Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Tuesday, 6 February 2018

Politycznie niepoprawny Niszczyciel czyli ryzyka zwiazane z tlumaczeniami z polskiego na nasze

(Oryginalny tytul - Czarna godzina dla murzyna czyli politycznei niepoprawny Niszczyciel - zmieniony po chwili namyslu, bo jednak brzmial mocno sugestywnie i zarazem mylaco.)
Ponizsze slowa poznalam bardzo wiele lat temu i padlam na kolana przed jego trafnoscia i swietnie zapewniaja kontrast mojemu wyczynowi sprzed lat.

Ukradzione z internetów
Jak niejednokrotnie wspominalam jestem w posiadaniu, a moze wrecz jestem opetana przerazliwym roztargnieniem, które objawia sie kaprysnie i w sposób ciezki do przewidzenia, bardzo czesto poprzez nieopatrznie wyglaszanie komentarzy i obserwacji tudziez refkleksji w zlym czasie i zlym miejscu.
Ostatniego wybryku nawet nie bede tu eksponowac, bo szczesliwie zakonczyl sie bez smiertelnych ofiar.
Opowiem o czyms co wydarzylo sie roku panskiego 1998 o ile pamietam, pora roku blizej nieokreslona, czyli 20 lat temu.

20 lat wystarczy na przedawnienie wszystkich zbrodni, które nie sa zabójstwem, tu zabójstwa nie bylo - bo nawet ze smiechu nikt nie pekl permanentnie, wiec moge juz smialo sie kompromitowac.

Otóz we wrzesniu 1997 wyjechalam na pierwsza Ture na Wyspe, silna grupa pod wezwaniem programu TEMPUS/ERASMUS.
Po poczatkowych perypetiach udalo nam sie z ciotka M wynajac 2 pokoje w domku 3-pokojowym (tzn w zasadzie 4) wraz z lokatorem pokoju trzeciego - ciemnskórym Wyspiarzem z korzeniami z Jamajki, roboczo zwanym przez nas Muminem.
Nasz wspolny kolega okreslal wszelkich tubylców mianem Muminków, co jakos wcale nie brzmialo obrazliwie, wiec na naszego domowego tez mawialysmy Mumin, szczególnie ze imie mial takie, ze nie bardzo bylo wiadomo jak go wymawiac. Nie ze jakies uber egzotyczne, ale pierwszy raz taka pisownie widzialysmy - Shaun - teraz to wiadomo Shaun the Sheep to sprawy, ale wtedy, nie bardzo bylo wiadomo jak to ugryzc.
Mumin po raz pierwszy w zyciu mial wlasne srodki finansowe bo dostal od sponsora, zeby skonczyc ten kierunek studiów i musial za te srodki od sponsora sie utrzymac, odziac i wyzywic i dach nad glowa zapewnic.
Efekt byl taki, ze chlopak pierwsze miesiace zyl jak król, a pod koniec semestru nawet nie jak królik, ale wrecz jak gryzon.
Kupil sobie na samym wstepie najwiekszy monitor jaki w zyciu widzialam i do tego reszte PCta - grafiki sie uczyl, no to zrozumiale, ale jak po miesiacu kupil sobie domowa silownie, zeby nie tracic czasu na chodzenie na darmowa uczelniana silke, calkiem znosnie wyposazona, to juz troche mnie zatkalo.
Ale nie moje dukaty, nie moje buraczki nieprawdaz.
Czy tez dizajnerskie szklane talerze, nieprawdaz, których uzywal tylko od swieta, na codzien podpieprzajac moje arcorocowe salaterki kupione w sklepie wszystko za dukata (2 w zestawie za jednego).
Odzywial sie zdrowo, nie powiem, ze nie - gotowal sobie itp, a niedojedzone resztki przechowywal w lodówce w pojemnikach po lodach.
Duzych pojemnikach.
Na pózniej.
Na duuuuuuzo pózniej.
Im blizej konca semestru tym wiecej tych pojemników zasiedlalo nam lodówke, a z pewnego dnia wiedzione, nie tyle ciekawoscia co brakiem miejsca nawet na naszej pólce w lodówce, zajzalysmy do paru z nich.
Widok byl epicki - mianowicie w pudle po 2 litrach lodów (a lody jadala maniacko ciotka M wiec wiekszosc tych pojemników bylo od niej - stare nawyki nie wyrzucania niczego co mozna uzyc ponownie byly nam obu bliskie wiec te pojemniky umyte, tkwily sobie gdzies tam w kuchni i uzywane byly do przenoszenie potraw lub tez przechowywani porcji popelnionych na pare dni. Przez wszystkich w domu. Ale proporcja wychodzila - Ciotka M 2 w uyciu, ja jeden w uzyciu, a reszta - powiedzmy 6 Mumina) - byla lyzka ryzu i lyzka smazonych warzyw. Koniec zawartosci w dwulitrowym poejmniku. W drugim identyczny widok i nawet te warzywa identyczne, bo Mumin nie byl jednostka wybredna i nie przeszkadzalo mu monotonia i gotowanie przez tydzien tego samego.
Przejrzalysmy reszte pojemników wiedzione nie od konca zdefiniowana groza i slusznie - dwa ostatnie - resztki z pojemników na samym dnie lodówki z warzyw zaczynaly budowac statki miedzykontenerowe z zamiarem poszukiwania zycia w innych pojemnikach.
Splesniale resztki poszly do smieci, co uwolnilo nieco miejsca wiec po upchneiciu jego kontenerków na jego pólce, nie ingerowalysmy w reszte.
No i nadeszla pod koniec semestru tak okrutna chwila, kiedy Muminowi skonczyly sie po prostu pieniadze i zaczal nurkowac w tych swoich skitranych pojemnikach.
Najwyrazniej te splesniale resztki byly jakies szczególne, bo jakies 3 dni pózniej Mumin przyszedl pytac sie czy nie widzialysmy pojemnika po lodach.
Owszem - w lodówce jest ich pelno, a na oknie stoi cala reszta odparlysmy.
Otóz nie, w lodówce nie ma tego którego on szuka.
Wyjasnilysmy, ze niestety poniewaz jedno bylo to na naszej pólce, to otworzylysmy obwiniajac sie nawzajem czyj to pojemnik, a ze zawartosci sie zasmiardla to i wyszla sama.
Jezeli akurat tej szukal to sie spoznil o jakis tydzien.
Mumin byl niepocieszony, ale przyznal ze faktycznie troche ciasno w naszej wspólnej lodówce i ze mozliwe, ze polozyl cos na naszej polce bo skoro nie uzywamy calej to przeciez...
...

Zaskoczony smiertelnie totalnym brakiem zrozumienia, ze skoro jemu samemu jedna pólka nie wystarcza, a nam dwóm na drugiej luzy sie czasem pojawiaja to nie widzimy tego za naturalny odruch aby przygarnac jego przechodzone zarcie, zamilkl stropniony.

Nie pamietam czy zrobil troche porzadku czy nie, bo wiecej problemów z ciasnota na naszej pólce nie pamietam.
Ale nie w tym rzecz.
Otóz w srodowisku studenckim na Wyspie jest taka zasada - jak wyzresz cudze i cie nie zlapia to ich strata.
Jak ktos ci wyzre i go nie zlapiesz to twoja strata.
Ta zasada ma zastosowanie glównie wsród studentów, ale zauwazylam w ostatniej dekadzie, ze podobnie ma sie rzecz w lodówkach komunalnych w Kolchozie.
Podpisywanie pomaga, ale tylko troche.
Mysmy mieszkali we trójke, a z ciotka M dzielilysmy szeroka pojeta przestrzen kuchenna, aczkolwiek nie zarcie, bo pomijajac inne smaki ja bylam wege, a ciotka M nie wiec wiadomo bylo, ze jak którejs cos zniknelo to mógl byc tylko Mumin.
Na przyklad papier toaletowy to chyba byl jego przysmak, albowiem, po pierwszym miesiacu dzielenia domu okazalo sie, ze wiecznie go w wychodku nie ma.
W koncu udalo nam sie wykryc, ze Mumin go wyzera.
Tzn mniej wiecej w polowie rolka po prostu sie rozplywa w powietrzu.
Doszlo do tego, ze trzymalysmy zapasy w pokojach naszych co pomagalo o tyle, ze po prostu nie znikal tylko troche szybciej wychodzil niz logika nakazaywala, bo pokoje nasze nie mialy kluczy. Nie bede tu wnikac co jeszcze moglo sie dziac, bo wole sobie nie psuc humoru ;)
Tak, ze skoro papier znikal za jego przyczyna , to obserwacja nasza poszla nieco dalej i okazalo sie ze duzo róznych innych rzeczy w podobny sposób sie rozplywalo w powietrzu - mianowicie wlasnie zarcie.
Zwykle to drozsze i zwykle juz w drugiej polowie semestru, szczególnie po tych weekendowych nocach które spedzalysmy akurat poza domem. Czyli mówiac krótko, Mumin po powrocie z impry wyzeral co mu w rece wpadlo.
Doszlo zatem do tego, ze to co nie wymagalo lodówki, a bylo nieco lepszej jakosci niz podstawowe "no frills" czyli bez bajerów, czyli marka wlasna najtanszego supermarketu w miescie - cos jak Lidl dla studentów - siec która notabene juz nie istnieje, trzymalysmy poukrywane we naszych pokojach.
Jeden plus to ze zagranicznego Mumin nie ruszal bo sie bal - wiec czekoladki przywozone z Planety Ojczystej byly bezpieczne ;).

Ciotka M miala na przyklad w szafie wielopaki chipsowych naczosów, a ja np pringelsy (acz nie w szafie bo szafe mialam typu wieszak odkryty), które sobie kupowalysmy dla przyjemnosci. Wlasnych zachomikowanych zapasów nie pamietam za szczególnie, pewnie dlatego, ze ogólnie preferowalam zywnosc konkretna typu gotowce do tostera czy do piekarnika.
W szafce kuchennej trzymalysmy wylacznie najtansze ciasteczka bez bajerów, dla niespodziewanych gosci i na grupowe wizyty i suchy makaron. Razowy!
Wbrew pozorom te najtansze ciasteczka wcale nie byly najgorsze, po prostu mialy gowniane opakowanie, ale w srodku byly bardzo zjadliwe, suchy makaron, zapieczentowane opakowania sosów itp.
No i przyszli do nas niespodziewani goscie.
Ciotka M zadysponowala drobny poczestunek, poszla do kuchni nastawic wode i kucnela przy szafce.
Ja zabawialam gosci rozmowa, a Mumin krecil sie jak gówno w przereblu - chyba po kuchni, bo ogólnie towarzyski byl i lubi podsluchiwac, co akurat tym razem nic nie dalo. Mozliwe tez, ze szykowal sie na wieczorne balety - lazienka nasza byla za kuchnia i wyjsciem do ogrodu - w dobudówce.
Goscie byli akurat polskojezyczni, wiec de facto oprócz Mumina sami swoi.
I jest tak:
Ciotka M nurkuje do szafki, grzebie tam przez chwile, szukajac jak sie okazuje tych zadolowanych ciastek - nota bene takich, których ja nigdy nie jadalam bo z kawalkami czekolady.
Po chwili wychyla sie zza drzwiczek i bardzo glosno i znaczaco pyta mnie po angielsku:
"mRufa, zjadlas wszystkie ciasteczka?"
Ja na poczekaniu zbaranialam, ale mloda jeszcze bylam i dosc szybko odzyskalam wladze w gebie i odparlam z rozpedu w tym samym jezyku z lekka groza:
"no skad, przeciez wiesz ze ja tych ciastek nie lubie!"
Goscie nasi sploszeni nieco sluchali tej rozmowy zdziwieni, ze miedzy soba i przy nich mówimy w mowie Wyspy oraz niepewni czy protestowac, ze ciastek nie chca czy lepiej siedziec cicho, bo jako rzeklam, sami swoi i jakbysmy im powiedzialy ze nic do zarcia nie ma to tez by sie nie obrazili.
Juz mialam dopytac ciotki M co jej odwalilo, bo przesz wspólne te ciastka i nawet jakbym zezarla to przeciez bym jej polowe zostawilo, gdy z tylu kuchni rozleglo sie dziwne stekanie...
"Uum, Uum, Uum, Uum..."Spojrzelismy wszyscy w kierunku dzwieku i okazalo sie, ze Mumin, nieco poszarzaly na pysku wije sie jak piskoz i usiluje sie odblokowac wokalnie.
W koncu mu sie udalo.
"Mozliwe, ze to ja je zjadlem..." wystekal. (uniesiona brew)
"mozliwe ze bylem glodny i nic nie mialem swojego..." dodal po namysle. (uniesione sporo brwi)
"sorry..." dodal po kolejnym, jeszcze glebszym namysle.

A ja jeszcze oburzona faktem, ze zostalam podejrzana o czyn niepopelniony wyparskalam bez namyslu:
"You should keep something, for black hour!!"
(Czyli nasze swojskie - Powinienes miec zapasy na czarna godzine" bezmyslnie przetlumaczone doslownie.)
Mumin jakby mógl to by zbladl, ale nie mógl wiec tylko poszarzal jeszcze bardziej, a w domu zapadla cisza tak gesta i mroczna, ze mozna ja bylo pokroic i podac do tej nieszczesnej herbatki jako mudcake.
Nasi goscie wpatrzyli sie we mnie z czyms pomiedzy podziwem, a panika w oczach.
Ciotka M zamarla w pol kucniecia.
A ja uslyszalam co powiedzialam i do kogo i bym zbaraniala, gdyby nie to ze nie byl to mój pierwszy raz acz po raz pierwszy powiedzialam murzynowi ze ma cos trzymac na czarna godzine i zaczal mnie ogarniac histeryczny rechot
Mumin zaczal znowu stekac, wiec dokonczylam szybko zaczeta mysl:
"Tak jak my trzymamy rózne zapasy no wiesz, na wszelki wypadek!"
Mumin troche sklesl w sobie i niepewnie zapytal:
"You mean like for a rainy day?"
Odruchowo wyjzalam za okno, ale akurat nie padalo.
Napiecie spadlo, a powietrze zrobilo sie na nowo przejrzyste.
Wyjasnilismy zatem sobie niuanse idiomów, które juz wtedy troche znalam, ale nie na tyle niezle zeby wiedziec z ze nasza czarna godzina to Wyspowy deszczowy dzien.
Mumin zgodzil sie ze powinien, zgodzil sie tez, ze powinien powiedziec i poszedl sobie.
Ciotka M wstala wreszcie spod oltarzyka w szafce i wyznala:
"I wiedzialam, ze to nie Ty te ciastka wyzarlas, ale chcialam zeby Mumin sie przyznal bo juz mam dosc tego wyzerania, po czym poszla do pokoju po lepsze ciastka, które jak juz rzeklam trzymalysmy w pokojach zeby nie zniknely.

Historia miala ciag dalszy.

Otóz przyszla Wielkanoc, tzn zblizyla sie. Ja na Wielkanoc nie wyjechalam z reszta gangu na Planete Ojczysta wiec na strazy ogniska domowego (dom byl ogrzewany gazowo w starym stylu, tzn na dole byly dzialajace kominki gazwe, a na górze prawde mówiac nie pamietam co bylo, ale mam wrazenie ze cos innego - moze elektryczne? ) zostalam z Muminem, który wprawdzie wyjezdzal, ale na krócej i pózniej.
Wielkanoc jak to Wielkanoc wymaga obecnosci jajek, a co za tym idzie w moim slowniku, takze majonezu. Kupilam.
W zasadzie to majonez w domu zawsze byc musi bo salatki go lubia, a jako wówczas wege salatki spozywalam nagminnie (zwykle z ryzem, czego w dzisiejszych czasach z jakiegos powodu nigdy nie robie, ciekawe czemu?).
Wyszedl mi ulubiony majonez na literke H i kupilam doraznie gdzie maly sloiczek innego majonezu acz tez na litere H. Okazal sie ochydny (w sensie ze smak mi nie odpowiadal) wiec wystawilam go na widok publicznym z nadzieje ze Mumin go wyzre.
Mumin nie zawiódl i pewnego dnia sloiczek zniknal. Odetchnelam z ulga.
(ta zasada dziala nadal w Kolchozie, o czym wspominalam przy okazji miodu - nawet lekko przeterminowany produkt sie nie zmarnuje - znajdzie sie ktos kto go zezre pod warunkiem, ze jest do wzeicia za darmo)
Obie marki na H byly na tyle kosztowne w porównaniu z tym co Mumin zwykle jadal, ze dziably go wyrzuty, albo co i zlapal mnie któregos dnia w kuchni ze slowami, ze on wyzarl ten majonez bo akurat swojego nie mial, ale ze kupil duzy slój nowy i zebym smialo uzywala bo on specjalnei kupil duzy slój, bo wyzarl mój.
Nie mialam zamiaru gówna bez bajerów jesc, bo mój ulubiony majo na H juz byl na liscie zakupów, ale los plata figle i zanim udalam sie na zakupy przycisnelo mnie i potrzebowalam lychy majonezu. Akurat bylam w domu sama.
Skorzystalam wiec z przyzwolenia (slój juz byl w polowie zuzyty), wiec tym bardziej poczulam, ze juz moge skoryzstac z rekompensaty.
Wzielam zatem slój i stojac na srodku kuchni otworzylam slój energicznie, nic nie wyparskalam, wzielam lyche majonezu, spróbowalam go najpierw, pomyslalam z zaskoczeniem, ze jak na takie gówno to on jest calkiem smaczny, nastepnie nadal stojac na srodku kuchni, zamierzalam zamknac sloik.
Uslyszam przelatujaca przez glowe mysl 'no zebym tylko gada teraz nie upuscila bo mi wyjdzie zemsta nietoperza...', a nastepnie zapadlam sobie na pomrocznosc jasna i pomylily mi sie rece czy cos w kazdym razie okazalo sie, ze w reku w której mial byc sloik trzymam pokrywke, a slój wlasnie pierdyknal elegancko o podloge (wylozona linoleum) tuz obok mojej stopy.
Taryfy ulgowej nie bylo, sloik pekl po obrowdzie rozplaskujac kropy majonezu po okolicy to wysokosci metra, robiac mi tylko taka uprzejmosc, ze cale szklo ugrzezlo w glównej masie.
Zamarlam jak to tylko ja potrafie i zbaraniala popatrzylam na kolejne mysli przelatujace mi przez glowe: 'wykrakalam', a nastepnie 'a moze by lyzka wybrac to z wierzchu'.
Te ostatnia odpedzilam energicznie bo jednak nie mialam krwiozeczych zamiarów wobec nikogo, nawet Mumina.
Uruchomilam konczyny po dluzszej chwili kontemplacji majonezowej abstrakcji, posprzatalam, do wysokosci metra i z godnoscia opuscilam kuchnie.
Mumin o majonez sie nie upominal, widzocznie uznal ze odebralam co mi sie nalezalo.

Monday, 22 January 2018

Z zycia w Akwarium - mRufa's digest.

Otóz, od konca listopada oficjalnie, a od 2-giego stycznia faktycznie, pracuje w innym charakterze i przy nowym projekcie, który geograficznie siedzi niby na poziomie Lochów, ale wizualnie przypomina polowicznie oszkolne terrarium, albo akwarium z centrum handlowego, gdzie polowa scian jest przejrzysta a polowa nie. Czyli Kolchozowe Akwarium w Lochach.
Klatka z filmu AntZ, ukradzione z internetów

Akwarium ma takie zalety, ze rzadko ludzie antyglowy zawracaja bo jesli drzwi nie sa otwarte to istnieje ryzyko, ze mamy wazne spotkanie i nie da sie tak "och przechodzilam/em obok to wstapie" od niechcenia popelnic.
Akwarium ma tez zawartosc zroznicowana organizacyjnie - znaczy nie same Umpa Lumpy z Lochów w nim pracuja, ale paru wysokogórskich - czyli z poddasza tez, ale ogólnie dzien jak codzien.

Odslona pierwsza:
Sprawa rozgrywa sie w zeszly poniedzialek/wtorek, ale ma swoje korzenie w minionyn tygodniu - otóz w ów miniony piatek okazalo sie, ze od kilku dni nie wypuszczamy pewnego pliku dla jednej z agencji, która cos dla nas robi. Jednej z 3, dla których pliki sa generowane w tym samym procesie i wrzycne na osobne lokalizacje ftp.
Jest to duch mojej minionej pracy w Lochach.
Ian - kumpel, który zlecal wykonanie procesu, przyszedl do mnie z nadzieja w oczach tak wielka, ze nawet nie mialam serca popluc jadem, ze to nie mój problem.
Poza tym to dobry czlowiek i jeszcze lepszy kumpel wiec nawet jakbym poplula jadem to bym go nie pogonila.
Pokopalam zatem w konfiguracji i logach i ze strony systemu, którym zawiadywalam oficjalnie zaledwie 2 miesiace wczesniej nie bylo sygnalów, ze cos sie popsulo.
Co nie zmienia sytuacji, ze cos sie popsulo.
Pokopalismy dalej wspólnie z Ianem i wykrylo sie, ze nazwa lokalizacji ftp dla popsutego kawalka jest inna niz "mój" process sie spodziewal. Mianowicie zniknela z nazwy jedna spacja.
Mamy powód.
Ugodowy Ian spróbowal ja zmienic i dostal komunikat, ze ta spacja juz raz tam byla i chyba, ze nie moze jej dodac.
Ja zas zbaranialam. Po dalszym kopaniu wyglada ze ten patafianin ogladal sobie foldery na ftp i stwierdzil, ze mu sie ta spacja nie podoba i ja usunie i usunal pomiedzy 13ta 7 stycznia, a 13ta 8 stycznia. A to ze ktos moze jej uzywac to juz nie wazne i zostalo kompletnie zignorowane.
PRzypuszczam, ze geneza moze byc glebsza i moze po jakiejs zmianie okazalo sie ze tej spacji byc juz nie moze, ale o zmianie nikt nie zostal poinformowany.
Piany dostalam na pysku, dym mi uszami poszedl, ale dla Iana wszystko, wiec usunelam spacje z "mojego" procesu.
To bylo w piatek.
W Poniedzialek po piatku miala miejsce nastepujaca rozmowa:
mRufa: a zatem, w teorii, zakaldajac ze wszystko zadzialalo, krótko po 13.30 plik zbiorczy za te wszystkie dni plus dzisiejszy rekord powinny sie znalez na ftp dla FWP.
Ian: Super-chruper!!
-----po 13.30-----
m: Ty, zadzialalo??
I: Yayyyyy!!!!!  dzieki mRufa.
m: spoko. Ale jesli kiedykowliek dorwe tego patafianina co usunal spacje i nikomu nic nie powiedzial to mu zrobie z antyglowy mroki sredniowiecza.
I: To bylby film godny ceny biletu!
m: tarka do sera!
I: czy w sredniowieczu byly tarki do sera?
m: Nie wiem, ale wiem, ze jestem w stanie dokonac czynów sredniowiecznych przy jej pomocy (tarki do sera).
I: to juz predzej rozgrzanym do czerwonosci pogrzebaczem!!!
m: Pogrzebaczem to kazdy glupi potrafi!
I: Ale ile frajdy podczas podrzewania i zanaszac sie zlowieszczym rechotem w obecnosci ofiary!

Odslona druga:
Nastepnego dnia z kolei - po stresujacych spotkaniach i burzliwych dyskusjach, w ramach relaksu plotkujemy o innych.
Jak juz wspominalam - pracuje w Kolchozie, który jest organizacja charytatywna, ze wszystkimi zadami i waletami jakie za tym ida, czyli w porównaniu z rynkiem komercjalnym nie zarabiamy jakos szczególnie wspaniale, nasza technologia nie tnie krawedzi, ani nic z tych rzeczy, no nie?
No i mamy dostawce/podwykonawce co cos tam dla nas ma wdrazac.
Kolezanka z zespolu zaczela wspominac poczatki projektu jak to w jakiejsc przerwie rozmawiaja sobie towarzysko i ona zaczyna opowiadac, jak to przez ostatnie pare miesiecy pralki nie ma i musieli ze swoim partnerem korzystac z platnej pralni, ale uslyszala o tym jej rodzicielka mieszkajaca niezbyt daleko i wyrazila sprzeciw oraz zaczela im w tym praniu pomagac.
Na to odparla przedstawicielka podwykonawcy - z duzej firmy IT, na prawde duzej i bogatej:
"Och kochana - moje zycie poza praca normalnie sie sypie! Tez nie mam pralki - popsula nam sie i musimy korzystac z platnej pralni! A jest nas piatka w domu i to nie liczac naszych dwóch opiekunek do dzieci!!"

Odslona trzecia:
Jak sprawic zeby mRufa oplula monitor.
Otóz w dzisiejszych czasach trzeba dosc sporo - otóz trzeba zlapac mnie z dobra historia jak rozpuszczam granole w pysku.
Kolezanka opowiada:
"Bylam w pubie na jakims malym koncerciku, wieki, temu, (na oko przeszlo 20 lat temu) z moim ówczesnym chlopakiem, stalismy razem i trzymala rece w kieszeniach jego dzinsów.
W jednej z tych kieszeni mial on pieniadze i chcial je wyjac, wiec wyjal moje rece ze swoich kieszeni.
W tym momencie zobaczylam kogos znajomego i po prostu poszlam w tamta strone.
Chlopak wyjal pieniadze, czy moze sprawdzil ile ma i czekal, az wloze rece na powórt, ale ja nic, wiec pomyslal ze strzelam focha i bez ogladania sie za siebie siegnal do tylu i zlapal ze rece i wepchnal sobie te rece do swoich kieszeni.
Byly to rece bogom ducha winnego obcego chlopa, który akurat zdazyl za nim stanc.
(Tu parsknelam, ochlapujac okolice, w tym lapotpa, trucizna której uzywalam do rozmoczenia granoli.)
A ja to wszystko widzialam z odleglosci bo zamierzalam tego znajomego do nas doprowadzic", dokonczyla kolezanka, przygladajac mi sie rozbawiona i dodala "A mRufa wlasnie wyplula swój napój"
"Owszem, a dawno mi sie to nie zdazylo" potwierdzilam.
A w oku wyobrazni stanela mi scena z mojej mlodosci, która oczywiscie sie tu podziele, bo przesz to caly wic imprezy, zeby sie tu dzielic róznosciami.
Gogle czasoprzestrzenne wzuwamy bo skok na krótko ale bardzo gleboko!
Jestem w sredniej szkole, raczej jeszcze nie pelnoletnia, wiec mamy lata 90to wczesne. Po jakiejs kulturowo znaczonej wycieczce klasowej do Stolycy (mozliwe, ze z muzeum karykatóry na Starówce) wracamy z kolezanka/ami do domu.
Nosze torbe naramienna - no wiem ewenement, ale to jest torba niezwykla bo dzinsowa. Nie uszylam jej sama, ,chociaz zawsze chcialam, bo z dzinsami bylo u mnie slabo i nigdy nie bylo tak, zebym miala pare która maglam przerobic na torbe. ale jest to super-trendy torba, wiec ja nosze.
Autobusem wracamy, bez nadzoru. Wsiadlysmy, usiadlysmy i gadamy, zasmiewamy sie glupkowato bo chyba kolo jednej z kolezanek przed nami usiadl niezle wygladajacy facet, do mnei dociera ze jestem w autobusie, wiec moze ta torba z ramienia powinna sie znalezc na kolanach a nie zwisac smetnie trac dnem o podloge, wiec nie myslac juz nic wiecej siegam na slepo reka w dol i neco za siebie, labie dznisowa tkanine i ciagne.
Ciagne i ciagne i dociera do mnie ze torba ani drgnie.
Zaintrygowana pochylam sie i odwracam zeby sprawdzic o co zaczepila i
...
...
...
spotykam wzrok niesamowicie zbaranialego chlopaka, którego energiczne od paru minut ciagne za nogawke!!
Okazalo sie, ze siegnelam za daleko!!

Juz nawet nie pamietam czy przeprosilam czy tylko puscilam mu te noge i zlapalam torbe.
Dziewczyny zas mialy kolejny powód do rechotu, ze mRufa obcych chlopów za nogi lapie w autobusach...

Tak sie kladzie podwaliny do porzadnego braku reputacji.

Kurtyna.

Monday, 15 January 2018

Ech te niedopowiedzenia, czyli Niszczyciel mRufa nie spi.

Pamietamy spotkanie w Malborku co to ja na nie pojechalam do Grudziadza?
No.
Otóz, cokolwiek mnie wtedy chwycilo, nic nie odpuszcza i trzyma z zapalem, tylko skale na taka bardziej osobista zmienilo.
Otóz wybralam sie do kina z Przebrzdluchem, Przebrzydlucha kumplem i kumplem tego kumpla. W piatek sie. To znaczy tak mnie sie wydawalo, ze na to sie wybieram w piatek.
A wygladalo to tak:
Tydzien wczesniej
Przebrzydluch - hej, co robisz 12 albo 13tego?
mRufa - a jakie to dni?
P - piatek albo sobota
m - no to chyba jeszcze nic, a co?
P - no jak to co, nasz film
m - aaa! no tak. no spoko.
P - bo wiesz przyjezdza mój kumpel Fluffy, wiesz który?
m -  no pamietam
P - i wyrazil zainteresowanie, zeby jednego z tych dwóch wieczorów wybrac sie na ten film
m - o to sie dobrze sklada, ze moge bo inaczej musial bys isc dwa razy (chichoczac zlosliwie)
P - nie no, to nie problem tylko nie chcialbym isc z któryms z Was po raz drugi i pilnowac zeby sie wygadac co bedzie dalej, jesli da sie tego uniknac,
m - spoko, daj tylko znac który z tych dni.
P - jasne, doagadam sie z Fluffem i zabukuje bilety. Przyjedziesz bez samochodu?
m - yyyy, niby moge, a czemu?
P - no, albo gdzies go zostawisz na noc?
m - yyy??
P - no bo poszlibysmy do pubu pozniej...
m - cos wymysle. a które kino
P - no bo nie widze go w naszym...
m - Bo za wczesnie jeszcze - jutro najwczesniej....(chwile klikania), ale graja go w Jerycho.
P - O! czekaj juz patrze, super, to zaraz zrobie rezerwacje
m - Wiesz jest jeszcze to nowe - Sandra byla i mówila ze fajne, wcale nie masowe i ze mozna sobie kupic piwo i wypic w srodku...
P - (bez entuzjazmu) tia?... No dobra, to jak pogadam z Fluffem powiem Ci który dzien i zarezerwuje bilety.
-----------------------------------------
Pare dni pózniej:
P - wiesz Fluff do mnie oddzwonil
m - no?
P - I zapytal czy bedzie nam przeszkadzac jak bedzie jeszcze jedna osoba na filmie - z jego dawnych przyjaciól co mieszka obecnie w O...
m - jasne, czemu nie (myslac, ze to jakis kumpel kumpla i fajnie bedzie poznac nowego kolesia spoza Kolchozu).
P - tak tez mu powiedzialem, ze spoko, nie bedzie to nam przeszkadzac.
m - a który dzien?
P - A, no piatek. To co zostawisz gdzies samochód i pojdziemy do pubu?
m - spokojnie, na jednego to moge i z samochodem, ale jasne moge zostawic.

Nieco pozniej tego dnia przydzi emalia od Przebrzydlucha:
"Temat: Three Billboards Tickets booked"
Co odczytalam jako Trzy bilety zarezerwowane, juz mialam spanikowac pytajac czy musimy teraz dokupic czwarty, ale w tresci wyczytalam ze jednak bilety 4 i przypomnialam sobie ze tytul filmu to
Three Billboards out of Ebbing, Missouri, wiec przestalam panikowac.
Mail nie wspominal, które to kino, a ja pamietalam ze sprawdzalismy Jerycho.
Nie bede juz opowiadac o tym jak Przebrzydluch skichal sie myslac ze kupil bilet na 6.45 rano bo system podawal czas w formacie am/pm, a nie 24godzinnym, ale ja sie uczylam czasu Wyspowaego w takim formacie, zanim 24godzinny zaczeli uzywac, wiec sie pochwalilam iloscia biletów przeczytana.
-----------------------------------------
Przyszedl piatek. Planowana pora wyjscia z pracy przesuwala sie bo Kumpel musial popracowac wiec sie nie spieszylismy.
Rozmawiam z Sandra, ze chcialabym pójsc do tego nowego kina, ale na ten film dzis to idziemy do Jerycho. A z kim? No Przebrzydluch, jego kumpel, kumpla kumpe i ja. "No, mRufa, Ty z trzema chlopa po nocy, no ladnie, ladnie" zazartowala Sandra. "Beda plotki, zobaczysz" dodala. Odparlam ze smiechem "Nie da sie zrujnowac reputacji której nie ma!"
W ostatniej chwili mialam sie zdecydowac na samochód, ale widac bylo ze Przebrzydluch by chcial mnie spic i zapewne wykorzystac hehehe, no dobra, bez przesady, ale posiedziec przy czyms wyskokowym i pogadac na pewno, wiec zadecydowalam, ze idziemy na ten autobus czyli zbiorkom.
Zbiorkomem w O nie jezdzilam od wieków - chyba odkad wynioslam sie z O, czyli blisko 7 lat.
Okazalo sie ze zapomnialam jak sie kupuje bilety!
W Londku bowiem bilety kupuje sie w automacie, a nie u kierowcy i na dodatek sa to bilety na przejazd - nie ze na dystans czy tam na czas, tylko na jeden przejazd, wiec to nie tak ze w ogóle nie umiem juz jezdzic autobusami, tylko zapomnialam jak sie kupuje bilety w O, czyli ze jak cena zalezy od celu, wiec weszlam, przywitalam sie z kierowca i poprosilam o bilet w jedna strone.
Ale dokad?, zapytal nieco zniecierpliwiony kierowca. Ja zbaranialam. No faktycznie, skad on ma wiedziec dokad. Odblokowalam sie najszybciej jak moglam i rzeklam:
"yyyy, erm... oh sorry, do centrum w jedna strone poprosze."
Usiedlismy, a Przebrzydluch popatrzyl na mnie nieco osobliwie. Poczulam ze musze cos powiedziec.
"No popatrz, tak dawno nie jezdzilam tu autobusami, ze zapomnialam jak sie kupuje bilety..."
Mój przyjacie wybucha smiechem.
"No ladnie" mówi " zapomniala jak sie bilet kupuje i mówi do kierowcy Single, a on, Ja tez, a bilet dokad chcesz?"
Parsknelam i wyprostowalam "Poprosilam o one-way nie o single!".
Powinnam byla sie zorientowac, ze to symptom reszty wieczoru.
Jedziemy.
Przebrzydluch wylupuje z kieszeni bilet i pokazuje mi, ze sa i zebym pamietala ze je ma i gdzie je ma.
Cos mi mignelo, przytrzymalam wydruk, tak nie myle sie - bilety nie sa do Jerycho tylko do tego nowego kina!
"O, to nie do Jerycho, tylko do nowego idziemy?"
"?"
"No, bo bylam przekonana, ze do Jerycho! Nie no fajnie, podwójna frajad - wycieczka autobusem i nowe kino, tylko dobrze ze zauwazylam bo bym usilowala pójsc nas do Jerycho, denerwujac sie ze sie spóznimy!"
"A co, nie powiedzialem?"
"No nie, ale i ja nie zapytalam"
ukradzione z internetów

W duchu jeszcze pogratulowalam sobie, ze sie nie umówilam na miejscu, bo i taka mialam mysl, zeby popracowac dluzej i dolaczyc do nich juz na samo kino, bo by sie okazalo ze jestem pod zlym kinem!! Godzina filmu byla taka sama w obu, wiec tego...
-----------------------------------------
Dojechalismy, poszlismy do pubu, zakupilismy napitki i czekamy. Po kilku minutach Fluff do nas dolaczyl.
Nie bylo gdzie usiasc, a fakt, ze Fluff poszedl przywitac sie z czwarta osoba przegapilam, myslac ze poszedl szukac stolika w dwóch kierunkach.
Stoimy, gledzimy, chlopaki sie intergruja, bo od lipca ubieglego roku sie nie widzieli, gledzimy o tym filmie i jak bardzo wszyscy sa podekscytowani i jak dlugo nan czekalismy, no takie tam towarzyskie duperele, a ja sie dyskretnie rozgladam myslac, ze ten czwarty sie spóznia.
Bilety trafily do Fluffa pod opieke.
Czas isc, ruszamy, a Fluff pedzie w jakis kat lokalu zamiast do wyjscia. Zaskoczona pytam Przebrzydlucha, gdzie poszedl Fluffy.
"Went to get his friend, Jess"
Nie zdazylam nic powiedziec gdzy wyskoczyl z drzwi Fluff z jakas laska.
No to zdebialam, bo nie to ze mam cos przeciwko, ale spodziewalam sie kumpla plci meskiej, nie zenskiej bo cala rozmowa przebigala w takim tonie, ze nawet raz nie zasiala watpliwosci w moje przekonanie!
Dalej to juz nie ma co opowiadac, bo to ze Fluff trzymajac bilety i poproszony o sprawdzenie jakie mamy siedzenia (nie bylo przy oknie :( ) oznajmil, ze nie ma numerów, a po 10 minutach okazal osie ze sa numery i musielismy sie przesiadac, bo grupa emrytowanych filmozerców sprala sie siedziec na swoich miejscach, wlasciwie nie jest godne wzmianki!
-----------------------------------------
Dzis rano:
 - Czesc Sandra, wiesz, nie dosc ze nie bylismy wpiatek  Jerycho tylko w tym nowym kinie...
 - o! i co podobalo Ci sie?
 - Bardzo! To jeden z trzech chlopa byl kobieta!
 - hahahaha, a film jak?
 - bardzo dobry, nic nie rozczarowal!

Kurtyna.