Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Friday, 23 August 2019

Przygody pewnej opony - czyli mRufa wpadla w panike

I wcale nie chodzi o te oponke na brzuchu, albowiem te nosze z duma, bo tak.
To juz raczej o brzuszek na oponie...

Ukradzione z internetów
Ale tez wlasciwie wcale nie jestem pewna czy chodzi mi wylacznie o opone samochodowa czy jednak o jedna z moich opon mózgowych, ale to pozostawie ocenie czytajacego.
O ile oprócz mnie, Bozenki i mojej kuzynki ktos to jeszcze czyta lol.
nadal ukradzione z internetów
Otóz rzecz sie dzieje tydzien temu.
Z malutkim haczykiem.
A konretnie jest wtorek w zeszlym tygodniu.
Mam na stanie jeszcze jeden dom z ogródkiem do opieki - drugi ogródek przezyl prawie bez strat w roslinnosci (jeden zlamany slonczenik i zwiedle sadzonki salaty), a i chomik przezyl i juz z 10 dni jak jest w lapkach Emu wiec jakby co nie moge byc juz niczemu winna ;).

Ogródek miesci sie okolo 30 minut jazdy ode mnie, a jakies 20 z Kolchozu.
Zostalam poproszona o okazjonalne podlewanie rzeczonego ogródka oraz roslinek w srodku domu. Domu nie kazali podlewac, ale i tak troche go podlewam, tak na wszelk iwypadek - jak juz tam dotre.
Przez pierwszy tydzien zbieralam sie jak sójka za morze, bo po poludniu ciagle zapowiadali deszcz, który chyba nie zostal o tym poinformowany bo jakos sie nie pojawial, az w koncu stracilam cierpliwosc i do siebie i do deszczu i prosto z Kolchozu pojechalam do tego ogródka.
Auto postawilam w zatoczce parkingowej, pod skosem i nieco pod górke - frontem nieco pod górke.
Okazalo sie, ze ogórdek podlewa sie bardzo latwo, wiec ogarnelam temat, zebrala plony w postaci pomidorków i zadowolona z siebie zaleglam w salonie przed telewizorem, zeby sie nieco odmózdzyc przy Big Bang Theory i pozrec te pomidorki.
Nieco przed 21wsza uznalam, ze czas udac sie do domu, wiec powylaczalam i pozamykalam wszystko, wyszlam z domu i udalam sie do zatoczki parkingowej po drugiej stronie ulicy do Czerwonej Blyskwicy. Zapakowalam manatki i ruszylam za kierownice.
Wzrok mój przyciagnela oponka prawa przednia, czyli od strony kierowcy, takim osobliwym wybrzuszeniem. Jakos nie pamietalam go wczesniej.
A stojac przodem pod górke to raczej sie spodziewalam wybrzuszonej tylnek opony, niz przedniej.
Zaniepokjona rzucilam sie macac opone, ale nic nie wymacalam.
Poniewaz od wieków przesladuje mnie zmora w postaci obaw na tle opon, to taka zaniepokojona wyjechalam wprawdzie z tej zatoczki parkingowej ale wsluchana w gibanie zawieszenia jak nie wiem co.
O, wiem! Jak nietoperze w swoje ultradzwieki.
Jakos tak dziwnie miekko i nierówno mi sie wszystko gibalo wiec czym predzej, nadal przed domem od ogródka, zatrzymalam sie pod najblizsza latarnia.
Glupio mi to wyszlo bo latarnia doskonale oswietlala mi lewe kola wiec po prawej stronie widziala dokladnie gówno.
Godzina byla juz po 21wszej, zmrok zapadal coraz glebszy i mnie sie wszystko w srodku skrecalo z niepewnosci i niepooju.
"Jechac? A jak to guma jednak i zejdzie mi powietrze gdzies na srodku drogi, albo co gorsza na rondo-wiadukcie? No to co ze mam pomoc drogowa wykupiona? Ile bede tkwila po nocy utknieta zanim do mnie przyjada? Hu*, nie ryzykuje."
Itym postanowieniem, wepcnieta d osamochodu, wycofalam sie z portoem do zatoczki, tym razem tylem do przodu, prznioslam manele do samochodu z zaprzyjaznionego ogródka (bo i tak nim jezdzilam na lotnisko i z powrotem jako wynajeta kierownica), wyprowadzilam auto z podjazdu, a soim zajelam ów podjazd i pojechalam do domu cudzym ,z mocnym postanowienie, ze na drugi dzien w porze lunchu, czyli w srodku dnia podjade i odbadalm sprawe.
Drugi dzien przyniósl sturgi deszczu.
Tak po dokladnym poldnaiu ogródka to nastapilo.
No to nie pojechalam, ale poczynilam mocne postanowienie, ze pojade w kolejny dzien.
Pozyczono mi równiez pompke typu kompresor czyli elektryczna.
Sprawdzilam nawet jakie jest zalecane cisnienie w kolach w moim modelu auta i tylko nie pamietalam jakie mam opony wiec usrednilam zalecana wartosc, biorac pod uwage wszytkie warianty oponowe.
Jezdze wiec juz drugi dzien cudzym autem, troche w nerwach bo niby mi wolno, ale wyspowe ubepieczenia sa troche dziwne, a poza tym ten cudzy samochód mi nie odpowiada.
Czwartek wieczór - dostalam sms. Od mojego "brother from another mother" czyli Urosza.
Czy jedzisz jutro do pracy? bo jak tak to czy moge sie z Toba zabrac, ale tylko w jedna strone -powrotna.
Co odczytalam najpierw jako "Potrzebuje taksi na jutro" i odparla ze nie ma sprawy tylko w drodze powrtoenj moze byc z objazdem jesli Ci to nie przeszkadza.
Po chwili dotarlo do mnie, ze on chce tylk w jedna strone i zmyslilam sobie ze tylko rano, wiec czym predzej dodalam
"A - tylko w jedna strone - to nie ma sprawy!"
Az w koncu przeczytalam dokladnie co bylo napisane i wyklarowalam, ze opcje sa dwie - albo kolo 5tej powrót jesli sie wyrwe z pracy w ciagu dnia na kontrole opony, a jak nie to ten objazd.
We czwartek kolo 11tej do akwarium wchodzi Urosz i pyta co sie stalo.
No to mu klaruje cala hostoria o potencjalnie kulawym samochodzie Shrodingera, który moze jest a moze nie jest kulawy i nie wiem jak bardzo, dopiero jak zobacze to sie dowiem.
Znowu w ciagu dnia nie pojechalam mimo, ze nawet hiszpanski odwolalam, bo po prostu zabraklo mi dnia, wiec Urosz zadeklarowal chec sluzenia meskim ramieniem, a koledzy moim akwarysci obsmiali sie jak norki wrózac mu, ze musi sobie zmieni imie na "Jack" (jack=podnosnik), bo nie bylam pewna czy w obecnym aucie takowy posiadam - okazalo sie ze posiadam wiec nie musi.
Pojechalismy.
Bylo okolo 5.30 jakesmy dotarli do B na wysokosci warsztatu samochodowego, albowiem bylo troche korków jak to zwykle w godzinach szczytu, nawet w wakacje i zazartowalam sobie, ze w razie draki i tak do 18tej pewnie nie zdazymy, zeby do tego warsztatu moje auto lub chociaz kolo dowiezc.
Dojechalismy pod dom z ogródkiem, ja w nerwach prawie bezdechu ostatnia mile jade, podjezdzam pod dom, mijam podjazd z moim samochodem i mijajac go rzucam mu ukradkowe spojrzenia na praw przednia lape... a ona stoi w lepszej prawie formie niz jak ja we wtorek porzucilam.
zbaranial, prawie przegapilam miejsc postojowe, ale jednak w nie trafiam, wypryskuje z auta z okrzykiem o charakterze budowlanym, i biegne przyjrzec sie tej cholerze dokladniej, a za mna znacznie stateczniej podaza Urosz.
Po dokladnych ogledzinach Urosz przyznal mi, ze opona istonie ma nieco brzuszka z boku, co mnie uspokoilo bo zaczynalam miec obawy ze jesli nie samochodwa to przynajmnie mózgowa opona mi sie skapcanila, ale jesli jestem pewna, ze nie jest on wiekszy niz 2 dni temu to moze zmierzmy jej cisnienie i podpompujmy bo cokolwiek jej jest, raczej jezdzic na niej moge.
Na ot dictum czym predzej przynioslam nasze manele i kompresor z pozyczonego auta, manele wbilam w mój bagaznik, a pompke podlaczylam do zapalniczki, wlaczyla msilnik i zaczelismy pompowanie.
Halasu bylo jak podczas bombardowania Monachium, a niedowierzanie Urosza, ze takie male-bele-co jest w stanie napompowac cokolwiek zamienilo sie w zachwyt.
Pompowalismy wiec az w koncu Urosz zadal pytanie miesiaca - to jakie cisnienie jest potrzebne??
Zdradzilam mu zapamietana wartosc usredniona, on ja zaokraglil po kawalersku, zakonczylismy pompowanie, opona bez brzuszka, a mnei cos tknelo...
"Ty, a wez sprawdz to cisnienie rekomendowane, co? Bo mam troche obaw czy czegos nie spitolilam.
Urosz, czlowie-dusza i bardzo cierpliwy, co zawdziecza Polowicy, sprawdzil i potwierdzil moje obawy - kawalerskie zaokraglenie byla stanowczo za duze.
Wlaczylam zatem znowu silnik, pomke do zapalniczki i tym razem zmierzylismy cisnienie porzadnie, spuscilismy nadmiar i....
Opona dostala z powrotem tego samego brzuszka co poprzednio. No moze nie calkiem takiego, ale prawie takiego.
Czyli cisnienie w oponie bylo praktycznie doskonale przed cala ta operacja.

bez zmian, kradne z internetów
Wniosek - okulala, a moze raczej wybrzuszyla sie chyba moja opona mógowa, a nie ta samochodowa.

Podsumowanie - bo to nie byl koniec.

W piatek juz wlasnym autem pojechalam do pracy, wizualnie sprawdzajac opone co pare godzin. Przyszla pora wyjscia do domu i ruszylam, ale zjechalam predziutko na stacje beznynowa bo mi sie zaczely opary konczyc. Zatankowalam, poszlam zpalacic, wychodze ze stacji i z przerazeniem widze, jak brzuszek na oponi sie powiekszyl.
QRRRRRRrrrrr zapial, pies zaszczekal.
Naplulam sobie na poczekaniu w brode, ze ten kompresor co juz mialam w koszyku w sklepie internetowym jednak nei zostal zamówiony bo bym na dniach go dostala i prawie zamarlam.
I co teraz?
No nic, jade do domu tam przynajmniem pozycze pompke od kogos znajomego. Urosz jest do wtorku, a od soboty bedzie kolezanka A.
Pojechalam do domu, wysiadlam no moim podjezdzie i...
...opona wygladala normalnie, prawie bez nijakiego wybrzuszenia.

CBDU.

Monday, 12 August 2019

Bunt Robotów, czyli wady i zalety posiadania robo-odkurzacza - zaslyszane

Ciagle nie mam czasu na poopowiadanie moich przypadków, albowiem moje opowiesci maja tendencje do dluzyzny, co przeklada sie tez na ilosc czasu potrzebna do spisania.
Ale wlasnie zaslyszalam cos pieknego i musze sie tym podzielic.

Otóz jeden z pracowych znajomych osobników (ten sam co mi sprzedal Paint it Black) opowiadal nam przypadek ze swojego urlopu, który odbywal sie w minionym tygodniu.

A zaczelo sie od tego, ze powiedzial nam iz byl to urlop bardzo udany, acz z jedna chmura, wprawdzie nie taka jak chumra z urlopu zeszlorocznego Stu, który zdewastowal sobie samochód w drodze powrotnej z Francji, po kilku tygodniach urlopu tamze, ale mimo wszystko dosc zaskakujaca chmura.
Otóz wyjezdzajac z Belfastu, gdzie obecnie mieszka, jakims cudem zostawili z córka otwarte drzwi do domu. Ale nie ze tylko nie zakluczone. Calkiem rozwarte.
(Co wcale mnie nie zszokowalo bo tak Faderu jak i mnie zdazylo sie nie zamknac garazu - Faderu z wlasnym autem w srodku, a mnie pustego garazu, wiec tego, nie dziwi nic.)
Czas owego dnia plynal i w pewnym momencie robo-odkurzacz, który zaprogramowany na kurs poranny, nie napotkawszy przeszkody, wyszedl z domu, zaczal odkurzac podjazd.

Zaniepokojny sasiad widzac robota szalejacego na podjezdzie, podszedl do domu i odkryl, ze dom ma otwarte drzwi.

Belfast to jednak nie sielska prowincja gdzie sie drzwi zostawia niezamkniete, a juz na pewne nie otwarte na osciez, wiec sasiad zadzwonil do znajomego osobnika i poinformowal go o buncie robotów.
A raczej ucieczce Robota.

Ukradzione z internetów
Znajomy osobnik natychmiast zadzwonil do wlasciciela domu, z prosba o dokonanie zamkniecia drzwi na klucz, w jego imieniu, ale poniewaz mu nie ufal - temu wlascicielwi i obawial sie (znajomy), ze drzwi do domu pozostana otwarte przez dajmy na to 3 dni, to w efekcie, nastepnego dnia bladym switem, wrócil do Belfastu - z Westport, celem sprawdzenia osobiscie.
To zywo przypomnialo mi moje wlasne przezycie, ktore zaowocowalo maratonem Edynburg/O/Edynburg, w 13 godzin (z przerwa na sprawdzenie czy piekarnik jest wylaczony, tankowaniami oraz zakupami zywnosciowymi, dla uwieznionych na odludziu pod Edynburgiem Smoków, którzy spedzali urlop), a o którym nie wiem czy opowiadalam, wiec nie bedzie detali.
Znajomy osobnik z podziwem zaobserwowal jak czysty ma obecnie podjazd, zastanowil sei czy robot usilowal mu cos w ten sposób zakomunikowac i zanim zakluczyl drzwi i wrócil do córki siedzacej w Westport, zobaczyl sie jeszcze z uczynnym sasiadem i pobral od niego swój robo-odkurzacz.
Tak, ze chociaz czasem robot straszy koty, to ma tez swoje zalety.
Ale co o tym mysle to widze tego robota z jednym wylupiastym okiem (mial dwa, ale jedno mu odpadlo na sluzbie i prawdopodobnie dostalo przez niego wciagniete), radosnie popylajacego ulica kursem pijanego lumpa.

Friday, 5 July 2019

Jak sie (nie) lata na ogonie i inne przypadki w podrózy

Otóz znowu bylam na wystepach goscinnych.
Na Planecie Ojczystej.
W przyczyny nie wnikajmy.
Celowalam z tymi wystepami tak artystycznie, ze po zarezerwowaniu biletów uswiadomilam sobie, ze musze sie rozdwoic.
Kolejka do klonowania w lokalnym urzedzie byla jednak zbyt dluga, wiec zrezygnowalam z juz oplaconej rozrywki wieczornej w dniu wylotu i wybralam wystepy.
Z przyczyny takiej, ze poprzednie moje doswiadczenia z z Polskim Orlem byly bardzo srednie (parkur lotsnikowy) nieco zniechecona do lotniczego patriotyzmu tym razem wybralam Orla Wyspowego i na jego skrzydlach przylecialam.
Skoro przylecialam to i nalezalo odleciec.
Ale zanim sie odlecialam to postanowilam sie odprawic.
Celem odprawienia sie wlazlam za pomoca Smarkfona na strone Wyspowego Orla i przystapilam do czynnosci.
System z automatu przydzielil mi miejsce siedzace, co zawsze jest mile.
Dalej patrzac odkrylam, ze jest to miejsce przy oknie, ale patrzac po mapie samolotu strasznie na koncu - jakos w jednym z przedostatnich rzedów i po lewo, czego nie lubie z jakiegos powodu, wiec przypatrzylam sie samolotowi, uznalam ze jakis mocno dlugi sie trafil (36 rzedów) i nawet przez moment przemknelo mi ze moze Marzycielem mam wreszcie poleciec (Dreamlinerem, którym juz nawet Fader lecial, a ja nadal nie), ale niezaleznie czy bylby to Dreamliner czy nie, to zapragnelam jednak siedziec nie calkiem w ogonie i w ogóle najlepiej to jednak po drugiej stronie, bo jako rzeklam z jakiegos powodu te druga stron preferuje.
Podnioslam zatem mojego lotniczego avatara z 34A i przepchnelam go kilka rzedów do przodu na 30F, czyli nadal przy oknie, ale w teorii nieco dalej od wychodków i równoczesnie za skrzydlem i przy okazji tam gdzie jeszcze nie bylo bardzo ciasno, bo mialam cicha nadzieje (idiotka), ze moze trafi sie luzny rzad i srodek bedzie wolny.
Zadowolona z decyzji dokonczylam odprawe i udalam sie gdzies na kolejne goscinne wystepy.
Nastepnego dnia, póznym popoludniem udalam sie na lotnisko, zdalam bagaz i poszlam dac sie skontrolowac.
Pamietna poprzedniego lotu (na Planete Ojczysta) jak przyszlo moja kolej to nawet nie pytalam sie o obuwie tylko polazlam w nich, bo przesz na Wyspowym lotnisku nie piszczaly.
Ale zanim przyszla moja kolej to obserwowalam innych, którzy do kontroli szli z laptopami w torbach i dziwili sie ze musza ja wyjmowac, poblazliwie kiwajac glowa jak jedna osoba plci zenskiej nie wyjela z torebki plynówi musiala sie cofnac zeby je wyjac i przepuscic manele z powrotem przez skaner, po czym przeszlam przez bramke, pan straznik juz na mnie kiwnal glowa, ze wszystko czyste, dalam wiec kolejnego kroka i ta pierwolona bramka zapiszczala.

ZONK

Osobiscie uwazam, ze to ten debil za mna stojacy za blisko podszedl, bo lazl za mna jak w radzickim wojsku, krokiem oszczednosciowym, ale pan strazak, tfu straznik nagle poczul sie jak gonczy i mnie zatrzymal, wezwal posilki przez radyjko, zarzadal swab testu, co troche mnie zaskoczylo i kazal mi wrócic i zdjac buty i przejsc ponownie.
Oczywiscie ponownie nie piszczalam, bo bylam na boso, ale juz przepadlo.
Przyszla pani w grobowych rekawiczkach i dokonala obmacania.
Ja dostalam laskotek, bo choc nie dostaje ich zwykle to jest pare takich punktów mojej osoby co dostaja spazmatycznych wrecz laskotek, o czym pani strazniczke uprzedzilam.
Pani sie nie przejela, bo uznala slusznie, ze daleko jej nie uciekne nawet jak mnie rozlaskocze.
Oczywiscie nic nie zostalo wymacane, bo wszystko co ciekawsze zdazylam juz pozrec.

Tego wprawdzie wszystkiego nie pozarlam, ale zrobilam w nim spore szkody, bo male te kulki takie i ciezko smak zlapac.
Wlasnie radosnie odkrylam, ze na wyspie tez takie juz mamy, wiec dzis po pracy jade na zakupy i nie wracam bez trzypaka powyzszej rozkoszy
A ja wreszcie zdolalam przedrzec sie do strefy neutralnej.
Kolejnym zaskoczeniem bylo to, ze do samolotu wezwano nas PRZED czasem i co ciekawsze wszyscy poslusznie czekali na wyczytanie swojej "grupy".
Wreszcie wlazlam na poklad i ruszylam w trawers samolotu-weza.
A przynajmniej tak myslalam.
Przedzieram sie przez dzungle konczyn, toreb, tetrisu bagazowego i poblazliwych spojrzen byznesmenuff dla ubogich (kto kuzwa placi podwójnie i potrójnie za bilet na trasie Stolyca/Londek, wiedzac, ze jedyna róznica to brak lokcia z boku i jakas pasza? Do Australii czy nawet do Imperium, prosze bardzo, ma to sens bo powyzej 3 godzin zaczyna byc juz ciezkawo i fajnie miec wiecej miejsca a nawet miejsce lezace, ale do Londka?? Lamerzy.) i brne wytrwale ku koncowi samolotu, gdzies kolo rzedu 15tego zerkajac na numery, zeby nie popedzic za daleko (co mi sie zdarzylo nawet wiecej niz raz, ale jeszcze sie nie chwalilam).
Oczom mym ukazuja sie numery 20+, a wrecz 28 i cos co wyglada jak koniec samolotu.
Z niepokojem sprawdzam swoja karte pokladowa, bo moze cos zle zapamietalam?
Nie, 30F stoi jak byk.
W nerwach zerkam w góre - owszem 30 jest, a dalej sciana.
Nawet zdazylam odetchnac, ze jak to dobrze, ze ja nie rozkladam wlasciwie nigdy siedzenia bo mi to nic nie daje, bo w ostatni rzedzie mozna sie wypchac trocinami, a nie rozlozyc siedzenie.
Rzucam towary moje na srodek (30E) celem przepchniecia sie na moje miejsce, ale po drodze z ciekawoscia zerkam za te scianke, bo przeciez moje oryginalnie miejsce to bylo 34A, ale za scianka nie ma kolejnego "przedzialu" tylko wychodki oraz pan-stewardes patrzacy na mnie pytajaco.
Poczulam sie zobligowana udzielic wyjasnienia, wiec rzeklam pól-zartem/pól-pytaniem
"A na schemacie to ten samolot by wiekszy?"
Stewardes popatrzy na mnie troche malo-inteligetnie, ale szybko mu to przeszlo i na moje pomocnicze
"no dluzszy"
odparl
"A tak, bo zmienili nam samolot."
Na co odruchowo odparlam
"to dobrze, ze sobie zmienilam siedzenie, bo oryginalnei system dal mi 34A" i uswiadamiajac sobie co to znaczy - ze lecialabym uczepiona kurczowo ogona, lub tez wbita w samolotowy wychodek, parsknelam nerwowym smiechem.
Usiadlam, ukokosilam sie, upchnelam plecak i stopy pod siedzenie przed soba, zapielam pas i spojrzalam w okno, bo przeciez mialam miejsce przy oknie.
Oczom mym ukazal sie widok godny "lasu...krzyzy":

Miejsce przy oknie.
Jak to dobrze, ze mnie nie na widokach zalezy, bo np las w ksztalcie zólwia to juz nawet mam na zdjeciu.
Byly takze plusy dodatnie tego ukladu, albowiem moglam siedziec bokiem przez czas lotu dzieki czemu nie bolal mnie kregoslup od siedzenia pod skosem celem unikania lokcia miedzy zebra od sasiadki, ogólnie sympatycznej, ale lokciujacej.
Lot jako taki przebiegal bez ekscesów.
Zaczelismy zblizac sie do celu - Londka i znak "zapiac pasy" zostal wlaczony.
Ja sie nie rozpinalam wiec nie zwrócilam na to uwagi.

Nagle ku mojemu bezbrzeznemu zaskoczniu facet z siedzenia przede mna zlapal mnie za stope.

Odruchowo nieco wierzgnelam i zbaranialam na poczekaniu, w dosc osobliwej pozycji - otóz zeby fotel nie byl tak blisko - atrybuty rozmaite nie pozwolily - to bym miala stopy na wysokosci uszu, ale z racji przeszkód to wbilam tylko kolana w oparcie fotela przed soba i patrzylam taka zbaraniala na to co sie dzieje miedzy fotelem, a sciana pod oknem u sasiada z przodu.
Otóz nie zrazonym moim wierzgnieciem, zawziecie macal w powietrzu usilujac siegnac do mojej torby.
To znaczy tak to wygladalo.
Jego pas wisial tuz obok i ciagle zawadzal go to lapa, ale kompletnie ignorowal, wiec tym bardziej uznalam go za krzyzówke perwerta (MOJA STOPA!! w emeryckim sandale zreszta) z kieszonkowcem (MÓJ PLECAK!! najwyzej centymetr poza jego zasiegiem!)
Macanie potrwalo dluzsz chwile, co pozwolilo mi odbaraniec i powiedzie dosc glosno (w sensie ze nie szeptem) do sasiadki, ze "ten facet wlasnie zlapal mnie za stope"
Sasiadka od lokci potepila.
Facet zas chyba uslyszal, oebjrzal sie przez ramie, troche z wyrzutem a troche speszony i zaprzestal macania.
Oczywiscie ja nie jestem glupia i az do wyladowania pilnie sledzilam przestrzen pomiedzy jego fotelem a sciana jednym okiem, a ruchy lba drugim, az do samego ladowania.
Zez rozbiezny ustapil mi juz po dwóch dniach.
Po wyladowaniu dotarlo do mnie, ze ten pas caly czas tam wisi.
Czyli chyba jednak nie kieszonkowiec, acz o perwersje nadal go podejrzewam, bo do cholery jak mozna sie nie zorientowac, ze stopa to nie pas i nie puscic od razu??
I ladowal w zwiazku z tym bez pasa zapietego.
A bylo zamiast mnie obmacywac w odnóza rozewzec pysk i poprosci o pomoc w namierzeniu pasa? Albo tyluk ruszyc i wizualnie go namierzyc.
To nie.
Jego decyzja.

I tak, dolecielismy przed czasem, co sprawilo, ze na terminal dotarlismy idealni o czasie, a co z kolei sprawilo, ze pierwsi byli ostatnimi czyli moja walizka przyjechala w ostatnim rzucie na tasme, ale przyjechala.
Wygruzowalam sie na poczekalnie, ogarnelam manele i udalam do autobusu parkingowego celem pobrania czerwonej Blyskawicy z parkingu dlugoterminowego, który wyjatkowo jak na ten terminal (5) rozpoznal moja tablice rejestracyjna.
Na sam koniec w autobusie trafilam jeszcze na taka perelke:

Napis glosi - miesjca z priorytetem, dla osób z trudnosciami w poruszaniu sie.
Mistrz drugiego planu - moja walizka
Pod dolna pólka na walizki. Gimnastyka dla osób z ograniczona ruchomoscia wrecz idealna! Jak sie upchnie to juz tak pewnie zostanie...

Oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze wyposazenie autobusu bylo przerabiane i tylko plakietka z napisem sie ostala, ale i tak nie moglam sie powstrzymac.

A tak w ogóle - to lojalnie uprzedzam - 7 lipca - Merkury wchodzi w retro.
Uwazajcie tam na siebie na drogach i w rozmowach :)

Friday, 7 June 2019

mRufa vs MFA - dramat rodzajowy z Lochów

Po pierwsze - MFA to ZUO.
Kolchozowe Lochy gnajace za moda zamontowaly sobie w ubieglym roku po tym jak zainwestowaly w chmury.
Chmury jak wiadomo to bardzo ulotna inwestycja - ot byle wiatr zawieje i wszystko idzie w pineche.
Nasza Chmura tez pozwala, a wrecz wymusza uzywanie MFA.
MFA we sensie, ze Multi-Factor Authentication, a nie dajmy na to Missouri Farmers Association, Musem of Fine Arts, czy tez Mafia Island, Tanzania.

Czyli Uwierzytelnienie Wieloetapowe/Wielofaktorowe.

Czyli IMHO Przerost Formy Nad Trescia, ale odkad rzucilo sie na nas RODO (aka GDPR) jak ktos Ci narobi na trawnik to nawet posprzatac sobie nie mozesz bez jego zgody, wiec jest MFA.
Szczesliwie w Kolchozie MFA potrzebne jest zwykle na poziomie aplikacji, ale kilku nieszczesliwców zostalo uraczonych na poziomie konta uzytkownika.
NIE bylam to ja.
Do dzis do godziny 11tej nie bylam.

Bo tak w ogóle od poniedzialku jestesmy znowu w Kolchozie. A nawet wrecz w Akwarium. I w zwiazku tym rózne rzeczy sie dzieja i moze nawet o nich opowiem jak mi wscieklosc przejdzie, ale dzis tylko krótka scenka dramatyczna.

Wczoraj postanowilam, ze przestane korzystac z gwizdka sluzbowego (mobile internet) i poprosze o przestawienie mojego MFA na systemie przy którym pracuje na telefon sluzbowy, bo i tak bez internetu z domu nie pracuje i tak.
Tym bardziej, ze nie mialam akurat gwidka przy sobie wiec i tak nie moglam sie zalogowac do systemu.

Poszlam do kolegi P i mu wyluszczylam moj plan.

Zaproponowal mi poczekanie do jutra, ale nie bardzo chcialam bo mialam cicha nadzieje, ze problem rozwiaza od reki - poprzednio tak bylo.
Och jaka ja bylam glupia!

Kolega w moim imieniu zalozy zgloszenie, zeby mi na moim MFA (które jest wylacznie na poziomie aplikacji) zresetowali numer, co sprawi, ze przy próbie logowania do tej aplikacji dostane mozliwosc wpisania nowego numeru.
(Bo ja sama nie moglam skorzystac z systemu zgloszen, albowiem przy przenoszeniu nas na DR site i z powrotem ktos upuscil mój profil i troche mu sie kawalków obtluklo i zalogowac sie moge, ale ekran pokazuje tylko moje imie i nazwisko. Dobrze chociaz, ze poprawnie. Zaskakujaco, zgloszone zgloszenie edytowac moge. Ale zglaszac to juz nie.)

Kolega sie nie obcyndalal i napisal dokladne instrukcje krok po kroku dla przyszlego wykonujacego.
Oczywiscie dzien minal i nic nie drgnelo.
Przynioslam dzis gwizdek, zalogowalam sie do systemu i myslalam, ze pociagne reszte dnia bez interwnecji Lochów.

Niestety trafilo na "geniusza", który zajrzal na konto, zobaczyl ze nie ma MFA, dodal mi MFA na poziomie uzytkwnika i zadowolony zamknal zgloszenie.

Zdazylam przeczytac co tam napisal i zaczelam pisac do kolegi P z pytanie co we mnie uderzylo, gdy w polowie zdania wykopalo mnie z systemu komunikacyjnego (i kilku innych) z komentarzem, ze musze sie zalogowac ponownie bo zmienilo sie haslo lub metoda uwierzytelnienia.
Zdebialam, ale w pierwszej chwili usilowalam sie poslusznie zalogowac ponownie.
Na widok komunikatu, ze przyjdzie do mnie sms na numer, który sluzyl do uwierzytelniania tylko jednej aplikacji porzadnie zbaranialam.
Mimo stanu ogólneg (zdebiala baranica) czym predzej wyslalam maila, bo mail jeszcze dzialal, do kolegi P, a w systemie zgloszeniowym napisalam, ze cokolwiek zrobiono, wlasnie wykopalo mnie z systemu i nic nie moge zrobic.

Otóz, dla osób bez wtajemniczenia uwierzytelniciela taka oto analogia:
Kolega P napisal - Zamontuj mRufie zielony wizjer na drzwiach.
Wykonujacy zrobil po swojemu i odpisal - mRufa nie miala zielonych drzwi. Zamontowalem jej nowy zamek.
A na to ja odparlam - no to swietnie tylko baranie klucze zamknales w srodku, a poza tym ja wcale nie chcialam zamka.
Tak wlasnie sie czulam. Ukradzione z Internetów.
Od 3 godzin nie moge pracowac.
Usuniecie tego podlego MFA z mojego konta zajmuje podobno okolo 45 sekund.

Czy ktos ma pomysl gdzie moge sobie wytatulowac:
"zanim wezwiesz Lochy na pomoc odgryz sobie reke i sie nia znokautuj - bedzie szybciej, a efekt ten sam" - zebym zawsze go miala przed oczami?

PS. po 3.5 godzinie MFA usunieto z mojego konta, ale nie, nie prosze bez fanfar - do systemu przy którym pracuje zalogowac sie nie moge w ogóle.

PS2. Ciagu dalszego raczej NIE bedzie. Zbyt cenie resztki mojego zdrowia psychicznego!!

Tuesday, 28 May 2019

Kielbasa na Krecie - zaslyszane

Krakowska.
Albo moze Zywiecka.
W plasterkach.
Na Krecie.
Ukradzione z Internetów
Otóz wprawdzie bylam na wystepach goscinnych nie tak znowu dawno (2 miesiace to nie tak znowu dawno!) i wcale nie na Krecie, a na mojej Wyspie i nawet z kuzynka - aka Macia mojego CO, co zwykle oznacza troche przygód i zasadniczo cos tam bylo, ale nawalilam okropnie fizjologicznie i nasze przygody byly stonowane, a w szczególnosci te fragmety, które wymagaly podnoszenia wysoko nóg, przez co na przyklad nie bylam w tanie pokonac kawalka ruiny fortu rzymskiego.
Moze przy okazji pare zabawniejszych kawalków opowiem, bo nasza kwatera, urokliwa i przestrzenna miala pare minusów logistyczno-dekoracyjnych, ale na chwile obecna mam duzo lepsza historyjke do opowiedzenia - zaslyszana wlasnie od kuzynki.

Otóz Malzonek kuzynki ma dosc stabilne i wyraziste poglady na rózne sprawy i tematy i juz dawno temu podjelam decyzje, ze nie musze sie z nimi zmagac, bo to jednak nie ja sie z nim 'zenilam', tylko ona, ale jest on (ów malzonek) jednym z wielu swietlanych przykladów dla których trwam w postanowieniu zycia niezameznego.
Acz ogólnie i umiarkowanych dawkach to jest osobnikiem bardzo sympatycznym i ma poczucie humoru, jest ojcem mojego CO i wcale go tu nie zamierzam szkalowac, co nie?

Ale o kielbasce opowiem.

Kuzynka wyrazila zgode :).

Otóz kuzynka z Malzonkiem oraz moim CO wybrali sie na urlop.
Mamy rok 2008.
Precyzyjnie rzecz ujmujac gorace lato.

Lato bylo gorace tak tu jak i u celu podrózy którym byla Grecja.

Malzonek kuzynki miewa glodowe stany lekowe - mianowicie boi sie ze gdzies na bezludziu i bezsklepiu (co obecnie po prostu oznacza niedziele niehandlowa) dopadnie go glód i bedzie cierpial na ten glód.
Aby tego uniknac zwykle udaje sie na wojaze z zelaznymi racjami zywnosciowymi.
Tym razem trafilo na kielbaske.
Kielbasa zostala zapakowana do walizki i poleciala z Warszawy do Heraklionu, który jak zapewnia mnie kuzynka jest stolica Krety.

W Heraklionie, nie rozpakowujac sie kielbaska spedzila noc w hotelu.

Nastepnego udala sie wodolotem na Ios, gdzie ze wzgledu na niespokojne morze nastapila przesiadka na prom i tymze promem kielbaska udala sie na Paros.

Na Paros kielbaska spedzila tydzien, w komforcie hotelowej lodówki.

Nastepnie zostala zabrana na wycieczka - stateczkiem wycieczkowym, na Santorini.
Na Santorini zostala zbrana na calodniowa wycieczke autokarowa.
Tam tez Malzonek nabyl kielbasce do towarzystwa pieczywo i usilowal wszystkich naklonic do spozycia tego duetu.
Z jakiegos powodu reszta rodziny odmówila uslug - czemu sie szalenie dziwil, ale sam tez jakos nie odwazyl sie spozyc kielbaski, dzieki czemu w kompletnie nienaruszonym stanie stateczkiem wycieczkowym wrócila na Paros i schornila sie w swojej kwaterze (tej samej lodówce) na kolejny tydzien.
Nastepnie wraz z reszta rodziny, która zaczynala sie juz do kielbaski mocno przywiazywac, wrócila wodolotem na Krete, gdzie nawet sie nie ropakowywala, bo byla to tylko jedna noc, a dnia nastepnego, wciaz w szalejacych letnich upalach wsiadla do Samolotu na Planete Ojczysta i wrócila na kwadrat z reszta rodziny.
Tam zostala z wielkim zalem pozegnana przez cala rodzine. Szczególnie ubolewala nad rozstaniem Kuzynka, bo zaczela miec do wytrwalej i niezlomnej kielbaski stosunek bardzo osobisty i odsylajac ja do wielkiego niebinaksiego zsypy czula sie jakby zdradzala bliskiego przyjaciela.
Kielbaska w swa ostatnia droge ruszyla jakby nie wiecej jak tydzien uplynal od jej zapakowania w prózniowej tacce i nic nie swiadczylo o tym, ze miala za soba pelne i urozmaicone zycie wytrawnej podrózniczki.

Kto, no kto moze sie pochwalic kielbaska, która zwiedzilam pól Europy w upalne lato i nie uciekla z krzykiem po powrocie?

Nawet ja mam na koncie jedynie przemyt przeterminowanego kefiru!!

Monday, 20 May 2019

Czemu zaspalam i D-lock Shrodingera

Zaspalam.
W piatek.
Tzn czesciowo zaspalam, bo jak niektórzy wiedza mam dwa budziki - jeden normalnie jak kazda ofiara cywilizacji w komórce na pobudke i drugi bardziej oldskulowo, ale nie calkiem prehostorycznie, w radiu zeby mi uswiadomic, ze czas uplywa i juz 7.15 i jesli jeszcze nie myje zebów, to za chwile bede w czarnej doopie.
Do konca marca uzywalam starej jezynki w tym celu i wszystko szlo swietnie bo nawet jak wylaczylam jezynke to alarm sie wlaczal i pobudka byla.
Niestety jezynka zdechla i nawet nowa bateria jej nie pomogla - nie wiem czy ladowanie padlo czy cos innego w niej zdechlo, ale nie umiem jej reanimowac.
Przerzucilam sie wiec na stare "Katamaran" czyli mój pierwszy telefon androidowy, mlodszy o jezynki o 2 lata czyli niby nowoczesniejsz i alarmy pozostaly bez zmian, czyli dwa.
No i wczoraj "Katamaran" sie zaczal wieczorkiem rozladowywac  wiec mialam go wpiac w kabel na czas ogladania American Gods (2 odcinki) niestety po seansie odkrylam, ze zamiast wpiac kabel w telefon polozylam telefon obok.
Czyli widac uwazalam ze bedzie ladowanie bezprzewodowe ;).
Czyli rozladowal sie na sama noc do zera. 
Brawo ja.
Wpielam telefon, ale byl zbyt rozladowany, zeby go od razu wlaczyc, a dalej usnelam.
Obudzilam sie w nocy bez jawnego powodu, ale za malo, zeby np sprawdzic godzine czy telefon. 
Zas rano z zaskoczeniem budzilam sie do radia.
czyli 7.15 czyli 45 pózniej niz powinnam.
DLACZEGO?? Przeciez ladowala sie cala noc.
A bo komórka chociaz naladowana jest wciaz wylaczona i wbrew mojemu oczekiwaniu nie wlaczyla sie na sam alarm jak stara jezynka zwykle byla robic.
Brawo ja.

Nastepnie pojechalam do pracy. 
Spózniona 10 minut. 
Przed wejsciem spotkalam Sandre - kiero programu, która usilowalam przypiac D-lockiem rower do stojaka.
Rower jest wart 2500 dukatów wyspowych. Nie jest ze zlota i diamentów. Ale jest elektryczny i kazdy jego kawalek kosztuje stosownie duzo.
Rower monarchów zostal ubezpieczony, ale warunki ubezpieczenia sa takie, ze musi byc przypiety jakims tam zabezpieczenie klasy gold.
Sandra kupila az dwa, bo oryginalnie rower mial tzw "quick release" czyli powiedzmy, ze szybkie zamki na kolach i siodelku, wiec zeby uniknac odnalezienia roweru bez kól i bez siodelka, przypinala go obydwoma, ale ciezko sie je montowalo, wiec w ciagu tygodnia wymienila szbkie zamki na klasyczne.

Podczas zakupu tych zamków nie-szybkich dowiedziala sie, ze trzesla sie o siodelko warte powiedzmy 40 dukatów, a zostawiala na rowerze modul elektorniczny wart 400 dukatów, bez którego ten rower nie ruszy nawet jakby mial 100 kól, który (modul) nie jest w zaden sposób przymozowany.
Brawo Sandra.

To wszystko opowiedziala mi podczas walki z D-lockiem, który wyglada dokladnie tak:

Tak wyglada D-lock klasy gold w stanie zamkniety.
Sandra próbowala zamknac owo zabezpieczenie wielokrotnie w kadej konfiguracji klucza i palaka i nijak jej nie szlo, w koncu wreczyla go mnie. Ja, jak to ja, podeszlam do tematu analitycznie, obejrzalam gada, upewnilam sie ze na oko oklad palaka nie ma znaczenia wiec skupilam sie na kluczyku i okazalo sie to bylo to.
Otóz po paru próbach odkrylam, ze kluczyk (podobnie jak USB*) ma 3 stany - otwarty zmakniety i Shrodinger i w naturalnym srodowisku wystepuje wylacznie w stanie Shrodingera - neutralnym dopóki nie zostanie zaobserwowany.

* znany fakt glosi, ze USB udaje sie wetknac do gniazdka za 3cim razem i zwykle po sprawdzeniu przed trzecia próba w jakim jest stanie - albowiem posiada 3 stany - górny, dolny i Shrodinger.

ukradzione z internetów
-----------------------------------
PS. Prosze sie nie przyzwyczajac, ze teraz juz bedzie czesto i krótko. Raczej watpie, zeby m iweszlo w nawyk ;)

Tuesday, 14 May 2019

Scenka Rodzajowa z Akwarium na Wygnaniu

Musze bo sie udusze.
Slowo honoru bedzie super krótko (jak na mnie) i bez detali technicznych (czytaj zawodowych), a przynajmniej absolutne minimum.

Otóz pracuje nadal w tym projekcie co wdrazamy to co wdrazamy i projekt chyli sie ku koncowi.

Jako analityk biznesowy Wasza unizona ma pewien zestaw umiejetnosci i nie bedzie sie tu nim przechwalac, ale zestaw ten pozwolil jej zostac maly loklanym Kolchozowym eksperciatkiem od jednego takiego rozwiazanka, które nie chwalac sie wdrazalam dwukrotnie i znam lepiej niz wlasne zeby, które na nim zjadlam,
Od póltora roku nie zajmuje sie tym rozwiazaniem i nadal hula, tzn do powodzi biura hulalo bo od powodzi nie mamy na czym drukowac, czyli tego.
Moze nie piekne, ale odporne, prawie jak "tFurczyni"

No dobra dosc peanów.

W kazdym razie, mimo odpornosci rozwiazanko ma wady - nadal podobnie jak "tFurczyni"- mianowicie jest juz dosc wiekowe (tu bede sie upierac, ze az tak nadgryziona zebem czasu nie jestem, zeby uwazac tego za wade), jak na tego typu rozwiazanka, a na nowelizacje brakowalo czasu i atlasu i zeby nadrobic ograniczenia programowe musielismy napchac troche protez po drodze.
Ja te protezy znam i wiem, ze zeby je sklonowac na nowy system trzeba troche roboty umyslowej wykonac.
Nie wnikajmy czemu klonowanie. Nie moja decyzja. Glosowalam przeciw, ale znowu brak czasu i atlasu.
Od roku blisko wspominalam kazdemu kto mnie sluchal, ze to nie jest takie prosciutkie jak dmuchanie w kij i trzeba by zaczac na to patrzec, a przynajmniej o tym patrzeniu myslec.

60% sluchajacyh poblazliwie kiwala glówkami, usilowala mnie poglaskac z politowaniem po mojej i mówila:
"Tak, tak, mRufa, oczywiscie mRufa, jak tylko ogarniemy sie z bardziej skomplikowanymi sprawami mRufa"

30% z kolei wypieralo to co mówie i uwazalo, ze przeciez takie korby jak oni to sobie ze wszystkim poradza.

10% zgadzalo sie ze mna, ale nie sa w projekcie, ewentualnie sa kierownictwem (uff) i nie musza nic robic tylko sluchac.
To po prawo to ja, acz umówmy sie mniejszego kalibru temat mam na oku, a to po lewo to te 60% poblazliwych i 30% wypierajacych. Ukradzione z Internetów rzecz jasna.
I tak latalam od Kajfasza do Judasza przypominajac, ze jest jeszcze jeden temat do ogarniecia i ostrzegajac, ze nie jest to krótka pilka i proste jak budowa cepa i ze da sie zrobic spokojnie, ale trzeba sie powoli przygotowywac do tematu, bo sam osie nie ogarnie.

Minely miesiace.

A ja co jakis czas sygnalizowalam moje poddenerwowanie, bo jednak nikt nie usunal tematu z zakresu projektu, a w temacie dzialo sie nic.

Wiele miesiecy minelo.

W koncu Marca/poczatku Kwietnia temat wreszcie wyszedl z cienia i te 30% czyli te korby co to wszystko 'umia' ruszyly z kosami i cepami na moje male pólko.

Po pierwszej sesji okazalo sie, ze temat wymaga wiecej niz godzinnego warsztatu, bo kosy sie stepily a cepy poluzowaly.

Po drugiej sesji okazalo sie ze 2.5 godziny w sumie to tez za malo, bo cepy dalej sie luzuja, a kosy lamia na kamieniach.

Po kolejnych dwóch sesjach temat zostal wrzucony na liste gatunków zagrozonych i partner implementacyjny usilowal namówic nas na zakup kombajnu. Odmówilismy, bo za co, jak nawet srajtasme juz trzeba wlasna do pracy przynosic.

Po kolejnej sesji polowe zakresu usnieto na pózniej, ku mojej wielkiej radosci, bo tez uwazalam, ze nie trzeba sie spieszyc z wielkim wybuchem i mozna podejsc do tematu fazowo.
Jednakowoz wczesniej nikt mnie nie chcial wysluchac w tym temacie i wrecz zostala zjechana (ch=b) za próby zachowania status quo skoro musimy isc z czasem, postepem i osiagnieciami (i gola doopa, bo nas na to wszystko jako Kolchozu nie stac), ale to zdjelo cisnienie z nas (te 60% poblazliwców), bo te 30% korb nadal tkwilo w czarnej doopie.
Tfu.
Znaczy w lesie.
W lesie Szwarcwaldu.
A rozmowy wygladaly tak:
Oni: "To nie jest takie proste!"
mRufa: "Owszem, nie jest"
Oni: "Czemu nic nie mówilas?"
"Mówilam"
Oni: "Mówilas? A tak cos tam mówilas. Ale mnie sie zadawalo, ze mówilas, ze to jest proste!"
"Nie. mówilam ze nie jest."
Oni: "Ej sluchajcie - prawda, ze mRufa mówila, ze proste?"
Mnie krew zalala i juz mam wybuchnac i rozerwac ich na strzepy (bo jedno czego oprócz poblazliwosci niecierpie bardziej to wtykanie mi w usta nie moich slów i w zycie nie moich akcji), gdy nagle glos z tych 10% zagrzmial...
....szefowa Programu: "mRufa MÓWILA!"
"Ze proste?" z triumfem przerywa jakis poblazliwiec.
"NIE. ZE NIE PROSTE"

Uff.

A mówia, ze to ja jestem Cotnrarian.

Ukradzione z internetów
Kurtyna.

PS. I nawet "a niemówilam??" nie moglam im powiedziec, bo bym wyszla na pieniaczke!

Wednesday, 8 May 2019

Nie poleciala pani? Czyli mRufa wraca po wystepach goscinnych

A bylo to tak, ze polecialam na Planete Ojczysta na dosc dlugie tourne, które objelo wystepy w 3 krancach krainy, miedzy innymi wpadajac na tego oto pana na ojczystym morzem Baltyckiem.

John szukal toalety. Zabralismy go z Wasami do najblizszej kawiarnii, gdzie zjadl z nami na nalesniki oraz czarna pomarancze, bo szarlotki nie bylo.
Nastepnie w grodzie z kolei Kraka korzystajac z toalety, poczulam lekki dyskomfort podczas manipulacji z papierem toaletowym...
I teraz prosze panstwa juz wiem na pewno.
Jednorozce owszem wyprózniaja sie tecza. Ale NIE rzygaja nia.
Tak, to jest wzorek na srajtasmie. Ukula mnie w tylek. Od razu przypomnial mi sie Squatty Potty.
Wystepy w detalach przebiegaly tak, ze strach sie bac, szczególnie w pierwszej polowie, wiec uwazalam, ze atrakcje mam juz za soba, ale okazalo sie, ze tkwilam w bledzie.

Otóz nadejszla wiekopomna chwila powrotu.

Na lotnisko udalam sie po ekspresowym pieczeniu 12 muffinek marchewkowych w stylu a'la Fader (Fader ofiarowal sie pomóc i utarl marchewke na terce do placków ziemniaczanych czyli na drobne trocinki, co zaniepokoilo mnie o efekt koncowy, ale okazalo sie nieszkodliwe) oraz sernika równiez nie do konca standardowego bo z wiekszej ilosci sera niz zwykle przy limicie jajecznym.
Po odprawieniu bagazu i krotkim oglupieniu numerem bramki udala sie na kontrole paszportu i maly maraton po sklepach, nastepnie spozylam siedzac chylkiem (oraz tylkiem) na module wentylacyjnym kanapke zabyta za horendalne pieniadze, bo od tego calego pieczenia wyszlam z domu o suchym pysku. Ciekawostka - pol litra trucizny kosztowalo 12 zeta.
Nastepnie nabylam fajki dla znajomej, zaparkowalam przed nieczynna bramka i zaczelam czekac.
Lot mial byc o 15.30. Okolo 40/45 minut przed otwarciem bramki, jak sie akurat podnosilam aby udac sie pod bramke wlasiuslyszalam ogloszenie duszpasterskie:
"Lot numer 279 do Londynu zostal odwolany  przyczyn technicznych. Prosze udac sie po odbiór bagazu."
Czyli "Pocalujcie Misia w doope, a ja ide do domu".
Zbaranialam tak poteznie, ze sila rozpedu udala sie w kierunku tej bramki, z której kierunku wylaniali sie poirytowani rodacy zadni krwi ofiarnej. Jako ten baran udala sie za nimi. Co prawda slabo by to wygladalo, bo nikt nie wiedzial gdzie isc gdyby nie pojawil sie jakis czlowiek z obslugi lotniskowej i nie wypchnal nas w kierunku.
Jaki to byl kierunek to nikt nei wiedzial, bo facet nie posunal sie az tak daleko w swej usluznosci i nie wyjawil nam gdzie nas wysyla.
I tu wyjasnie, ze mialam na placach plecak z laptopem, telefonami, zawartoscia dmskiej torebki, kilogramem czekoladek, pol litrówka trucizny i lekkim na szczescie wagonem fajek. Oceniam ze bylo to okolo 6 kilogramów.
Oraz bluze z dlugim rekawem, a w garsci kurtke bo noc wieczór na Wyspie zapowiadano chlodnawy.
Ruszylam zatem w stadzie rozjuszonych rodaków wskazana droga, widaca po schodach w dól i clay czas prosto, ale nikt nie wie dokad.
Okazalo sie ze na sale bagazowa.
Kto zna wielkosc obecnego lotniska Chopina ten wie ze troche trzeba sie nabiegac, zeby z jednego konca w drugi i z powrotem ale pietro nizej sie przemiescic. Kto zna mnie ten wie, ze ja mam jedna predkosc chodzenia, czyli zadna. Staralam sie dotrzyamc tempa rzrzartej tluszczy zeby chociaz slyszec co mówia i kto im cos mówi.
Popedzilismy do tanowiska reklamacji bagazy.  Ja nie weszlam do punktu, bo dostalam sms, ze lot odwolany i musialam sie troche wysmiac, ze rychlo w czas. Tam gdzies ktos nam powiedzial, ze nasze bagaze bede wydawane na tasmie 5a dla bagazy duzych.
Mnie na to stanela zywcem scena sprzed moze roku, kiedy to czekalam jak gwizdek przy tasmie 1a, bo tak glosila tablica, a 1a byla wylacznie dla duzych bagazy w czesci starego lotniska i stalabym tam jak gwizdek do dzis bo mój bagaz wyszedl zdaje sie na tasmie 7, ale ekran, który sprawdzalam 4 razy bo to 1a wydawalo mi sie podejrzane, nie byl laskaw tego nam zdradzic.
Jakim cudem inni ludzie sie polapali w atrakcji nie wiem.
Ale wrócmy do 5a.
Postalismy tam pare minut, ale najbardziej niepokorna kobieta pognala czym predzej tlum do panów z ochorny pogranicza, próbujac od nich wymóc informacje czemu Lot odwolal lot i co mamy zrobic, skoro musimy leciec.
W tym momencie podjelam decyzje, ze skoro tlum jest tak bystry jak najmniej bystry jego przedstawiciel, musze sie oddzielic i tak uczynilam.
W sms-ie byl mianowicie numer telefonu i ja na ten numer zadzwonilam.
Nie zebym sie dodzwonila o reki. O nie, nic z tych rzeczy.
wisialam na sluchawce z 15 minut, przez tan czas czesciowo goniac tlum, a czesciwo przed nim sie chowajac.
Na marginesie dodam, ze po bagaze czekalo nas moze z 10-15 osob - reszta psazerów wyszla od razu i poszla stac w kolejce do biura LOTu.
Bo wiecie, ze LOT nie ma okienka w strefie paszportowej? No powaga. mnie zaskoczylo to epicko.
Nie wiem jak inne linie lotnicze, bo mnei to do tej pory nie interesowalo, ale przypominam, ze jak pare lat temu mnie odwolali lot do Frankfurtu Niemieckim Orlem to pokopytkowalam sobie swobodnie do stanowiska linii, tam potwierdzilam ze przyjelam do wiadomosci, ze mnie przerzucili na lot godzine pózniej bez nijakich gimastyk z bagazami itp.
Ale nie w tym dzielo.
W koncu doczekalam sie polaczenia i bardzo mila osoba plci zenskiej zaproponowala mi przelot o 20tej. Ucieszylam sie i tylko zapytalam co robic dalej, ale uslyszalam, ze mam pobrac bagaz, wyjsc z nim, a nastepnie wrócic na góre i nadac go z powrotem.
Pogratulowalam sobie w duchu, ze jednak nie skusilam sie na zaden alkohol na 'bezclowce', bo jeden wagon fajem to mi wolno bez laski przewiez, a chyb nawet dwa, ale mialam jeden.
Podziekowalam i poszlam w strone 5a, gdzie wciaz tkwili ludzie z mojego "tlumu". Tam paru osobom przekazalam co moga robic w miedzy czasie - czyli dzwonic na ten numer i czekalam z nimi.
Po dobrych 20 minutach przyszly jakiesz dziewczyny i powiedzialy, ze zeby odzyskac bagaz z 5a, trzeba najpier o niego wystapic w reklamacji bagazowej.
"Tlum" znowu stal sie rozwscieczona tluszcza i popedzil do stanowiska, gdzie niektórzy usilowali robic awantury kobietom z obslugi stanowiska, tak jakby one byly winne odwolaniu lotu z LOTu.
Tu dodam rozzalona ze obsluga klienta naszej rodzimej linii lotniczej poza liniami telefonicznymi przedstawia sie dosc dramatycznie - nikt nam nic nie wyjasnil, nie ma przedstawicieli na calym terenie poza kontrola bezpieczenstwa - czarna dupa mówiac krótko i dosadnie.
Nie jest to stan wieczny bo kilka lat temu w gorace lato, silniki sie za wolno chlodzili w maszynie która mialam leciec to nam podstawili inny samolot, opózniony, bo opózniony ale samolot odlecial. 
Osobiscie uwazam, ze w ramach wychodzenia z impasu finansowego za duzo oszczednosci pozyniono i odbija sie to wlasnie teraz na reputacji.
Okazalo sie, ze mimo iz ja mam miejsce w kolejnym samolocie to nadal musze odebrac bagaz wyejsc i nadac go ponownie.
Odczekalam swoje, pobralam walize i stoicko udalam sie na przyloty, z przylotów schodami ruchomymi na odloty, tam stanalema w kolejce do tej samej kobiety która juz raz mój bagaz pobierala (bo nie moglam odprawic sie ani na www, ani przez terminal na odlotach) której wyjasnilam, ze nie moglam sama sie obsluzyc bo jestem z wczesniejszego lotu i zapytalam czy mam odelpic naklejki z poprzedniej odprawy.
Na co pani zapytalam mnie:
"A co, nie poleciala pani?" tonem tak poblazliwym, ze kontrolowany do tej pory charakter wystrzelil mi spod piety i jezyka zgryzliwym:
"Ja to bym nawet i poleciala prosze pani, ale samolot czegos nie chcial."
Pani chyba zaskoczona jadowitym tonem nic juz nie rzekla tylko wydrukowala mi nowa karte pokladowa oraz paski i nalepki.
W ten sposób do mojej kolekcj podróznych wyczynów doszla umiejetnosc odprawy na dwa osobne samoloty do Londka w tym samym dniu.

Trzeba mi tu uwierzyc na slowo, ze obie sa moje i z tego samego dnia, bo jednak danych osobowych tu ujawniac nie bede.

Wcale nie byl to koniec gier i zabaw, bo jak sie juz odprawilam, przeszlam ponownie przez kontrole bezpieczenstwa, zalozylam buty i przeszlam przez kontrole paszportowa, to poszlam zjesc obiad i wybralam sobie miejsce pt restauracja Misa, gdzie zadysponowalam placki ziemniaczane z grzybami i wpadlam w stupor na widok nozy jakie byly wsród sztucców.

To w tle to pokryty sosem grzybowy kartoflak, a nie mózg kosmity,
Doprawdy godne baru Mis, nieprawdaz?
Nawet mialam zajumac, zeby miec na pamiatke, ale pomyslalam, ze byloby to tylko dowodem czemu te noze takie musza byc, bo normalne mogliby krasc pasazerowie o nieczystych zamiarach.
Ale swoja droga, nie wiem czy nastepnym razem nie zajumam. Bo jednak krojenie taka "kosa" to jest mistrzostwo swiata.
Po posilku poszlam pod bramke i tam czekalam murem.
Po kilku minutach dostalam sms, ze mój NOWY lot ma zmieniona godzine odlotu - o 35 minut pózniej.
Pokiwalam z politowaniem glowa, sama nad soba albowiem mialam juz glupkowata nadzieje, ze to byl koniec atrakcji, ale widac nie.
o godzinie okolo 19.30, czyli teoretycznei godzine przed odlotem, zadzwonilam do Fadera powiedziec mu ze opóznienie, ze juz do niego nie bede po przlocie dzownila, bo bedzie za pózno. Pogadalismy troche po czym ja znowu zbaranialam. napis nad bramka zniknal, a do samolotu który stal pod rekawem wsiadali ludzie wchodzac don po schodkach z plyty lotniska.
Przez chwile spanikowalam, ze jakim quzwa cudem przeoczylam komunikat, ze trzeba udac sie do autobusu, albo co, wiec czym predzej pozegnalam sie z Faderem i wielkimi oczami wgapialam w widok za oknem.
Przelamalam wewnetrzna niemoc i juz mialam uruchomic sie w kierunku ekranu z numerami bramek, ewentualnie rzucic sie na wyjscie do rekawa, zeby choc za ogon zlapac ten cholerny samolot, skoro tak podstepnie usiluje beze mnie odlecic, gdy z glosników (o, a tu kolejna ciekawostka - ogloszenia o roznych lotach i samolotach sa wyglaszane bez wczesniejszej koordynacji i tak na przyklad wezwanie do bramki 20 na lot do Istambulu bylo wyglaszane unisono bez mala z wezwaniem ostatnich 4rech pasazerów do Telawiwu. Nie musze chyba dodawac co mozna bylo uslyszec? Musze? Otóz gówno. znaczy tyle szlo uslyszec) padl komunikat
"Panstow lecace do Londynu zapraszamy do nowej bramki (na drugim koncu terminala), kurcgalopkiem!! Raz, Raz!!"
No dobrze, moze wcale nam nie kazali kurcagolpkime, ale to byl jedyny styl przemieszczania jaki podczas tego, drugiego juz dzis parkuru bylam z siebie w stanie wykrzesac.
Pelna niepokoju zasiadlam pod nowa bramka i dopiero jak zobaczylam zaloge wlazaca do rekawa zaczelam nabierac cihcitkiej nadziei, ze moze jednak dzis gdziesz jeszcze odlece.
Odlecielismy dobre póltorej godziny spóznieni. Dolecielismy nieco mniej spoznieni, ae fakt pozostaje faktem, ze na przystanuk autobusu parkingowego znalazlam sie okolo 23.20 i tam czekalam jak gwizdek przeszlo 15 minut na autobus, a napis na tablicy z infomacja autobusowa glosil
"Zalujemy, ze sa opóznienia ze wzgledu na duze korki"
Napis byl osobliwie skonstruowany i mial akcenty.
Pelna wyczekiwania uzbroilam sie w cierpliwosc bo skoro te korki to pewnie dlugo sobie pojedziemy, ale jak pragne zakwitnac te korki to byly chyba dla zab. Zlamany pojazd nam drogi nie przegrodzil, ani nawet mnie jak juz dosadlam czerwonej blyskawicy.
Za to Nawidakcja wypiela sie na mnie straszliwie i mialam obawy, ze bede musiala wracac objezdzajac pól lotniska wokolo, bo tylko tej drogi bylam pewna, ze ja znam...
W domu bylam juz o godzinie 1wszej w nocy i na tym zakonczylam dzialalnosc swiadoma.
A nie przepraszam - wyjelam jeszcze z walizki przemy spozywczy i odkrylam, ze tak pieczolowicie przewozony przez mnie ulubiony kefir byl w dniu wylotu dwa dni po dacie waznosci.
Oczywiscie ze wypila.
W koncu kefir to zadpsute mleko pelne kulturalnych bakterii. nieco wiecej kultury im, ani mnie nie zaszkodzilo ;)

Monday, 8 April 2019

Niszczyciel ma towarzystwo.

Po dwóch dniach obserwacji pasywnej doszlam do wniosku ze dopadlo nas cos co Urosz okreslil syndromem "Mentalna Krowa".
Poniewaz dopadlo nie tylko mnie to uznalam, ze nie bede rozdymac i tak juz poteznego ego mojego Niszczyciela zwalajac nan odpowiedzialnosc i poszukam winnych gdzies w eterze.
A zanim to zrobie to opowiem o wydarzeniach, które zaobserwowalam i które robocza przypiszemy owej Mentalnej Krowie.
ukradzione z internetów
Otóz we ubiegly wtorek w naszym zastepczym biurze pojawil sie mój partner in crime (znaczy nie, ze mój partner zyciowy tylko koncertowy) - Stu - który od pewnego czasu, ze mna tez pracuje (a jego polowica dla odmiany juz nie pracuje ze mna - czyli uklad sil nie ulegl zachwianiu).
Przyjechal do nas nie wiem po co, bo specjalnie nie dzialo sie nic co wymagalo jego obecnosci, ale widac mial dosc pracy z domu w samotnosci i postanowil sie przewietrzyc.
Ponizszy przypadek to zarazem swietlany przyklad dlaczego praca w domu szczególnie dlugoterminowa jest szkodliwa!
Przyjechal do nas na dajmy na to 8.50. pozostal w obiekcie do powiedzmy 11.40, nastepnie udal sie do kolejnej siedziby tymczasowej na spotkanie, a po drodze skoczyl w bok w jeszcze innej siedzibie tymaczasowej aby odwiedzic swoich pracowników bezposrednio podleglych. Tym samym zniknal wszystkim z horyzontu, bo jego laptop stracil zdolnosci bezprzewodowe.
Okolo 12.40 kolega akwaryjny P napisal do mnie pytanie:
"mRufa, czy Stu od Was juz wyjechal i jesli tak to czy wiesz gdzie sie udal i czy do nas?"
Odparlam beztrosko, ze owszem, porzucil nas niegodnych celem udania sie do nich, acz po drodze do nich mial gdzies wstapic.
"Acha" odparl P
"A czy wiesz gdzie mial wstapic? Bo 10 osób czeka na niego tu ze mna na spotkanie"
Tu troche sie sploszylam i popytalam wokolo i odparlam, ze chyba (bosmy nie byli pewni na 100% czy) zajrzec do swojego zespolu.
Dodam ze Stu jest u nas "product ownerem" czyli chyba "kierownikiem produktu" po naszemu i zarazem ma kompleks tyrana, wiec nic bez niego o nim.
Sploszenie udzielilo sie szerszemu gronu, wiec jak okolo 13.05 dostalam od P wiadomosc, ze juz sie zguba odnalazl, westchnienie ulgi wybrzuszylo szyby w tymczasowej siedzibie.
Otóz wkroczyl Stu na sale i radosnie sie usprawiedzliwil "Sorry za spóznienie - parkowalem samochów dluzej niz zwykle"
I z ogromny zaskoczeniem uslyszal wyrzut
"Ale przez pól godziny??"
Albowiem Stu byl swiecie przekonany, ze spotkanie sie zaczynal wlasnie 5 minut temu czyli o 13tej.
W sumie to i tak nie najgorzej bo mógl wkroczyc radosnie z godzinnym opóznieniem w swietle zmiany czasu na letni.
(co zreszta w wydaniu jesiennym spotkalo mnie kilka razy)
We srode o poranku juz tez zaczelo sie niezle albowiem nie bylo nikogo z regularnych pracowników isntytucji, tylko my - znaczy przygarnieci po-powodziowi uchodzcy z Kolchozu.
Co oznacza, ze jak zajechalam sobie radosnie o 8.10 pod wejscie dla pracowników czekal jeden koles od nas z mocno nadeta mina i przywital mnie slowami "czy zmienil sie kod wejsciowy?" i dopiero jak odparlam, ze nie, ale pewnie budynek jeszcze zamkniety dodal po namysle, ze "Dziendobry".
Dalej to rozbroilam alarm i otworzylam budynek (w odwrotnej kolejnosci), a po okolo 10 minutach napadla na mnie jakas osoba plci zenskiej, w polarku instytucji w której goscinnie i zastepczo urzedujemy i rzucila sie na mnie epatujac kluczem.
"Co ja mam zrobic z tym kluczem jak budynek byl otwarty?"
"Odlozyc go tam skad go wzielas?" odparlam niezbyt przytomnie, ale jednak trafnie.
"Bo to mój pierwszy dzien tu i ja nic nie wiem i co ja mam zrobic?"
Wyjasnilam jej zatem juz nieco przytomniej, ze ja jej nie odpowiem na te pytania, bo ja tu nawet nie sprzatam (tylko tyle co po sobie), a co dopiero wiedziec co ONA ma robic.
Zamachala mi zatem trzymana w reku kartka (w kratke!!*) z nagryzmolonymi instrukcjami.
Istotnie byly tam instrukcje jak wejsc do budynku.
W tym kod wejsciowy do wejscia dla pracowników.
No i fakt ze weszla tez o czyms swiadczyl.
Pomoglam jej namierzyc sale gdzie miala prowadic szkolenia, co bylo latwo, bo w budynku sa sale DWIE.
I poszlam w cholere, znaczy do naszego pokoju.
Dlugo sobie tam nie posiedzialam bo osoba nadala mnie znowu pytajac gdzie jest storage cupboard (szafka magazynowa w luuuznym przekladzie).
A co ja kurde prorok? powinnam odwarknac, ale zamiast tego uczynnie (tfu jego mac) pokazalam jej sejf w "naszym" pokoju, stationary storage (schowek papierniczy), szafke z "barkiem" szkoleniowym - bez ekscytacji - kawa, herbata, goraca czekolada, zero pradu.
Wszystko to nadaremno, bo miala to byc szafka z kodem na wejsciu i zasobami szkoleniowych materialów.
Juz zaczynalam tracic cierpliwosc gdy zaczal wydzwaniac wideofon na co ona spojrzala na mnie wyczekujaco.
Powiedzialam, ze ja nie otwieram drzwi, bo ja tu nie pracuje.
Powiedzialam jej tez, ze byc moze na dole cos jest i zeszla mz nia na ten dól.
Tam ona dotala ataku histerii bo nie wiem jak inaczej nazwac to podskoki i pokwikiwanie, bo okazalo sie, ze po pierwsze dzwonia uczestnicy jej szkolenia, a po drugie jest tam pudlo, w którym wg niej sa materialy na szkolenie.
Po czym ucieklam do pokoju porzucajac ja na dole w tlumie jakichs bab i w stanie tej histerii i z obserwacja, ze ona chyba przy nadziei ta histeryczka.
Minelo pewnie kolejne 10 minut i zaczal wydzwaniac wideofon.
Jak szalony dzwonil.
Koles w pokoju przez caly czas siedzial jak grzyb.
Czy mówilam ze za nim nie przepadam?
No to teraz jeszcze bardziej nie przepadam.
Dzwoni i dzwoni.
Histeryczka, która powinna byla otwierac drzwi i wpuszczac swoich kursantów gdzie znikla.
Wytrzymalam ile moglam to dzwonienie, ale w koncu wkurzona wyszlam z pokoju popatrzec na ekran i zglupialam, bo wyszlo mi ze pod wideofonem stoi ta histryczka.
Zajrzalam do salki, gdzie tkwili te baby i zapytalam gdzie zniknela ta histeryczka.
A one do mnie, ze jej tu nie ma.
Nie dalam rady sie opanowac i odwarknelam
"Tyle to ja widze. Ale gdzie?"
A nie tego to one nie wiedza.
Zeszlam zatem na dól i wpuscilam histeryczke wraz z tlumem kursantów, która na mój widok zaczela sie glaskac po brzuchu upewniajac mnie w swej brzemiennosci.
Nie przeszkodzilo mi to zapytac sie i jej jadowicie, czy sie zatrzasnela na zewnatrz.
Odparla, ze kod nie dziala.
Nie miala czasu jej wyjasniac ze jest nie tylko histeryczka, ale mentalna oferma albowiem raz juz wlazla i dzialal, wiec jak teraz nie zadzialal to niewatpliwie dlatego, ze wbila zly kod.
Porzucilam ja i juz mocno poirytowana wrócilam do pokoju ze slowami
"Czy ja mam Informacja turystyczna na czole napisane?"
I przestalam zwracac uwage na ludzi.
Wszystkich ludzi.
Histeryczka przyleciala jeszcze raz, ale szczesliwie musialam udac sie na spotkanie telekonferencyjne i uczciwie, acz zgryzliwie powiedzialam jej, ze ja tu nie pracuje, nic nie wiem, nikogo nie znam i w ogóle zarobiona jestem.
Usilowala epatowac brzemiennoscia, ale tylko mnie to rozjuszylo, bo co to do cholery niby jest - ulomnosc?
W koncu wideofon sie troche odczepil, a ja zaglebilam sie w meandrach zawodowych i telekonferencyjnych.
Az do okolo 10.40, kiedy ktos popieprzyl wiaderko z internetem.
I nasza trójka (bo dolaczyla jeszcze jedna kolezanka) zostala odcieta od spotkan, w których uczestniczylismy.
W desperacji odpalilam swoja komórke w trybie hotspot i polaczylam sie z tym cholernym spotkaniem, ale nie bylo to rozwiazanie na dluzsza mete, wiec - UWAGA - pojechalam do domu po ten dynks do internetu mobilnego co mi go kupili Lochowi decydencie po trzech tygodniach.
Dygresja - internetu dalej nie ma, a na gwizdku pracuja od wczoraj po cztery osoby - swietny wynalazek ;)
Nadejszlo popoludnie i moja ostatnia rozmowa zdalna.
Z powiedzmy ze laska, która uwaza sie za szefowa.
Moja. Acz nie jest i doskonale o tym wie, ale co jej szkodzi uwazac.
Rozmawiamy.
Do pokoju wparowuje wielkie chlopisko i huczacy glosem melduje, ze pode drzwiami jest kurier i co my na to.
A tak sie sklada ze dzien wczesniej jeden z instytucyjnych tubylców poprosil nas, ze jakbysmy zauwazyli kuriera paczkowatego, zeby przyjac dostawe.
Z osób co przy tym byly jestem ja i kolezanka, ale kolezanka ani drgnie.
Znaczy albo wypiera, albo w ogóle poprzedniego dnia nie zakonotowala.
A mnie sie wlasnie przypomnialo i podnioslo mnie z miejsca - otóz skoro przygarneli nas, za darmo to jak prosza o cos to cholerajasnapsiakrew - no mówiac krótko, podnioslo mnie.
Poszlam na dól, zalatwilam odbiór i z wielka satysfakcja dobrze wypelnionego zobowiazania wracam na góre.
W polowie schodów wmurowalo mnie.
Ranygorzkie przesz ja bylam w trakcie rozmowy!
Co ja zrobilam?
Czy ja cos w ogóle powiedzialam?
Chyba nie?
W trakcie rozmowy, bez slowa wyjasnienia wstala i wyszlam.
Pal licho, ze ona se wyobraza, ze szefuje (bo nie szefuje), ale jak to dobrze, ze to tylko ona, a nie ktos od wspólwykonawcy.
I tu bylaby by kurtyna, gdyby nie nastepczyni ksieznej Heleny (czytaj niemienckiej reprezentantki pokolenia Millenialsów) - L.
L jest Wloszka i niby tylko 2 lata starsza od ksieznej, ale reprezentuje zupelnie inna szkole i zupelnie dobrowolnie zaproponowalam jej podwózke do autobusu.
Zeby nie bylo - moglabym i do domu, ale nie bylo zyczenia, a do autobusu ma 15 minut kopytkowania, a padal deszcz, wiec zaoferowalam, ze jak bedziemy wychodzic o podobnej porze to smialo moze sie ze mna zabrac.
L reflektowala i w koncu - czyli okolo 17.30 wyszlysmy z budynku.
Mam wrazenie, ze musialam zaalarmowac budynek wiec zostawalam nieco w tyle i trafil mi sie widok piekny - mianowicie kolezanka L jak przecinak popedzila do mojego auta i jak tylko odblokowalam drzwiczki zaczela pakowac mi sie za kierownice.
Kompletnie nie widzac tejze rzecz jasna.
Korcilo mnie poczekac i zobaczyc co zrobi, jak sie zorientuje ze nie moze upchnac plecaka pod nogami, bo ma przeszkode w postacie steru, ale zlitowalam sie i zanim zdazyla wsiasc w pelni zapytalam z bezdenna ciekawoscia:
"A gdzie Ty uwazasz, ze pojedziesz bez kluczyków?"
L zamarla, co w pólsiadzie, czesciowo w autcie, czesciowo poza nim jest sztuka sama w sobie, a nastepnie wyprysnela jak z katapulty i zaczela sie strasznei smiac.
Ja zreszta tez, bo od razu mi sie przypomniala analogiczna sytuacja sprzed kilku lat jak to wsiadlam o poranku do Faderowego czolgu i sie ciezko przestraszylam bo mi ktos kierownice ukradl - bo wsiadlam do czolgu jak do Czerwonej Strzaly.
Kierownice oczywiscie znalazlam, ale chwile sobie posiedzialam zanim przed nia zasiadlam, kontemplujac czy podróz jaka mam przed soba to na pewno taki dobry pomysl w owym dniu.
W pierwszej chwili to w ogóle myslalam, ze ona z rozpedu wsiadla do auta po wlosku, ale nie - podobno w ubieglym roku czesto jezdzila auten na Cyprze, a tam sie jezdzilo jak na Wyspie.

Ukradzione z internetów
I ta atrakcja zakonczyl sie dwudniowy maraton Mentalnej Krowy na wystepach goscinnych.

-----
*papier w kratke na Wyspie jest rzadszym fenomenem niz Aurora Borealis w Strzebrzeszynie

Wednesday, 27 March 2019

Niszczyciel nie wybiera - czyli czasem rzuca sie na czlowieka nawet zarcie.

I nawet wcale nie mnie chodzilo bezposrednio.
Tylko posrednio.
Agresywne zarcie - ukradzione z czelusci internetów.
Otóz najpierw zarcie rzucilo sie na mnie za posrednictwem mojej znajomej, co wlasnie ja odwiedzalam.
W niedziele mianowicie wybralam sie, pod przymusem, na mój pierwszy w zyciu karbut.
Znaczy Car Boot Sale. Znaczy taki nasz pchli targ.
Karbut to nasz narodowy sport na wygnaniu - znaczy na Rodacy na Wyspie maniacko, jak wynika z moich obserwacji wizytuja mniej lub bardziej lokalne karbuty i ja w pierwszych latach bylam swiece przekonana ze wizyta na "karbucie", a wrecz nawet na "karbudzie" oznacza wizyte w jakiejs instytuacji, albo wrecz centrum handlowym i dopiero M mnie uswiadomila co to jest.
Mylaca byla wymowa, znaczy ze na tej "karbudzie" i to ze slyszalam o tej budzie wylacznie od tej garstki rodaków, jaka wówczas znalam.
Obecnie garstka sie nawet zmniejszyla, ale instytucja Car Boot'a zostala mi wyjasniona i oczywiscie od razu wiedzialam czemu brakowalo mi skojarzen gdyz jako wyjadacz filmów raczej amerykanskich niz wyspowych znalam sie  widzenia z intytucja Garage Sale (wyprzedaz garazowa, czyli).
Tak czy siak, po przeszlo 12 latach ciaglej sluzby w Kolchozie na Wyspie, pierwszy raz nawiedzilam Car Boot Sale.
Zeby tradycji stalo sie zadosc to nawet cos tam kupilam (delvix, jak czytasz to sie nastaw).
Ale nie o karbucie mialo byc tylko o atakach zarcia.
Wialo tak, ze w kieleckiem to cisza morska panuje w porównaniu, wiec handel byl maly i szybko sie zaczal zwijac i jak znajoma skonczyla zakupy na okolicznym Targu - bo obie instytucje w jej okolicy funkcjonuja obok siebie, to udalysmy sie kawalek dalej do miejsca o nazwie "Pan Los" (Mr Moose) cele mspozycia lunchu.
Z racji tego, ze na Wyspie na lunch bardzo popularne sa dwie potrawy, które sa wszedzie, Pan Los, obok swoich flagowych lodów w wielu odmianach oferowal tez podstawowe opcje wytrawne czyli: kanapki cieple i zimnie oraz pieczone ziemniaki. Zwykle dostepna bywa tez zupa, ale Pan Los nie reflektowal wic nie bylo zupy.
Zas z racji tego, ze ja ziemniaki pieczone jadam wylacznie z serem i fasolka w sosie pomidorowym (nie mylic z fasolka po bretonsku - chodzi o tzw baked beans), a takowej opcji nie bylo, a kanapki jakie by nie byly, moim wlasnym sie nie umywaja, a juz do standardu przebrzybrzydlego, którym (standardem) swego czasu bylam rozpieszczana (to bylo zanim nastapila faza salatek sledziowych i pikników biurowych oraz faza separacji) to mnie jakies nedne kanapiny w jakims Panu Losiu nie wzruszaja, okazalo sie ze osobiscie reflektuje wylacznie na clotted cream tea oraz crumpet'y z maselkiem.
Kolezanka zas zadysponowala sobie ten pieczony zeimniak z maslem i zielskiem.
Zielsko skladala sie z naparstka coleslawa (wszak to nie hAmeryka, zeby porcje rzucaly na kolana obfitoscia, raczej rzucaja na kolana swa skromnoscia) oraz garstki trawy. To znaczy roszpunki (🧿), nieco cebuli, odrobine jakiegos innego zielska salatowego.
Ja zas dostalam dokladnie to co zamówila, a nawet nieco wiecej, bo scone byl gesto nabity rodzynkami, czego sie obawialam, ale i tak ilosc mnie zastrzelila.

Foto by Znajoma, na boku talerze truchla winogron wydlubane przed rozkrojeniem scona.
W tym naparstek z mleczkiem do herbaty.
Kolezanka przystapila do posilania sie goracym kartoflem i prawie przyplacila to zyciem bo zachlannie pchajac kartofel do geby nie zwrócila uwagi na temperature substancji i okazalo sie z nienacka, ze uprawia cos w rodzaju ksztuszenia sie i hyperwentylacji rozgladajac sie panicznie wokolo.
Przestraszona pomyslalam sobie, ze ranygorzkie, my jestesmy jej samochodem, a ja nawet nie wiem jak dojechac z powrotem do miasteczka w razie draki, pomijajac fakt ze nie maja tam urazówki.
Udalo mi sie zgadnac ze przelyka ubergoracy kartofel i cierpi, wiec zapytalam czy dac jej mojej chlodnej trucizny. Nie chciala, ale zapytala "do you have milk?" co moglo byc zinterpretowane dwojako - czy bedziesz uzywala mleko w swojej herbacie, lub czy dostalas mleko.
Odparlam równie niejasno ze tak, nie i podalam jej naparstek.
Po opanowaniu dramatu obwiescilam stanowczo, ze nigdy wiecej nie jezdze z nia jej samochodem, bo w swoim przynajmniej mam nawidakcje i bym jakos jej zwloki chociaz do domu dowiozla, na co znajoma zaczela sie smiac, ze oto dzwonie do jej meza i mówie
"Czesc, mam dobra i zla wiadomosc - dobra jest taka ze poranek byl bardzo mily i udal nam sie lancz, zla taka, ze malzonka sie udlawila goracym kartoflem i opuscil ten lez padól. Gdzie mam ja dostarczy?"
Slowo daje nic nie zmyslam.
I wcale jeszcze nie doszlam do klu pierwszego agresywnego zarcia.
Otóz znajoma, niezrazona agresywnoscia goracego kartofla, kontynuowala konsumpcje.
A ja pozeralam crumpety wiec tak srednio zwracalam na nia uwage, bo crumpety maja to do sibie ze sa nieszczelne i trzeba uwazac jak sie ja zre zeby sobie gorsu nie upaprac maslem.
Nagle znajoma mówi do mnie, pokazujac na trzymana w reku papierowa saszetke, z której przed chwila sypala cos na swoja tra... erm... salate.
"Chcialabym cie poinformowac, ze to jest cukier"
i patrzy na mnei wyczekujaco.
W pierwszej chwili myslalam, ze spodziewa sie albo pochwaly lub krytyki za nowatorskie podejscie do wytrawnych salatek, ale przeciez ja sobie na wystepach u diabla kupilam dressing salatkowy malinowy, wiec to mnie to wcale nie wzruszylo, ale widac bylo ze oczekuje jakiejs reakcji to rzeklam:
"Kochana, biorac pod uwage ze jesz roszpunke, co juz powinno byc karalne, to to czym ja sobie posypujesz, nie ma juz zadnego znaczenia w moich oczach"
Oczywiscie rozparskalam ja zgodnie z intencja, ale widac nie o to chodzilo bo nadal patrzyla wyczekujaca majtajac mi przed nosem na wpól pusta saszetka.
"??" spojrzalam pytajco.
"Bo nie ma soli"
"A co musisz sobie czyms posypywac kompulsywnie i z braku soli poszlas na cukier?"
"NIE! Myslalam, ze to sól!!"
No to tu juz sie ubawilam, bo chec posypania zielska sola kompletnie rozumiem i wrecz popieram (nawet jesli to roszpunka, wszak tej abominacji nic juz nie zaszkodzi).
Kontynuujemy pozywianie sie, ja juz na etapie scona pelnego zmumifikowanych winogron.

Apropos - z jakiegos powodu na wyspie, na pytanie czy cos ma w sobie rodzynki, jesli owa potrawa ma w sobie sultanki (tez wszak rodzynki tylko na sterydach) slysze zawsze zapewnienie, ze nie, skad, rodzynek nie ma. Czasem jak ktos jest obdarzony sraczka werbalna to doda z rozpedu, ze sa te sultanki i jestem uratowana, ale zwykle nie bo przeciez to kompletnie co innego (my ass) i jestem w czarnej d...ziurze z wydlubywaniem tych zmumifikowanych winogronowych truchelek z potrawy, a chocbym nie wiem jak wydlubywala zawsze ta ostatnia, przeoczona bedzie w ostatnim kesie potrawy i popsuje mi caly posilek. Winogron tez nie lubie, wiec przynajmniej jestem konsekwentna.

Kolezanka miala przed soba jeszcze kubel goracej czekolady, wiec wykanczala tego ziemniaka i wlasnie byla na etapie skórki, która (podobnie jak z mojego dziecinstwa skórka od chleba wymiatalo sie jajecznice z patelni) zaczela wymiatac resztki masla z talerza.
"Och!!"
"Co tym razem?"
"No bo zapomnialam o tym cukrze i teraz ma ziemniaka na slodko!"
No i tak wlasnie wygladala pierwsza kontrowersja miedzy zarciem, a osoba w moim otoczeniu.
Dwa dni pózniej Fader mi wyznal, ze poprzedniego dnia (czyli zaraz po bojowym cukrze i agresywnym kartoflu) mial on przygode w kuchni.
Otóz mial w planach miesko na goraca z sosikiem improwizowanym (tylko biedny nie zdawal sobie sprawy ze stopnia improwizacji jaka na niego czychala) z tego co wycieklo z mieska podczas pieczenia dzien wczesniej), zasmazana marcheweczka i tylko zabraklo mu zsiadlego mleka na popitke wiec zeby nie bylo tak smutno to zrobil sobie do popijania herbate.
Z racji posiadanie na stanie cukrzycy typu drugiego, herbata cukru nie zawierala, ale byla slodka za pomoca slodzika.
A trzeba Wam czytacze widziec, ze Fader nie bierze jenców jesli idzie o slodzenie herbaty i niezaleznie od wielkosci naczynia, laduje don 2 ziarenka slodzika, czyli odpowiedznik 2 lyzeczek cukru. Czasem co prawda narzeka, ze przeslodzil bo ma juz odruch na dwa pykniecia nad naczyniem i potrafi to zrobic nawet do literatki.
Zasiadl zatem Fader do obiadu i zajada. Nagle po cos sie odwrócil i zrobil to tak energicznie ze lokciem tracil szklanke, wciaz pelna, a ta radoscie stracila równowage i rozchlapal cala zawartosc dokola.
Fader w nerwach rzucil sie ratowac sytuacje, szczescie nie stracil nic wiecej - ja w takich sytuacjach zamieram co pozwala mi zwykle uniknac dodatkowych gwaltownych ruchów i reakcji i dalszych strat - osuszyl bufet, sklal siebie, szklanke, herbate i wszechwiat ile sil w plucach, a nastepnie zasiadl z powrotem do posilku,
Zdziwil sie tylko, ze ma taki pelen talerz, bo zdawalo mu sie ze tego sosiku nie bylo jakos szczegolnie duzo, ale na tym poprzestal i przystopil do szuflowania.
Sosik okazal sie byc slodki i o wybitnym herbacianym smaku.
Czesc herbaty ze szklanki (a mowa tu o kubku z arcoroc'u, a nie o szklance w oprawce itp, no nie?) najwyrazniej w swiecie wybrala na swój cel jego talerz.
Szkoda mu byl wylewac, bo i ziemniaki troche juz zdazyly tym nasiaknac, wie zjadl potrawe, tym samym nadajac posilkowi typu "dwa w jednym" noweg oznaczenia - Obiadokolacja moze sie ze wstydu schowac - obiadoherbata rulez!

Kurtyna.

Tuesday, 19 March 2019

Dlaczego mRufy nie nalezy puszczac samopas na wystepach goscinnych?

Otóz dlatego, ze zawsze cos nabroji.
mRufa.
Znaczy ja.
Tym razem zamierzam dokonczyc relacje z wyprawy do Belgii. Tej ostatniej - ta pierwsza jeszcze czeka na swoja kolej.
Czyli jak to w serialach robia:
W poprzednim odcinku zostala przez moja nowa nie-wirtualna kolezanke, Matylde podwieziona pod sam dworzec.
Na tym dworcu w bezpiecznej przechowalni spoczywala moja walizka, a ja mialam zapas czasu, nie ze jakies wieki, ale do otwarcie odprawy mialam prawie godzine.

Padal deszcz, wiec choc samochód byl dosc blisko wejscia na dworzec, to zdazylam zmoknac na tyle zeby troche mi sie zwazyl dotychczas doskonaly nastrój.
A moze bylo to przeczucie nachodzacych zdarzen?
Plany mialam ambitne by myslalam, ze po pobraniu walizki udam sie jeszcze do sklepu na terenie dworca i dokupie troche lakoci dla dzieci M&Msów (tak, mialam te zelki dla nich ale to bylo troche malo bo dzieci przysposobnioncyh mam tu kilkoro, a i dla CO chcialam cos nabyc), a nastepnie cos zjem przed podróza.
Okazalo sie, ze podjechalysmy pod drugi koniec dworca, a jest on dosc przestronny i w pierwszej chwili troche sie sploszylam, ze jestem na niewlasciwym dworcu.
Szczesliwie w oddali dojrzalam znajome znaki wiec uspokojona ruszylam dziarsko przed siebie.
Po stosownej chwili - to na prawde jest dluuuuugi dworzec - dotarlam do przechowalni.
Przechowalnia okazala sie pusta.
ukradzione z internetów - patrz stopka na obrazku
Znaczy nie ze ktos ukradl wszystkie przechowywane manele, tylko ze byla bezludna.
Nie zaskoczylo mnie to nadmiernie, bo jak oddawalam manele tez wygladala na pusta.
Poczekalam kilak minut, ale nic sie nie zmienilo, a czytanie napisów po francusku i flamandzku idzie mi nadal dosc slabo, wiec troche sie zaczelam denerwowac.
Najpierw tylko czekalam.
Pózniej podeszla druga pacjentka i stala i czekala ze mna.
Poki czekala to i ja sie nie spinalam nadmiernie, ale lekki niepokój zacza mi sie zakradac w okolice sledziony.
Pacjentka w koncu zrezygnowala.
Podeszla druga osoba, zapytala chyba nawet po angielsku czy ja czekam, odparlam ze tak, ale ze nie bardzo wiem jak zwrócic na siebie uwage kogos kto jest w srodku.
Osoba byla sympatyczna i nawet nie popukala sie w glowe kiedy pokazala mi przycisk dzwonka.
Slowo daje wczesniej go tam nie bylo (czytac: nie zauwazylam go wczesniej).
Ale jak juz go zauwazylam to zaczelam nim dzwonic co kilka minut.
No powiedzmy co 5, bo to jednak sporo czasu jest.
Tak mnie sie zdawalo.
Po jakims kwadransie tych cwiczen zaczelam sie denerowowac bo nikt wiecej nie podchodzil. ani z jednej ani z drugiej strony okienka.
Przeczytalam wszystkie niezrozumiale napisy po raz kolejny.
Upewnilam sie ze to calodobowa instytucja.
Pozalowalam, ze nie moglam skorzystac ze schowków samoobslugowych.
Czekalam dalej.
Zegar zaczal pokazywac ze do odbrawy mam mniej niz 30 minut. Niby wciaz spoko, ale zaczelam sobie juz wyobrazac jak to bagaz zostaje, a ja wracam bez - rozpacz, czekam na bagaz i nie zdazam na pociag, a to ostatni w dniu dzisiejszym - dramat.
O te samoobslugowa szafke to juz sobie plulam w brode tak, ze na podlodze zaczela tworzyc sie kaluza.
Dzwonilam i czekalam, czekalam i dzwonilam, w myslach najpierw podziwiajac oblsuge, bo wymózdzylam sobie ze po prostu posneli tam w chwili malego oblozenia i moje dzwonienie nic ich nie wzrusza.
Pózniej to nawet pomyslalam, ze moze nie tylka spia, ale to juz nie wnikajmy.
W koncu przypomnialam sobie ze to nie Francja i nikt tu nie ma uczulenia na angielski i udalam sie na poszukiwanie pomocy.
Pierwszy zaczepiony czlowiek z obslugi niestety byl chyba Francuzem.
Ale jak sie zapre to sie latwo nie poddaje - poszlam szukac informacji dworcowej.
Najblizsza informacja okazala sie kolejowa, ale panie z obslugi odwrócily mnie we wlasciwa strona i wypchnely na dalsze poszukiwania.
Wrócilam peofilaktycznie po drodze do okienka poczekalni, ale nic sie nie zmienilo, a dodatkowo wypatrzylam, ze pomieszczenie jest zamkniete od srodka z kluczem w zamku wiec jesli jest to jedyne wejscie/wyjscie to nawet nie damy rady ich otworzyc kluczem zapasowym!
Tu troche mnie scisnelo w dolku, bo pomyslalam, ze jesli obsluga na przyklad zaslabla to omatkojedynokochano.
Czas plynal, wiec ruszylam z kopyta do tej informacji.
Informacje znalazlam, odczekalam swoje w kolejce i wyluszczylam problem sympatycznej pani za szybka.
Pani troche mnie w pierwszej chwili wziela za panikare i usilowala przekonac ze powinnam zadzwonic dzwonkiem i cierpliwie poczekac, bo moze oni sa zajeci w glebi i to kilka minut potrwa zanim dotra do okienka.
No to jej odparlam, ze ja zanim tu przyszlam to czekalam bardzo cierpliwie przeszlo 20 minut (chyba nawet przeszlo pól godziny, ale juz nie badzmy drobiazgowi) i troche sie martwie czy tam wszystko w porzadku bo to troche dlugo.
Pani sie przejela, ze te 20 minut to faktycznie dosc dlugo i zaczela dzwonic.
Najpierw musiala numer do przechowalni zdobyc, a to wymagalo dwóch telefonów, a pózniej zaczela dzownic do przechowalni.
Nikt nie odbieral i po wyrazie jej twarzy widzialam jak przestaje mnie uwazac za spanikowana paranoiczke.
A czas plynal i moja odprawa wlasnie sie zaczynala.
Pani z informacji powiedziala ze zadzwoni do nich za 5 minut i ze mam poczekac.
zeszlam na bok i czekam.
Druga próba byla sukcesem i zalecono mi udac sie do okienka.
Do okienka pobieglam tak szybko jak juz dawno nie bieglam.
W okienku byl ten sam facet który pobieral ode mnie bagaze i nawet nie zawraccal sobie glowy kwitkiem tylk od razu pobral moja walizke z dolnej pólki i mi ja wydal. Oczywiscie usilowalam go przepraszac za te panike, ale chyba musialam nie byc najgorszym przypadkiem w jego karierze bo tylko wzruszyl ramionami, ale nawet nie prychnal na mnie ani nic. Przynajmnie nie na glos ;).
No moje plany ze cos-tam-cos-tam sklepy nie bylo juz czasu.
Na fali adrenaliny niesona odprawe przeszlam jak przecinak i uznalam, ze jednak zywnosc jakas na kolacje w pociagu sobie kupie. Udala msie wiec do kawiarni w poczekalni i stanelam kulturalnie w okienku, spokojna, ze cokolwiek tam kupie bedzie lepsze niz to co moze mi zaoferowac moj adoptowana kraj.
Przede mna stala w kolejce drobna dzieweczka - no dorosla baba to pewne ale dopuszczam, ze jeszcze po tej mlodszej stronie 30tki.
Znaczy pokolenie Y.
Kolejka troche byla dlugawa, w sensie, ze dluzsza niz chlodnie z pozywieniem, ale przesuwala sie znosnie. Ja moimi manelami - znaczy walizka i torebke, dziewczka przede mna mil tego towau jakby wiecej. Ni z tego ni z oweg oodwrócila sie do mnie i cos wymamrotala patrzac na mnie wyczekujaco. Nie bardzo wiem co wymamrotala, bo doslownie mamrotala, nawet po angielsku ale z ciezkawym azjatyckim akcentem i bardzo cicho. Cos tam bylo o tej kolejce, ale slow odaje ni cholery nie moglam zatrybic co to bylo - pewnei ta adrenalina jeszcze mi uszy przytykala, ale cala soba sygnalizowala, ze czegos ode mnie oczekuje. Odparlam kulturalnie, ze "I beg your pardon?" myslac, ze powtórzy, ale ona tylko odwrócila sie do mnie tylem i kompletnie zignorowala.
Tak z perspektywy czasu i tego co bylo dalej to zgaduje, ze albo mialam jej te torby poniesc, albo zrobic za nia zakupy.
Ale moze sie myle i pytala sie czy chcialabym z nia zagrac w bakarata zeby zabic czas czekajac w kolejce...
Kto wie.
Kolejka sie przesuwala, a ja przestalam zwracac na nia uwage i skupilam sie na wyborze pozywienia. Wybór byl skromny wiec wybralam ten belgijski wafel (no co poradze Matylda, ja je nawet lubie byle nie czesciej niz raz na 2 lata ;) ) o jakas kanapke-okryjbide bo wybór tego wieczora byl mikry. Dalej byly pólki z napojami, troche trudniej dostepne bo akurat byly uzupelniane, niemniej jednak dostepne, bo ta cala sekcja jest samoobslugowa.
Kolejka oczywiscie utworzyla sie dalej i za mna.
Zblizamy sie do kasy.
Dziewczatka przed mna nagle odwraca sie do mnie znowu, ale ignoruje mnie (i slusznie) i zwraca sie do osoby za mna slowy "Prosze mi podal Cole". Toenm tak oczyistego oczekiwania, ze w tym momencie nie strzymalam i w myslach nazwalam ja Hinduska Ksiezniczka.
Osoba za mna - kobieta chyba po drugiej stronie 50tki popatrzyla na nia jak na jakies zadkie zjawisko atmosferyczne, uniosla brew i nawet chyba ramionami nie wzruszyla.
Ksiezniczka poddala sie, a osoba za mna spojrzala na mnie tak jakby mówila "ty tez to slyszalas?". Wzruszylam jednym ramieniem i temat zostal zamkniety.
Przy kasie ksiezniczka poprosila o capuccino i cole.
Chlopak za lada az sie rzachnal - przeciez Cola stoi tam, dlaczego jej sobie sama... tu spojrzal na nia, machnal reka i poprosil kolege, który zapelnial pólki o podanie mu stosownej flaszki i przystapil do produkcji capuccino. W tym czasie chyba druga kasa obsluzylam mnie od lady odeszlysmy w tym samym czasie - Ksiezniczka z mocno nadeta mina i mocno dostojnym krokiem, a ja w tempie takim, ze Aston Martin Vulcan by mi pogratulowal pierwszorzednej turbosprezarki w silniku, bo obawialam sie ze faktycznie zadysponuje zeby jej bagaze poniosla.
Nie moglam sie nadziwic, tupetowi takiego mikrego stworzenia, az sobie przypomnialam moje hinduskie kolezanki - i to ze system kast jest jednak bardzo silny. Moja dawna sasiadka biurkowa z kasty kaplanskiej nawet jak za cos dziekuje, to takim udzielnym i laskawym tonam jakby to ona robila dziekowanemu przysluge. Druga z kolei okropnie nie lubi oddawac pozyczonych pieniedzy. Raz pozyczyla mjej kase na naprawe samochodu bo nabroila i chciala ukryc przed rodzina, a nie miala kasy wiec zeby nie placila odsetek kredytowych pozyczylam jej na miesiac albo i nawet dwa kwote X. Po miesiac po uzgodnionym terminie zwrotu i delikatnym przpomnieniu z mojej strony, oddala mi 90% kwoty X. Okropnie nie lubie sie upominac o takei rzeczy jak pieniadze od osób które lubie wiec moja strata, jednakowoz byl to ostani raz kiedy zaoferowalam jej taka usluge. Dodam ze ni bylo to 50 zlotych. do 50 zlotych to my sobie z delvix nawet nie oddajemy pieniedzy
Podróz pociagiem byla prawie komfortowa. prawie bo chociaz siedzialam sama w rzedzie to w innyc hwagonach musialo byc ciasniej i najpierw jakas wloszka przylazla klócic sie z kims przez telefon, bardzo glosno, a jak polaczenie sie zerwalo bosmy w tunel jakis wjechali, a moze przekroczyli granice z Francja obrazon wymaszerowala dalej, nastepnei wsiadl jakis obywatel o korzeniach z Afryki i bez sluchawek ogladal kazanie jakiegos kaplana ze swojego kraju, az go zmozyl sen. Niestety zajal cudze miejsce i ktos go wygonil on zas usiadl, znowu na dziko, blizej mojego rzedu i znowu zaczal sie usypiac tym kazaniem.
Z tej zlosci zjadlam kanapke chociaz wcale nie bylam glodna, a naprzeciwko mnie - bo mialam miejsce przy stoliku, dosiadl sie, tez na dziko, chyba-rosjanin-albo-inny-obywatel-bylego-ZSRR i zaczal jesc paluszki krabowe z jakims mazidlem wideo-rozmawiajac ze swoja polowica czy tam inna narzeczona.
Nie wiem czy te pluszki krabowe czy to mazidlo capily tak, ze balam sie przez chwile ponownego spotkania z ta kanapka!
Ale przezylam bez buntu fizjologicznego i wyprulam z pociagu, przeszlam kontrole (lekko zaskcozona, ze znowu kontrola, bo jakos tak zwykle bylo, ze kontrola byla tylko po jednej stronie), rozpedem dotarlam do samochodu ruszylam.
Daleko nie pojechalam albowiem bramka jak to bylo do przewidzenia nadal mnie nie rozpoznawala, ale zbrojna w zapewnie panów z obslugi parkingu, sprzed 4 dni pokonalam te przeszkode bez nadmiernego mrugania.
Dalej to juz tylko byly 2 godzinki jazdy mniej wiecej i nastapil koniec wycieczki pt Zdobywanie nowych sprawnosci w Belgii.