Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Thursday, 16 July 2020

Kumulacja, czyli wszechswiat postanowil dac mi nieco w kosc

Rzecz o jednym z ubieglych tygodni.

O róznych gówienkach w wentylatorze zycia sluzbowego to nawet nie bede wspominac bo moglabym zgagi dostac, a ranitydyna wciaz na wage zlota.

Ale pozapracowo dostalam kilka kuksanców z róznych stron.
Niby nic, ale wszystko razem mogloby zmeczyc nawet strusia pedziwiatra.
Po 3 miesiacach bezruchu.
Zaczelo sie niewinnie od maila od mojego preferowanego supermarketu internetowego.

---
Droga mRufo,
poinformowal nas producent Iksinski, ze jego produkt w tubkach Pierwiosnek ze wzgledu na zgrozenie biologiczne jest wycofywany ze sprzedazy.
A takze szkodliwy.
Kupilas u nas ostatnio dwie tuby z jalapeno, to nie zryj tylko wyrzuc.
---

Bardzo dlugo usilowalam zgadnac co to za produkt w tubach kupilam.
Myslalam ze chrupki, ale chrupki nie sa marki Pierwiosnek.
Tez na P, ale nie Pierwiosnek.
Poza tym wcale ich nie kupilam tylko mialam zamiar.
Po dluzszej chwili wrócilam do tematu bo mnie gryzl. Napisali bowiem, ze zwróca mi kase. Czyli jest to cos co kupilam.

Zebym wtedy kontynuowala czytanie starszych maili to bym pewnie zgadla od reki, a tak to gryzlo mnie to z godzine.

W koncu tknieta przeczuciem zajrzalam do lodówki.
HA! Jest Pierwiosnek z jalapeno.
I faktycznie 2 tuby.
Serka topionego.
Kupilam z mysla uzycia do produkcji dipu serowego aka salsa de cheso, celem nakarmienia zaprzyjanionych jednostek bo skoro mozna sie spotykac towarzysko w ogródkach to zamierzalismy to robic, a ja zaplanowalam ze ich uracze moim TexMex-em.
Oslablam z ulgi, zesmy jeszcze nie zorganizowali spotkania, bo bym sie zdenerwowalam, ze strulam znajomych.
Zarazem ucieszylam sie, ze wczesniejsze zakupy nie wzbudzily protestu, albowiem juz je pozarlam.
Z lekkim zalem wywalilam tubki serka, bo smakowo pasowal do produkcji dipa doskonale, a cholera wie kiedy go bedzie mozna znowu kupic - Ranitydyna wycofana od zdaje sie konca wrzesnia zeszlego roku i nadal cisza.

Wrócilam do czytania maili i zdebialam.

Sklep napisal do mnie pare dni wczesniej, ze ten wczesniejszy serek tez jest potencjalna bronia biologiczna. No trudno, pomyslalam, zezarlam i zyje wiec chyba nie trafilam.

I juz wtedy powinnam sie byla zorientowac, ze cos jest narzeczy, ale nie.

Przyszla ulewa.
Na Wyspie to w zasadzie rzadna sensacja, na wyspie czesto sie ulewa.
Ale ta ulewa ni z tego ni z owego zaczela ostrym strumieniem - tak to zabrzmialo - walic mi w drzwi frontowe.
Bo moje lokum ma dwie pary drzwi wejsciowych - frontowe i zadnie.
Zaciekawiona otworzylam drzwi

I dostalam prysznice, bardzo rzeskim, od kolan w dól.

Odrzuchowo zamknela drzwi i nie rozumiejac co sie stalo, bo jako zywo deszcze od wysokosci kolan i na dodatek w poprzek jeszcze mi sie w zyciu nie zdazyly.
Nowe zjawisko atmosferyczne znaczy.
Wytarlam podloge i poszlam po telefon bo uznalam ze dla dobra ludzkosci musze to zjawisko uwiecznic.

Uchylilam drzwi ponownie i tym razem nastawiona, uniknelam kolejnego prysznica goleni oraz zaczelam sledzic jego zrodlo.
Otóz byl to rykoszet od wycieraczki.

Skoro rykoszet to jak nic nie jest to rzadne zjawisko atmosferyczne. rozejrzalam sie ukradkiem czy nikt nie stoi ze szlauchem i ne wali w moj próg z ukrycia dla zartu i dostrzeglam ze owszem, w mój próg wali strumien, ale niejako z gory z prawej strony.

Owszem sasiad przyszedl mi do glowy, ale zanim rzucilam wiacha w mixie jezykowym wysadzilam lekko leb i dostrzeglam zródlo tego osobliwego prysznica.

Otóz obok drzwi ma rure spustowa od rynny na dachu, a prysznic wydobywa sie z lacznika nad wygibasnym kolankiem laczacym owa rure z druga rynna z daszku nad moim oknem lazienkowym.

Brzmi to skomplikowanie, ale polega na tym ze moje lokum bylo niegdys parterem sporego domku,  powiekszonego i przerobionego na 4 osobne apartamenta.
Przeróbki obejmowaly rózniez uklad rynien i rur spustowych, a ze wyspiarskie przeróbki maja ogólny charakter typu minimym wysilku i kosztów to wszystkie stare obwody i systemy zostaly i sa hybrydowo polaczone z nowymi od czesci dobudowanej lub jesli bylo to kompletnie nie mozliwe - po prostu sa ale nie uzywane.
I tak wlasnie przedstawia sie sytuacja rynnowo/rurowa.

A na dniach doslownie odkrylam, ze mój lokal miesci w sobie oryginalna instalacje elektryczna dla calego domu, ale dwóch obwodów nie uzywam bo nalezaly do pieterka, a pieterka ma teraz nowa instalacje, a moze powinnam powiedziec odizolowalo sie od mojego licznika oraz skrzynki z bezpiecznikami, wiec u mnie owe obwody po prostu sa a le nic z tego nei wynika. 
Oprócz konsternacji pana elektryka.

No i wlasnie z tego osobliwie powyginanego kolanka rury spustowej wali mini Niagara prosto na moja wycieraczke i rykosztuje do domu.
Zamknelam drzwi ponownie bo brakowalo mi reki zeby wlaczyc apart w telefonie i zarazem nie dopuscic do zalania przedpokoju.
Uzbrojona w sprzet wycelowany juz we wlasciwa strone uchylilam drzwi po raz trzeci, wykonalam eleganckie fotki i zakonczylam proces wycierajac podloge ponownie, po zamknieciu drzwi.
W zasadzie powinnam byla nakrecic film bo fotki nie oddawaly intesnywnosci strumienia, ale juz nie mialam sily na kolejny prysznic od kolan w dól z wycieraniem podlogi wlacznie.


Wyslalam fotki gdzie trzeba informujac bez nacisku, ze mnie sie wydaje, ze to tak nie bedzie dobrze na dluzsza mete, ale to nia ja tu rzadze tylko wlasciciele, wiec niech sobie wiedza i decyduja.

Bo taki mam uklad, ze ja melduje agencji, a agencja przekazuje temat wlascicielom, oni decyduja, a agencja mnie o decyzji informuje. Czasem po fakcie, ale zawsze informuje.

W poprzednim lokum wlasciciele poszli na opcje, ze agencja organizowala wszystko, co bylo troche lepsze, bo w odpowiedzi na moje meldunki pryzbywal stoswny fachowiec i znacznie szybciej.
Jak w zeszlym roku zapchala sie zewnetrzna kanalizacja to chyba z miesiac bujania bylo, bo mimo moich meldunków i informacji ze zrobilam wszystko co internety sugeruja przed wezwaniem 'szambonurkow' (symbolicznie), wlasciciel przyjezdzal dwukrotnie i robil dokladnie to samo co ja liczac, ze moze zelgalam, albo nie wiem gdzie nalezy laz goraca wode.
Oczywiscie skonczylo sie na wizycie fachowców - dwukrotnej bo z jakiegos powodu za pierwszym razem zignorowali polowe studzieniek sciekowych wokól naszej posesji.

Ale nie o tym mialo byc, bo to juz historia.
Fachman zostal wezwany na nastepny dzien. Tzn ja wcale nie wie mczy fachman, ale ktos i tylko byly obawy ze moze nie przybyc bo od rana znowu popadywalo, ale szczesliwie szybko przestalo i moje rynny i rury spustowe przestaly serwowac plukanie na wejsciu i wyjsciu.

To wciaz byl ten sam tydzien. Zaledwie czwartek.

Mniej wiecej 1-1.30 w nocy, a ja dopiero niedawno zapadlam w sen bo wczesniej sasiad mial nielegalnych gosci i strasznei darli ryje tuz nad moja glowa.
Mój mózg wlacza alarm, bo cos jest nie tak i sam bez reszty mojej osoby nie umie tego zinterpretowac.
W lokalu roznosilo sie bardzo przenikliwe cwierkanie z czestotliwoscia okolo 1-2 razy na minute. Tak pi razy oko, bo nie mierzylam z zegarkiem w reku.
Obudzilam sie zatem nieco porzadniej i odkrylam, ze moj alarm pozarowy aka czujnik dymu rozwinal intelignecje i usiluje ze mna porozumiec.

Przeszlo mi przez mysl, ze czyzby bateria, ale jakim cudem bateria skoro ta cholera jest podlaczona do sieci elektrycznej, czyli glupia jestem.

No dobrze, moge byc glupia, ale czemu w takim razie wydziera sie z taka regularna czestotliwoscia?

Rzucilam sie na internet.

Otóz nic z tego, nie jestem glupia - jest w nim bateria, ale takie piski to jest albo bateria albo nie byla pradu i trzeba gada zresetowac albo sie wloty czujnikowe zakurzyly i trzeba odkurzyc.
Baterii nie mam wiec zaczelam od resetu.

Ci co mnie znaja bezposrednio wiedza, ze nie naleze do osób wysokich, ba nawet do sredniego wzrostu mi daleko - ot metr szescdziesiat jak sie dobrze wyprostuje i ani grosza wiecej.

Jest srodek nocy, jestem sama, troche polprztomna ze zmeczenia, jeszcze z niepewna konczyna cyborga no i nie mam drabinki.

Mam za to stolek od Szweda, taki schodkowy.
I wieczne obawy czy wlazac na niego nie przekraczam dopuszczalnego obciazenia.

Czujnik jest pod sufitem w takim miejscu, ze w zasadzie jedyne czego moge sie przytrzymac to otwarte drzwi lazienki - pdpora raczej chwiejna.

No ale spac sie z tym cwierkaniem nie da - jest zbyt przenikliwe.

Swiadoma, ze to gówno sie rozwyje w ramach resetu wykopalam zatyczki do uszu uzywane na co glosniejszych koncertach i zamontowalam je w uszach.

Niepewna czy siegne nawet ze stolka uzbroilam sie w parasol i wlazlam i prawie od reki bym spadla ze smiechu bo uswiadomilam sobie jak to wyglada.

Korpulentna niewiasta w wieku oscylujacym wokól sredniego, w zgrzebnej letniej pidzamie, z zatyczkami w uszach, z duzym letnim parasolem pod pacha, wczepiona jedna reka w chwiejne drzwi lazienki, wsciekle rozczochrana i z dzikow sploszonym wyrazem twarzy...Tiaaaa...

NIE spadlam.

Okazalo sie, ze parasol niepotrzebny i tylko przeszkadza, wiec go odlozylam na 'zabytek' i wlaczylam test/reset.
Oczywiscie sie rozwyl, ale jakos tak dziwnie dwustopniowo. Po puszczeniu przycisku przez jakas sekunde wyl jeszcze nieco w oddali. Zwalilam to na karb zmeczenia i zadowolona cisza która trwala juz minute u dalam sie do lozka.
Juz zaczelam odplywac w objecia Morfeusza.

CWIERK!
...
CWIERK!
...
szlag. Minely zaledwie jakies 30 minut od resetu.

Tym razem wybralam opcje odkurzacza - ten reczny siegal akurat do czujnika jak nieco sie wyciagnelam wiec bez wlazenia na stolek opitolilam czujnik odkurzaczem i zadowolona odlozylam go na miejsce (odkurzacz nie czujnik).
...
CWIERK!
...
qrwamac.
czytam internety ponownie
Ach! po odkurzeniu tez trzeba reset.
cholerajasnapsiakrew, musze znowu wejsc na ten stolek.
Tym razem juz bez parasola!
Alarm znowu rozwyl sie dwustopniowo.
Odczekalam tym razem dluzej i zadowolona udalam sie znowu do lozka.

Tyma razem jednak z zatyczkami do uszu i zamknelam za soba drzwi z nadzieja, ze nawet jak znowu ruszy to moze uda mi sie go zignorowac.
Prawie godzine pózniej
...
CWIERK!
...
CWIERK!
...
CWIERK!
...
qrrrrzapialpieszaszczekal.
Drzwi, zatyczki, wszystko jedno, nie ma mowy o spaniu.

Zdeterminowana wlazlam na stolek, obejrzalam to gówno dokladnie i wypatrzylam miejscie gdzie jest szpara i informacje - tu wcisnac i zsunac czujnik.
Powahalam sie bardzo krutka chwile - menatlanie, nie na czujniku! I postanowilam zrobic to.
Jeden srubokret okazal sie za gruby, musialam wykopac drugi, cienszy i zerwalam to gówno z sufitu!
Zlazlam ze stolka, nie dziubnelam sie w nic srubokretem, wylupalam z czujnika baterie, dostrzeglam napis który mnie pozbawil ze smiechu równowagi:
w glebi ustrojstwa, drobnym drukiem napisali
"jesli czujnik cwierka raz na minute przez 20 minut trzeba wymienic baterie"
bardzo przydatna informacjam, która uzsykujesz jak juz zerwiesz to gówno z sufitu (srakazm!)
Zadowolona z siebie  ruszylam do salonu zdeponowac czujnik i zdechla baterie na stole
...
CWIERK!
...
Zbaranialam epicko.
Ale jak to?? pomyslalam patrzac to na czujnik to na bateria trzymana w drugiej rece to znowu niepewnie na sufit z baza.

CWIERK!

rozleglo mi sie z reki.
z rozpacza wcisnelam test/reset i rozleglos sie takie
CWieeeeeeebzzzzt.

I zapadal cisza. odczekalam dluzsza chwile, wcisnelam ten cholerny guzik znowu - cisza - zlapalam internety i sie uspokoilam - otóz po wyjeciu baterii w ustrojstwie zwykle jest jeszcze zmagazynowany maly kubelek pradu (spokojnie ,wiem o co chodzi, tak sie tylko wyglupiam ;) ) i zanim sie go wyczerpie ustrojstwoy potrafi chwile jeszcze pocwierkac.

Poszlam wreszcie spac, byla chyba 4ta, a o 7.10 bylam gotowa rzucic czyms w budzik, olalam drugi jakies pol godziny pozniej i do pracy stawilam sie w pidzamie, skandalicznie spózniona.

A czujnik odbywal kare na stoliczku do kawy przez ponad tydzien bo oczywiscie najpierw musialam zalatwic baterie, kupujac od razu dwie bo skoro jeden zdech to drugi od pary zdechnie lada moment.
2 tygodnie pozniej nadal nie zdechl, ale pan elektryk robiacy cykliczny serwis poinformowal mnie, ze bateria w tym drugim od 3 lat jest przeterminowana wiec jak slusznie podejrzewalam wkrótce zdechnie i czy bym chciala zeby mi wymienil?
Poniewaz mialam zapas to skorzystalam z oferty bo eletryk dysponowal prawie 40cm przewaga wzwyz i wlasciwie nie musial na niczym stawac zeby do tego gówna pod sufitem siegnac.
Reszte tygodnia spedzilam siedzac kamieniem w domu i w miare mozliwoscie odsypiajac emocje minionych dni.

Tuesday, 26 May 2020

Pierwsze chwile mRufy-cyborga czyli jak zaglaskac kota na smierc i nie tylko.

Jak juz wspomnialam, udalo mi sie popsuc na sam szary koniec ubieglego roku i w celu napraw wrócilam do siebie czyli na Wyspe.

Po krótkim oczekiwaniu (na Wyspie, bo w ogóle z róznych wzgledów czekanie trwalo nieco ponad dwa tygodnie) sympatycznie prezentujacy sie chirurg-ortopeda o wlosko dla mnie brzmiacy imieniu Dorian, dokonal apgrejdu mojej nadpsutej kosci ramienia, podczas gdy mnie sie nawet nic nie snilo, bo zgaslam tuz przed wjazdem na sale operacyjna w sekundy po zapodaniu mi znieczulenia ogólnego ze slowami "czy to moze zaczac dzialac az tak szybko?".

Dopuszczam, ze zapodano mi konska dawke.

Albo dawke na Losia.

Na zegarze byla okolica godziny 16tej - tak zgrubnie bo nie pamietam po której stronie tej 16tej byla wskazówka minutowa.

Gdy niemrawo odkrylam me stalowo-blekitne oczeta, bylam juz zupelnie gdzie indziej, a zegar na linii wzroku pokazywal, ze jest okolica godziny 19tej i ze stanowczo po.

Nie pamietam jakie slowa rzekla do mnie osoba z sali post-operacyjnej, ale pamietam moje slowa i z ulga odkrylam, ze wypowiadam je w jezyku Wyspy, bo jednym z wielu leków jakie mnie przesladowaly w oczekiwaniu na apgrejdy lapy bylo to, ze po znieczuleniu ogólnym moge sie obudzic wladajac wylacznie mowa ojczysta.
Ujrzalam moja prawa reke bez zaprawy murarskiej, w milym i wygodnie wygladajacym temblaku, wygladala prawie jak moja tylko byla w cholere czerwona (ufarbowali mi ja jak nie patrzylam, i te cholerna farbe zmywalam prawie 2 tygodnie! I wez tu czlowieku usnij pod sala operacyjne, eh?), a wladzy nad nia nie mialam nic.
Nie bylo to moze kompletnym zaskoczeniem, bo wiedzialam, ze zaloza mi blokade nerwu zebym im nie drgnela, ale poniewaz nigdy dotad nie bylo tak, ze nie mialam wladzy nad jakakolwiek wlasna konczyna, to troche mnie to wystraszylo i podyktowalo moje pierwsze pytanie:
"Czy nie nastapilo uszkodzenie nerwu???"
Osoba opiekujaca sie post-opem - chybaPielegniarka - odparla ze nic o tym nie wie, co uspokoilo mnie dosc srednio, ale bylam jeszcze tak malo tomna, ze skupilam sie na kontemplowaniu osobliwej czerwieni mojej zmartwialej konczyny.
Nie bardzo moglam sie po niej pomacac, bo druga reka byla przyczepiona no kroplówki, która chyba byla nawadniajaca.
Przeklelam ja miedzy 2ga a 4ta w nocy.
Ale na to spuscimy zaslone milczenia po wsze czasy.
Zdradze tylko, ze wszyscy ze mna wlacznie bylismy zaskoczeniu pojemnoscia mojego pecherza.
Skupilam sie zatem na pozostalych czesciach mojej osoby - nogi byly, dawalam rade nimi ruszac i nawet nie bylo mi w nie goraco, tylko co jakis czas podlegaly naprzemiennemu obciskaniu co bylo nawet calkiem przyjemne.
Poniewaz bylam przykryta i nie moglam sobie sama uchylic okrycia, to nie bardzo wiedzialam skad te atrakcje.
Po zakonczeniu kroplówki, odczepiono mnie od róznych rzeczy, nogi przestaly byc obciskane i powieziono mnie gdzies-tam.
Przed zabiegiem powiedziano mi, ze na traumie nie ma miejsc wiec maja dla mnie lozko na jakims bardzo egzotycznie brzmiacym oddziale, co bylo mi wtedy bardzo obojetne, ale przysporzylo mojej przyjaciólce, która mi towarzyszyla przed zabiegiem niezapomnianych doznan, albowiem decyzja o mojej lokalizacji zmienila sie w miedzyczasie i nikt jej nic nie powiedzial, wiec szukala mnie po calym szpitalu, który NIE jest maly.
Na widok napisu na drzwich gdzie mnie wwozono troche sie przestraszylam bo pomyslalam, ze wykryli u mnie jakis problem - byl to oddzial naczyniowy.
Polprzytomnie zauwazylam, ze moja przyjaciólka czeka na mnie tuz za drzwiami odetchnelam z ulga, albowiem ona byla niejako moim lacznikiem miedzy przed i po apgrejdem.
Dalej to lezalam w zaciemnionym nieco uchylku korytarza - na wyspie zwykle sa tzw Bays, a nie sale - tzn spore pomieszczenie otwarte na korytarz, podzielone zaslonami na 4 nie-dzwiekoszczelne pojedyncze zakatki - 2 przy oknie i dwa przy korytarzu.
Mój byl przy korytarzu.
Przyszedl do mnie opiekujacy sie mna pielegniarz, przedstawil sie i wyjasnil, ze jestem na tym oddziale na wystepach goscinnych.

To uspokoilo mnie na tyle, ze po przyjeciu nowej kroplówki zaczynalam odplywac.

Ale nic z tego.
Pielegniarz wrócil i powiedzial, ze spóznilam sie na kolacje, ale on mi moze jakas kanapke zalatwic jakbym chciala (bo oni wiedza ze dlugo czekalam i doba minela od ostatniego posilku).

Nie chcialam byc niegrzeczna i powiedziec mu gdzie dokladnie mam mysli o jedzeniu, wiec tylko grzecznie i bardzo zgodnie z prawda odparlam, ze absolutnie nie jestem glodna.

Zapytal czy cos mi potrzeba wiec poprosilam go o zdjecie z moich nóg tego czegos w czym one tkwia bo jest mi bardzo goraco - te obciskajace wczesniej nogawice po odlaczeniu od jakiejs pompki przestaly dzialac i powoli, acz nieublaganie zaczly wsciele grzac.
A na nogach mialam jeszcze dodatkowo przepiekne antygwalty-antyzakrzepowe.
Mimo próby protestu pielegniarz zajrzal w koncu pod mój kocyk (bez swintuszenia, na sali operacyjnej wystapilam we wlasnych gaciach) i zgodzil sie, ze rzeczywiscie jak nie sa podlaczone to bez sensuy zebym je miala na nogach.

Ulga byla taka, ze znowu zaczelam odplywac.

Ale nic z tego - pomiar temperatury i cisnienia i zdziwienie po pierwsze moje, bo uslyszalam, ze musi mi tak czesto mierzyc, bo mam bardzo niskie (ja niskie??), a po drugie jego bo kroplówka nie splywa.

Dostalam druga, która splywala, a ja zaczelam ponownie odplywac.

Ale nic z tego - przyszedl chyba-salowy i powiedzial, ze nie wypisalam na karcie menu co bym chciala jesc jutro i ze on by chcial zebym wypisala.

Ja nawet nie zauwazylam, ze cos mi zostawiono do wypisywania wiec tylko popatrzylam sie na moje rece - jedna zakroplówkowana, druga kompletnie zablokowana, nastepnie zwrócilam wzrok na niego, prezentujac prawdopodonie wyraz twarzy pomiedzy skopanym Bambi, a bezradna Szara Myszka, bo skorygowal wypowiedz na jednym oddechu "chcialabys zebym Ci z tym pomógl?"

Wymamrotalam, ze tak poprosze, chociaz w srodku wszystko warczalo "mam to w dupie, dajcie mi spac!!".
Nastapil odczyt menu jak ze sredniej klasy restauracji, a ja z rozkojarzenia i zaskoczenia nie rozumialam co slysze.
W koncu zlapalam sie za znajome slowo - smazony kurczak - 'kurczaka poprosze'.
Do tego wybralam brokuly bo bylam swiadoma, ze musze dostarczyc organizmowi blonnika i lody bo to brzmialo jako jedyne kuszaco - pobolewalo mnie gardlo od intubacji i myslalo mi sie, ze lody by mi dobrze zrobili i juz bylam gotowa zamknac oczeta, ale nic z tego - odczyta trwal dalej i znowu brzmial jak menu bez mala z gastropubu.
Wybralam cos kolejnego, co brzmialo jako-tako znajomo, do tego znowu te lody bo nadal myslalo mi sie ze bym pare lyzek lodów w tej chwili z przyjemnoscia przelknela.

Zostalam sama - zaczelam odplywac.
A gówno. Cisnienie, temperatura, nowa kroplówka tym razem paracetamol.

A i jeszcze mialam wasy z tlenem wiec caly czas mi szumialo.

Jak juz wreszcie cisnienie moje przestalo straszyc dzika niskoscia, bo mnie napompowano kroplówkami, co wkrótce mialo przysporzyc mi mase klopotów i zaczelam z pewnym skucesem przysypiac, obudzila sie spiaca do tej pory sasiadka z loza naprzeciwko.

Jak sie obudzila, tak zaczela budzic wszystkich dokola, wyjac, jeczac, odmawijajac wspólpracy ale domagajac sie pomocy.

Byla to mocno starsza pani, która jak pozniej z M zdecydowalysmy byla pochodzenia niemieckiego i w chwilach zaciemnienia i slabosci czesto przeskakiwala na wymowe niemiecka.
Ale to pózniej bo na razie mamy noc.
W przerwach od zajmowania sie sasiadka, zajmowano sie mna, bo jako rzeklam, tez rózowo nie bylo, bardzo chcialam siusiu, najpierw slabo szlo bo nie umiem horyzontalnie odkad skonczylam jakies 5 lat, a pózniej jak poszlo to z przytupem, ale w obu przypadkach nie wolno mi bylo wstac z lózka, nad czym bardzo ubolewalam.
W koncu mój dramat sie zakonczyl.
Sasiadka w miedzyczasie co i rusz przysypiala i wtedy dzielnie sekundowal jej starszy pan z innego zaulka, któremu pomylilo sie gdzie jest i nie rozumial, czemu w jego zamknietym juz na noc sklepie jest tyle osób i nikt nie dzwoni na policje, ze ktos go chce okrasc.
I tak na zmiane - wyla i jeczala pani z naprzeciwka, albo gromko pokrzykiwal starszy pan.

Pan w koncu w desperacji doznal olsnienia i zakrzyknal "Dlaczego mnie ignorujecie??" na co zmeczone, ale wciaz bardzo uczynne i grzeczne nocne pielegniarstwo odparlo, ze nikt go nie ignoruje, tylko nikt nie wie co dla niego zrobic, na co on odparl, ze musi siku i zeby mu ktos pomógl i tu zakonczyl sie jeden dramat, ale drugi trwal praktycznie do 7mej rano, kiedy zmeczona wystepami nocnymi staruszka troche przysnela.

Przysnelam i ja.

Na godzine.

Tuz przed ósma przyszla jakas osoba bardziej amdinistracyjna niz medyczna, zapalila swiatlo, co by mnie nie wzruszylo gdyby nie to, ze obudzila mnie zeby mi o tym powiedziec.

Bardzo (qrrrrla) grzecznie.
Wyspowa wersja "zaglaskac na smierc" - Kill with Kindness - ukradzione z internetów.
A mnie znowu podano liste opcji do wyboru na sniadanie. Werbalnie. Nie wiem jak to sie stalo, ze nikt mi nie zaproponowal zwyklego tosta, a platków do wyboru bylo ze 7 róznych rodzajów, wiec swoja przetestowana metoda wylapania znajomego slowa, dostalam miche platków Special-K z mlekiem i zakazem wstwania i siadania, zycze powodzenia z takim zadaniem, wiec widok mnie jedzacej te platki byl hipnotyzujacy.
Bo jesc mi kazali.
Kazdy kto przechodzil usilowal isc z glowa tylem do przodu, nie mogac oderwac ode mnie wzroku.
Mlekiem sie NIE zachlapalam, ale wiecej energii zuzylam machajac tym wioslem niz dostarczylam w formie paliwa do pyska.

Staruszka z naprzeciwka przespala sniadanie i spala gleboko do poludnia.
Patrzylam na nia i ni cholery nie umialam wzbudzic w sobie cieplych uczuc, ze "odpocznie sobie biedaczka".
Ni cholery.

Innych mysli staralam sie nie miec, bo doszlam do wniosku, ze jeszcze jedna taka noc i pomorduje ich wszystkich walac na oslep stojakiem od kroplówki do którego bylam przyczepiona.

A! I na dodatek lezalam na lózku dla osoby praworecznej wiec nie moglam dosiegnac niczego - a juz w szczególnosci pilota do lózka i kazda zmiana ustawienia wymagala wzywania na pomoc pielegniarstwa co bylo mi nieznosne, bo uwazalam, ze takimi rzeczami nie wypada zawracac im glowy.

Szczesliwie jeszcze przed lunczem pozwolono mi wstac z lozka i usiasc na fotelu, a po poludniu nawet wyciagnieto mi wenflon.

I wtedy przyszedl lunch. Okazalo sie, ze mam na talezu dwa spore kotlety panierowane z kurczaka, brokuly, bulke, maslo, krem ze szparagów (nieco wodnisty ale smaczny, ale co ja myslalam jak go wybieralam to nie wiem, wszak po  szparagach doznania olfaktoryczne sa apokaliptyczne!) i te cholerne lody!
Lody byly w malym kubeczku zatkanym wieczkiem i jadlo sie je lyzka.
Stolowa.
Nie dosc, ze nawet otworzyc tego gówna nie moglam to o jedzeniu ich lyzka nie bylo mowy.
Pomijam juz ze gardlo przestalo mnie do tego czasu bolec i kompletnie nie mialam ochoty na lody, bo jak swiat dlugi i szeroki jedyne lody jaki lubie so na patyku i robia takie specyficzne "CHRRRRUP" jak sie w nie czlowiek wgryza.

Mysl "Co ja myslalam jak to wybieralam" pozostala moja mantra do konca pobytu w szpitalu.
Szczesciem odwiedzila mnie wlasnie przyjaciólka i z wielka przyjemnoscia uwolnila mnie od lodów.
Z zalem odkrylam tez, ze nie jestem w stanie zjesc miesa na cieplo bo mi rosnie w gebie i nie chce przejsc przez gardlo.
Brokuly ogarnelam czesciowo, bo niektóre byly za wielkie zeby wziac je do geby i byly za twarde abym dala rade przekroic je reka czesciowo usztywniona wenflonem - juz bez kroplówy rzecz jasna.
A i jeszcze te wasy z tlenem mi sie majtaly i wsciekle przeszkadzaly w manipulacjach zywnosciowych.
I tak to sie okazalo, ze chociaz katering szpitalny jest oszalamiajacy to wiekszosci potraw nie umiem albo nie moge zjesc!
Po lunchu udalo mi sie naklonic moja pielegniarke do wylupania mi wenflonu bo skoro nie byl uzywany od poprzedniego wieczoru to moze nie jest juz potrzebny, a zarabiscie mi przeszkadza w uzywaniu jedynej dostepnej reki.
Obiad zatem spozywalam juz na siedzaco i okazal osie ze udalo mi sie wybrac "kluski z makaronem" a konkretnie cottage pie (zapiekanka z pure ziemniaczanym na wierzchu) z ziemniakami pure jako dodatkiem. Brawo ja, nie lubiaca ziemniaków pure. I lody.
Na szczescie byla u mnie akurat M z wizyta i uwolnila mnie od tego koszmarku.
A kiedy póznym wieczorem poprosilam o cos przeciwbólowego na noc to nocna pielegniarka usilowala mi zamontowac kroplówke paracetamolu, do wenflonu którego nie mam i byla ciezko zdziwiona jego brakiem.
Nastepnie dostalam porzadnej goraczki po raz pierwszy od ladnych kilku lat.
Dobrze chociaz, ze noc byla spokojniejsza i mimo goraczki udalo mi sie ja znosnie (z przerwami na pomiary co dwie godziny) przespac.
Za to nastepnego dnia pani starsza z naprzeciwka wyciagnela sobie cewnik.
Nic wiec dziwnego, ze gdy przed poludniem powiedziano mi, ze wlasciwie to jakbym chciala to moge isc do domu, bo nawet wasy z tlenem juz nie sa mi potrzebne, to postanowilam chciec ze wszystkich sil!

Monday, 18 May 2020

Placki slaskie, czyli Fader - Szwedzki Kucharz.

Sama nie wiem co o tym myslec, bo jako zywo takich rzeczy nie próbowalam nigdy popelniac, majac gleboko zakorzeniony zwyczaj czytania instrukcji, ale z drugiej strony nadmiar pewnosci siebie, aka robienie czegos "na pale", doprowadzil mnie do kilku porazek typu ciasto jezynowe bez cukru, czy z polowa jajek.

Wbrew pozorom nie bedzie to przepis.
Bedzie to relacja z wyczynów kulinarnych Fadera.
Otóz Fader ogólnie nie jest jakims mistrzem pokrywy i patelni, ale ma swoje specjalnosci, no bo duszona cebulka aka "wróg watroby", jajecznice z glutami (brrr, ale znam takich co lubia), placki kartoflane, pieczona cielecina (brr, ale znam takich co lubia) czy mloda kapusta.

Jednakowoz, co pewien czas nudza mu sie jego wlasne improwizacje typu parzybroda/pazibroda, a nie zgadza sie pójsc droga klasyczna czyli produkcja zupy z jednego warzywa i domaga sie urozmaicenia.

A! I jeszcze jedno - lubi gotowac wode na twardo - tzn gwizdzacy czajnik pozostawia na gazie tak dlugo, ze czasem sasiedzi dzwonia do drzwi sprawdzic czy zyw, bo slyszeli gwizdek od 10 minut.

Mnie to doprowadza do szalu, ale jak jestem w poblizu, tzn na wystepach goscinnych szczesliwie (po wielu awanturach i blaganiach oraz jednym migrenowym pawiu) otwiera gwizdek i tylko gotuje te wode na twardo.

Z racji tego sWirusa w regaliach ostanie 2 miesiace polegal na Kuzynce oraz mnie w temacie dostaw zywnosciowych i kilka razy w ramach zakupów dostawal kopytka oraz kluski slaskie.
Gotowe do podgrzania.
No i jak pierwszy raz dostal te kluseczki to je wrzucil na wrzatek i gotowal je 7 minut i pózniej strasznie sie dziwil, ze mu wyszla prawie zupka-kartoflanka.
Bo jak robil je poprzednio (powiedzmy w styczniu lub lutym) to gotowal i byly dobre.
Wyjasnilam mu, ze takich gotowych sie nie gotuje tak jak mrozonych, ze wystarczy minutka, a jak go to uwiera w gen gotowania wody na twardo to niech podgrzewa w mikrofali i/lub podsmaza.

Rozmowa miala miejsce wcale nie jakies wieki temu - ot na koniec Marca.
No i jakies 2 tygodnie temu liczac, ze robie mu przyjemnosc dolozylam do zakupów internetowych duza pake mrozononych klusków slaskich.
Oraz kopytka w trumience - znaczy gotowe do podgrzania.

Kopyta zostaly pozarte w pierwszej kolejnosci, a w kolejnym tygodniu (w tym co wlasnie minal) po zjedzeniu kolejnej zupy-mix byla debata, co Fader sobie bedzie jadl.

Zapomnialam sie zapytac w piatek wieczorem i zapytalam dopiero w sobote po poludniu, za co jestem wdzieczna wszystkim bogom swiata, a juz staronordyckim w szczególnosci.

Rozmowa:
- Co jadles w piatek na obiad? Upiekles to mieso?
- Nie. Kluseczki zjadlem.
- Slaskie?
- Tak.
- I jak sobie zrobiles? (spodziewajac sie, ze uslysze na slodko lub na slono)
- Normalnie, w kuchence mikrofalowej i na patelnie.
- Po ugotowaniu?
- Jakim gotowaniu?
- Nie ugotowales? Tych mrozonych?
- A co? One byly surowe?
- No raczej. Przeciez byly zamrozone.
- hm... no dziwilem sie troche ze sie troche lepily
Zbaranialam.
- yyyy
- Az dwa razy musialem je podgrzewac w kuchence - po pierwszej póltorej minuty jeszcze nie byly takie jak trzeba wiec wstawilem drugi raz.
- (zduszonym glosem) acha?
- Takie suche sie troche zrobily, ale po tym usmazylem ja na patelni, po obu stronach
- Tak? (nadal zduszonym glosem)
- No az kolor zmienily, po obu stronach. Po bokach byly jasne.
- I co??
- No i nic, zjadlem i byly bardzo dobre.
(tu wreszcie odzyskalam troche równowage, zmora przestala mnie dusic, bo wyszlo mi, ze rozmawiamy 24 godziny po znamiennym posilku, oraz ze slaskie kluski nie sa z surowych kartofli, a usmazone zostaly wiec nawet maka nie byla surowa)
- No to ja sie niezmiernie ciesze, ze sie nie pochorowales, bo ugotowane to one nie byly.
- No ale przeciez w kuchence?
- W kuchence to sie wylacznie woda "zagotowuje", a Ty je rozmroziles, ale na szczescie klusku slaskie sa z gotowanych kartfoli, a jajko w tych warunkach by sie juz zagotowalo i usmazylo. Ale co Ci przyszl odo glowy, ze mrozone sa juz ugotowane?? Przeciez robiles sobie mrozone w styczniu i ugotowales.
- No ale dobre byly
- No wiesz, jestem pod wrazeniem. Gotowe kluski rozgotowales na miazge, a surowe rozmrozles i usmazyles... (w duchu dodajac 'jak to dobrze ze wczoraj o tym nie wiedzialam bo by mnie zgaga z nerwów zabila') Znaczy Placki Slaskie sobie zrobiles.
- No tak. I dobre byly.
Moglo byc gorzej. (wiadomo kto, ukradzione z internetów)
Brawo Fader.
Od razu przypomnial mi sie fragment z autobiografi Chmielewskiej opowiadajacej o jej Ojcu, który zostal w domu z psem usilowal i siebie i jego nakarmic z tego samego garnka i ugotowal makaron mysl sama w sobie nie najgorsza zwazywszy ze dzial osie to powiedzmy w poczatkach lat 50tych, gdyby nei to, ze pamietajac iaz suszone produkty sie namacza (fasola, groch) wzial i namoczyl przez noc makaron. Po ugotowaniu nawet pies tego nie chcial jesc.