Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Monday, 17 July 2017

mRufa w majonezie i czemu planowanie mija sie z celem, aka 'wsciekle gacie'.

Otóz, jak dopadnie mnie faza Niszczyciela to lubi mnie trzymac tygodniami. Wlasciwie to czasem sie zastanawiam czy nie jest to stan permanentny, okazjonalnie przerywany okresami nieaktywnosci.

I tak od kilku tygodniu czekam na te nieaktywnosc z wytesknieniem.
’ Alas, to no avail’, ze tak z obca westchne.
Otoz zaczelo sie od tego, ze moja wyspowa przyjaciólka od krysztalów – Judi wraz ze swoim partnerem/narzeczonym postanowili zalegalizowac swoj status spoleczny i zamieszkac w “instytucji” (parafraza od “Marriage is a great institution, but who wants to live in an institution, right?”).
Wybrali termin, lokal, zakupili kreacje, a nastepnie wpadli na genialny pomysl zaproszenia mRufy. Oczywiscie zaprosili tez kilka innych osób. Tak kolo 20stu w sumie.
Ceremonia zatem miala byc niskoprofilowa, bo oboje byli niejako z odzysku, czyli recydywa w instytucji.
Prikaz byl ,ze stroic sie nie trzeba, chyba ze sie bardzo chce.
Oczywiscie ja sie postanowilam wyelegantowac coniebadz, mianowicie najpierw wpadl mi do glowy glupi pomysl, ze sie zestroje w sukienke.
No wiem, idiotka.

Ale szybko mi przeszlo.
To znaczy szybko jak szybko – najpierw uzanalam, ze ta ze slubu Jase’a na pewno sie nie nada bo bedzie mi za goraco (i slusznie bo byloby), a nastepnie jak sie okazalo, ze odkladanie rozpoczecia diety do ostatniego miesiaca przed impreza to byl slaby pomysl i odkrylam, ze o ile miescic sie w kiecce mieszcze, to wcale nie znaczy ze chce w niej paradowac na baletach, jakie by skromne nie byly. Usilowalam zatem kupic sobie jakas nowa kiecke.
No wiem brzmi to jak burzujskie rozpasanie, ale wyjasnie, ze gdybym kupila te nowa kiecke, a nie kupilam, to mialabym na stanie kiecki 2 – slownie DWIE.
Tak, ze prosze tu z potepieniem glowa nie kiwac, bo 2 kiecki w szafie kobiety to jednak nie jest jakas wielka dekadencja.
A poza tym jak juz rzeklam – nie kupilam.
Ale zanim podjelam te decyzje, podczas ogladanie kolejnych kilku potencjalnych kreacji na www  odbyl sie nastepujacy dialog miedzy mna, a dzielnie mi kibicujaca M:
M – no i po co Ci taka kiecka?
-  Bo mi sie podoba! (buntowniczo odpowiadam)
M – Ale przeciez jej do niczego wiecej nie zalozysz.
 - No wiem. (z niechecia przyznaje ja)
M – Przeciez mozesz zalozyc te co kupilas do Jasona...
- No moglabym... (i ze stracencza brawura, a moze desperacja dodaje), ale dlaczego ja musze isc dwa razy z rzedu w tej samej sukience, skoro to moj drugi slub od 11 lat??
M – (z namyslem, i blyskiem zrozumienia w oku) No masz racje. Kup se te kiecke.
- No. (po chwili z rozgoryczeniem) Och qrwasz, nie ma mojego rozmiaru.
I tak bylo jeszcze pare razy, bo a to kolory nu bylo w rozmiarze, a to rozmiaru w kolorze, a to cena przerastala nawet moja brawure i determinacje.
Namyslilam sie w koncu, ze w dupie z kiecka, nie bede sie wyglupiac i wykombinuje inna kreacje. Szczególnie, ze mialam takie fajne spodnie na stanie, kupione z pol roku wczesniej, ewidentnie wieczorowe, z rozporkami na zakladke na nogawkach, az do bioder (rozporki nie spodnie - spodnie byly do pasa. Od ziemii).
O 15 cm za dlugie przy tej ziemii.

To troche byl problem, bo ciagnely sie za mna te nogawki jak 2 powlóczyste treny, ale prosta konstrukcji nogawek i M z maszyna i stosownymi umiejetnosciami daly mi nadzieje, na szybki fix.
Bazujac na tych powloczystych nogawkach w kolorze granatowym rzucilam sie poszukac jakiejs stosownie eleganckiej gory, bo tego akurat nie mialam.
Tu na ratunek przyszedl pewien nemiecki sklep (co to Marge zmusilam w zeszlym roku, zeby mnie do takiego zabrala) i zaprezentowal wyprzedaz, a na tej wyprzedazy bardzo sympatyczny azurowy zakiet w koloze niebieskim.
Do tego dobralam w jasnym odcieniu koszulke bez rekawa celem rozjasnienia calej gory wzgledem dolu i czekajac na dostawe pomyslalam, ze buty by mi sie tez przydaly.
Owszem, butów mam tyle, ze moglabym obdzielic nimi niewielka wioske Amazonek, pod warunkiem ze rzeczone Amazonki nosilyby rozmiar pomiedzy 39, a 40.
Ale jak niektóre kobiety lubia torebki, tak ja lubie buty i tyle.
Nie, ze bylam uparta, ze musze cos kupic, no nie, ale zerknac nie zaszkodzi, se pomyslalam. Zerknelam sobie zatem, z mysla przewodnia, ze w zasadzie to letnie obuwie by mi sie przydalo, a jakby bylo granatowe albo niebieskie to bym mialam jak znalazl do uzupelnienia kreacji.
Traf chcial, ze wpadly mi w oko balerinki na lekkim koturnie (3cm) z fantazyjnym paseczkiem (na skos). Cena troche rzucala na kolana, ale pomyslalam sobie, ze ostatnio letnie obuwie kupowalam w 2014 i nosze je do dzis (slynne emeryckie snadaly), wiec o ile kolejnych botków uzasadnic nie mam szansy to letni obuw spokojnie, przepchne przez dowolny audyt.

Doczekalam do wyplaty i zamówilam.
I tak czekajac na dwie rózne dostawy w weekend popedzilam z portkami w garsci i prosba w oczach do M.
Portki zostaly skrocone, jak trzeba, a ja czekalam dalej.
Najpierw przyszedl mail ze sklepu z butami, ze wysylka jest opozniona co mnie troche dobilo, bo oznaczalo, ze jesli dotra na czas to bedzie na styk czyli zero pola do manewru w razie wtopy. Nastepnie doszla kreacja, czyli zakiet i koszulka.
Zakiet okazala sie petarda, a koszulka okazala sie granatowa...

Tu mi szczeka opadla bo jak slowo daje zamawialam przykurzony blekit, zeby rozjasnic gore.
‘No cóz’, pomyslalam z rezygnacja, ‘tak to bywa z wyprzedazami’.
Swego czasu zamawialam dla dElvix turkusowe watowane okulary na biust, a przyszlo cos malutkie i plaskate i okazalo sie majtkami w kwiatki ,w rozmiarze ani na nia, ani na mnie.

Poza tym co by nie powiedziec koszulka z zakietem prezentowaly sie super.
Zachecona zalozylam do kompletu portki i zrobilam sobie sesje zdjeciowa (bo nie mam lustra).
Obejrzalam zdjecia, skasowalam je i powtórzylam sesje z nadzieja, ze aparat sie pomylil.
Nie.
Nie pomylil sie.
Skrócone spodnie stracily calkiem swoja powlóczystosc i zrobily sie po prostu szerokie – mówie o nogawkach – tylek byl jaki byl i tu zludzen nie mialam, ale nóg slonia, mimo caloksztaltu to ja jednak nie mam, wiec totalnie nie widze powodu maskowania ich szerokimi nogawicami do ziemii.
Granatowa koszulka mimo, ze pod niebieskim zakiecikiem prezentowala sie ladnie, to w zestawieniu z tym szerokiem dolem w tym samym odcieniu zlewala sie tworza jedna bryle, rozczulajaco spetana od góry siatka w kolorze niebieskim...
Nosz kur zapial, pies zaszczekal, ale w takim stroju to ja moge ewentualnie na zniwa sie wybrac, a nie na slub.
Troche sie przylamalam.
No dobra wpadlam w rzetelna rozpacz, bo do imprezy sa 3 dni, a ja z golym tylkiem...
Uzalilam sie nawet Faderowi, a ten z wyjatkowa znajomoscia tematu wytknal mi, ze przeciez mam tyle ladnych spodni, troche krótszych moze, ale nadal wyjsciowych i po co ja sie wyglupiam.
Po pierwsze mial racje, bo o ile kiecke mam jedna to spodni mam tyle, ze oprócz butów moglabym te Amazonki odziac, pod warunkiem, ze wszystkie nosily by rozmiary z sekcji “plus” ;).

Po drugie zastanowilam sie i wyszlo mi, ze mam stosowne prawie nowe portki i nic nie musze.

Na dodatek upralam je po ostatnim noszeniu i sa po prostu gotowe to zalozenia.
Pozostalo mi tylko poczekac na obuwie, ktore zrobilo mi te uprzejmosci dotarlo we czwartek wieczorem i korzystajac z okazji klaniam sie uprzejmie kurieriowi Hermesa, który mimo, ze wlasnie konczyl zmiane, wrocil do mnie i dostarczyl mi przesylke (I byl shapeshifterem, bo nazywal sie Paul (na kartce tak napisal) i mowil przez telefon przyjemnym barytonem, a w drzwiach stanal w formie drobnej blondynki, w powiewnej sukience i mówiacej damskim altem).
Obuwie zostalo przetestowane w piatek.
W sobote po poludniu, wyliczywszy sobie czas (godzina pietnascie na dojazd plus pol godziny czasu na potencjalne pobladzenie) postanowilam, ze wyjade o 15tej (ceremonia od 17tej).

Zaczelam sie ubierac z lekkim opoznieniem, co mnie lekko zaniepokoilo, ale bez jakichs glebszych przemyslen.
W ostatniej chwili zmienilam zdanie co do obuwia i wskoczylam w moje dizajnerskie obcasy (jedyne dizajnerskie obuwie jakie posiadam), barwy jasny braz (pierwszy raz od prawie 3 lat), stwierdzilam ze dam rade wytrzymac w nich przynajmniej do zdjec, ale wezme pantofle bez obcasa na zmiane, zeby po zdjeciach zalozyc.
Ubrana juz i wytapetowana, wpadlam na pomysl zabrania jakiejs zapasowej bluzki, na wypadek jakbym sie czyms upaprala.
Wzielam zatem bluzke, te pantofle i dodalam do tego te nowe buty, flaszke z trucizna na droge, “kwiaty” itp i zaczelam pakowac to torby tekstylnej zeby przeniesc do samochodu.
Pakowanie wymagalo schodzenia do poziomu gleby wiec zeby nie pogniesc spodni wykonylam sklony.
 Pierwszy, drugi, trzeci... hm, co mnie tak zalaskotalo z boku?
Czwarty... HEJ!! Znowu??
Tu zaleglo sie we mnie zle przeczucie.
Wyprostowalam sie, pomacalam po tym laskotanym boku, ale nic konkretnego nie poczulam. Nie wierzac jednak, ze to bylo zludzenie, pomacalam sie nieco wyzej po boku i poczulam, ze spodnie stracily integralnosc...
“QRWA!” wyrwalo mi sie z glebi trzewi.
Zdjelam pospiesznie portki i przystapilam do inspekcji.
Puscil szew.
Nie na calej dlugosci tyko na kawalku miedzy paskiem a kieszenia.
Dodam tu, ze spodnie nie byly za male. Normalnie dejavu all over again jak powiedzialby Yogi Berra.
“Nosz cholera jasna” jeknalam z desperacja, siadajac bezradnie w samych niewymownych na kanapie, “I co ja teraz mam zrobic?”
Nawet poplakac sie nie moge bo mam juz otynkowana gebe i o ile tusz MAC moze i z potem sobie poradzi ale jak mi przeciekna oczy to cholera wie, a na zmywanie pandy to ja juz na pewno czasu nie mam.
Naprawic portek nie zdarze chocbym pekla, bo chociaz w temacie latania mam wprawe, to czasu brak na szukanie latki i cyzelowanie reczne.
Z calej sily usilowalam zapobiec skamienieniu, które probowalo mnie ogarnac i zaczelam bardzo ale to bardzo szybko przeczesywac pamiec pod katem posiadanych spodni, które moglabym zalozyc.
Wspomnialam pewne portki kupione przed laty w Oz, w stosownym kolorze, ale dawno nie widziane wiec rzucilam sie szukac na wieszakach, ale niestety nie bylo ich tam. Na kopanie w walizkach nie bylo czasu, bo mialam wyjechac 10 minut temu, wiec z desperacji zerknelam na pólke ze spodniami, wiedzac doskonale ze granatowych tam nie znajde.
Oczywiscie, ze nie znalazlam, ale znalazlam inne. Tez z Oz nomen omen. Z daleka bardzo ciemno szare, z bliska czarne w bardzo geste cieniutkie srebrzyste paseczki. Podobnej dlugosci i formatu jak te granatowe tyle ze bez kieszeni i bez otworu wentylacyjnego u boku.
Zalozylam, uznalam ze sie nie gryzie z góra, a nawet jakby sie gryzlo to mam to w dupie, wymienilam zapasowa bluzke z granatowej na czarna i pojechalam.
Zdazylam 10 minut przed rozpoczeciem uroczystosci, z roztargnienie pewnie nie zabladzilam, zaparkowalam calkiem blisko, wiec obcasy nie daly mi w kosc, przywitalam sie ze znajomymi osobami na zewnatrz, nastepnie w srodku natrafilam na dawnego znajomego, który uwaza sie za Casanove swojego pokolenia, który na mój widok najpierw sprawdzil co mam na nogach (a ja pogratulowalam sobie w duchu tej decyzji obuwniczej bo dizajnerski obcasy to jednak nie letnie balerinki w granacie z paseczkiem), a nastepnie przlepil sie na mur beton i butapren.
Znajomy jest kolega pana mlodego, ale pracowal ze mna przez rok albo i lepiej wiec nie zdziwilo mnie, ze odczepil sie od starszego pokolenia i przyczepil do mnie. Troche tylko zasoczylo mnie, ze przylepil sie do mnie do tego stopnia, ze w pustym rzedzie krzesel przytulil sie do mnie na calej dlugosci.
Jako rasowy jez przytulanek nie lubie, ale ze chlopak jak stoi nieruchomo i milczy prezentuje sie zupelnie pozytywnie to nie porachowalam mu zeber lokciem od razu, tylo troche pózniej i nie lokciem.
Odczepilam sie dopiero na czas przejazdu miedzy lokalem slubnym i przyjeciowy i nadrabiajac wczesniejsze niedopatrzenie czym predzej sie pogubilam bo mimo ze moja nawidakcja jest calkiem na czasie (w marcu aktualizowana) to jednak okolice imprezy rozbudowuja sie tak dynamicznie, ze po roku to cala wiecznosc.
Na przyjeciu okazalo sie, ze zostalismy obok siebie usadzeni z kolega, co mnie troche zirytowalo, a troche rozbawilo, bo myslalam, ze to przypadek, ale okazalo sie ze zarzadzila tak Panna Mloda, co z kolei mnie poteznie zaskoczylo, bo zna tak jego jak i mnie.
A tu taki akcent z przyjecia weselnego. O jadalnosci tortu sie nie wypowiem, bo torty Wyspowe prezentuja sie zwykle imponujaca, ale jadalnoscia nadmiernie nie grzesza. Odwrotnie proporcjonalnie mozna rzecz.
Dowcip polega na tym, ze chlopie jak otworzy gebe to musi byc centrum uwagi i koniecznie budzic podziw i zachwyt.
Z czasem nauczyl sie okazywac zainteresowanie rozmówca (rok kolo mnie siedzial w Lochach, no nie? Musial sie nauczyc, zeby przezyc). Ale jesli w rewanzu rozmówca nie zadawal mu otwartego pytania, zeby chlopiec mógl zablysnac, to siedzial z mina zbitego rotwailera... zbitego przez mala, ale zadziorna chiwawe. Widok skad inna histeryczny, ale nie mam w sobie az takiego sadysty na drugiego czlowieka.
Tak zakonczyl sie epizod "wscieklych gaci", ale nie weekend, oj nie.

Z tymi slubami to w ogóle dopust jakis bo w swoim doroslym zyciu nie pamietam jednego, który obyl by sie bez jakichs efektów specjalnych przed lub w trakcie, ale to osobny temat jednak ;)

No dobra juz sie streszczam, wiem ze wszyscy ciekawi sa tej mRufy w majonezie.
Otoz w niedziele po imprezie, czyli niedospana poteznie, postanowilam zrobic salatke ziemniaczana a'la Smoczynska. 
Przygotowalam skladniki- gotowane ziemniaki, por posiekany, ogórek kiszony i pozostalo tylko wykonac sos do tego – za Smoczynska robie miks – srednio pol na pol majonez i jogurt grecki.
Majonezu mialam koncówke w platykowej butelce, ale uznalam ze na taka ilosc salatki wystarczy, a jogurt w kubeczku, wiec strzachnelam butelka, zeby majonez splynal do szyjki butelkowej i otworzylam pokrywke, trzymajac butelka na miseczka, pod lekkim skosem.
Czy za dobrze strzachnelam, czy moze trzymalam jakos za konkretnie za sprezysta butelke, w kazdym razie dobra lyzka majonezu wyprysnela z butelki, prosto na mój front, kompletnie mijajac sie z miseczka.
“Cholera jasna, no. Malo go mam to jeszcze mi sie chce zmarnowac” obwiescilam z gorycza pustej kuchni.
Szczescie w nieszczesciu, ze dzialalam z racji goraca w tzw halter-topie, wiec strat w odziezy nie bylo, a majonez bez wachania zebralam z siebie lyzka i przenioslam do miski.
Dodam, ze do mixu dodaje nieco pieperzu cayenne (nie lubie czarnego) i zaleznie od nasolenia ziemniaków nieco soli.
Smoczynska dodaje róznych rzeczy – curry, albo musztardy, albo chilli, albo co jej tam w reke wpadnie.

Dodam tylko jeszcze jako grand finale, ze gotujac wode do wystudzenia (bo ja w pitnosc kranówy na Wyspie jednak nie dowierzam i gotuje, a nastepnie chlodze) pomyslalam sobie, ze czajnik ktorego uzywma ma przeszlo 10 lat i chociaz mial pare lat przerwy w intensywnosci uzytkowania - bo jak dzielilismy chate z M&Msami to oni miali swój i woleli go uzywac - moj byl za malo wygledny (no sorry ale za 5tke w supermarkecie na T to sie dziel sztuki nie nabywa, tak?) wiec poszedl do lamusa (pudelka). Przydal sie jak diabli wzieli boiler pewnej zimy bo do mycia dla 3 doroslych osób przez pare dni kazde grzejne naczynie sie przydawalo, a takze jak mieszkalam w W bo woda do wanny lala sie 3 lata, wiec dogrzewalam ja do kapieli.
Taki sznur wspomnien mi przelecial przez glowe jak kontemplowalam ten czajnik z rozczuleniem.

I w tym momencie swiatelko zgaslo, narastajacy szum ucichl, a czajnik jak sie okazalo wyzional ducha i przeszedl na wyzszy poziom egzystencji.
Taki to byl weekend.

PS. A miejsce gdzie plecy traca swa szlachetna nazwe pobolewa mnie do dzis po tych ekwilibrytykach na obcasach ;)

24 comments:

  1. znaczy się tańce, hulanki, swawole się udały :) pomimo portek odmawiających współpracy :) :) :) i dobrze, tak ma być. :)

    co do sałatki ziemniaczanej, to jest jeszcze podobna choć nieco inna wersja: ziemniaki ugotowane pokrajane w grubą kostkę lub plasterki, ogórek małosolny pokrajany w półplasterki, cebula czerwona pokrajana w jak najcieńsze piórka, koperek zielony posiekany, sól, pieprz, oliwa z oliwek (zamiast majonezu) lub inna oleistość byleby gorzka nie była. Jak ktoś lubi to musztarda lub inne przyprawy.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Znam te salatke bez majonezu i nawet bardzo lubie, ale nie mam odwagi sama jej popelnic, bo z tluszczami plynnymi mi jakos slabo idzie... nie doceniam ich mazistosci i pozniej mnie potrafi zemdlic.
      Marzy mi sie taka wlasnie salatka ze sznyclem - ze 12 lat juz jak taka jadlam ostatnio ;)

      Szczesliwie tanców nie bylo, bo to bylo typowe niskoprofilowe tzw reception czyli wylacznie stol i przestrzen wokolo plus z racji pogody to co pub mial na zewnatrz, bo jakby byly te tance to bym chyba nie tylko odczuwala pobolewanie ale wrecz ciezki ból d...erm... przystawki podplecowej :D

      Delete
    2. ja się naumiałam dodawać oliwy na zasadzie, takiej, że po 1 niepełnej łyżce od zupy dodawałam i mieszałam dokładnie :) i się okazywało że czasem 2 łyżki to aż nadto i spokojnie starcza, bo trzy byłoby grubą przesadą :)

      Delete
    3. To umawiamy sie, ze jak mnie odwiedzisz albo wice wersa to zaserwujesz nam taka salatke, co? a ja skoluje dodatki :D

      Delete
    4. ok - może być :) :) :) - będę stać nad tobą i dyrygować dodawaniem oleistych substancji :) :)... tak, żeby coś ci jednak zostało ze spotkania :)

      Delete
    5. Spoko ja sie ucze obserwujac, no chyba ze moge uzyc sprawdzonego przepisu. Albo w ogóle przepisu. Na bledach niby mozna ale akurat w kuchni to slabo mi idzie nauka na wlasnych ;)

      Delete
  2. Pociesze Cie mRufo ze KAZDY czajnik sie kiedys w koncu musi zepsuc. Taki juz ten swiat. (bezlitosny dla czajników)...

    Skonfrontowalabym torta wyspowego z germanskim. Ciekawe, który okazalby sie lezec ciezsza kula w zoladku. Jak to dobrze, ze nie robimy juz w pracy wspólnych urodzin - wtedy ONI zawsze przynosili tort i wypadalo zjesc kawalek. Porze zloty, to bylo straszne O_o

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wyspowe torty to dusiciele, na zoladku specjalnie jakos chyab nie zalegaja, no chyba ze ta kupa lukru, ganache i sympolicznym maznieciem pomiedzy warstwami duszacego suchego ciasta pt sponge.
      Tort Judi i meza byl bezglutenowy wiec oprocz tego straszliwie sie kruszyl i byl cytrynowe oraz czekoladowy - poziomami rozne smaki byly. zaden z tych smaków nie jest w moim spektrum, ale szczesliwie nie bylo wymogu degustacji na miejscu, bo dostalismy go w porcjach na wynos.
      Owszem, o czajnikach wiem i moja refleksja byla raczej na tle podziwu ze tyle lat i za taki ieniadz i jeszcze dzia... o wlasnie przestal dzialac... ;)

      Delete
    2. A, no to chyba wyspowe sa lepsze w takim razie. Germanskie sa robione w 90% z masla i ciezkiej smietany. A zwyczajowo obok kazdego kawalka na talerzyk psikaja ci pól litra bitej smietany w sprayu - zeby latwiej to maslo przelknac, czy co? nie wiem. I zawsze sie strasznie dziwuja, ze ja nie chce smietany.
      A najgorsze w tym najgorszym, takie juz CALKIEM NAJGORSZEJSZE jest to, ze prawie zawsze ten tort jest smietankowy. Ewentualnie smietankowo-rumowy. A mnie mdli na sam widok smietankowego czegokolwiek - ciasta, lody, torty, wsio rawno, jak mozna jesc smietankowe !!!!!!!

      Delete
    3. Germanskiego torta nie mialam okazji póki co zakosztowac. Fanka tortów w ogóle nie bedac (chyba ze sa suto i procentowo nasaczone i nie maja czekoladowych smaków to moge dla dobra sprawy zakosztowac. Ten slubny tez zakosztowalam symbolicznie, zeby nie bylo ze jakis zwyczaj lamie albo co, stad wiem jakie byly smaki warstw. Urosz z Polowica synowi co roku kupuja taki sam tort - mus czekoladowo-czhekoladowy, oblozony dla równowagi platkami czekoladowymi... nie wiem co gorsze w moich oczach i kubkach smakowych ;)

      Delete
    4. oooo, a to z koleji dla mnie siódme niebo :D
      Czekolada w czekoladzie!!! (tyle ze ciemna musi byc) (albo z Nutella)

      Delete
    5. No wiem, ja z dwojga zlego wole smeitankowy niz waniliowy. Uwielbiam czekolade, ale nie cierpie czekoladowych rzeczy - ciast, deserów. Brownie jest wyjatkiem bo to prawie czysta czekolada lol. I zaskakujaco bardzo lubie cisatka W czekoladzie ;) (ale NIE czekoaldowe lol) taki contrarian, no co zrobic? Odstrzelic najlepiej ;)

      Delete
    6. e tam, to sie nazywa, ze masz wyrafinowane i dokladnie zdefiniowane gusta! no.

      Delete
    7. wyrafinowane, no cala ja :D

      Delete
  3. Bożenka tylko dopowie cichutko popiskując, że ten fart do pęknięć i wypryśnięć przyleciał już do niej i jak przy*ebał poniedziałkiem, to warkocze drewnieją.

    Z czego w ogóle te spodnie teraz robią, to poza tym Bożena nie może dojść. Bo to jakiś jest papier, cienko pociągnięty warstwą plastikowej bawełny. Tak patrząc po spodniach Bożenki na przykład. Nie mówiąc o termokurczliwości, prawdaż, bo co to może być innego, jak nagle wszystko za małe. Przecież latem się najlepiej chudnie, wiadomo? Znaczy że własciciel spodni chudnie, nie spodnie. A u Bożeny jednak odwrotnie.

    Tymczasem na całe szczęście, że sto puszek cieciorki wczoraj poszło na przemiał, bo Bożena by dzisiaj z głodu padła. A tak o. W sam raz. I jeszcze ze dwa pudełka zejdą, a Bożena na te kulki blade nie spojrzy do maja.
    (taaaa ... akurat :P)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mnie sie zdaje, ze Bozenka ma wlasna odmiane (spodnica olowkowa... ;) ), wiec nie czuej sie winna :D.
      Bo to pewnie pralka podstepnie zmienia temperature prania z ilus tam (u mnei z 30tu) na 90... Na pewno to spisek pralki.
      Druga teoria dotyczy kurczliwosci odziezy lezacej w szafie - mianowicie kalorie - kalorie to takie wredne stworzenia co mieszkaja po szafach i nocami zlosliwie zwezaja nam ciuchy.
      U nas mialo byc wczoraj 22 stopnie to myslalam ze sobie tez pomiele puszki ciecierzycy, ale ktos sie pomylil i mozliwe, ze ja patrzac na prognoze pogody i zaskoczylo mnie na wyjsciu z Kolchozu +28, kompletnie odechciewujac mi wszystkiego, wiec nie mam kulek ;)
      ORaz to co - na droge bedzie bób gotowany, kulki z kulek i szeroko otwarte okna? ;)

      Delete
    2. Ee, ten poniedziałek akurat wybrał sobie inne rejony, ale to Bożenka zaraz się wyzewnętrzni.
      Natomiast tak, oszczędzanie na klimatyzacji będzie praktykowane ambitnie :D

      Delete
    3. A to insza sprawa,w sprawach nieodziezowych moge czuc sie nieco winna bo niszczyciel sie lubie udzielac innym.

      A jazda w przeciagach robi sie powyzej pewnych predkosci niekomofortowa ucznie, wiec tego...
      bedziemy kompromisowac. no chyba, ze temperatura bedzie sprzyjac kierowcom ;)

      Delete
  4. Spoko wodza! Klima oszczędna tylko w przypadku potrzeb usilnych biologicznie uwarunkowanych. Nawiew poza tym jest sprawny, nabity, tak że tego. ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Byle goraco nie bylo, bo jazda wtedy meczaca, niezaleznie od klimy, tzn bez niej jeszcze bardziej meczaca. Mowie z wlasnych doswiadczen.

      Delete
  5. nie wiem czemu byłam pewna, ze Ty na to wesele to do Polski się wybierasz i już nawet na nim byłaś :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. zanim na tym tu, byłaś, zapomniałam dodać :D natymtu w ogóle ni miałaś być, stad pewnie te ataki na Ciebie :D

      Delete
    2. Myslisz ze Wszechswiat sie mnie tu niespodziewal i tak sobie pstrykal okruszkami na to miejsce? ;)
      No moze.
      Wszystkie wesela na jakie bym sie wybrala na Planete Ojczysta juz byly, a te na które jestem sklonna sie wybrac jeszcze nie zostaly przedwstepnie zaplanowane ;)

      Delete
    3. Bo ja w ogóle wesel unikam jak ognia, nawet na sluby rzadko sie wybieram bo mnie tam karma nie lubi - zawsze cos odwale przed po czy tez w trakcie.

      Delete