygladala na szczególnie pocieszona, tak na marginesie.
W gre wchodzilo równiez zadzwonienie do mnie (w czasach kiedy koszty roamingu byly dosc wyrazne, wiec Judi miala nieco oporów), co kompletnie by mi nie przeszkadzalo, bo z przyjemnoscia bym pomogla, ale bylam dumna, ze kolezanka sobie poradzila.

----------------------------------------

PS. Tak, na wypadek jakby sie ktos interesowal, upieklam swego czasu rurzowe ciasto - cale rurzowe, na wskors, a nie tylko po wierzchu i takoz udekorowane, dla przyjaciólki, tejze samej - Judi od krzystalów - bo zapytana jakie by chciala ciasto na urodziny odparla, ze rózowe. Zaparlam sie i upieklam tej cholerze ciasto rurzowe jak majty i szarpnelam sie na icing tez w takim kolorze i przesmarowalam je oraz udekorowalam.
Po tych atrakcjach musialam w ciemnym pokoju bardzo glosno sluchac Rammsteina i Claw Finger przez 2 godziny, zeby odreagowac i odzyskac sladowo zdrowe zmysly.
Judi nie byla zolza i ciasto jadla, a nawet pochwalila.
Bylo o smaku truskawkowym.

Tuesday, 26 June 2018

Zew drogi oraz dowiadujemy sie, ze mRufa jest cieniasem

Otóz, gdy wzywa droga, nie mam sensu sie opierac. Zupelnie jak z Borgiem.
We Are the Borg. You Will be Assimilated. Resistance is Futile
 
Zakoszone z internetów.


Droga Cie wzywa, Ruszysz w Droge, Opór jest bezcelowy.
Co zrobic gdy czuje sie zew drogi, a czlowiek usiluje cwiczyc silna wole i nie ulegac ot tak bez walki.
Uwaga, najpierw bedzie kosztownie:
I
Piszesz do znajomej osoby mieszkajacej mozliwie daleko, najlepiej w innej strefie czasowej, owa osoba Cie zaprasza z wizyta, lecisz samolotem, bawisz sie swietnie, wracasz niechetnie do domu i po 2 tygodnia slyszysz te zdzire (Droge) ponownie.
To ja, Sina Dal.... Puc tu do mnie mRufa puc...
II
Decydujesz sie czesciowo chrzanic konwenanse, przyjmujesz dla zachowania pozorów zaproszenie do innej znajomej osoby, która dla odmiany mieszka daleko, ale w Twojej strefie czasowej, na tyle daleko, zeby trzeba bylo jechac wiele godzin.
Jedziesz.
III
Albo po prostu chrzanisz konwenanse od razu, siadasz za kólko i jedziesz.

Opcji IV z pozostaniem na miejscu jeszcze nie odkrylam. Ale umówmy sie, nie szukam zbyt intensywnie.

Ze mna bywa róznie, czasem usiluje zachowac pozory, a czasem chrzanie wszystko i po prostu jade.
Tym razem poszlam w kosztowna opcje, a nastepnie, pare tygodni po powrocie, w pewien marcowy wtorek wsiadlam w samochód i pojechalam na Pólnoc. Nie bardzo daleka, ale kawalek bylo - tak 300 kilosów z haczykiem.
Osobliwoscia drogowa jest, ze czesto te sama droge w jedna strone pokonujesz w 4 godziny, a w druga w 3. Tak bylo i tym razem, ale nie o podrózy, a o przezyciach u celu chce opowiedziec.
Otóz znajoma jednostka co mnie zaprosila mieszka w domu prowizorycznym - w zasadzie w przyczepie.
Takiej wypasionej i bez kólek, z lazienka i wychodkiem, kominkiem, bierzaca woda, pradem itp, ale nadal jest to trailer - domek turystyczny, wybitnie sezonowy, owszem wyposazony w wygodne meble, ale jednak nadal to przyczepa.
Mieszka w nim glównie dla zdrowotnosci i dopiero od kilku miesiecy, ale z racji przeprowadzki tam w pazdzierniku, mieszka praktycznie cala zime.
W lutym na przyklad zabraklo jej wody - ot pekly na mrozie rury zewnetrzne i musiala nadmuchac w odplyw prysznica suszarka do wlosów, a pózniej na przedluzaczu mechanik od rur dmuchal na te rury od spodu, ta sama suszarka, nastepnie zabraklo pradu, wiec nawet se podmuchac suszarka nie mogla, a ze nie miala akurat zapalek bo kuchnia z zapalarka na stanie, to nawet se kominka gazowego nie mogla odpalic w najgorszym dniu.
Ale nie o jej przygodach tu mialo byc, a o mojej wizycie u niej i o tym jak sie okazalam cieniasem.
Sprawdzilam pogode, mialo byc powyzej 10 stopni, ale wiedzac, ze wieczory sa nadal zimne pomyslalam, zeby zabrac ze soba kurtke zapasowa.
Wychodzac z domu mialam tyle rzeczy w garsci, bo najpierw jechalam do Kolchozu i prosto stamtad w droge, ze zabraklo mi juz rak i wylecialo mi z glowy po co mialam sie wrócic w momencie jak dotarlam do samochodu, a ze mam 3 kroki od drzwi do drzwi to latwo sie domyslic, ze mnie ta Sina Dal wzywala nad wyraz intensywnie!! ;)
Zatem nie zabralam kurtki numer dwa wbrew checiom, zabralam zas pidzame, z krótkim rekawem bo przesz w domu takiej uzywam i totalnie mi wystarcza.
W Akwarium ktos mnie przed wyjazdem nastraszyl, ze ma byc na Pólnocy Wyspy zimno, co mnie nieco sploszylo, wiec zabralam z biura moj sweterek (bardziej ozdobny nic grzewczy, ale zawsze to dodatkowa warstwa, nie?) tak, dla zasady.
I pojechalam.
Podróz przebiegla dosc spokojnie - tylko 2 miejsca z robotami drogowymi mnie troche  przyhamowaly i podróz trwala 4 godziny 20 minut, czyli nieco dluzej niz powinna wg nawidakcji, a sporo dluzej niz wujek gugiel sugerowal, ale mialam odpust z racji polposcia wiec znudzony umysl fortyfikowalam okazjonalna czekoladka typu krówkowa czy tez malaga, albo inny trufflowy (tak Bozenko, TEN truflowy ;) ). Pod sam koniec tempo podrózy zwolnilo drastycznie i okazalo sie, ze mam przed soba powiedzmy 20 mil i bede jachac godzine. Do samego konca niedowiezalam, ze tak bedzie, ale niestety, tak wlasnie bylo i na sam koniec dopadlo mnie jeszcze cos o nazwie (luzno przetlumaczonej) "konwój naprzemienny", a okazalo sie po prostu ruchem naprzemiennym bo jeden pas mial akurat zabieg budowlany.
Ot tak dla urozmaicenia i zeby na pewno bylo za pozno na kolacje na miescie.
Dojechalam w koncu, zapowiadana recepcje pola przyczepowego namierzylam w ciemnosciach bez mala egipskich i poczekalam na znajoma jednostke.
Zaprzyjazniona jednostka, popilotowala mnie pod swój domek kempingowy, zwany przez mnie uparcie "karawanem" - od wyspowego "caravan", a przez kolezanka "holiday home'em", a bedacy tak na prawde przyczepa kempingowa na sterydych, która kólka widziala 2 razy w zyciu i na krótko.
Wnetrze prezentowalo sie mniej wiecej tak jak sie spodziewalam - zaskakujaco spora przestrzen wypoczynokwa typu salon, z gazowym kominkiem itp, symboliczna kuchnia, lepiej wyposazona niz moje kuchnia na Planecie Ojczystej gdy tam jeszcze mieszkalam, równie symboliczny kacik jadalny
----------------------------------
Dygresja bonusowa:
Czy to tylko ja tak to widze, czy innych tez wkurza postawa niektórych ludzi wokolo - jak ja cos potrzebuje od ciebie to natychmiast, ale Ty mozesz poczekac az bede sie nudzic? I jeszcze drugie - pt bezmyslnosc.
Na przyklad jest sobie wtorek koniec dnia, ja wlasnie zbieram sie do wyjscia, jutro mam urlop. Spotkanie konczy sie slowami "To mRufa ty sie zajemiesz A, B i C, acha i milego urlopu jutro" po czym przychodzi czwartek i z rana ten sam interlokutor wita Cie slowy "no Czesc mRufa, jak tam A, B i C? juz zrobilas? jaki status?" A mnie tylko czasem opuszcza w podskokach cierpliwosc i odpowiadam zgryzliwie "nie placa mi za prace na urlopie", bo zwykle cierpliwie przypominam, ze wlasnie weszlam, po urlopie i nie ma zmiany statusu w A, B i C, bo po prostu jak dla mnie ta rozmowa z przedwczoraj wlasnie sie odbyla przed chwila.
Albo mail od Kot, która czasem sprawia wrazenie bystrej inaczej, wyslany dzien wczesniej podczas gdy mnie nie ma "Czesc mRufa, sluchaj mam taki problem...." i tu pada jakies wyjasnienie problemu, który kompletnie ma sie nijak do mojej pracy, ale to kolezanka, prawie przyjaciólka to wyginam smialo swoje zwoje mózgowe próbujac cos tam wykoncypowac dla niej, pisze jej co odkrylam i dostaje autoodpowiedz, ze ona wlasnie na urlopie. 
Luzik. niech se urlopuje. 
Mija dzien, Kot wraca, a na urlop idzie ktos kto mial sie zajac sprawa. 
Kot rzuca sie na temat jak lasica na nie wiem co, zalózmy, ze na surokatke, odkrywa, ze ktos inny akurat jest na urlopie i parska jadem. Bo ona na urlopie to rzecz kluczowa i jedynie sluszna, ale reszta to przeciez powinna na jej uslugach byc... Wlasnie dlatego PRAWIE przyjaciólka no nie? ;)
----------------------------------
Ale wrócmy do tych baranów, czyli wizyty w karawanie. Tfu, Trailerze.
Przydzielono mi sypialenke mikro, normalnie dwu-osobowa, czyli dwulózkowa, gdzie w normalnych warunkach czlowiek przemieszcza sie bokiem w przewie okolo 20cm pomiedzy lozkami.

Related image
Fota zakoszona z internetów, ale zgodna z doswiadczonym ukladem i rozmiarem. Pomiedzy wyrkami byla jeszcze mikroszafeczka, która w celu konwersji na loze, zostala upchnieta w rogu, po lewo zapewniajac stabilnosc loza.


Dla mojego "komfortu", Znajoma Jednostka zlaczyla lozka z jednego boku i od nóg loza musialam przemieszczac sie nadal bokiem ale wylacznie tylem do sciany bo przodem atrybuty kobiecosci mi przeszkadzaly, a zle sie chodzi na pólprzygietych kolanach, w szczególnosci bokiem.
Próbowalam.
Do lózka ze wzgledu na konfiguracje stawów ludzkich, nalezalo wchodzic od nóg, metoda rzutu wzdluz, albo na dewotke, czyli najpierw na kolana.
Przewodujac, ze na jedna noc jade, nie chcialam przysparzac znajomej jednostce prania i zapakowalam swój jasiek podrózny, a takze narzutke nalozkowa-kolderka, która sobie kupila w minionym roku w Hiszpanii, z ta sama intencja - spania pod nia- zeby nie klopotac przyjaciólki hiszpanksiej wydatkami na dodatkowa posciel.
Mozliwe, ze mialam tez przescieradlo, ale tego juz pewna nie jestem.
Pewna za to jestem, ze kolderko-narzutka spokojnie wystarczyla za jedno i drugie, wiec na upartego prania by po mnie nie bylo, ale dla przyzwoitosci, bo jednak koldre macalam z wierzchu i kto wie czy sie nie slinilam w nocy, narzuciwszy ja na swój prowizoryczny spiworek (koldre narzuciwszy), wiec poszewke koldry do prania zdjelysmy.
No i ta pidzama z krotkim rekawem.
Matko-Jedyno-Kochano jak ja zajebiscie zmarzlam.
Otóz temp zewnetrza chyba nawet nie osiagnela wartosci dwucyfrowej w nocy, a grzanie zostalo wylaczone jakas godzine+ przed naszym udaniem sie na spoczynek i nawet taka fortyfikacja za dlugo nie trzymala.

W zwiazku z czym o poranku ciezko mi sie bylo zwlec i musialam po przebudzeniu przez dluzszy czas lezec w 100% zakopana w poscieli. Wreszcie udalo mi sie rozruszac zamrozone miesnie twarzy i reszty siebie i wylazlam.
Znajoma Jednostka siedziala sobie na kanapie w saloniku ogacona jak ponizej:
grube termiczne skarpety,
kalesony termiczne,
spodnie od pidzamy, flanela typ polarny,
t-shirt,
bluza polarowa do spania,
i na to przykryta cienka futerkowa narzutka,
a popijala kawke z odrobina pradu.
Powitawszy sie, zapytala sie jak mi sie spalo, na co zgodnie z prawda wyznalam, ze jak niedzwiadkowi w hibernacji, tylko o matko-jedyno-kochano ryj mi prawie z zimna odpadl.
Na to wspomnienie nieco zadrzalam i potarlam gole przedramiona z gesia skórka na rozgrzewke.
Ubrana zas bylam w:
Pidzame z krotkim rekawkiem. gatunek - letnia.
Oraz zwykle skarpetki niedopary, zalozone juz po wykopaniu sie z gawry poscielowej.
Koniec.
Znajoma Jednostka spojrzala z niedowierzaniem znad okularów, parsknela i mówi: "Myslalam, ze wy Polacy jestescie odporni na zimno..."
Poniewaz na zniewage odpowiadam ta samam moneta bez namyslu warknelam:
"A kto tu niby siedzi w 3 wartwach termicznej odziezy i pod kocem?? Sciagaj wszystko do poziomu pidzamy z krótkim rekawem to wtedy porozmawiamy, kto tu jest cieniasem, a kto odpornym na zimno!"
Znajoma Jednostka spojrzala na mnie nieco przytomniej, a takze juz za posrednictwem tych oklularów, po czym spojrzala na podciagany wlasnie pod brode kocyk jakby go widziala po raz pierwszy, dokonala mentalnej kalkulacji warstw odziezowych i parsknela serdecznym smiechem zwracajac mi honor i proponujac prad do kawki.
Za prad podziekowala, a takze za kawke albowiem w planach mialam powrót do domu na tyle wczesny zeby pójscie jeszcze z kolezanka pracowa do kina.
Ale honor odzyskalam.
Nie jestem cieniasem.
Zdazylam i czekalam na kolezanke pod Kolchozem nie chcac wczhodzic bo nie dosc ze bylam na urlopie, to na dodatek w tej zimnicy karawanowej nie odwazylam sie umyc glowy, wiec mialam ja juz drugiej swiezosci.
Kolezanka zas siedziala za biurkiem, a jakies 10 -15 metrów ode mnie, z wyciszonym telefonem, na który pisalam i dzwonilam jak szalona, a ona czekala swiecie przekonana ze przeciez wejde do pracy po nia.
WHY?? ze tak zapytam, nieprawdaz?
I tak bysmy przesiedzialy caly film, ja w aucie, ona za biurkiem, gdyby nie kolega z Akwarium, ktory na kolejna wzmianke, ze ona czeka na mRufe, zapytal sie "a nie moglas sie z nia spotkac juz w kinie? po co ja tu ciagniesz, jak ma urlop?".
Kolezanka zmierzajac mu sie odgryzc czyms zlosliwym zerknela najpierw na zegar, nastepnie przecknela sie przerazona póznoscia godziny, popatrzyla na swój telefon, zobaczyla moje 150 wiadomosci wysylane od paru godzin (czekalam na nia wprawdzie tylko godzine, ale pisalam o moich planach juz wczesniej, przy kolejnym tankowaniu) i wyrwala z biura jak sploszony zajaczek spod kól walca drogowego.
Na film zdazylysmy tylem i na czworaka, ale reklamy to juz nas jednak ominely.

Kurtyna.

PS. Uprzejmie donosze, ze nie zaprzestalam dzialanosci grafomanskiej, tylko czas mnie mocno znielubil i stad tak rzadkie raporty, bo ogólnie to sie jednak dzieje i mama cala liste postów do popelnienia, a poeplniam je stopniowo - i ten np byl pisany od polowy Marca mniej wiecej. 
Nie, ze mam nadmiar zludzen ze któs cierpi z powodów tego deficytu, ale przyzwoitosc mi nakazuje sie usprawiedliwic ;)

Tuesday, 15 May 2018

Tramwaj gume zlapal, czyli Fader vs ZbiorKom

Cisza tu, a czasu brak na relacje zalegle, ale tak na szybciorka opowiem o tym jak to Fader dzis do pracy jechal.
Fader troche "okulal" na górna lape z nieznanych powodów wiec mam nerwa i wydzwaniam do niego dwa razy dziennie - czyli bez zmian ale nie czekam az on zadzwoni za darmo tylko atakuje.
Z nerwowa drgawka, bo usiluje po glosie poznac jak status bolesci.
No i dzis po paru dniach optymizmu (dzis ma wizyte w przybytku stosownym, wiec nie tak, ze tylko czekamy) odebral telefon w pracy z takim jakims zbolalym a moze przybitym glosem.
Fakt, ze w pracy juz byl pozytywny, bo znaczy cokolwiek doelga, nie dolega na tyle, zeby w domu zostal.
No to na dziendobry, zamiast rzeczonego dziendobry uslyszal "co sie dzieje?".
Zaskoczony odparl jak nalezy pytaniem na pytanie "a dlaczego?"
No to wyjasnilam, ze ten ton taki.
A otóz wqrwiony. I to sam na siebie bo czlowiek taki bezmyslny i o. 40 minut pozniej do pracy dotarl niz powinien, chociaz na nic sie nie spoznil.
No to wlaczylam nasluch bo wiadomo bylo, ze mi opowie.
Otóz, dojchal tramwajem numer dwa tam gdzie trzeba, wysiadl i zobaczyl, ze do docelowego tramwju pt 17 ma jeszcze 5 minut, to opóscil leb (doslowny cytat) i popedzil na petle.
Stanal na tej petli, rozejrzal sie i zbaranial, bo petla pusta.
Ta dwójka co nie przyjechal juz odjechala, a z zadnej strony nie widac sladu tej 17-tki, ani w ogóle niczego tramwajowatego.
Rozejrzal sie dokladniej - hen daleko, na moscie jeszcze wiodacym zza Wisly widac ze cos mruga awaryjnie na pasie torach tramwajowych.
Znaczy tramwaj gume zlapal i zablokowal most, wszystko co bylo po tej stronie juz pojechalo, a nic nowego nie nadjedzie dopóki ten rozkraczony sie nie usunie z drogi.
Fader sie wkurzyl i postanowil, ze nie bedzie czekal tylko pojdzie na autobus.
(pare minut pózniej, na przystaku autobusowym)
Z tego przystanku nic za Wisle nie jedzie, a przynajmniej nic nie jedzie w kierunku pasujacym Faderowemu zapotrzebowaniu. Wkurzony juz poteznie Fader posunal sie nawet do zalezenia, ze widac jak jest tramwaj to autobusów juz nie puszczaja. Osobiscie uwazam, ze blednie, bo na pewno cos jezdzi w kierunku bardziej uczeszczanej trasy, ale nie bylo moja rola go korygowac - zadaniem moje bylo wysluchac, a nie krytykowac.
No i co tu robic, wrócil, chcac nie chcac, Fader na tramwajowym przystanek.
Oh! cos drgnelo - ten migajacy w oddali tramwaj ruszyl.
Nadzieja wkradla sie w ponure i wsciekle rozmyslania.
Tramwaj nadjechal, zignorowal wszystkie przystanki i udal sie prosto na petle, co troche zaniepokoilo naszego bohatera. Oczom jego ukazal sie front tramwaju, okropnie pognieciony!
"Stluczka byla!", wykrzyknelam dokrywczo w sluchawke, wyplatujac wlosy ze szpary w telefonie.
No wlasnie. I za tym jednym obitym, nadjechaly normanie tramwaje.
Fader wsiadl zadowolony do 17tki i pojechali.
Nie, nie, to nie wszystko. Jedna atrakcja to za malo na ekspresowy, impromptu wpisik.
W polowie drogi tramwaj sie zatrzymal - dla Stoliczn
ików - w okolicy al. solidarnosci.
Stanal i stoi.
Fader sie zorientowal, ze nie jada, wygladnal patrzec co jest. cholera wie. Nic nie jedzie po torach.
Siedza, czekaja, naród sie denerwuje - bo niektórzy, jak Fader juz swoje odczekali zeby dotrzec do tego miejsca, o!! nadjechala pomoc techniczna.
Nadjechala, okazalo sie ze tym razem na prawde tramwaj gume zlapal.
przylepiji mu latke, ale troche niechlujnie widac bo ruszyl, ale bardzo statecznie i wolniutko i potoczyl sie, a caly konwój tramsuff za nim jak za pogrzebem wrecz.
W koncu ten kulawy zjechal na okoliczna petelke cz ytam gdzies i Fader do swojego przystanku docelowego dotarl.
CZTERDZIESCI MINUT opóznienia!!
ukradzione z internetów, jako lepsza reprezentacja Faderowej sagi tramwajowej
Dwie atrakcje po drodze, na tym samym tramwaju!!
To chyba nawet bije Faderowa trase widokowa z ubieglego roku!