Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Friday, 7 June 2019

mRufa vs MFA - dramat rodzajowy z Lochów

Po pierwsze - MFA to ZUO.
Kolchozowe Lochy gnajace za moda zamontowaly sobie w ubieglym roku po tym jak zainwestowaly w chmury.
Chmury jak wiadomo to bardzo ulotna inwestycja - ot byle wiatr zawieje i wszystko idzie w pineche.
Nasza Chmura tez pozwala, a wrecz wymusza uzywanie MFA.
MFA we sensie, ze Multi-Factor Authentication, a nie dajmy na to Missouri Farmers Association, Musem of Fine Arts, czy tez Mafia Island, Tanzania.

Czyli Uwierzytelnienie Wieloetapowe/Wielofaktorowe.

Czyli IMHO Przerost Formy Nad Trescia, ale odkad rzucilo sie na nas RODO (aka GDPR) jak ktos Ci narobi na trawnik to nawet posprzatac sobie nie mozesz bez jego zgody, wiec jest MFA.
Szczesliwie w Kolchozie MFA potrzebne jest zwykle na poziomie aplikacji, ale kilku nieszczesliwców zostalo uraczonych na poziomie konta uzytkownika.
NIE bylam to ja.
Do dzis do godziny 11tej nie bylam.

Bo tak w ogóle od poniedzialku jestesmy znowu w Kolchozie. A nawet wrecz w Akwarium. I w zwiazku tym rózne rzeczy sie dzieja i moze nawet o nich opowiem jak mi wscieklosc przejdzie, ale dzis tylko krótka scenka dramatyczna.

Wczoraj postanowilam, ze przestane korzystac z gwizdka sluzbowego (mobile internet) i poprosze o przestawienie mojego MFA na systemie przy którym pracuje na telefon sluzbowy, bo i tak bez internetu z domu nie pracuje i tak.
Tym bardziej, ze nie mialam akurat gwidka przy sobie wiec i tak nie moglam sie zalogowac do systemu.

Poszlam do kolegi P i mu wyluszczylam moj plan.

Zaproponowal mi poczekanie do jutra, ale nie bardzo chcialam bo mialam cicha nadzieje, ze problem rozwiaza od reki - poprzednio tak bylo.
Och jaka ja bylam glupia!

Kolega w moim imieniu zalozy zgloszenie, zeby mi na moim MFA (które jest wylacznie na poziomie aplikacji) zresetowali numer, co sprawi, ze przy próbie logowania do tej aplikacji dostane mozliwosc wpisania nowego numeru.
(Bo ja sama nie moglam skorzystac z systemu zgloszen, albowiem przy przenoszeniu nas na DR site i z powrotem ktos upuscil mój profil i troche mu sie kawalków obtluklo i zalogowac sie moge, ale ekran pokazuje tylko moje imie i nazwisko. Dobrze chociaz, ze poprawnie. Zaskakujaco, zgloszone zgloszenie edytowac moge. Ale zglaszac to juz nie.)

Kolega sie nie obcyndalal i napisal dokladne instrukcje krok po kroku dla przyszlego wykonujacego.
Oczywiscie dzien minal i nic nie drgnelo.
Przynioslam dzis gwizdek, zalogowalam sie do systemu i myslalam, ze pociagne reszte dnia bez interwnecji Lochów.

Niestety trafilo na "geniusza", który zajrzal na konto, zobaczyl ze nie ma MFA, dodal mi MFA na poziomie uzytkwnika i zadowolony zamknal zgloszenie.

Zdazylam przeczytac co tam napisal i zaczelam pisac do kolegi P z pytanie co we mnie uderzylo, gdy w polowie zdania wykopalo mnie z systemu komunikacyjnego (i kilku innych) z komentarzem, ze musze sie zalogowac ponownie bo zmienilo sie haslo lub metoda uwierzytelnienia.
Zdebialam, ale w pierwszej chwili usilowalam sie poslusznie zalogowac ponownie.
Na widok komunikatu, ze przyjdzie do mnie sms na numer, który sluzyl do uwierzytelniania tylko jednej aplikacji porzadnie zbaranialam.
Mimo stanu ogólneg (zdebiala baranica) czym predzej wyslalam maila, bo mail jeszcze dzialal, do kolegi P, a w systemie zgloszeniowym napisalam, ze cokolwiek zrobiono, wlasnie wykopalo mnie z systemu i nic nie moge zrobic.

Otóz, dla osób bez wtajemniczenia uwierzytelniciela taka oto analogia:
Kolega P napisal - Zamontuj mRufie zielony wizjer na drzwiach.
Wykonujacy zrobil po swojemu i odpisal - mRufa nie miala zielonych drzwi. Zamontowalem jej nowy zamek.
A na to ja odparlam - no to swietnie tylko baranie klucze zamknales w srodku, a poza tym ja wcale nie chcialam zamka.
Tak wlasnie sie czulam. Ukradzione z Internetów.
Od 3 godzin nie moge pracowac.
Usuniecie tego podlego MFA z mojego konta zajmuje podobno okolo 45 sekund.

Czy ktos ma pomysl gdzie moge sobie wytatulowac:
"zanim wezwiesz Lochy na pomoc odgryz sobie reke i sie nia znokautuj - bedzie szybciej, a efekt ten sam" - zebym zawsze go miala przed oczami?

PS. po 3.5 godzinie MFA usunieto z mojego konta, ale nie, nie prosze bez fanfar - do systemu przy którym pracuje zalogowac sie nie moge w ogóle.

PS2. Ciagu dalszego raczej NIE bedzie. Zbyt cenie resztki mojego zdrowia psychicznego!!

Tuesday, 28 May 2019

Kielbasa na Krecie - zaslyszane

Krakowska.
Albo moze Zywiecka.
W plasterkach.
Na Krecie.
Ukradzione z Internetów
Otóz wprawdzie bylam na wystepach goscinnych nie tak znowu dawno (2 miesiace to nie tak znowu dawno!) i wcale nie na Krecie, a na mojej Wyspie i nawet z kuzynka - aka Macia mojego CO, co zwykle oznacza troche przygód i zasadniczo cos tam bylo, ale nawalilam okropnie fizjologicznie i nasze przygody byly stonowane, a w szczególnosci te fragmety, które wymagaly podnoszenia wysoko nóg, przez co na przyklad nie bylam w tanie pokonac kawalka ruiny fortu rzymskiego.
Moze przy okazji pare zabawniejszych kawalków opowiem, bo nasza kwatera, urokliwa i przestrzenna miala pare minusów logistyczno-dekoracyjnych, ale na chwile obecna mam duzo lepsza historyjke do opowiedzenia - zaslyszana wlasnie od kuzynki.

Otóz Malzonek kuzynki ma dosc stabilne i wyraziste poglady na rózne sprawy i tematy i juz dawno temu podjelam decyzje, ze nie musze sie z nimi zmagac, bo to jednak nie ja sie z nim 'zenilam', tylko ona, ale jest on (ów malzonek) jednym z wielu swietlanych przykladów dla których trwam w postanowieniu zycia niezameznego.
Acz ogólnie i umiarkowanych dawkach to jest osobnikiem bardzo sympatycznym i ma poczucie humoru, jest ojcem mojego CO i wcale go tu nie zamierzam szkalowac, co nie?

Ale o kielbasce opowiem.

Kuzynka wyrazila zgode :).

Otóz kuzynka z Malzonkiem oraz moim CO wybrali sie na urlop.
Mamy rok 2008.
Precyzyjnie rzecz ujmujac gorace lato.

Lato bylo gorace tak tu jak i u celu podrózy którym byla Grecja.

Malzonek kuzynki miewa glodowe stany lekowe - mianowicie boi sie ze gdzies na bezludziu i bezsklepiu (co obecnie po prostu oznacza niedziele niehandlowa) dopadnie go glód i bedzie cierpial na ten glód.
Aby tego uniknac zwykle udaje sie na wojaze z zelaznymi racjami zywnosciowymi.
Tym razem trafilo na kielbaske.
Kielbasa zostala zapakowana do walizki i poleciala z Warszawy do Heraklionu, który jak zapewnia mnie kuzynka jest stolica Krety.

W Heraklionie, nie rozpakowujac sie kielbaska spedzila noc w hotelu.

Nastepnego udala sie wodolotem na Ios, gdzie ze wzgledu na niespokojne morze nastapila przesiadka na prom i tymze promem kielbaska udala sie na Paros.

Na Paros kielbaska spedzila tydzien, w komforcie hotelowej lodówki.

Nastepnie zostala zabrana na wycieczka - stateczkiem wycieczkowym, na Santorini.
Na Santorini zostala zbrana na calodniowa wycieczke autokarowa.
Tam tez Malzonek nabyl kielbasce do towarzystwa pieczywo i usilowal wszystkich naklonic do spozycia tego duetu.
Z jakiegos powodu reszta rodziny odmówila uslug - czemu sie szalenie dziwil, ale sam tez jakos nie odwazyl sie spozyc kielbaski, dzieki czemu w kompletnie nienaruszonym stanie stateczkiem wycieczkowym wrócila na Paros i schornila sie w swojej kwaterze (tej samej lodówce) na kolejny tydzien.
Nastepnie wraz z reszta rodziny, która zaczynala sie juz do kielbaski mocno przywiazywac, wrócila wodolotem na Krete, gdzie nawet sie nie ropakowywala, bo byla to tylko jedna noc, a dnia nastepnego, wciaz w szalejacych letnich upalach wsiadla do Samolotu na Planete Ojczysta i wrócila na kwadrat z reszta rodziny.
Tam zostala z wielkim zalem pozegnana przez cala rodzine. Szczególnie ubolewala nad rozstaniem Kuzynka, bo zaczela miec do wytrwalej i niezlomnej kielbaski stosunek bardzo osobisty i odsylajac ja do wielkiego niebinaksiego zsypy czula sie jakby zdradzala bliskiego przyjaciela.
Kielbaska w swa ostatnia droge ruszyla jakby nie wiecej jak tydzien uplynal od jej zapakowania w prózniowej tacce i nic nie swiadczylo o tym, ze miala za soba pelne i urozmaicone zycie wytrawnej podrózniczki.

Kto, no kto moze sie pochwalic kielbaska, która zwiedzilam pól Europy w upalne lato i nie uciekla z krzykiem po powrocie?

Nawet ja mam na koncie jedynie przemyt przeterminowanego kefiru!!

Monday, 20 May 2019

Czemu zaspalam i D-lock Shrodingera

Zaspalam.
W piatek.
Tzn czesciowo zaspalam, bo jak niektórzy wiedza mam dwa budziki - jeden normalnie jak kazda ofiara cywilizacji w komórce na pobudke i drugi bardziej oldskulowo, ale nie calkiem prehostorycznie, w radiu zeby mi uswiadomic, ze czas uplywa i juz 7.15 i jesli jeszcze nie myje zebów, to za chwile bede w czarnej doopie.
Do konca marca uzywalam starej jezynki w tym celu i wszystko szlo swietnie bo nawet jak wylaczylam jezynke to alarm sie wlaczal i pobudka byla.
Niestety jezynka zdechla i nawet nowa bateria jej nie pomogla - nie wiem czy ladowanie padlo czy cos innego w niej zdechlo, ale nie umiem jej reanimowac.
Przerzucilam sie wiec na stare "Katamaran" czyli mój pierwszy telefon androidowy, mlodszy o jezynki o 2 lata czyli niby nowoczesniejsz i alarmy pozostaly bez zmian, czyli dwa.
No i wczoraj "Katamaran" sie zaczal wieczorkiem rozladowywac  wiec mialam go wpiac w kabel na czas ogladania American Gods (2 odcinki) niestety po seansie odkrylam, ze zamiast wpiac kabel w telefon polozylam telefon obok.
Czyli widac uwazalam ze bedzie ladowanie bezprzewodowe ;).
Czyli rozladowal sie na sama noc do zera. 
Brawo ja.
Wpielam telefon, ale byl zbyt rozladowany, zeby go od razu wlaczyc, a dalej usnelam.
Obudzilam sie w nocy bez jawnego powodu, ale za malo, zeby np sprawdzic godzine czy telefon. 
Zas rano z zaskoczeniem budzilam sie do radia.
czyli 7.15 czyli 45 pózniej niz powinnam.
DLACZEGO?? Przeciez ladowala sie cala noc.
A bo komórka chociaz naladowana jest wciaz wylaczona i wbrew mojemu oczekiwaniu nie wlaczyla sie na sam alarm jak stara jezynka zwykle byla robic.
Brawo ja.

Nastepnie pojechalam do pracy. 
Spózniona 10 minut. 
Przed wejsciem spotkalam Sandre - kiero programu, która usilowalam przypiac D-lockiem rower do stojaka.
Rower jest wart 2500 dukatów wyspowych. Nie jest ze zlota i diamentów. Ale jest elektryczny i kazdy jego kawalek kosztuje stosownie duzo.
Rower monarchów zostal ubezpieczony, ale warunki ubezpieczenia sa takie, ze musi byc przypiety jakims tam zabezpieczenie klasy gold.
Sandra kupila az dwa, bo oryginalnie rower mial tzw "quick release" czyli powiedzmy, ze szybkie zamki na kolach i siodelku, wiec zeby uniknac odnalezienia roweru bez kól i bez siodelka, przypinala go obydwoma, ale ciezko sie je montowalo, wiec w ciagu tygodnia wymienila szbkie zamki na klasyczne.

Podczas zakupu tych zamków nie-szybkich dowiedziala sie, ze trzesla sie o siodelko warte powiedzmy 40 dukatów, a zostawiala na rowerze modul elektorniczny wart 400 dukatów, bez którego ten rower nie ruszy nawet jakby mial 100 kól, który (modul) nie jest w zaden sposób przymozowany.
Brawo Sandra.

To wszystko opowiedziala mi podczas walki z D-lockiem, który wyglada dokladnie tak:

Tak wyglada D-lock klasy gold w stanie zamkniety.
Sandra próbowala zamknac owo zabezpieczenie wielokrotnie w kadej konfiguracji klucza i palaka i nijak jej nie szlo, w koncu wreczyla go mnie. Ja, jak to ja, podeszlam do tematu analitycznie, obejrzalam gada, upewnilam sie ze na oko oklad palaka nie ma znaczenia wiec skupilam sie na kluczyku i okazalo sie to bylo to.
Otóz po paru próbach odkrylam, ze kluczyk (podobnie jak USB*) ma 3 stany - otwarty zmakniety i Shrodinger i w naturalnym srodowisku wystepuje wylacznie w stanie Shrodingera - neutralnym dopóki nie zostanie zaobserwowany.

* znany fakt glosi, ze USB udaje sie wetknac do gniazdka za 3cim razem i zwykle po sprawdzeniu przed trzecia próba w jakim jest stanie - albowiem posiada 3 stany - górny, dolny i Shrodinger.

ukradzione z internetów
-----------------------------------
PS. Prosze sie nie przyzwyczajac, ze teraz juz bedzie czesto i krótko. Raczej watpie, zeby m iweszlo w nawyk ;)

Tuesday, 14 May 2019

Scenka Rodzajowa z Akwarium na Wygnaniu

Musze bo sie udusze.
Slowo honoru bedzie super krótko (jak na mnie) i bez detali technicznych (czytaj zawodowych), a przynajmniej absolutne minimum.

Otóz pracuje nadal w tym projekcie co wdrazamy to co wdrazamy i projekt chyli sie ku koncowi.

Jako analityk biznesowy Wasza unizona ma pewien zestaw umiejetnosci i nie bedzie sie tu nim przechwalac, ale zestaw ten pozwolil jej zostac maly loklanym Kolchozowym eksperciatkiem od jednego takiego rozwiazanka, które nie chwalac sie wdrazalam dwukrotnie i znam lepiej niz wlasne zeby, które na nim zjadlam,
Od póltora roku nie zajmuje sie tym rozwiazaniem i nadal hula, tzn do powodzi biura hulalo bo od powodzi nie mamy na czym drukowac, czyli tego.
Moze nie piekne, ale odporne, prawie jak "tFurczyni"

No dobra dosc peanów.

W kazdym razie, mimo odpornosci rozwiazanko ma wady - nadal podobnie jak "tFurczyni"- mianowicie jest juz dosc wiekowe (tu bede sie upierac, ze az tak nadgryziona zebem czasu nie jestem, zeby uwazac tego za wade), jak na tego typu rozwiazanka, a na nowelizacje brakowalo czasu i atlasu i zeby nadrobic ograniczenia programowe musielismy napchac troche protez po drodze.
Ja te protezy znam i wiem, ze zeby je sklonowac na nowy system trzeba troche roboty umyslowej wykonac.
Nie wnikajmy czemu klonowanie. Nie moja decyzja. Glosowalam przeciw, ale znowu brak czasu i atlasu.
Od roku blisko wspominalam kazdemu kto mnie sluchal, ze to nie jest takie prosciutkie jak dmuchanie w kij i trzeba by zaczac na to patrzec, a przynajmniej o tym patrzeniu myslec.

60% sluchajacyh poblazliwie kiwala glówkami, usilowala mnie poglaskac z politowaniem po mojej i mówila:
"Tak, tak, mRufa, oczywiscie mRufa, jak tylko ogarniemy sie z bardziej skomplikowanymi sprawami mRufa"

30% z kolei wypieralo to co mówie i uwazalo, ze przeciez takie korby jak oni to sobie ze wszystkim poradza.

10% zgadzalo sie ze mna, ale nie sa w projekcie, ewentualnie sa kierownictwem (uff) i nie musza nic robic tylko sluchac.
To po prawo to ja, acz umówmy sie mniejszego kalibru temat mam na oku, a to po lewo to te 60% poblazliwych i 30% wypierajacych. Ukradzione z Internetów rzecz jasna.
I tak latalam od Kajfasza do Judasza przypominajac, ze jest jeszcze jeden temat do ogarniecia i ostrzegajac, ze nie jest to krótka pilka i proste jak budowa cepa i ze da sie zrobic spokojnie, ale trzeba sie powoli przygotowywac do tematu, bo sam osie nie ogarnie.

Minely miesiace.

A ja co jakis czas sygnalizowalam moje poddenerwowanie, bo jednak nikt nie usunal tematu z zakresu projektu, a w temacie dzialo sie nic.

Wiele miesiecy minelo.

W koncu Marca/poczatku Kwietnia temat wreszcie wyszedl z cienia i te 30% czyli te korby co to wszystko 'umia' ruszyly z kosami i cepami na moje male pólko.

Po pierwszej sesji okazalo sie, ze temat wymaga wiecej niz godzinnego warsztatu, bo kosy sie stepily a cepy poluzowaly.

Po drugiej sesji okazalo sie ze 2.5 godziny w sumie to tez za malo, bo cepy dalej sie luzuja, a kosy lamia na kamieniach.

Po kolejnych dwóch sesjach temat zostal wrzucony na liste gatunków zagrozonych i partner implementacyjny usilowal namówic nas na zakup kombajnu. Odmówilismy, bo za co, jak nawet srajtasme juz trzeba wlasna do pracy przynosic.

Po kolejnej sesji polowe zakresu usnieto na pózniej, ku mojej wielkiej radosci, bo tez uwazalam, ze nie trzeba sie spieszyc z wielkim wybuchem i mozna podejsc do tematu fazowo.
Jednakowoz wczesniej nikt mnie nie chcial wysluchac w tym temacie i wrecz zostala zjechana (ch=b) za próby zachowania status quo skoro musimy isc z czasem, postepem i osiagnieciami (i gola doopa, bo nas na to wszystko jako Kolchozu nie stac), ale to zdjelo cisnienie z nas (te 60% poblazliwców), bo te 30% korb nadal tkwilo w czarnej doopie.
Tfu.
Znaczy w lesie.
W lesie Szwarcwaldu.
A rozmowy wygladaly tak:
Oni: "To nie jest takie proste!"
mRufa: "Owszem, nie jest"
Oni: "Czemu nic nie mówilas?"
"Mówilam"
Oni: "Mówilas? A tak cos tam mówilas. Ale mnie sie zadawalo, ze mówilas, ze to jest proste!"
"Nie. mówilam ze nie jest."
Oni: "Ej sluchajcie - prawda, ze mRufa mówila, ze proste?"
Mnie krew zalala i juz mam wybuchnac i rozerwac ich na strzepy (bo jedno czego oprócz poblazliwosci niecierpie bardziej to wtykanie mi w usta nie moich slów i w zycie nie moich akcji), gdy nagle glos z tych 10% zagrzmial...
....szefowa Programu: "mRufa MÓWILA!"
"Ze proste?" z triumfem przerywa jakis poblazliwiec.
"NIE. ZE NIE PROSTE"

Uff.

A mówia, ze to ja jestem Cotnrarian.

Ukradzione z internetów
Kurtyna.

PS. I nawet "a niemówilam??" nie moglam im powiedziec, bo bym wyszla na pieniaczke!

Wednesday, 8 May 2019

Nie poleciala pani? Czyli mRufa wraca po wystepach goscinnych

A bylo to tak, ze polecialam na Planete Ojczysta na dosc dlugie tourne, które objelo wystepy w 3 krancach krainy, miedzy innymi wpadajac na tego oto pana na ojczystym morzem Baltyckiem.

John szukal toalety. Zabralismy go z Wasami do najblizszej kawiarnii, gdzie zjadl z nami na nalesniki oraz czarna pomarancze, bo szarlotki nie bylo.
Nastepnie w grodzie z kolei Kraka korzystajac z toalety, poczulam lekki dyskomfort podczas manipulacji z papierem toaletowym...
I teraz prosze panstwa juz wiem na pewno.
Jednorozce owszem wyprózniaja sie tecza. Ale NIE rzygaja nia.
Tak, to jest wzorek na srajtasmie. Ukula mnie w tylek. Od razu przypomnial mi sie Squatty Potty.
Wystepy w detalach przebiegaly tak, ze strach sie bac, szczególnie w pierwszej polowie, wiec uwazalam, ze atrakcje mam juz za soba, ale okazalo sie, ze tkwilam w bledzie.

Otóz nadejszla wiekopomna chwila powrotu.

Na lotnisko udalam sie po ekspresowym pieczeniu 12 muffinek marchewkowych w stylu a'la Fader (Fader ofiarowal sie pomóc i utarl marchewke na terce do placków ziemniaczanych czyli na drobne trocinki, co zaniepokoilo mnie o efekt koncowy, ale okazalo sie nieszkodliwe) oraz sernika równiez nie do konca standardowego bo z wiekszej ilosci sera niz zwykle przy limicie jajecznym.
Po odprawieniu bagazu i krotkim oglupieniu numerem bramki udala sie na kontrole paszportu i maly maraton po sklepach, nastepnie spozylam siedzac chylkiem (oraz tylkiem) na module wentylacyjnym kanapke zabyta za horendalne pieniadze, bo od tego calego pieczenia wyszlam z domu o suchym pysku. Ciekawostka - pol litra trucizny kosztowalo 12 zeta.
Nastepnie nabylam fajki dla znajomej, zaparkowalam przed nieczynna bramka i zaczelam czekac.
Lot mial byc o 15.30. Okolo 40/45 minut przed otwarciem bramki, jak sie akurat podnosilam aby udac sie pod bramke wlasiuslyszalam ogloszenie duszpasterskie:
"Lot numer 279 do Londynu zostal odwolany  przyczyn technicznych. Prosze udac sie po odbiór bagazu."
Czyli "Pocalujcie Misia w doope, a ja ide do domu".
Zbaranialam tak poteznie, ze sila rozpedu udala sie w kierunku tej bramki, z której kierunku wylaniali sie poirytowani rodacy zadni krwi ofiarnej. Jako ten baran udala sie za nimi. Co prawda slabo by to wygladalo, bo nikt nie wiedzial gdzie isc gdyby nie pojawil sie jakis czlowiek z obslugi lotniskowej i nie wypchnal nas w kierunku.
Jaki to byl kierunek to nikt nei wiedzial, bo facet nie posunal sie az tak daleko w swej usluznosci i nie wyjawil nam gdzie nas wysyla.
I tu wyjasnie, ze mialam na placach plecak z laptopem, telefonami, zawartoscia dmskiej torebki, kilogramem czekoladek, pol litrówka trucizny i lekkim na szczescie wagonem fajek. Oceniam ze bylo to okolo 6 kilogramów.
Oraz bluze z dlugim rekawem, a w garsci kurtke bo noc wieczór na Wyspie zapowiadano chlodnawy.
Ruszylam zatem w stadzie rozjuszonych rodaków wskazana droga, widaca po schodach w dól i clay czas prosto, ale nikt nie wie dokad.
Okazalo sie ze na sale bagazowa.
Kto zna wielkosc obecnego lotniska Chopina ten wie ze troche trzeba sie nabiegac, zeby z jednego konca w drugi i z powrotem ale pietro nizej sie przemiescic. Kto zna mnie ten wie, ze ja mam jedna predkosc chodzenia, czyli zadna. Staralam sie dotrzyamc tempa rzrzartej tluszczy zeby chociaz slyszec co mówia i kto im cos mówi.
Popedzilismy do tanowiska reklamacji bagazy.  Ja nie weszlam do punktu, bo dostalam sms, ze lot odwolany i musialam sie troche wysmiac, ze rychlo w czas. Tam gdzies ktos nam powiedzial, ze nasze bagaze bede wydawane na tasmie 5a dla bagazy duzych.
Mnie na to stanela zywcem scena sprzed moze roku, kiedy to czekalam jak gwizdek przy tasmie 1a, bo tak glosila tablica, a 1a byla wylacznie dla duzych bagazy w czesci starego lotniska i stalabym tam jak gwizdek do dzis bo mój bagaz wyszedl zdaje sie na tasmie 7, ale ekran, który sprawdzalam 4 razy bo to 1a wydawalo mi sie podejrzane, nie byl laskaw tego nam zdradzic.
Jakim cudem inni ludzie sie polapali w atrakcji nie wiem.
Ale wrócmy do 5a.
Postalismy tam pare minut, ale najbardziej niepokorna kobieta pognala czym predzej tlum do panów z ochorny pogranicza, próbujac od nich wymóc informacje czemu Lot odwolal lot i co mamy zrobic, skoro musimy leciec.
W tym momencie podjelam decyzje, ze skoro tlum jest tak bystry jak najmniej bystry jego przedstawiciel, musze sie oddzielic i tak uczynilam.
W sms-ie byl mianowicie numer telefonu i ja na ten numer zadzwonilam.
Nie zebym sie dodzwonila o reki. O nie, nic z tych rzeczy.
wisialam na sluchawce z 15 minut, przez tan czas czesciowo goniac tlum, a czesciwo przed nim sie chowajac.
Na marginesie dodam, ze po bagaze czekalo nas moze z 10-15 osob - reszta psazerów wyszla od razu i poszla stac w kolejce do biura LOTu.
Bo wiecie, ze LOT nie ma okienka w strefie paszportowej? No powaga. mnie zaskoczylo to epicko.
Nie wiem jak inne linie lotnicze, bo mnei to do tej pory nie interesowalo, ale przypominam, ze jak pare lat temu mnie odwolali lot do Frankfurtu Niemieckim Orlem to pokopytkowalam sobie swobodnie do stanowiska linii, tam potwierdzilam ze przyjelam do wiadomosci, ze mnie przerzucili na lot godzine pózniej bez nijakich gimastyk z bagazami itp.
Ale nie w tym dzielo.
W koncu doczekalam sie polaczenia i bardzo mila osoba plci zenskiej zaproponowala mi przelot o 20tej. Ucieszylam sie i tylko zapytalam co robic dalej, ale uslyszalam, ze mam pobrac bagaz, wyjsc z nim, a nastepnie wrócic na góre i nadac go z powrotem.
Pogratulowalam sobie w duchu, ze jednak nie skusilam sie na zaden alkohol na 'bezclowce', bo jeden wagon fajem to mi wolno bez laski przewiez, a chyb nawet dwa, ale mialam jeden.
Podziekowalam i poszlam w strone 5a, gdzie wciaz tkwili ludzie z mojego "tlumu". Tam paru osobom przekazalam co moga robic w miedzy czasie - czyli dzwonic na ten numer i czekalam z nimi.
Po dobrych 20 minutach przyszly jakiesz dziewczyny i powiedzialy, ze zeby odzyskac bagaz z 5a, trzeba najpier o niego wystapic w reklamacji bagazowej.
"Tlum" znowu stal sie rozwscieczona tluszcza i popedzil do stanowiska, gdzie niektórzy usilowali robic awantury kobietom z obslugi stanowiska, tak jakby one byly winne odwolaniu lotu z LOTu.
Tu dodam rozzalona ze obsluga klienta naszej rodzimej linii lotniczej poza liniami telefonicznymi przedstawia sie dosc dramatycznie - nikt nam nic nie wyjasnil, nie ma przedstawicieli na calym terenie poza kontrola bezpieczenstwa - czarna dupa mówiac krótko i dosadnie.
Nie jest to stan wieczny bo kilka lat temu w gorace lato, silniki sie za wolno chlodzili w maszynie która mialam leciec to nam podstawili inny samolot, opózniony, bo opózniony ale samolot odlecial. 
Osobiscie uwazam, ze w ramach wychodzenia z impasu finansowego za duzo oszczednosci pozyniono i odbija sie to wlasnie teraz na reputacji.
Okazalo sie, ze mimo iz ja mam miejsce w kolejnym samolocie to nadal musze odebrac bagaz wyejsc i nadac go ponownie.
Odczekalam swoje, pobralam walize i stoicko udalam sie na przyloty, z przylotów schodami ruchomymi na odloty, tam stanalema w kolejce do tej samej kobiety która juz raz mój bagaz pobierala (bo nie moglam odprawic sie ani na www, ani przez terminal na odlotach) której wyjasnilam, ze nie moglam sama sie obsluzyc bo jestem z wczesniejszego lotu i zapytalam czy mam odelpic naklejki z poprzedniej odprawy.
Na co pani zapytalam mnie:
"A co, nie poleciala pani?" tonem tak poblazliwym, ze kontrolowany do tej pory charakter wystrzelil mi spod piety i jezyka zgryzliwym:
"Ja to bym nawet i poleciala prosze pani, ale samolot czegos nie chcial."
Pani chyba zaskoczona jadowitym tonem nic juz nie rzekla tylko wydrukowala mi nowa karte pokladowa oraz paski i nalepki.
W ten sposób do mojej kolekcj podróznych wyczynów doszla umiejetnosc odprawy na dwa osobne samoloty do Londka w tym samym dniu.

Trzeba mi tu uwierzyc na slowo, ze obie sa moje i z tego samego dnia, bo jednak danych osobowych tu ujawniac nie bede.

Wcale nie byl to koniec gier i zabaw, bo jak sie juz odprawilam, przeszlam ponownie przez kontrole bezpieczenstwa, zalozylam buty i przeszlam przez kontrole paszportowa, to poszlam zjesc obiad i wybralam sobie miejsce pt restauracja Misa, gdzie zadysponowalam placki ziemniaczane z grzybami i wpadlam w stupor na widok nozy jakie byly wsród sztucców.

To w tle to pokryty sosem grzybowy kartoflak, a nie mózg kosmity,
Doprawdy godne baru Mis, nieprawdaz?
Nawet mialam zajumac, zeby miec na pamiatke, ale pomyslalam, ze byloby to tylko dowodem czemu te noze takie musza byc, bo normalne mogliby krasc pasazerowie o nieczystych zamiarach.
Ale swoja droga, nie wiem czy nastepnym razem nie zajumam. Bo jednak krojenie taka "kosa" to jest mistrzostwo swiata.
Po posilku poszlam pod bramke i tam czekalam murem.
Po kilku minutach dostalam sms, ze mój NOWY lot ma zmieniona godzine odlotu - o 35 minut pózniej.
Pokiwalam z politowaniem glowa, sama nad soba albowiem mialam juz glupkowata nadzieje, ze to byl koniec atrakcji, ale widac nie.
o godzinie okolo 19.30, czyli teoretycznei godzine przed odlotem, zadzwonilam do Fadera powiedziec mu ze opóznienie, ze juz do niego nie bede po przlocie dzownila, bo bedzie za pózno. Pogadalismy troche po czym ja znowu zbaranialam. napis nad bramka zniknal, a do samolotu który stal pod rekawem wsiadali ludzie wchodzac don po schodkach z plyty lotniska.
Przez chwile spanikowalam, ze jakim quzwa cudem przeoczylam komunikat, ze trzeba udac sie do autobusu, albo co, wiec czym predzej pozegnalam sie z Faderem i wielkimi oczami wgapialam w widok za oknem.
Przelamalam wewnetrzna niemoc i juz mialam uruchomic sie w kierunku ekranu z numerami bramek, ewentualnie rzucic sie na wyjscie do rekawa, zeby choc za ogon zlapac ten cholerny samolot, skoro tak podstepnie usiluje beze mnie odlecic, gdy z glosników (o, a tu kolejna ciekawostka - ogloszenia o roznych lotach i samolotach sa wyglaszane bez wczesniejszej koordynacji i tak na przyklad wezwanie do bramki 20 na lot do Istambulu bylo wyglaszane unisono bez mala z wezwaniem ostatnich 4rech pasazerów do Telawiwu. Nie musze chyba dodawac co mozna bylo uslyszec? Musze? Otóz gówno. znaczy tyle szlo uslyszec) padl komunikat
"Panstow lecace do Londynu zapraszamy do nowej bramki (na drugim koncu terminala), kurcgalopkiem!! Raz, Raz!!"
No dobrze, moze wcale nam nie kazali kurcagolpkime, ale to byl jedyny styl przemieszczania jaki podczas tego, drugiego juz dzis parkuru bylam z siebie w stanie wykrzesac.
Pelna niepokoju zasiadlam pod nowa bramka i dopiero jak zobaczylam zaloge wlazaca do rekawa zaczelam nabierac cihcitkiej nadziei, ze moze jednak dzis gdziesz jeszcze odlece.
Odlecielismy dobre póltorej godziny spóznieni. Dolecielismy nieco mniej spoznieni, ae fakt pozostaje faktem, ze na przystanuk autobusu parkingowego znalazlam sie okolo 23.20 i tam czekalam jak gwizdek przeszlo 15 minut na autobus, a napis na tablicy z infomacja autobusowa glosil
"Zalujemy, ze sa opóznienia ze wzgledu na duze korki"
Napis byl osobliwie skonstruowany i mial akcenty.
Pelna wyczekiwania uzbroilam sie w cierpliwosc bo skoro te korki to pewnie dlugo sobie pojedziemy, ale jak pragne zakwitnac te korki to byly chyba dla zab. Zlamany pojazd nam drogi nie przegrodzil, ani nawet mnie jak juz dosadlam czerwonej blyskawicy.
Za to Nawidakcja wypiela sie na mnie straszliwie i mialam obawy, ze bede musiala wracac objezdzajac pól lotniska wokolo, bo tylko tej drogi bylam pewna, ze ja znam...
W domu bylam juz o godzinie 1wszej w nocy i na tym zakonczylam dzialalnosc swiadoma.
A nie przepraszam - wyjelam jeszcze z walizki przemy spozywczy i odkrylam, ze tak pieczolowicie przewozony przez mnie ulubiony kefir byl w dniu wylotu dwa dni po dacie waznosci.
Oczywiscie ze wypila.
W koncu kefir to zadpsute mleko pelne kulturalnych bakterii. nieco wiecej kultury im, ani mnie nie zaszkodzilo ;)

Monday, 8 April 2019

Niszczyciel ma towarzystwo.

Po dwóch dniach obserwacji pasywnej doszlam do wniosku ze dopadlo nas cos co Urosz okreslil syndromem "Mentalna Krowa".
Poniewaz dopadlo nie tylko mnie to uznalam, ze nie bede rozdymac i tak juz poteznego ego mojego Niszczyciela zwalajac nan odpowiedzialnosc i poszukam winnych gdzies w eterze.
A zanim to zrobie to opowiem o wydarzeniach, które zaobserwowalam i które robocza przypiszemy owej Mentalnej Krowie.
ukradzione z internetów
Otóz we ubiegly wtorek w naszym zastepczym biurze pojawil sie mój partner in crime (znaczy nie, ze mój partner zyciowy tylko koncertowy) - Stu - który od pewnego czasu, ze mna tez pracuje (a jego polowica dla odmiany juz nie pracuje ze mna - czyli uklad sil nie ulegl zachwianiu).
Przyjechal do nas nie wiem po co, bo specjalnie nie dzialo sie nic co wymagalo jego obecnosci, ale widac mial dosc pracy z domu w samotnosci i postanowil sie przewietrzyc.
Ponizszy przypadek to zarazem swietlany przyklad dlaczego praca w domu szczególnie dlugoterminowa jest szkodliwa!
Przyjechal do nas na dajmy na to 8.50. pozostal w obiekcie do powiedzmy 11.40, nastepnie udal sie do kolejnej siedziby tymczasowej na spotkanie, a po drodze skoczyl w bok w jeszcze innej siedzibie tymaczasowej aby odwiedzic swoich pracowników bezposrednio podleglych. Tym samym zniknal wszystkim z horyzontu, bo jego laptop stracil zdolnosci bezprzewodowe.
Okolo 12.40 kolega akwaryjny P napisal do mnie pytanie:
"mRufa, czy Stu od Was juz wyjechal i jesli tak to czy wiesz gdzie sie udal i czy do nas?"
Odparlam beztrosko, ze owszem, porzucil nas niegodnych celem udania sie do nich, acz po drodze do nich mial gdzies wstapic.
"Acha" odparl P
"A czy wiesz gdzie mial wstapic? Bo 10 osób czeka na niego tu ze mna na spotkanie"
Tu troche sie sploszylam i popytalam wokolo i odparlam, ze chyba (bosmy nie byli pewni na 100% czy) zajrzec do swojego zespolu.
Dodam ze Stu jest u nas "product ownerem" czyli chyba "kierownikiem produktu" po naszemu i zarazem ma kompleks tyrana, wiec nic bez niego o nim.
Sploszenie udzielilo sie szerszemu gronu, wiec jak okolo 13.05 dostalam od P wiadomosc, ze juz sie zguba odnalazl, westchnienie ulgi wybrzuszylo szyby w tymczasowej siedzibie.
Otóz wkroczyl Stu na sale i radosnie sie usprawiedzliwil "Sorry za spóznienie - parkowalem samochów dluzej niz zwykle"
I z ogromny zaskoczeniem uslyszal wyrzut
"Ale przez pól godziny??"
Albowiem Stu byl swiecie przekonany, ze spotkanie sie zaczynal wlasnie 5 minut temu czyli o 13tej.
W sumie to i tak nie najgorzej bo mógl wkroczyc radosnie z godzinnym opóznieniem w swietle zmiany czasu na letni.
(co zreszta w wydaniu jesiennym spotkalo mnie kilka razy)
We srode o poranku juz tez zaczelo sie niezle albowiem nie bylo nikogo z regularnych pracowników isntytucji, tylko my - znaczy przygarnieci po-powodziowi uchodzcy z Kolchozu.
Co oznacza, ze jak zajechalam sobie radosnie o 8.10 pod wejscie dla pracowników czekal jeden koles od nas z mocno nadeta mina i przywital mnie slowami "czy zmienil sie kod wejsciowy?" i dopiero jak odparlam, ze nie, ale pewnie budynek jeszcze zamkniety dodal po namysle, ze "Dziendobry".
Dalej to rozbroilam alarm i otworzylam budynek (w odwrotnej kolejnosci), a po okolo 10 minutach napadla na mnie jakas osoba plci zenskiej, w polarku instytucji w której goscinnie i zastepczo urzedujemy i rzucila sie na mnie epatujac kluczem.
"Co ja mam zrobic z tym kluczem jak budynek byl otwarty?"
"Odlozyc go tam skad go wzielas?" odparlam niezbyt przytomnie, ale jednak trafnie.
"Bo to mój pierwszy dzien tu i ja nic nie wiem i co ja mam zrobic?"
Wyjasnilam jej zatem juz nieco przytomniej, ze ja jej nie odpowiem na te pytania, bo ja tu nawet nie sprzatam (tylko tyle co po sobie), a co dopiero wiedziec co ONA ma robic.
Zamachala mi zatem trzymana w reku kartka (w kratke!!*) z nagryzmolonymi instrukcjami.
Istotnie byly tam instrukcje jak wejsc do budynku.
W tym kod wejsciowy do wejscia dla pracowników.
No i fakt ze weszla tez o czyms swiadczyl.
Pomoglam jej namierzyc sale gdzie miala prowadic szkolenia, co bylo latwo, bo w budynku sa sale DWIE.
I poszlam w cholere, znaczy do naszego pokoju.
Dlugo sobie tam nie posiedzialam bo osoba nadala mnie znowu pytajac gdzie jest storage cupboard (szafka magazynowa w luuuznym przekladzie).
A co ja kurde prorok? powinnam odwarknac, ale zamiast tego uczynnie (tfu jego mac) pokazalam jej sejf w "naszym" pokoju, stationary storage (schowek papierniczy), szafke z "barkiem" szkoleniowym - bez ekscytacji - kawa, herbata, goraca czekolada, zero pradu.
Wszystko to nadaremno, bo miala to byc szafka z kodem na wejsciu i zasobami szkoleniowych materialów.
Juz zaczynalam tracic cierpliwosc gdy zaczal wydzwaniac wideofon na co ona spojrzala na mnie wyczekujaco.
Powiedzialam, ze ja nie otwieram drzwi, bo ja tu nie pracuje.
Powiedzialam jej tez, ze byc moze na dole cos jest i zeszla mz nia na ten dól.
Tam ona dotala ataku histerii bo nie wiem jak inaczej nazwac to podskoki i pokwikiwanie, bo okazalo sie, ze po pierwsze dzwonia uczestnicy jej szkolenia, a po drugie jest tam pudlo, w którym wg niej sa materialy na szkolenie.
Po czym ucieklam do pokoju porzucajac ja na dole w tlumie jakichs bab i w stanie tej histerii i z obserwacja, ze ona chyba przy nadziei ta histeryczka.
Minelo pewnie kolejne 10 minut i zaczal wydzwaniac wideofon.
Jak szalony dzwonil.
Koles w pokoju przez caly czas siedzial jak grzyb.
Czy mówilam ze za nim nie przepadam?
No to teraz jeszcze bardziej nie przepadam.
Dzwoni i dzwoni.
Histeryczka, która powinna byla otwierac drzwi i wpuszczac swoich kursantów gdzie znikla.
Wytrzymalam ile moglam to dzwonienie, ale w koncu wkurzona wyszlam z pokoju popatrzec na ekran i zglupialam, bo wyszlo mi ze pod wideofonem stoi ta histryczka.
Zajrzalam do salki, gdzie tkwili te baby i zapytalam gdzie zniknela ta histeryczka.
A one do mnie, ze jej tu nie ma.
Nie dalam rady sie opanowac i odwarknelam
"Tyle to ja widze. Ale gdzie?"
A nie tego to one nie wiedza.
Zeszlam zatem na dól i wpuscilam histeryczke wraz z tlumem kursantów, która na mój widok zaczela sie glaskac po brzuchu upewniajac mnie w swej brzemiennosci.
Nie przeszkodzilo mi to zapytac sie i jej jadowicie, czy sie zatrzasnela na zewnatrz.
Odparla, ze kod nie dziala.
Nie miala czasu jej wyjasniac ze jest nie tylko histeryczka, ale mentalna oferma albowiem raz juz wlazla i dzialal, wiec jak teraz nie zadzialal to niewatpliwie dlatego, ze wbila zly kod.
Porzucilam ja i juz mocno poirytowana wrócilam do pokoju ze slowami
"Czy ja mam Informacja turystyczna na czole napisane?"
I przestalam zwracac uwage na ludzi.
Wszystkich ludzi.
Histeryczka przyleciala jeszcze raz, ale szczesliwie musialam udac sie na spotkanie telekonferencyjne i uczciwie, acz zgryzliwie powiedzialam jej, ze ja tu nie pracuje, nic nie wiem, nikogo nie znam i w ogóle zarobiona jestem.
Usilowala epatowac brzemiennoscia, ale tylko mnie to rozjuszylo, bo co to do cholery niby jest - ulomnosc?
W koncu wideofon sie troche odczepil, a ja zaglebilam sie w meandrach zawodowych i telekonferencyjnych.
Az do okolo 10.40, kiedy ktos popieprzyl wiaderko z internetem.
I nasza trójka (bo dolaczyla jeszcze jedna kolezanka) zostala odcieta od spotkan, w których uczestniczylismy.
W desperacji odpalilam swoja komórke w trybie hotspot i polaczylam sie z tym cholernym spotkaniem, ale nie bylo to rozwiazanie na dluzsza mete, wiec - UWAGA - pojechalam do domu po ten dynks do internetu mobilnego co mi go kupili Lochowi decydencie po trzech tygodniach.
Dygresja - internetu dalej nie ma, a na gwizdku pracuja od wczoraj po cztery osoby - swietny wynalazek ;)
Nadejszlo popoludnie i moja ostatnia rozmowa zdalna.
Z powiedzmy ze laska, która uwaza sie za szefowa.
Moja. Acz nie jest i doskonale o tym wie, ale co jej szkodzi uwazac.
Rozmawiamy.
Do pokoju wparowuje wielkie chlopisko i huczacy glosem melduje, ze pode drzwiami jest kurier i co my na to.
A tak sie sklada ze dzien wczesniej jeden z instytucyjnych tubylców poprosil nas, ze jakbysmy zauwazyli kuriera paczkowatego, zeby przyjac dostawe.
Z osób co przy tym byly jestem ja i kolezanka, ale kolezanka ani drgnie.
Znaczy albo wypiera, albo w ogóle poprzedniego dnia nie zakonotowala.
A mnie sie wlasnie przypomnialo i podnioslo mnie z miejsca - otóz skoro przygarneli nas, za darmo to jak prosza o cos to cholerajasnapsiakrew - no mówiac krótko, podnioslo mnie.
Poszlam na dól, zalatwilam odbiór i z wielka satysfakcja dobrze wypelnionego zobowiazania wracam na góre.
W polowie schodów wmurowalo mnie.
Ranygorzkie przesz ja bylam w trakcie rozmowy!
Co ja zrobilam?
Czy ja cos w ogóle powiedzialam?
Chyba nie?
W trakcie rozmowy, bez slowa wyjasnienia wstala i wyszlam.
Pal licho, ze ona se wyobraza, ze szefuje (bo nie szefuje), ale jak to dobrze, ze to tylko ona, a nie ktos od wspólwykonawcy.
I tu bylaby by kurtyna, gdyby nie nastepczyni ksieznej Heleny (czytaj niemienckiej reprezentantki pokolenia Millenialsów) - L.
L jest Wloszka i niby tylko 2 lata starsza od ksieznej, ale reprezentuje zupelnie inna szkole i zupelnie dobrowolnie zaproponowalam jej podwózke do autobusu.
Zeby nie bylo - moglabym i do domu, ale nie bylo zyczenia, a do autobusu ma 15 minut kopytkowania, a padal deszcz, wiec zaoferowalam, ze jak bedziemy wychodzic o podobnej porze to smialo moze sie ze mna zabrac.
L reflektowala i w koncu - czyli okolo 17.30 wyszlysmy z budynku.
Mam wrazenie, ze musialam zaalarmowac budynek wiec zostawalam nieco w tyle i trafil mi sie widok piekny - mianowicie kolezanka L jak przecinak popedzila do mojego auta i jak tylko odblokowalam drzwiczki zaczela pakowac mi sie za kierownice.
Kompletnie nie widzac tejze rzecz jasna.
Korcilo mnie poczekac i zobaczyc co zrobi, jak sie zorientuje ze nie moze upchnac plecaka pod nogami, bo ma przeszkode w postacie steru, ale zlitowalam sie i zanim zdazyla wsiasc w pelni zapytalam z bezdenna ciekawoscia:
"A gdzie Ty uwazasz, ze pojedziesz bez kluczyków?"
L zamarla, co w pólsiadzie, czesciowo w autcie, czesciowo poza nim jest sztuka sama w sobie, a nastepnie wyprysnela jak z katapulty i zaczela sie strasznei smiac.
Ja zreszta tez, bo od razu mi sie przypomniala analogiczna sytuacja sprzed kilku lat jak to wsiadlam o poranku do Faderowego czolgu i sie ciezko przestraszylam bo mi ktos kierownice ukradl - bo wsiadlam do czolgu jak do Czerwonej Strzaly.
Kierownice oczywiscie znalazlam, ale chwile sobie posiedzialam zanim przed nia zasiadlam, kontemplujac czy podróz jaka mam przed soba to na pewno taki dobry pomysl w owym dniu.
W pierwszej chwili to w ogóle myslalam, ze ona z rozpedu wsiadla do auta po wlosku, ale nie - podobno w ubieglym roku czesto jezdzila auten na Cyprze, a tam sie jezdzilo jak na Wyspie.

Ukradzione z internetów
I ta atrakcja zakonczyl sie dwudniowy maraton Mentalnej Krowy na wystepach goscinnych.

-----
*papier w kratke na Wyspie jest rzadszym fenomenem niz Aurora Borealis w Strzebrzeszynie

Wednesday, 27 March 2019

Niszczyciel nie wybiera - czyli czasem rzuca sie na czlowieka nawet zarcie.

I nawet wcale nie mnie chodzilo bezposrednio.
Tylko posrednio.
Agresywne zarcie - ukradzione z czelusci internetów.
Otóz najpierw zarcie rzucilo sie na mnie za posrednictwem mojej znajomej, co wlasnie ja odwiedzalam.
W niedziele mianowicie wybralam sie, pod przymusem, na mój pierwszy w zyciu karbut.
Znaczy Car Boot Sale. Znaczy taki nasz pchli targ.
Karbut to nasz narodowy sport na wygnaniu - znaczy na Rodacy na Wyspie maniacko, jak wynika z moich obserwacji wizytuja mniej lub bardziej lokalne karbuty i ja w pierwszych latach bylam swiece przekonana ze wizyta na "karbucie", a wrecz nawet na "karbudzie" oznacza wizyte w jakiejs instytuacji, albo wrecz centrum handlowym i dopiero M mnie uswiadomila co to jest.
Mylaca byla wymowa, znaczy ze na tej "karbudzie" i to ze slyszalam o tej budzie wylacznie od tej garstki rodaków, jaka wówczas znalam.
Obecnie garstka sie nawet zmniejszyla, ale instytucja Car Boot'a zostala mi wyjasniona i oczywiscie od razu wiedzialam czemu brakowalo mi skojarzen gdyz jako wyjadacz filmów raczej amerykanskich niz wyspowych znalam sie  widzenia z intytucja Garage Sale (wyprzedaz garazowa, czyli).
Tak czy siak, po przeszlo 12 latach ciaglej sluzby w Kolchozie na Wyspie, pierwszy raz nawiedzilam Car Boot Sale.
Zeby tradycji stalo sie zadosc to nawet cos tam kupilam (delvix, jak czytasz to sie nastaw).
Ale nie o karbucie mialo byc tylko o atakach zarcia.
Wialo tak, ze w kieleckiem to cisza morska panuje w porównaniu, wiec handel byl maly i szybko sie zaczal zwijac i jak znajoma skonczyla zakupy na okolicznym Targu - bo obie instytucje w jej okolicy funkcjonuja obok siebie, to udalysmy sie kawalek dalej do miejsca o nazwie "Pan Los" (Mr Moose) cele mspozycia lunchu.
Z racji tego, ze na Wyspie na lunch bardzo popularne sa dwie potrawy, które sa wszedzie, Pan Los, obok swoich flagowych lodów w wielu odmianach oferowal tez podstawowe opcje wytrawne czyli: kanapki cieple i zimnie oraz pieczone ziemniaki. Zwykle dostepna bywa tez zupa, ale Pan Los nie reflektowal wic nie bylo zupy.
Zas z racji tego, ze ja ziemniaki pieczone jadam wylacznie z serem i fasolka w sosie pomidorowym (nie mylic z fasolka po bretonsku - chodzi o tzw baked beans), a takowej opcji nie bylo, a kanapki jakie by nie byly, moim wlasnym sie nie umywaja, a juz do standardu przebrzybrzydlego, którym (standardem) swego czasu bylam rozpieszczana (to bylo zanim nastapila faza salatek sledziowych i pikników biurowych oraz faza separacji) to mnie jakies nedne kanapiny w jakims Panu Losiu nie wzruszaja, okazalo sie ze osobiscie reflektuje wylacznie na clotted cream tea oraz crumpet'y z maselkiem.
Kolezanka zas zadysponowala sobie ten pieczony zeimniak z maslem i zielskiem.
Zielsko skladala sie z naparstka coleslawa (wszak to nie hAmeryka, zeby porcje rzucaly na kolana obfitoscia, raczej rzucaja na kolana swa skromnoscia) oraz garstki trawy. To znaczy roszpunki (🧿), nieco cebuli, odrobine jakiegos innego zielska salatowego.
Ja zas dostalam dokladnie to co zamówila, a nawet nieco wiecej, bo scone byl gesto nabity rodzynkami, czego sie obawialam, ale i tak ilosc mnie zastrzelila.

Foto by Znajoma, na boku talerze truchla winogron wydlubane przed rozkrojeniem scona.
W tym naparstek z mleczkiem do herbaty.
Kolezanka przystapila do posilania sie goracym kartoflem i prawie przyplacila to zyciem bo zachlannie pchajac kartofel do geby nie zwrócila uwagi na temperature substancji i okazalo sie z nienacka, ze uprawia cos w rodzaju ksztuszenia sie i hyperwentylacji rozgladajac sie panicznie wokolo.
Przestraszona pomyslalam sobie, ze ranygorzkie, my jestesmy jej samochodem, a ja nawet nie wiem jak dojechac z powrotem do miasteczka w razie draki, pomijajac fakt ze nie maja tam urazówki.
Udalo mi sie zgadnac ze przelyka ubergoracy kartofel i cierpi, wiec zapytalam czy dac jej mojej chlodnej trucizny. Nie chciala, ale zapytala "do you have milk?" co moglo byc zinterpretowane dwojako - czy bedziesz uzywala mleko w swojej herbacie, lub czy dostalas mleko.
Odparlam równie niejasno ze tak, nie i podalam jej naparstek.
Po opanowaniu dramatu obwiescilam stanowczo, ze nigdy wiecej nie jezdze z nia jej samochodem, bo w swoim przynajmniej mam nawidakcje i bym jakos jej zwloki chociaz do domu dowiozla, na co znajoma zaczela sie smiac, ze oto dzwonie do jej meza i mówie
"Czesc, mam dobra i zla wiadomosc - dobra jest taka ze poranek byl bardzo mily i udal nam sie lancz, zla taka, ze malzonka sie udlawila goracym kartoflem i opuscil ten lez padól. Gdzie mam ja dostarczy?"
Slowo daje nic nie zmyslam.
I wcale jeszcze nie doszlam do klu pierwszego agresywnego zarcia.
Otóz znajoma, niezrazona agresywnoscia goracego kartofla, kontynuowala konsumpcje.
A ja pozeralam crumpety wiec tak srednio zwracalam na nia uwage, bo crumpety maja to do sibie ze sa nieszczelne i trzeba uwazac jak sie ja zre zeby sobie gorsu nie upaprac maslem.
Nagle znajoma mówi do mnie, pokazujac na trzymana w reku papierowa saszetke, z której przed chwila sypala cos na swoja tra... erm... salate.
"Chcialabym cie poinformowac, ze to jest cukier"
i patrzy na mnei wyczekujaco.
W pierwszej chwili myslalam, ze spodziewa sie albo pochwaly lub krytyki za nowatorskie podejscie do wytrawnych salatek, ale przeciez ja sobie na wystepach u diabla kupilam dressing salatkowy malinowy, wiec to mnie to wcale nie wzruszylo, ale widac bylo ze oczekuje jakiejs reakcji to rzeklam:
"Kochana, biorac pod uwage ze jesz roszpunke, co juz powinno byc karalne, to to czym ja sobie posypujesz, nie ma juz zadnego znaczenia w moich oczach"
Oczywiscie rozparskalam ja zgodnie z intencja, ale widac nie o to chodzilo bo nadal patrzyla wyczekujaca majtajac mi przed nosem na wpól pusta saszetka.
"??" spojrzalam pytajco.
"Bo nie ma soli"
"A co musisz sobie czyms posypywac kompulsywnie i z braku soli poszlas na cukier?"
"NIE! Myslalam, ze to sól!!"
No to tu juz sie ubawilam, bo chec posypania zielska sola kompletnie rozumiem i wrecz popieram (nawet jesli to roszpunka, wszak tej abominacji nic juz nie zaszkodzi).
Kontynuujemy pozywianie sie, ja juz na etapie scona pelnego zmumifikowanych winogron.

Apropos - z jakiegos powodu na wyspie, na pytanie czy cos ma w sobie rodzynki, jesli owa potrawa ma w sobie sultanki (tez wszak rodzynki tylko na sterydach) slysze zawsze zapewnienie, ze nie, skad, rodzynek nie ma. Czasem jak ktos jest obdarzony sraczka werbalna to doda z rozpedu, ze sa te sultanki i jestem uratowana, ale zwykle nie bo przeciez to kompletnie co innego (my ass) i jestem w czarnej d...ziurze z wydlubywaniem tych zmumifikowanych winogronowych truchelek z potrawy, a chocbym nie wiem jak wydlubywala zawsze ta ostatnia, przeoczona bedzie w ostatnim kesie potrawy i popsuje mi caly posilek. Winogron tez nie lubie, wiec przynajmniej jestem konsekwentna.

Kolezanka miala przed soba jeszcze kubel goracej czekolady, wiec wykanczala tego ziemniaka i wlasnie byla na etapie skórki, która (podobnie jak z mojego dziecinstwa skórka od chleba wymiatalo sie jajecznice z patelni) zaczela wymiatac resztki masla z talerza.
"Och!!"
"Co tym razem?"
"No bo zapomnialam o tym cukrze i teraz ma ziemniaka na slodko!"
No i tak wlasnie wygladala pierwsza kontrowersja miedzy zarciem, a osoba w moim otoczeniu.
Dwa dni pózniej Fader mi wyznal, ze poprzedniego dnia (czyli zaraz po bojowym cukrze i agresywnym kartoflu) mial on przygode w kuchni.
Otóz mial w planach miesko na goraca z sosikiem improwizowanym (tylko biedny nie zdawal sobie sprawy ze stopnia improwizacji jaka na niego czychala) z tego co wycieklo z mieska podczas pieczenia dzien wczesniej), zasmazana marcheweczka i tylko zabraklo mu zsiadlego mleka na popitke wiec zeby nie bylo tak smutno to zrobil sobie do popijania herbate.
Z racji posiadanie na stanie cukrzycy typu drugiego, herbata cukru nie zawierala, ale byla slodka za pomoca slodzika.
A trzeba Wam czytacze widziec, ze Fader nie bierze jenców jesli idzie o slodzenie herbaty i niezaleznie od wielkosci naczynia, laduje don 2 ziarenka slodzika, czyli odpowiedznik 2 lyzeczek cukru. Czasem co prawda narzeka, ze przeslodzil bo ma juz odruch na dwa pykniecia nad naczyniem i potrafi to zrobic nawet do literatki.
Zasiadl zatem Fader do obiadu i zajada. Nagle po cos sie odwrócil i zrobil to tak energicznie ze lokciem tracil szklanke, wciaz pelna, a ta radoscie stracila równowage i rozchlapal cala zawartosc dokola.
Fader w nerwach rzucil sie ratowac sytuacje, szczescie nie stracil nic wiecej - ja w takich sytuacjach zamieram co pozwala mi zwykle uniknac dodatkowych gwaltownych ruchów i reakcji i dalszych strat - osuszyl bufet, sklal siebie, szklanke, herbate i wszechwiat ile sil w plucach, a nastepnie zasiadl z powrotem do posilku,
Zdziwil sie tylko, ze ma taki pelen talerz, bo zdawalo mu sie ze tego sosiku nie bylo jakos szczegolnie duzo, ale na tym poprzestal i przystopil do szuflowania.
Sosik okazal sie byc slodki i o wybitnym herbacianym smaku.
Czesc herbaty ze szklanki (a mowa tu o kubku z arcoroc'u, a nie o szklance w oprawce itp, no nie?) najwyrazniej w swiecie wybrala na swój cel jego talerz.
Szkoda mu byl wylewac, bo i ziemniaki troche juz zdazyly tym nasiaknac, wie zjadl potrawe, tym samym nadajac posilkowi typu "dwa w jednym" noweg oznaczenia - Obiadokolacja moze sie ze wstydu schowac - obiadoherbata rulez!

Kurtyna.

Tuesday, 19 March 2019

Dlaczego mRufy nie nalezy puszczac samopas na wystepach goscinnych?

Otóz dlatego, ze zawsze cos nabroji.
mRufa.
Znaczy ja.
Tym razem zamierzam dokonczyc relacje z wyprawy do Belgii. Tej ostatniej - ta pierwsza jeszcze czeka na swoja kolej.
Czyli jak to w serialach robia:
W poprzednim odcinku zostala przez moja nowa nie-wirtualna kolezanke, Matylde podwieziona pod sam dworzec.
Na tym dworcu w bezpiecznej przechowalni spoczywala moja walizka, a ja mialam zapas czasu, nie ze jakies wieki, ale do otwarcie odprawy mialam prawie godzine.

Padal deszcz, wiec choc samochód byl dosc blisko wejscia na dworzec, to zdazylam zmoknac na tyle zeby troche mi sie zwazyl dotychczas doskonaly nastrój.
A moze bylo to przeczucie nachodzacych zdarzen?
Plany mialam ambitne by myslalam, ze po pobraniu walizki udam sie jeszcze do sklepu na terenie dworca i dokupie troche lakoci dla dzieci M&Msów (tak, mialam te zelki dla nich ale to bylo troche malo bo dzieci przysposobnioncyh mam tu kilkoro, a i dla CO chcialam cos nabyc), a nastepnie cos zjem przed podróza.
Okazalo sie, ze podjechalysmy pod drugi koniec dworca, a jest on dosc przestronny i w pierwszej chwili troche sie sploszylam, ze jestem na niewlasciwym dworcu.
Szczesliwie w oddali dojrzalam znajome znaki wiec uspokojona ruszylam dziarsko przed siebie.
Po stosownej chwili - to na prawde jest dluuuuugi dworzec - dotarlam do przechowalni.
Przechowalnia okazala sie pusta.
ukradzione z internetów - patrz stopka na obrazku
Znaczy nie ze ktos ukradl wszystkie przechowywane manele, tylko ze byla bezludna.
Nie zaskoczylo mnie to nadmiernie, bo jak oddawalam manele tez wygladala na pusta.
Poczekalam kilak minut, ale nic sie nie zmienilo, a czytanie napisów po francusku i flamandzku idzie mi nadal dosc slabo, wiec troche sie zaczelam denerwowac.
Najpierw tylko czekalam.
Pózniej podeszla druga pacjentka i stala i czekala ze mna.
Poki czekala to i ja sie nie spinalam nadmiernie, ale lekki niepokój zacza mi sie zakradac w okolice sledziony.
Pacjentka w koncu zrezygnowala.
Podeszla druga osoba, zapytala chyba nawet po angielsku czy ja czekam, odparlam ze tak, ale ze nie bardzo wiem jak zwrócic na siebie uwage kogos kto jest w srodku.
Osoba byla sympatyczna i nawet nie popukala sie w glowe kiedy pokazala mi przycisk dzwonka.
Slowo daje wczesniej go tam nie bylo (czytac: nie zauwazylam go wczesniej).
Ale jak juz go zauwazylam to zaczelam nim dzwonic co kilka minut.
No powiedzmy co 5, bo to jednak sporo czasu jest.
Tak mnie sie zdawalo.
Po jakims kwadransie tych cwiczen zaczelam sie denerowowac bo nikt wiecej nie podchodzil. ani z jednej ani z drugiej strony okienka.
Przeczytalam wszystkie niezrozumiale napisy po raz kolejny.
Upewnilam sie ze to calodobowa instytucja.
Pozalowalam, ze nie moglam skorzystac ze schowków samoobslugowych.
Czekalam dalej.
Zegar zaczal pokazywac ze do odbrawy mam mniej niz 30 minut. Niby wciaz spoko, ale zaczelam sobie juz wyobrazac jak to bagaz zostaje, a ja wracam bez - rozpacz, czekam na bagaz i nie zdazam na pociag, a to ostatni w dniu dzisiejszym - dramat.
O te samoobslugowa szafke to juz sobie plulam w brode tak, ze na podlodze zaczela tworzyc sie kaluza.
Dzwonilam i czekalam, czekalam i dzwonilam, w myslach najpierw podziwiajac oblsuge, bo wymózdzylam sobie ze po prostu posneli tam w chwili malego oblozenia i moje dzwonienie nic ich nie wzrusza.
Pózniej to nawet pomyslalam, ze moze nie tylka spia, ale to juz nie wnikajmy.
W koncu przypomnialam sobie ze to nie Francja i nikt tu nie ma uczulenia na angielski i udalam sie na poszukiwanie pomocy.
Pierwszy zaczepiony czlowiek z obslugi niestety byl chyba Francuzem.
Ale jak sie zapre to sie latwo nie poddaje - poszlam szukac informacji dworcowej.
Najblizsza informacja okazala sie kolejowa, ale panie z obslugi odwrócily mnie we wlasciwa strona i wypchnely na dalsze poszukiwania.
Wrócilam peofilaktycznie po drodze do okienka poczekalni, ale nic sie nie zmienilo, a dodatkowo wypatrzylam, ze pomieszczenie jest zamkniete od srodka z kluczem w zamku wiec jesli jest to jedyne wejscie/wyjscie to nawet nie damy rady ich otworzyc kluczem zapasowym!
Tu troche mnie scisnelo w dolku, bo pomyslalam, ze jesli obsluga na przyklad zaslabla to omatkojedynokochano.
Czas plynal, wiec ruszylam z kopyta do tej informacji.
Informacje znalazlam, odczekalam swoje w kolejce i wyluszczylam problem sympatycznej pani za szybka.
Pani troche mnie w pierwszej chwili wziela za panikare i usilowala przekonac ze powinnam zadzwonic dzwonkiem i cierpliwie poczekac, bo moze oni sa zajeci w glebi i to kilka minut potrwa zanim dotra do okienka.
No to jej odparlam, ze ja zanim tu przyszlam to czekalam bardzo cierpliwie przeszlo 20 minut (chyba nawet przeszlo pól godziny, ale juz nie badzmy drobiazgowi) i troche sie martwie czy tam wszystko w porzadku bo to troche dlugo.
Pani sie przejela, ze te 20 minut to faktycznie dosc dlugo i zaczela dzwonic.
Najpierw musiala numer do przechowalni zdobyc, a to wymagalo dwóch telefonów, a pózniej zaczela dzownic do przechowalni.
Nikt nie odbieral i po wyrazie jej twarzy widzialam jak przestaje mnie uwazac za spanikowana paranoiczke.
A czas plynal i moja odprawa wlasnie sie zaczynala.
Pani z informacji powiedziala ze zadzwoni do nich za 5 minut i ze mam poczekac.
zeszlam na bok i czekam.
Druga próba byla sukcesem i zalecono mi udac sie do okienka.
Do okienka pobieglam tak szybko jak juz dawno nie bieglam.
W okienku byl ten sam facet który pobieral ode mnie bagaze i nawet nie zawraccal sobie glowy kwitkiem tylk od razu pobral moja walizke z dolnej pólki i mi ja wydal. Oczywiscie usilowalam go przepraszac za te panike, ale chyba musialam nie byc najgorszym przypadkiem w jego karierze bo tylko wzruszyl ramionami, ale nawet nie prychnal na mnie ani nic. Przynajmnie nie na glos ;).
No moje plany ze cos-tam-cos-tam sklepy nie bylo juz czasu.
Na fali adrenaliny niesona odprawe przeszlam jak przecinak i uznalam, ze jednak zywnosc jakas na kolacje w pociagu sobie kupie. Udala msie wiec do kawiarni w poczekalni i stanelam kulturalnie w okienku, spokojna, ze cokolwiek tam kupie bedzie lepsze niz to co moze mi zaoferowac moj adoptowana kraj.
Przede mna stala w kolejce drobna dzieweczka - no dorosla baba to pewne ale dopuszczam, ze jeszcze po tej mlodszej stronie 30tki.
Znaczy pokolenie Y.
Kolejka troche byla dlugawa, w sensie, ze dluzsza niz chlodnie z pozywieniem, ale przesuwala sie znosnie. Ja moimi manelami - znaczy walizka i torebke, dziewczka przede mna mil tego towau jakby wiecej. Ni z tego ni z oweg oodwrócila sie do mnie i cos wymamrotala patrzac na mnie wyczekujaco. Nie bardzo wiem co wymamrotala, bo doslownie mamrotala, nawet po angielsku ale z ciezkawym azjatyckim akcentem i bardzo cicho. Cos tam bylo o tej kolejce, ale slow odaje ni cholery nie moglam zatrybic co to bylo - pewnei ta adrenalina jeszcze mi uszy przytykala, ale cala soba sygnalizowala, ze czegos ode mnie oczekuje. Odparlam kulturalnie, ze "I beg your pardon?" myslac, ze powtórzy, ale ona tylko odwrócila sie do mnie tylem i kompletnie zignorowala.
Tak z perspektywy czasu i tego co bylo dalej to zgaduje, ze albo mialam jej te torby poniesc, albo zrobic za nia zakupy.
Ale moze sie myle i pytala sie czy chcialabym z nia zagrac w bakarata zeby zabic czas czekajac w kolejce...
Kto wie.
Kolejka sie przesuwala, a ja przestalam zwracac na nia uwage i skupilam sie na wyborze pozywienia. Wybór byl skromny wiec wybralam ten belgijski wafel (no co poradze Matylda, ja je nawet lubie byle nie czesciej niz raz na 2 lata ;) ) o jakas kanapke-okryjbide bo wybór tego wieczora byl mikry. Dalej byly pólki z napojami, troche trudniej dostepne bo akurat byly uzupelniane, niemniej jednak dostepne, bo ta cala sekcja jest samoobslugowa.
Kolejka oczywiscie utworzyla sie dalej i za mna.
Zblizamy sie do kasy.
Dziewczatka przed mna nagle odwraca sie do mnie znowu, ale ignoruje mnie (i slusznie) i zwraca sie do osoby za mna slowy "Prosze mi podal Cole". Toenm tak oczyistego oczekiwania, ze w tym momencie nie strzymalam i w myslach nazwalam ja Hinduska Ksiezniczka.
Osoba za mna - kobieta chyba po drugiej stronie 50tki popatrzyla na nia jak na jakies zadkie zjawisko atmosferyczne, uniosla brew i nawet chyba ramionami nie wzruszyla.
Ksiezniczka poddala sie, a osoba za mna spojrzala na mnie tak jakby mówila "ty tez to slyszalas?". Wzruszylam jednym ramieniem i temat zostal zamkniety.
Przy kasie ksiezniczka poprosila o capuccino i cole.
Chlopak za lada az sie rzachnal - przeciez Cola stoi tam, dlaczego jej sobie sama... tu spojrzal na nia, machnal reka i poprosil kolege, który zapelnial pólki o podanie mu stosownej flaszki i przystapil do produkcji capuccino. W tym czasie chyba druga kasa obsluzylam mnie od lady odeszlysmy w tym samym czasie - Ksiezniczka z mocno nadeta mina i mocno dostojnym krokiem, a ja w tempie takim, ze Aston Martin Vulcan by mi pogratulowal pierwszorzednej turbosprezarki w silniku, bo obawialam sie ze faktycznie zadysponuje zeby jej bagaze poniosla.
Nie moglam sie nadziwic, tupetowi takiego mikrego stworzenia, az sobie przypomnialam moje hinduskie kolezanki - i to ze system kast jest jednak bardzo silny. Moja dawna sasiadka biurkowa z kasty kaplanskiej nawet jak za cos dziekuje, to takim udzielnym i laskawym tonam jakby to ona robila dziekowanemu przysluge. Druga z kolei okropnie nie lubi oddawac pozyczonych pieniedzy. Raz pozyczyla mjej kase na naprawe samochodu bo nabroila i chciala ukryc przed rodzina, a nie miala kasy wiec zeby nie placila odsetek kredytowych pozyczylam jej na miesiac albo i nawet dwa kwote X. Po miesiac po uzgodnionym terminie zwrotu i delikatnym przpomnieniu z mojej strony, oddala mi 90% kwoty X. Okropnie nie lubie sie upominac o takei rzeczy jak pieniadze od osób które lubie wiec moja strata, jednakowoz byl to ostani raz kiedy zaoferowalam jej taka usluge. Dodam ze ni bylo to 50 zlotych. do 50 zlotych to my sobie z delvix nawet nie oddajemy pieniedzy
Podróz pociagiem byla prawie komfortowa. prawie bo chociaz siedzialam sama w rzedzie to w innyc hwagonach musialo byc ciasniej i najpierw jakas wloszka przylazla klócic sie z kims przez telefon, bardzo glosno, a jak polaczenie sie zerwalo bosmy w tunel jakis wjechali, a moze przekroczyli granice z Francja obrazon wymaszerowala dalej, nastepnei wsiadl jakis obywatel o korzeniach z Afryki i bez sluchawek ogladal kazanie jakiegos kaplana ze swojego kraju, az go zmozyl sen. Niestety zajal cudze miejsce i ktos go wygonil on zas usiadl, znowu na dziko, blizej mojego rzedu i znowu zaczal sie usypiac tym kazaniem.
Z tej zlosci zjadlam kanapke chociaz wcale nie bylam glodna, a naprzeciwko mnie - bo mialam miejsce przy stoliku, dosiadl sie, tez na dziko, chyba-rosjanin-albo-inny-obywatel-bylego-ZSRR i zaczal jesc paluszki krabowe z jakims mazidlem wideo-rozmawiajac ze swoja polowica czy tam inna narzeczona.
Nie wiem czy te pluszki krabowe czy to mazidlo capily tak, ze balam sie przez chwile ponownego spotkania z ta kanapka!
Ale przezylam bez buntu fizjologicznego i wyprulam z pociagu, przeszlam kontrole (lekko zaskcozona, ze znowu kontrola, bo jakos tak zwykle bylo, ze kontrola byla tylko po jednej stronie), rozpedem dotarlam do samochodu ruszylam.
Daleko nie pojechalam albowiem bramka jak to bylo do przewidzenia nadal mnie nie rozpoznawala, ale zbrojna w zapewnie panów z obslugi parkingu, sprzed 4 dni pokonalam te przeszkode bez nadmiernego mrugania.
Dalej to juz tylko byly 2 godzinki jazdy mniej wiecej i nastapil koniec wycieczki pt Zdobywanie nowych sprawnosci w Belgii.

Monday, 11 March 2019

Dlaczego Wyspa przestala byc potega kolonialna? Czyli Katastrofy Naturalne w Kolchozie.

Zbieram sie do tej opowiesci jak sójka za morze, a rzecyzwistosc dodaje nowe epizody.

Zaczelo sie od niespodzianego prysznicu nad biurkiem Horror, jakies 6-7 lat temu.
Nikt sie tym za mocno nie przejal.
A juz na pewno nie ja.
Minely lata, pokatne ploteczki doniosly mi, ze budynek posiada rózne instalacje nie serwisowane od przeszlo dekady, ale oszczednosci itp.
Sarkastycznie pomyslalam, ze niech sie nie zdziwia wysokoscia tych oszczesdnosci jak cos w koncu powaznie nawali (fraza której uzylam byla nieco bardziej dosadna tak miedzy nami mówiac).

Zla godzina tylko na to czekala i jak F-117 Nighthawk, niepostrzezenie smignela nade mna.

F-117, ukradzione z internetów
Minelo pare lat, niejasno kojarze ze cos pocieklo na Poddaszu, ale bez wiekszych konsekwencji, az nadszedl rok 2018, a precyzyjniej jesen i znowu pocieklo w Lochach.
Tym razem niejako po przekatnej od poprzedniego incydentu.
Przez pare dni bylo osuszanie i o sprawie prawie zapomnielismy.
Przyszedl Nowy Rok i nastapil ten incydent z brakiem poczucia humory wsprawie Uchodzców z IS, o którym juz wspominalam - znaczy pocieklo dosc poteznie znowu w Lochach.
Wypowiedzialam prorocze slowa, ze zaczne pracowac pod parasolka i w kaloszach, bo te prysznice sie przemieszczaja i jak dotra do Akwarium, to ja wole byc przygotowana.
Zblizyl sie luty i moja eskapada do Belgii (wciaz zalegam z raportem powrotnym, ale cierpliwosci, zaraz sie wyjasni skad takie poslizgi), z której wrócilam i powitala mnie wiadomosc od M
"Dobrze, ze Cie dzis nie bylo bo od piatku ogrzewania nie dziala."
Wbrew frywolnosci reportu okazalo sie ze nie byl to krótki incydent.
Okazalo sie, ze padl komponent ukladu ogrzewania, którego nie da sie od reki wymienic.
W Kolchozie nastala Epoka Lodowcowa.
Czlowiek przychodzil do pracy i jako zywo jak na budowie u sp Chmielewskiej (chyba 3ci tom autobiografii), zaobserwowalam nastepujacy fenomen: czlowiek wchodzil do biura, leniwie scigal okrycie wierzchnie, wytrzeszczal gwaltownie oczy i czym predzej wbijal sie w kurteczke z powrotem, dokladal czapke i rekawiczki.
Jedna kolezanka Akwaryjna na przyklad usilowala pisac na klawiaturze w lapkach (rekawicach bez palców) - nie zniechecam do eksperymentów, ale uprzedzam - nie nastawiamy sie na sukces!
Ja osobiscie doszlam do etapu 3 warstw pod kurtka, zeby kurtka miala jakis sens czyli - zebym mogla ja zdjac w biurze - oraz pracy w rekawiczkach palczastych - tez nie jest to najbardziej efektywna metoda w temacie pisania na klawiaturze.
Dowód - mRufa-Biurwa pracuje w rekawicach
Kolchoz zaroil sie od czapek z pomponami, bo w tym kraju gruba zimowa czapka nie ma racji bytu bez pompona.
Kantyna zaczela wydawac gorace napoje za free - tzn na tzw zeszyt, bo przeciez za friko nie ma nic, a za zeszyt placila smietanka Kolchozu - czyli pracodawca yours truly.
Naród kolchozowy oczywiscie czym predzej zaczal naduzywac tego przywileju i przychodzili ludzie jak osmiernice z osmioma kubkami w rekach (jak ktos byl studentem to zna ten nawyk - jak cos bezplatne to trzeba sie najesc na zapas, no nie? No to prosze sobie wyobrazic ze wyspiarze nigdy z tego nawyku nie wyrastaja. O rytuale "zakupów" po sprzataniu lodówek kolchozowych jeszcze nie opowiadalam, ale moze powinnam. Prosze sie uprzejmi upomniec jakbym zapomniala!).
Kantyna mimo, ze wiedziala iz zostanie oplacona poczula moralny obowiazek ukrócic te zapedy, bo chodzilo o rozgrzewani ludu, a nie o gromadzenie przez lud zimnych-goracych czekolad (bo najdrozsze) ma biurkach.
Dodam, ze w Kantynie pracuje zawsze conajmniej jeden rodak i jedna rodaczka, wiec jak wprowadzili reglamentacje - jeden kubek na lebka, to od razu wiedzialam dlaczego, bo zostalam poinformowana.
Ale zanim sie dowiedzialam to byly sytuacje, ze rylismy jak nornice w Akwarium, jakkolwiek by to nie brzmialo i ktos sie wyrywal z grupowym zamówieniem, bo nie bylo czasu, zeby wiecej niz jedeno sie wyrwalo i wyslannik wracal z polowicznym zamówieniem bo mu sie pieniadz skonczyl - za nadprogramowe napoje trzeba bylo placic, wiec szlam z czyims kubkiem, zeby na moje konto zdobyc zyciodajna kawe czy inna herbate, bo sama nie pijam goracych napojów, nie ze w ogóle, ale nie mam fazy co nie?
Ale wracam do sedna.
Okazalo sie, ze ta uszkodzona czesc to jest prawie tak rzadka jak Tygrys Tasmanski w 1993 i w calym kraju sa tylko 2 sztuki zapasu i sprowadzenie potrwa tydzien (teraz juz tylko jedna!?!).
Bo musza wiezc ja konno z John o'Groats i jedyna droga prowadzi przez Land's End, a po drodze trzeba zatrzymac sie w Stone Henge i odprawic egzorcyzmy, zeby wypedzic z zapasu zlosliwe poltergeisty.
No trudno, jak mus to mus.
Jako osloda wystapily nastepujace kwiatki:
w jednej z kuchni padl podgrzewacz wody, a ze nowa administracyjna zaczela rzady w trybie oszczedzania (dla obeznancyh z tematem - jest to model biznesowy pt "liczymy spinacze"), to z dwóch podgrzewaczy na kuchnie, stopniowo (wraz z psuciem sie owych urzadzen) zeszlismy do jednego.
Parter ma najslabiej bo a tylko 2 kuchnie, ale pozostale pietra maja po 3.
Rzecz dzieje sie na Poddaszu (2 pietro).
Email do Administracji:
'Zepsul sie podgrzewacz, grzanie nie dziala, nie moge robic sobie goracej herbaty. Koniec swiata, Armagedon i 4 rech jezdzców Apokalipsy oraz Clancy - córka wojny.'
Odpowiedz ADM, z nieco wymuszona kurtuazja na koncu.
'Prosze korzystac z innych kuchni, bo sa jeszcze 2. Bedzie naprawione jak naprawimy. Sorry for the inconvenience'
Odp do ADM
'Ale tam sa kolejki. A poza tym ja tu mam swoja herbate i mleko. Jak zyc? Armagedon, apokalipsa, epoka lodowcowa, jestem wynierajacym dinozaurem'
ADM kulturalnie podjelo rekawice, ale zaczyna uzywac sarkazmu:
'Prosze pójsc z herbata w kubeczku i mlekiem w drugiej lapce, albo wrócic do swojej kuchni i tam nalac mleczko. Oraz mozna tez korzystac z kuchni na pietrze. Nie ma zakazu'

Tu zapytalam sie kto to, ale okazalo sie, ze nie znam, jednakowoz jest to mloda osoba, rodowita wyspowa, bez urazy, ale mówiac wprost pokolenie "Milenial".

Ksiezniczka Milenialna z oburzeniem:
'Ale to jest Health&Safety(niezgodne z BHP - a BHP to swietosc i aksjomat) hazard chodzic po schodach z goracym napojem. Armagedon i Apokalipsa i na dodatek Obraza majestatu'
ADM traci cierpliwosc
'Prosze korzystac z windy. Jeszcze dziala'
Wylam ze smiechu juz przy sarkazmie.

Niestety F-117 Nighthawk nie skonczyl swojego zgubnego kursu nad nami.
Ale to za chwile.

W akwarium przemeczylismy sie tydzien, wprowadzajac karniaki dla kazdego, kto zapomnial zamknac drzwi do akwarium wchodzac lub wychodzac bo kolo poludnia od chuchania kilku osób zaczynalo sie robic moze neico armoatycznie, ale temperaturowo znosnie.
We wtorek po po naprawie Kolchoz byl jeszcze zimniejszy niz przed, a ktos z nas odkryl, ze z nawiewów wentylacyjnych wieje zimnem.
Zaprotestowalismy, mówiac ze ta odrobina smrodu nam mniej szkodzi niz dodatkowa porcja chlodu, ale administracja poinformowala nas, ze to koniecznosc bo uklad zamkniety i bysmy sie podusili.
Na co ja odparlam, a kolega P mnie poparl, ze biorac pod uwage sytuacje, jestem sklonna zaryzykowac uduszenie sie jesli unikne od tego hipotermii i hibernacji - mój organizam ma jakies geny niedzwiedzia brunatnego albowiem w niskisch temperaturach robie sie bardzo senna i usiluje hibernowac.
Niestety nie udalo nam sie pokonac socjalistycznej natury wyspowej administracji.
Minal kolejny dzien. Oznajmiono nam triumfalnie, ze grzanie dziala.
Organoleptycznie stwierdzilismy, ze owszem, nadal swietnie chlodzi. Oznajmiono nam ze trzeba system odpowietrzyc, a trwa to dosc dlugo, bo robi to jeden facet z kubelkiem, a ma do obskoczenia 500 zaworków ulozonych losowo, zas mapa systemu dawno zginela, no a on musi robic wszak przewy zgodnie z przepisami BHP!!
Pod wieczór zaczelo sie robic jakby mniej lodowato, wiec nabralismy nadziei.
Przyszedl kolejny dzien i przyniósl lodowata mgle na zewnatrz, a w srodku tylko chlody. Temperatura rzadko przekraczala 13 stopni, a w Lochach osiagala szatanskie 11 stopni.
To juz nawet w najczarniejszych czasach Planety Ojczystej wysylano nas przy takiej temp do domu.
Zasugerowalam, ze pewnie jakis geniusz wylaczyl grzanie na noc.
Zostalam zlinczowana, ze ABSOLUTNIENIEMOZLIWE, bo chodzil ocala noc.
Ja wiedzialam swoje i dalej sialam niepokój spoleczny i zlosliwe komentarze na temat walorów intelektulanych niektóreych pracowników administracji szczególnie zas kierownictwa.
Kolejnego dnia powiedziano nam, ze niechcacy ktos wylacznika czasowego nie dezaktywowal i grzanie na noc sie wylaczalo.
Triumfowalam w ciszy bo oczywiscie nikt mnie za lincz nie przeprosil.
A pod koniec dnia zrobilo sie na tyle cieplo, ze zdjelam wierzchni sweter!

Przez ten caly czas nikt nie wpadl na pomysl zeby sciagnac ogrzewanie przenosne - to znaczy ja uwazam, ze nasza szefowa administracji nie chciala zaplacic - a nasze propozycje przyniesienia indywidualnych grzejniczków (ja mam 3 z czasów gdzy mi grzejnik w sypialni zdechl w poprzednim kwadracie) zostaly storpedowane, ze nie wolno, bo stracimy ubezpieczenie (bylam bliska zlamania tych warunków ubezpieczenia, ale nie zdazylam). 
W polowie drugiego tygodnia dopiero padly slowa ze Kierownictwo przyjzy sie pomyslowi sciagniecia jakichs kombajnów do grzania. 
Co oczywiscie nigdy nie nastapil, bo juz zdjelam wierzchni sweter.

Wychodzac z pracy zegnalam sie z M zartujac radosnie, ze wreszcie koniec, gdy ktos ja zawolal bo na Poddaszu jest awaria zwiazana z woda.
Nieco sploszona tym komunikatem ucieklam z budynku zyczac jej powodzenia.
Otóz pocieklo z jakiejs rurki, ale dosc sporej bo jak poszlo to struga.
Geniusze wokolo stali i nagrywali na telefonach, zamiast pedzic i zamykac zawory z woda.
Nastepnego dnia byl piatek i wejscie do budynku powitalo mnie napisem - Zalalo nas.
Okazalo sie ze zalalo istotnie, ale cieplo jest nadal, wiec moze jakos damy rade.

Tylko jedna z wind zostala z nienacka wyposazona w luksus w postaci wbudowanego prysznica.

Mnie sie to bardzo podobalo i juz robilam liste osób, które wysle na przestestowanie atrakcji, ale to cholernie Health&Safety znowu sie wtracilo i zamkneli te winde.

Ale zanim to nastapilo, to wydarzyla sie kolejna cudna konwersacja.
Kolezanka z poddasza poszla zglosic ten prysznic do zastepcy szefowej administracji (szefowa administracji i Administracja to dwie rózne instytucje. To pierwsze to funkcja kolchozowa odpowiedzialna za liczenie spinaczy obsadzone przez dwóch geniuszy, to drugie zas to konkretna grupa uslugowa odpowiedzialan za konkretne dzialania celem adminitrowania budynkiem, a takze pracodwaca M), którego chwilowo nie bylo na stanowisku pracy.
Nie bylo go dosc dlugo i jak wrócil to planowal isc na lunch ,ale nie dal rady bo rzucili sie na niego rozmaici pracownicy w sprawie tego prysznica. Wsciekly pognal do kolezanki z Poddasza z planem zrobienia jej awantury, ze nasyla na niego rozzarta tluszcze, ale zle trafil.
Bo akurat tej kolezankce z Poddasza ciezko podskoczyc.
Kumplujemy sie. Czy musze tlumaczyc wiecej? ;)
Nastapila taka rozmowa:
- W windzie cieknie woda, nie jestesmy przekonani czy to bezpiecznie?
- Bzdura. Nic sie nie dzieje, czego sie czepiasz.
- No nie wiem - woda i prad to slaba kombinacja, szczególnie jak woda cieknie z zarowek.
- Bezpiecznie. Przeciez sa zarówki w basenach.
- Ale to sa zarówki w wodoszczelnych instalacjach debilu, a te w windzie nie sa!
Nic nie koloryzuje - zastepca szefowej administarcji pobiegl pózniej do Administracji poskarzyc sie ze zostal zmieszany z blotem przez kolezanke z Poddasza.
Winda zostala zamknieta (jak mówilam wczesniej - F-117 Nighthawk jak zawsze niezawodny), a ja przy okazji dowiedzialam sie skad ten prysznic sie w ogóle wzial - otóz ten facet co te 500 zaworków bez mapy odpowietrzal, zostawil pod jednym nieco cieknacym wiaderko i rano jak wlazl tam celem kontynuacji pracy zapomnial o tym wiaderku i wchodzac z rozmachem kopnal pelne po nocy wiaderko, a woda poplynela jak mogla, a mogla wylacznie do szybów windowych.
Po tak atrakcyjnym finale nastapil weekend.

A w poniedzialek dostalam sms od kolezanki akwaryjnej informujacej mnie, ze pekla potezna rura (która okazala sie uszczelka od poteznej rury) ogrzewania (które okazala sie zwyklym wodociagiem) i poszla taka ilosc wody, ze Kolchoz stal sie luksuswym obiektem rekreacyjnym z relaksacyjnym basenem na kazdym pietrze, wiec dla celów zarobkowych przebranzowujemy sie w spa, a pracownicy niech sobie radza sami.
Jak sie dobrze przyjrzec to widac dodatkowe atrakcje w postaci deszczu z sufit
Dalej to sie okazalo, ze niestety spa sie nie sprawdzilo, bo podwieszane sufity zaczely spadac na kazdym pietrze, gdyz baseny musialy byc ciagle zasilane, a woda dostala sie pod podnoszone podlogi i niestety o ile zarówki w basenach to owszem przejda, to standardowe przewody wysokiego napiecia juz nie za bardzo.

No i teraz na powaznie:
Fadera zaklad tez zalalo. Pare lat temu. Mokre grube mury. Woda po kostki itp. Owszem mniejszy obszar niz Kolchoz, ale nawet patrzac proporcjami.
Zaklad (instutyacja edykacyjna dodam, wiec nie jakies milionery) jeszcze tego samego dnia sciagnal sprzet i fachmanów, wode wypompowany, a zalane mury osuszono w 3 dni. Mowa o kilku pietrach, owszem jedno skrzydlo, ale powiedzmy 1/3 Kolchozu.
Plus Kolchoz to glównie metalowy stelaz z kartongipsowymi sciankami dzialowymi.
Kolchoz, w kraju zdawac by sie moglo rozwinietym, fakt ze z Monarchia, ale mimo wszystko. Dawna potega kolonialna, jeden z glównych graczy w Unii (oczywiscie ogólnie bo w tej chwili to glównie czarna owca itp).
Ubezpieczenie zostalo wezwane dopiero 2 dni po zdarzeniu - i nie ze sie ociagali z przybyciem jakos szczególnie, tylko nie zostali wezwali od pierwszego kopa.
Wezwani ubezpieczyciele do oceninia szkód tez nie przybyli od reki, ale na drugi dzien, a sprzet do osuszania z agregatami, bo woda autentycznie dostala sie do kanalów z pradem, wiec prad zostal wylaczony po poludniu pierwszego dnia - dobre i tyle - nie zostal zamówiony dopóki ubezpieczyciele nie dali zielonego swiatla.
O pracy po zmroku nie bylo mowy, bo Health&Safety, wiec pierwszy tydzien zakonczyl sie tym, ze pozwolonow nam pobrac laptopy jesli ktos na weekend zostawil.
Pierwsze dni nikt poza grupka laptopowców nie mógl pracowac, a pierwsza dyrektywa Lochów bylo znalezienie lokalizacji dla kierownictwa. (!?!?)
Jako osoba bez internetu bylam jedna z tych odcietych od swiata i pierwsze dni spedzilam koczujac w kuchni Urosza i jego Polowicy. Drugi tydzien spedzilam pracujac na niestabilnym darmowym wi-fi pozyczonym wciaz od Urosza.
Pod koniec drugiego tygodnia bylam w tak swietnej formie, ze podczas spotkan zdalnych ignorowalam pytania, bo jedyne slowa jakie cisnely mi sie na usta byly w najlepszym przypadku niecenzuralne, a zwykle byly to po prostu inkantacje do Cthulhu.
W pierwszy tygodniu zle wiadomosci byly dawkowane, w drugim juz wiekszymi porcjami, az w koncu jawnie powiedziano nam, ze do konca Marca to bedzie suszenie, a naprawy i remonty to hohoho, albo i dluzej.
Polowa pracowników z finansów nie mogla pracowac, bo sa uzytkownikami PCtów, polowa reszty ma laptopy, ale maja sztywne IP wiec moga sie ugryz w trabke. Do ostatnie jchwili nie bylismy pewnie czy dostaniemy w lutym wyplate.
Kolchoz specjalizuje sie w rakcjach na katastrofy rozmaite i wsór innych podobnych organizacji bywa nazywany - uwaga, tu trzymamy sie mocno za brzuchy:
Hydraulikami Trzeciego Swiata.
Ladnie co? ;)
O dramatach zwiazanych z disaster recovery IT czyli nie wiem jak to sie moze po polsku nazywac, ale powiedzmy z uruchomieniem systemów w trybie awaryjnym i w lokalizacjach awaryjnych, bo owszem mamy cos takiego, ale podobnie jak instalacje w budynku, DR nie bylo od wdrozenia ani razu w pelni przetestowane - nawet nie wspomne, bo nawet teraz po tygodniu pracy w warunkach zastepczych nie umiem dopatrzec sie w nich humoru - a smiech przez lzy jakos mi nie lezy.

Ach - jeszcze wisienka na torcie - moi Wladcy z lochów po 3 tygodniach zamówili dla mnie gwizdek do mobilnego internetu!! Ja ten gwizdek chcialam kupic 3 tygodnie temu i dostalabym go w ciagu 2 dni. Ale nie dostalam zielonego swiatla.

I jak tak patrze na rózne inne aspekty biurokracji na Wyspie, regulacji, przepisów i innych takich, sa one wszystkie mistrzami w strzelaniu sobie stope, to ja jestem smiertelnei zaskoczona, nie tym co widze tylko tym, ze ten kraj kiedykolwiek byl jakakolwiek potega!
Przemyslowa czy Kolonialna.
Jedyne wyjasnienie - przez przypadek!

Z drugiej strony moze cos w tym bylo?

BO:
Obecnie siedze w biurze pokrewnej instytucji - tez charytatywnej.
Dzien przed przyjeciem nas pod skrzydla (Uchodzców z Kolchozu) padlo u nich ogrzewanie.
Znowu to samo Deja vu, co nie?
Na drugi dzien kazde pomieszcznie mialo przenosny grzejnik, wynajety z firmy która specjalizuje sie w wynajmowaniu grzejników.
A dwa dni pózniej ogrzewanie naprawiono.

Kurtyna.

Tuesday, 19 February 2019

"I po to ja szlam po deszczu?" czyli mRufa zdobywa Bruksele.

Nie mylic z brukselka, warzywem nienawidzonym przez mnie serdecznie i z calej silych mych kubków smakowych.
Bruksela to miasto. Z gatunku tych sporszych.
No moze Londek, Sydney czy Nowy York to to nie jest, ale na dajmy na to Wyspowe standardy - sporsze.
Ma w sobie duze budynki i waskie ulice.
A takze szereg kocich lbów i takich kamiennych plyt, co polane kropelka wody zamieniaja sie w lodowisko.
Ma tez autobusy, tramwaje, metro (wierze na slowo bo sie nie zapuszczam, acz wlazlam don czesciowo) i jak to zawsze ze mna bywa, powitala mnie robotami drogowymi.
Ale po kolei.
Z Bruges do Brukseli pojechalam ze reszta wyprawy, ale porzucilam ekipe juz na dworcu, bo mialam inne plany - otóz wpadlam na pomysl, ze zapytam jedna znajoma wirtualna czy mialaby chec spotkac sie na kawie gdziess w okolicy dwrocowej, bo jakos tak naiwnie i glupkowato myslalam, ze Bruksela dworzec ma tylko jeden, a przynajmniej jesli nie jeden to ten z pocigami do Londka jest jednym z glówniejszych, arteria miasta niejako.
Arteria to moze on i jest ale ta jej czescia w mniej chlubnej czesci miasta, cos jak w okolicy nerek powiedzmy.
Miasto ma bowiem stacje zdaje sie ze trzy i zasadniczo, dla normalnych istot ludzkich jest to uklad do ogarniecia, ale mamy tu do czynienia ze mna, czyli mRufa, wiec umówmy sie platanina okoldworcowa jest taka, ze mnie zaczyna bolec mózg, czyli jedyna czesc czlowiek która bole nie ma czym...
Ale do rzeczy - znajoma blogowa odparla (ku wlasnemu zaskoczeniu jak mi pózniej wyznala), ze bardzo chetnie.
Poniewaz dialog nawiazalam z nia za posrednictwem naszej wspólnej znajomej/przyjaciólki Margi to zaczely sie nagocjacje trójkata towarzyskiego, napedzanego mniej lub bardziej symbolicznie kofeina.
Niestety sily wirtualne sprzysiegly sie przeciwko tym planom i Marga zaniemogla calkiem, Matylda (która uparcie usiluje nazywac Matylka) tez miala trudnosci zdrowotne, a ja jako ta opoka, zmagalam sie z BSE i migrena, ale nie poddawalam sie nporowi niemocy.
Umówilysmy sie tedy z Matylda, ze dosiade autobusu numer 27, ma on kosztowac 2 Euro (sprawdzilam w internetach ze tak ma byc), pojade 14 przystanków i tam sie spotkamy i wymózdzymy co dalej.
Poczatek byl dobry - przechowalnei bagazu namierzylam blyskawicznie, w obu wydaniach - boxów i przechowalni z ludzkim obliczem.
W zwiazku z poniesiona strate piterausika z drobnymi, drobne wydawalam od reki i nie mialam dosc zeby skorzystac z boxu, co glupkowato powitalam z ulga i udalam sie do okienka z czlowiekiem, którego tam nie bylo. Troche sie zatroskalam, ale zanim zdazylam sie poddac i szukac sklepu zeby rozmienic banknot czlowiek sie pojawil.
Wyjasnilam mu moje zapotrzebowanie, na co on przyprawil mnie o lekkie zbaranienie bo powiedzial, ze box jest tanszy. Co to za zwyczaje, ze w kapitalizmie zarobic nie chca? Spotkalo mnie to juz raz w okolicy Poznania (wcale nie zamierzam tu zarcikowac tylko autentycznie, zapytany o cene parkingu za noc facet w strózówce w owym miescie odparl dosc smutno: "o, tu to drogo biora". Kolega który mi towarzyszyl powiedzial mi pózniej ze szczeka mu prawie opadla na takie dictum)
Wyjasnilam, ze mozliwe, ale ja nie mam jak zplacic za box, wiec czlowiek, plci meskiej dosc niechetnie wydal mi bilecik i pobral manela, a ja tylko sprawdzilam trzykrotnie ze usluga dostepna jest calodobowo i udalam sie radosnie uwolniona od ogona w poszukiwaniu autobusu.
Otóz ku mojemu zaskoczeniu jak juz sie z kazamatów dworca uwolnilam to na przystanek wlasciwy trafilam od reki i z zaskoczeniem odkrylam, ze nie dosc ze dlugo nie trzeba czekac na nastepny autobus to tak w ogóle poprzedni jeszcze nie odjechal. Rozwazylam opcje poczekania na ten nastepny, ale odrzucilam ja i dosiadlam tego pprzedniego.
Na dziendobry ucieszylam sie, ze nadal moge posluzyc sie jednym z dostepnych mi jezyków, nastepnie okazalo sie, ze mimo staran nadal mam za malo drobnych bo bilet kosztuje 2.5 Euro, ale to nie byl problem, bo kierowca poblazliwie zgodzil sie na skromny banknocik, a nastepnie zbaranialam po raz pierwszy bo ilosc miejsc siedzacych byla tak duza ze nie moglam sie zdecydowac i wybralam dosc glukopwato siedzenie na pieterku.
Przed mna nieco nizej siedzial jakis "rdzenny" tubylec który usmiechal sie do mnie bardzo przyjaznie i chyba nawet cos zaczal zagadywac, ale ja byla mzbyt skupiona na wyoborze miejsca i z przyjemnym wyrazem twarzy zignorowalam go kompletnie.
Usiadlam, i zaczelam sie ogarniac - bo juz jeden piterausik postradalam, a wolalabym nie postradac wiecej, a takze pamietna porannego dramatu z kwitkiem za noclegi usilowalam bilet upchnac gdzies gdzie jednak go nie zgubie (i slusznie jak sie pózniej okazalo). W tym czasie tubylec parokrotnie odwracal sie do mnie i usmiechal zachecajaco.
W koncu jak juz przestalam sie miotac jak wsza na grzebieniu, odwrócil sie ponownie i bardzi radosnie powiedzial do mnie "Bonrzur".
Z rozpedu odparlam rózniw grzecznie to samo.
Zachecony moja 'rozmownoscia' tubylca zaszwargotal cos radosnie i tu juz wrócily mi zdrowe zmysly przynoszac mysl - o cholera, on mnie podrywa i druga - jak to dobrze, ze nie znam francuskiego.
Odparlam mu bardzo przepraszajacym tonem po angielsku, ze przepraszam, ale nie wladam jego narzeczem, on mi grzecznie powiedzial ze "mersi".
Nawet nie zdazylam sie przestraszyc, ze moze zna angielski!
I tak skonczyl sie mój pierwszy od blisko roku nowy romans.
Zeby nie bylo, nie byl jakis szpetny czy cos, po prostu nie w glowie mi romanse jak usiluje liczyc przystanki.
Pokaralo mnie od razu albowiem w tym momencie autobus minal taki oto placyk


i wjechal w objazd sporawych orbót drogowych, a ja sie sploszylam bo ekran w autobusie przestal pokazywac cokolwiek, zas lektor mówil jakies strasznie herezje - tzn to co mówil nijak sie mialo do tego co czytalam na pryzstankach.
W takie panice przeczekalam jakies 3 przystanki po czy staly sie rzeczy trzy - mój niedoszly adoratow mnie porzucil wysiadajac, ekran ozyl i nastapil zmasowany desant kanarów. Srednio wypadlo po póltora kontrolera na pasazera. Byli super grzeczni, ale i tak w pierwszej chwili zbaranialam bo nie od razu sie zorientowalam co sie dzieje - rzaden nie wyjal kapci z torby i nie próbowal crowdsufingu i dopiero lak ludzie zaczeli wyskaiwac z biletów to ogarnelam stupor i wykopalam swój bilet oczywiscie jak tylko mi sie udalo przypomnie gdzie go upchnelam.
Dalej to juz bylo z górki bo i lektor przestal herezje mówic i ekran w autobusie wspólpracowal, wiec zgadlam, ze objazd sie skonczyl.
Do celu dotarlam i dostalam dalsze instrukcje.
Ze za okolo pól godzinki pojawi sie Matylda, jest wysoka, w granatowej dlugiej kurtce, dzinsach i UGGsach. Z taka instrukcja to zrozumialam, ze zblizy sie do mnie na piechote, wiec pieczolowicie ogladalam obuwie wszystkim jednastkom plci zenskiej jakie pojawialy sie na horyzoncie, piszac w odpowiedzi maile, ze ja to jestem niska,kulista i cala na czarno minu chafty na dzinsach.
Z jakiegos powodu telekomy nas nie lubily, bo doszla w koncu wiadomosc "wez odbierz telefon bo jezdze wokolo" zglupialam, bo jako zywo, telefon mam w garsci i milczy kamiennie. Ale skoro tak to zadzwonilam.
"Nie mam tu gdzie zaparkowac to jak rozpoznasz mnie to mi pomachaj"
Tu prawie sie posmarkalam bo ja na te buty patrze, a przesz te buty beda w samochodzie, ale nic nie mówiac, zmienila kryteria wyszukiwania i zaczelam rozgladac sie za stosownym autkiem. W tym akurat jest chyba nawet lepsza niz w rozpoznanwaniu ludzi po obuwiu, wiec juz po chwili podskakiwalam i machalam rekami jak sama nie wiem co i Matylda zatrzymala sie przyjmujac mnie na poklad.
Wymienilysmy sie podarkami, a j sie poczulam slabo bo moje wszystki jedalne, a jej mam na pamiatke wciaz, ale nic to - nadrobimy inna raza.

I zaczelo sie popoludnie pelne rozmowy, smakolyów, deszczu, smiechu, deszczu, koronek i deszczu.

Najpierw okazalo sie, ze jestem pierwszym fussytarianinem jakiego poznala. To znaczy pierwszym jawnym fussytarianinem. Bo wyciagalam z veggie-burgera wszystki listki roszpunki. NAwet takie malutkie. Dobrze, ze mnie nie znala jak bylam wegetarianka - potrafilam wylawiac z potrawy wysztkie widzialne i wyczuwalne kawaletka padliny.
nastepnie byla dziwnie kwasna kawa (Matyldy) i mala tarte z malinami (moja), dalej bylo ogladanie róznych kawalków Brukseli w mój ulubiony sposób bo z okien samochodu, a pózniej zaczal padac deszcz.
I jak zaczal padac deszcz Matylda postanowila wyprowadzic mnie na spacer.
Z lekki mniedowierzaniem usilowalam ja zniechecic, ale widzialam ze strasznie ma sie chec przejsc, wiec nawet wielkodusznie zaproponowalam, ze ja poczekam w samochodzi, a ona niech sie nie krepuje i rozprostuje nogi, ale nie. Goscinnosc nie pozwolila jej mnie zostawic i w koncu uleglam.
Nadeta na ten deszcz, odkrylam z lekkim przytupem, ze o ile kocie lby to jaeszcze jakos ogarniam (przetestowane w Bruges) to te takie dziwne kamiennie plyty z ta odrobina way to takei sa ze lodowisko to przy nim ze wstydem sie chowa pod stolem i cicho popisukje z zalu.
Druga prowadzila w dól.
Rozwazalam czy wisc czy po prostu usiasc i statecznie dac grawitacji pole do popisu, ale opanowalam sie i z godnosci krokiem posuwistym ruszylam za towarzyszka.
Zeszlysmy.
po prawej gromadzila sie nieco ludnosci, ale tak niezby gesto, wiec nawet przez ten deszcz nie próbowalam spod kaptura sie im przygladac.
Ale Matylda powiedziala, zebym spojrzala.
Z grzecznosci, zeby nie urazic gospodyni spojrzalam.

Goly dzieciak z siusiakiem.
Niedowierzajac spojrzalam ponownie i z ust mych korali wyrwalo mi sie z glebokim niedowierzaniem:
"To po to mnie tu po tym deszczu ciagnelas??"
"Tak" odparla stanowczo moja kolezanka juz-nie-wirtualna.
Rechot w duecie sprawil, ze zjechalam jeszcze troche po sliskich plytach.
"Maly taki troche" odparlam niepewnie.
"A owszem wszyscy tak mówia"
"Patrz, nie chcialam go ogladac, a zobaczylam"
Ponowny rechot, nadal w duecie i juz zamierzalam sie odwrócic i isc dalej ale moje kolezanka ani drgnela.
Patrze na nia badawczo i w koncu do mnie dotarlo.
"Co? Mam mu zrobic zdjecie??"
"No moglabys" z lekkim (mikroskopijnym) wyrzutem odparlam Matylda.
"A musze?"
...potepiajace milczenie...
"No dobra, ale tym gorszym telefonem"
"Ale jestes!"
"No co, niech sie (gówniarz)cieszy ze w ogóle go ogladam, bo przeciez wcale nie chcialam!" buntowniczo odpralam ja, swiadoma ze w kazdej chwili moze sie okazac, ze na pociag ide piechota ;).
Czego nie powiedzialam, to ze ja tego gówniarza rznacego po katach to juz 2 lata temu glupkowato szukalam w Bruges!! ;)
I w ten sposób prosze szacownego grona zaliczylam niechcacy jeden z landmarków starego miasta w Brukseli.

Po chwili spaceru z podziwianiem przepieknych koronek na wystawach (którymi zachwycalam sie tez w Bruges) znalazlysmy sie na przepiknym placu, otoczonym kamienicami udekorowanymi w supermisterny sposób i oglónie, zeby nie deszcze to zachwycajacym.
Placyk zostal zaszczycony zdjeciami tym lepszym telefonem, ale nie wrzuce ich tu na razie bo nie mam sily wlaczyc z ich odchudzaniem (zdjec) w dniu dzisiejszym.
Mozliwe, ze wkrótce dodam errate.
W koncu Matylda zapytala na co mam ochote/co bym chciala zrobic, na co odparlam z glebie serca:
"Siku."
Okazalo sie to sporym wyzwaniem bo podobnie jak inne znane mi stolice Bruksela nie obfituje w wychodki dla turystów.
Ale kolezanka wyzwanie podjela, dowlokla mnie do samochodu - pod góre te plyty chodnikowe byly jeszcze bardziej sliskie (wspominalam juz ze padal deszcz?) i udalysmy sie do bardzo sympatycznego baru o nazwie Szare Gesi, chociaz maniacko odmawialam im liczby mnogiej bo "Grey Goose" brzmiala mi lepiej.
Nie, nie jest to mój ulubiony trunek :P
No i tam wreszcie dopadlam wychodka i okazalo sie ze mnie po prostu dopadla fizjologia, co zawsze objawia sie tym samym - czuje sie jakby mnie ktos podizbal na kawalki, a nastepnie zlozyl do kupy przy pomocy druta kolczastego.
Po opuszczeniu przybytku natknelam sie na Matylde z deska kuchenna w reku. Zanim zdazylam zpytac do czego jej ta deska, wreczyla mi ja i ruszyla do baru, a ja za nia.
Zpytala barmana o stolik, a on dpral jej na to, ze jedzenie o tej porze nie serwuja.
N to dictum obie nieco zdebialysmy, ale moja kolezanka przytomnie odparla, ze nie zameirzamy jesc, tylko pic. Barman na to wskazal na mnie ipowiedzial, ze trzymam menu obiadowe.
Prawie rzucilam w niego ta deska, która glupkowato trzymalam jak tarcze i zgodnie objawilysmy, ze nic oprócz herbaty nas nie interesuje.
A prosze, bardzo pic mozemy co chcemi i nawet maja wlasnei happy hour na koktaile.
Niestety w koncu wszystk oco dobre sie konczy i Matylda wbrew swoim wstepnym zastrzezeniom postanowila podwiezc mnie na sam dworzec, co powitalam z wdziecznoscia bo ten deszcze jednak nadal padal.
Pozegnawszy nowa nabyta kolezanka, wzajmnymi zapewnieniami, ze jeszcze taka okolicznosc powtórzymy, udalam sie w czeluscie dworca, ale co bylo dalej zsluguje na osobny odcinek, wiec w tym miejscu podziekuje na razie za uwage :).