Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Wednesday, 2 October 2019

Co sie odwlecze, czyli chyba przyszla faktura za brak przygód w sierpniu

W zasadzie nic dramatycznego, wiec chyba udalo sie opedzic temat drobnymi "kwotami" nerwów i frustracji, ale nie moglam przestac sie zastanawiac czy brak glupot i przypadlosci podczas wizyty gosci z Gdanska nie odbije sie na moim przyszlych wycieczkach.
Szczególnie, ze po tym jak odstawiwszy ich na terminal lotniskowy pomylilam zjazdy i zamiast na autostrade w szerokopojetym kierunku domu udalam sie z powrotem na ten sam terminal.
No i przyjechal gosc ze Stolycy, a raczej z L - moja kolezanka ze szkól podstawowych, z która nawiazalysmy kontakt 3 lata temu i dzieki której poznalam kolezanke, która przez pewien czas mieszkala w "caravanie" i okazalo sie ze chyba obawy byly poniekad sluszne.
Kolezanke odbieralam z Luton i umówilam sie, ze POCZEKA na terminalu na mój sygnal dymny, ze jestem (i gdzie jestem) lub ze zblizam sie do parkingu dlugoterminowego po czym dosiadzie autobusu na tenze parking.
Co prawda nabralam zlych przeczuc po tym jak napisala mi o poranku, ze jakby nie odbierala telefonu mam do niej dzwonic z mojej polskie komórki, na co nawet nie popukalam sie w glowe, bo juz sie rozpedzilam marnowac PLNy, skoro mam mase minut na polaczenia miedzynardowe z wsypowej komórki - no bo niby jak mam sobie te polska komórke na karte zasilic jak zuzyje te PLNy co je obecnie na niej mam??

No ale niektórzy rodacy stacjonujacy na Planecie Ojczystej wykazuje oslepiajaca wrecz krótkowzrocznosc wiec co poradzisz? Widac kolezanka, mimo doskonalego rocznika (mój, Smoczynskiej, czy Asi) równiez w ostatniej dekadzie na owa krótkowzrocznosc zapadla.

Juz poczatek byl niezly, bo wyjechalam z 10 minut pózniej niz planowalam, a po drodze udalo mi sie skrecic na niewlasciwym rondku w drodze na lotnisko, co tylko zwiekszylo opóznienie.
Wg nawidakcji, która nie zna najnowyszch dróg mialam byc 45 minut spózniona, ale stwierdzilam, w swietle ostatniego pobioru z Luton, ze samolot nawet jak sie nie spózni, to wymaga nieco czasu na rozladowanie i dostawe bagazy, a poza tym przecziez sie umówilam z kolezanka, ze POCZEKA na terminalu.
Jakies 35 minut od celu (wg mojej nawidakcji) zadzwonil telefon. Znaczy smochód zadzwonil.
Odebralam i z zaskoczeniem uslyszalam, ze kolezanka sie mnie pyta gdzie na nia czekam bo ona juz w autobusie na parking jedzie.
Nie zdzaylam sie nawet zirytowac bo przeciez miala POCZEKAC, ale nie omieszkalam sarkastycznei jej oznajmic, ze niech sobie robi co chce bo ja mam przed soba pól godziny jazdy, a ona miala poczekac na mój znak dymny ZANIM wsiadzie do autobusu.
Szczesliwie pogoda dopisywala, wiec opcja poczekania na parkingu na przystanku (jednym z wielu) nie wydawala mi sie szczególnie dobijajaca.
W okolice lotniska dotarlam znacznie szybciej niz w pól godziny bo jako rzeklam moja nawidakcja nie zna najnowszej trasy.
Kolezanke pobralam z przystanku, a nastepnie zostalam poinformowana, ze ona to jest raczej sluchawka, wiec zebym sie nie spodziewala rozmownosci.
Na takie dictum bylam gotowa wykopac ja z samochodu, bo jedno czego nie cierpie u pasazerów to pasywnych wymagan - nie dosc ze sie takeigo (taka) wiezie, to jeszcze se taki (taka) zyczy byc zabawiana rozmowa.
Szczesliwie jednak moje obawy byly plonne, bo okazalo sie, ze kolezanka tylko sie krygowala.

Do tego stopnia byly to plonne obawy, ze ostatniego dnia nad obiadem zagrozilam, ze jej te zupe wleje sila do gardla jesli sie nie zamknie i nie zacznie wioslowac.
Ale nie uprzedzajmy faktów.

W pewnym momencie, gdzies w 3/4 drogi - bo z Luton pojechalysmy od razy na Pólnoc, do naszej juz teraz wspólnej znajomej - tak mnie zagadala, ze przegapilam skret na mojej uparcie milczacej nawidakcji - nawidakcja zamilkla jakos w drodze z okolic Lindisfarne do Hornsea  na przelomie marca i kwietnia i milczy do tej pory, aczkolwiek z satelita sie juz laczy, wiec musze tylko pamietac, ze nie moge liczyc na werbalne wskazówki.

Przegapiony zjazdy byl jedynym na dystansie kilku mil wiec musialam jechac do kolejnego zjazdu i nieco zawrócic, ale kosztowalo nas to zaledwie jakies 5 minut, wiec nie bylo dramatu.
Zatrzymalysmy sie na popas, gdzies po drodze - i kolezanka wykazala zainteresowanie narodowa potrawa wyspy, mianowicie "Fish&chips". Nieco niespokojna o losy jej ukladu trawiennego przypomnialam, ze wlasnie wioze ja nad morze, wiec moze rybe z frytkami spozyje w miejscu po temu stosowniejszym, ale jak sie upiera spozywac ja na stacji serwisowej to prosze bardzo. Okazalo sie ze sie nie upierala.

Do celu dotarlysmy godzine pózniej niz wstepne szacunki, czyli calkiem znosnie biorac pod uwage opóznienia, których przy moich szacunkach nie bralam pod uwage.
Po weekendzie mialam wrócic do siebie i z racji sytuacji w Kolchozie nie chcialam tracic czasu, wiec postanowilam wracac bladym switem, aby zdazyc do pracy i w miare mozliwosci uniknac korków.
Niestety jak to zwykle bywa z takimi planami wyszlo mi to srednio - mianowicie panienki postanowily wybrac sie na spacer wieczorny i zostawily mnie w otwartym domu, nie biorac klucza, wiec nie moglam pójsc spac przed ich powrotem, co oznacza ze robudzilam sie dokumentnie jak przyszly i rzucly sie po chalupie jak nie powiem co i po czym, nastepnie gospodyni miala ciezki atak refluksu co objawialo sie wyjatkowo przerazajacym kaszlem, dopóki nie usnela czyli dobrze po 11stej wieczorem, nastepnie nie proszona wykonala mi radosnie pobudke o 30 minut wczesniej niz ja sobie planowala sie obudzic.
Czyli spalam jakies 3.5 godziny i wyjechalam 10 minut pózniej niz planowalam bo musialam byc towarzyska zamaist z zamknietymi oczami i kolderka w zebach stoczyc sie ze schodów prosto za kierownice.

NIGDY WIECEJ wczesnego startu jesli nie jestem we wlasnym domu.

No ale zaskakujaco, do pracy dotarlma PRAWIE nie spózniona.
Kolezanke mialam odebrac z Weston-s-Mare we czwartek po pracy.
Panienki mianowicie jechaly tam bo nasza gospodyni ma tam krewnych i zamierzala spedzic u nich weekend.
Po pracy udalam sie do domu, po nawidakcje, a takze odsapnac i przeczekac korki, co oznaczalo, ze dotre na miejsce blizej wieczora, przejme kolezanke metoda komandosów - w biegu (taki byl plan) - i przyjedziemy do mnie o takiej porze, ze pójde spac jak czlowiek (plan nieco spalil na panewce).
Panienki, od polowy drogi (mojej) pisaly do mnie jak szalone na mediach spolecznosciowych oraz smsy, ze juz prawie sa, juz sa, a mnie nie ma, ze mnie nie ma i gdzie ja jestem i dlaczego do cholery nie odpisuje.
A zdawac by sie moglo ze przynajmnie jedna z nich jest kierowca.
Eh.
Ja oczywiscie o tym wszystkim dowiedzialam sie jak do mnie w koncu jedna z nich zadzwonila z pelnym paniki i pretensji glosem, ze co sie dzieje i reszta jak wyzej.
No to odparlam dosc stoicko, ze jak jade to trudno mi równoczesnie surfowac po mediach spolecznosciowych, czytac i pisac smsy, a takze omijac skutecznie innych usytkowników dróg i ze jednak priorytetem sa dla mnei te dwie ostatnie rzeczy, a nie ich panika.
Oraz ze bede za 30 minut, o czym powinny wiedziec bo napisalam do nich przed wyjazdem, ze wyjezdzam i jakie bedzie mój ETA.
No ale to drobiazgi takie, prawie merkuryczne, wiec niegodne uwagi, szczególnie, ze mimo idioty na drodze powrotnej dotarlysmy do mnie wprawdzie pózniej niz przewidywal plan, ale bez wiekszych trudnosci.
Kolezanka na wstepie mi oznajmila, ze mimo pobytu nad morzem, na Fish&Chips sie nie zalapala, na co mnei zorbilo sie okropnie glupio w sobie bo zebym jej nie zniechecala to by se te narodowa potrawe spozyla, nawet jesli bylaby to jedyna potrawa spozyta w caly weekend, no ale juz trudno. Nie zjadla sobie tego Fish&Chips biedna.

Plan wizyty Kolezanki byl taki, ze wybierzemy sie do: Kamiennego Kregu, charytatywnego supersklepu, Kolezanka pozwiedza O, a jesli czas pozwoli to moze tez wybierzemy sie jeszcze gdzies.
Na to wszystko mialysmy 2 dni - piatek i sobote.
Czego nie przewidzialam to, ze Kolezanka wbrew zapewnieniom, ze wczesnie wstaje (miedzy 8ma a 9ta rano) wcale nie zamierza rzucac sie w wir akcji i na przyklad byc gotowa do wyjscia o 10tej.
To byl pierwszy dzien - piatek.
Otóz w piatek kolezanka obudzila mnie brzdakaniem kuchennym - które okazalo sie byc krojeniem pomidora na talerzu przy pomocy wyjatkowo tepego noza - takiego co sie nim smaruje maslo abo kroi gotowany ziemniak - wiec zagescilam ruchy i bylam gotowa do akcji gdy okazalo sie, ze po sniadaniu kolezanka wskoczyla jeszcze pod koldre na jakas godzinke.

Nie zeby mi to w czyms przeszkadzalo, ale tak jak z tym brakiem rozmownosci, okazalo sie ze to wczesne wstawania to byla troche sciema.

Wyjechalysmy zatem dopiero po 11stej, do Kamiennego Kregu dojechalysmy dobrze po 12stej.
Tlumów nawet nie bylo, ustawilysmy sie do okienka biletowego i tam troche mnie zatkalo bo katem okaz zobaczylam kwote wstepnego.

Otóz, jak zaczelam bywac w Kregu to ceny zaczynaly sie od 6 dukatów wyspowych. czyli tyle co nic. Bywal zatem dosc czesto.
Raz nawet w sniegu.
Pózniej teren wokolo zostal nieco inaczej zagospodarowany i cena poszla w góre, tak mniej wiecej dwukrotnie, ale to nadal bylo ok, bo parking zrobil sie elegancki, centrum informacyjne ciekawe, toalety praawie eleganckie i stnowczo czyste itp.
Taki uklad sil utrzymal sie jeszcze 3 lata temu kiedy przyjechali moi CO z Macia - aka Kuzynka.
Byl to chyba ostatni raz kiedy mialam okazje pójsc do Kregu.
Od tamtej pory owszem, spodziewalam sie podwyzki, ale nie TAKIEJ - jeszcze przy poprzednich gosciach - tych sierpniowych ogladalam cennik i ówczesne wejscie zdawalo mi sie jeszcze jakos do przelkniecia.
Otóz wejscie doroslego osobnika plasuje sie obecnie na wysokosci 23 dukatów.
Troche mi opadla szczeka, ale Kolezanka wygladala na niewzruszona, wiec opanowalam bezdech i wymienilam trzymany w garsci banknot na karte platnicza i bylam gotowa poswiecic sie dla dobra ogólu.
Dobrze jednak ze nie udalo mi sie opanowac okrzyku niedowierzania, bo okazalo sie ze kolezanka nie zwrócila uwagi na cene.
I tu musze oddac jej sprawiedliwosc - nieco przybladla, ale meznie gotowa byla isc dalej.
Ale nie mialam serca jej przyduszac bo i sama mnie przytkalo, wiec wyluszczylam, ze jesli nie czuje sie zdeterminowana to ja nie bede nalegac bo uwazam, ze przegieli pale - 15 to bym jeszcze zaplacilam, ale powyzej 20 za cos co sie nie robi piekniejsze, a przeciwnie - infrastrutkura sie starzeje to jest stanowczo przegiecie.
Zrobilysmy wiec tylko zakupy w sklepie z pamiatkami i nadal mocno rozczarowane porazka, udalysmy sie w kierunku planu B czyli Avebury, gdzie krag kamienny jest wiekszy i niewykluczone, ze starszy i na dodatek mozna podejsc do kamieni za darmo (no ok, za cene parkingu) i tak blisko ze nawet mozna je polizac.
Po drodze, sama juz glodna snulam przed Kolezanka ambitne plany, ze udamy sie w pierwszej kolejnosci do pubu bo maja tam dobre jedzenie i conajmniej dwa rodzaje zup (bo Kolezanka o zupie gledzila od poprzedneigo wieczoru) i tak tam fajnie i w ogóle.
Dojechalysmy pewnie tuz przed 14ta, ale do pubu dojscie zajelo nam tyle (sesje foto) ze dotarlysmy do baru celem zamówienie zarcia 14.14 i najnormalniej w swiecie odeslano mnie z kwitkiem.
Chociaz osoby tuz przede mna jeszcze zdolaly zlozyc zamówinie zywnosciowe.
Foch.
Czyli rozczarowanie numer Dwa i to tego samego popoludnia.

W zasadzie moglo by byc gorzej. Moglabym na przyklad pomyslec, ze dzis jest piatek.
Ukradzione z internetów.
Oglaszam zatem powszechnie ze na pub Czerwony Lew w Avesbury jestem obrazona smiertelnie i bardzo mozliwe, ze moja noga wiecej w nim nie postanie.

Jako grand finale wystapil srednio jadalny acz BARDZO goracy "pieróg" z ziemniakami skromni okraszonymi jakas padlina (chyba steak and ale pasty), ale dalej to juz bylo milo, bo sobie poczytalam ksiazke na powietrzu przy calkie mprzyjemnej pogodzie i prawie nie zmarzlam, podczas gdy Kolezanka obleciala dokola "mniejszy" krag kamienny.

Friday, 23 August 2019

Przygody pewnej opony - czyli mRufa wpadla w panike

I wcale nie chodzi o te oponke na brzuchu, albowiem te nosze z duma, bo tak.
To juz raczej o brzuszek na oponie...

Ukradzione z internetów
Ale tez wlasciwie wcale nie jestem pewna czy chodzi mi wylacznie o opone samochodowa czy jednak o jedna z moich opon mózgowych, ale to pozostawie ocenie czytajacego.
O ile oprócz mnie, Bozenki i mojej kuzynki ktos to jeszcze czyta lol.
nadal ukradzione z internetów
Otóz rzecz sie dzieje tydzien temu.
Z malutkim haczykiem.
A konretnie jest wtorek w zeszlym tygodniu.
Mam na stanie jeszcze jeden dom z ogródkiem do opieki - drugi ogródek przezyl prawie bez strat w roslinnosci (jeden zlamany slonczenik i zwiedle sadzonki salaty), a i chomik przezyl i juz z 10 dni jak jest w lapkach Emu wiec jakby co nie moge byc juz niczemu winna ;).

Ogródek miesci sie okolo 30 minut jazdy ode mnie, a jakies 20 z Kolchozu.
Zostalam poproszona o okazjonalne podlewanie rzeczonego ogródka oraz roslinek w srodku domu. Domu nie kazali podlewac, ale i tak troche go podlewam, tak na wszelk iwypadek - jak juz tam dotre.
Przez pierwszy tydzien zbieralam sie jak sójka za morze, bo po poludniu ciagle zapowiadali deszcz, który chyba nie zostal o tym poinformowany bo jakos sie nie pojawial, az w koncu stracilam cierpliwosc i do siebie i do deszczu i prosto z Kolchozu pojechalam do tego ogródka.
Auto postawilam w zatoczce parkingowej, pod skosem i nieco pod górke - frontem nieco pod górke.
Okazalo sie, ze ogórdek podlewa sie bardzo latwo, wiec ogarnelam temat, zebrala plony w postaci pomidorków i zadowolona z siebie zaleglam w salonie przed telewizorem, zeby sie nieco odmózdzyc przy Big Bang Theory i pozrec te pomidorki.
Nieco przed 21wsza uznalam, ze czas udac sie do domu, wiec powylaczalam i pozamykalam wszystko, wyszlam z domu i udalam sie do zatoczki parkingowej po drugiej stronie ulicy do Czerwonej Blyskwicy. Zapakowalam manatki i ruszylam za kierownice.
Wzrok mój przyciagnela oponka prawa przednia, czyli od strony kierowcy, takim osobliwym wybrzuszeniem. Jakos nie pamietalam go wczesniej.
A stojac przodem pod górke to raczej sie spodziewalam wybrzuszonej tylnek opony, niz przedniej.
Zaniepokjona rzucilam sie macac opone, ale nic nie wymacalam.
Poniewaz od wieków przesladuje mnie zmora w postaci obaw na tle opon, to taka zaniepokojona wyjechalam wprawdzie z tej zatoczki parkingowej ale wsluchana w gibanie zawieszenia jak nie wiem co.
O, wiem! Jak nietoperze w swoje ultradzwieki.
Jakos tak dziwnie miekko i nierówno mi sie wszystko gibalo wiec czym predzej, nadal przed domem od ogródka, zatrzymalam sie pod najblizsza latarnia.
Glupio mi to wyszlo bo latarnia doskonale oswietlala mi lewe kola wiec po prawej stronie widziala dokladnie gówno.
Godzina byla juz po 21wszej, zmrok zapadal coraz glebszy i mnie sie wszystko w srodku skrecalo z niepewnosci i niepooju.
"Jechac? A jak to guma jednak i zejdzie mi powietrze gdzies na srodku drogi, albo co gorsza na rondo-wiadukcie? No to co ze mam pomoc drogowa wykupiona? Ile bede tkwila po nocy utknieta zanim do mnie przyjada? Hu*, nie ryzykuje."
Itym postanowieniem, wepcnieta d osamochodu, wycofalam sie z portoem do zatoczki, tym razem tylem do przodu, prznioslam manele do samochodu z zaprzyjaznionego ogródka (bo i tak nim jezdzilam na lotnisko i z powrotem jako wynajeta kierownica), wyprowadzilam auto z podjazdu, a soim zajelam ów podjazd i pojechalam do domu cudzym ,z mocnym postanowienie, ze na drugi dzien w porze lunchu, czyli w srodku dnia podjade i odbadalm sprawe.
Drugi dzien przyniósl sturgi deszczu.
Tak po dokladnym poldnaiu ogródka to nastapilo.
No to nie pojechalam, ale poczynilam mocne postanowienie, ze pojade w kolejny dzien.
Pozyczono mi równiez pompke typu kompresor czyli elektryczna.
Sprawdzilam nawet jakie jest zalecane cisnienie w kolach w moim modelu auta i tylko nie pamietalam jakie mam opony wiec usrednilam zalecana wartosc, biorac pod uwage wszytkie warianty oponowe.
Jezdze wiec juz drugi dzien cudzym autem, troche w nerwach bo niby mi wolno, ale wyspowe ubepieczenia sa troche dziwne, a poza tym ten cudzy samochód mi nie odpowiada.
Czwartek wieczór - dostalam sms. Od mojego "brother from another mother" czyli Urosza.
Czy jedzisz jutro do pracy? bo jak tak to czy moge sie z Toba zabrac, ale tylko w jedna strone -powrotna.
Co odczytalam najpierw jako "Potrzebuje taksi na jutro" i odparla ze nie ma sprawy tylko w drodze powrtoenj moze byc z objazdem jesli Ci to nie przeszkadza.
Po chwili dotarlo do mnie, ze on chce tylk w jedna strone i zmyslilam sobie ze tylko rano, wiec czym predzej dodalam
"A - tylko w jedna strone - to nie ma sprawy!"
Az w koncu przeczytalam dokladnie co bylo napisane i wyklarowalam, ze opcje sa dwie - albo kolo 5tej powrót jesli sie wyrwe z pracy w ciagu dnia na kontrole opony, a jak nie to ten objazd.
We czwartek kolo 11tej do akwarium wchodzi Urosz i pyta co sie stalo.
No to mu klaruje cala hostoria o potencjalnie kulawym samochodzie Shrodingera, który moze jest a moze nie jest kulawy i nie wiem jak bardzo, dopiero jak zobacze to sie dowiem.
Znowu w ciagu dnia nie pojechalam mimo, ze nawet hiszpanski odwolalam, bo po prostu zabraklo mi dnia, wiec Urosz zadeklarowal chec sluzenia meskim ramieniem, a koledzy moim akwarysci obsmiali sie jak norki wrózac mu, ze musi sobie zmieni imie na "Jack" (jack=podnosnik), bo nie bylam pewna czy w obecnym aucie takowy posiadam - okazalo sie ze posiadam wiec nie musi.
Pojechalismy.
Bylo okolo 5.30 jakesmy dotarli do B na wysokosci warsztatu samochodowego, albowiem bylo troche korków jak to zwykle w godzinach szczytu, nawet w wakacje i zazartowalam sobie, ze w razie draki i tak do 18tej pewnie nie zdazymy, zeby do tego warsztatu moje auto lub chociaz kolo dowiezc.
Dojechalismy pod dom z ogródkiem, ja w nerwach prawie bezdechu ostatnia mile jade, podjezdzam pod dom, mijam podjazd z moim samochodem i mijajac go rzucam mu ukradkowe spojrzenia na praw przednia lape... a ona stoi w lepszej prawie formie niz jak ja we wtorek porzucilam.
zbaranial, prawie przegapilam miejsc postojowe, ale jednak w nie trafiam, wypryskuje z auta z okrzykiem o charakterze budowlanym, i biegne przyjrzec sie tej cholerze dokladniej, a za mna znacznie stateczniej podaza Urosz.
Po dokladnych ogledzinach Urosz przyznal mi, ze opona istonie ma nieco brzuszka z boku, co mnie uspokoilo bo zaczynalam miec obawy ze jesli nie samochodwa to przynajmnie mózgowa opona mi sie skapcanila, ale jesli jestem pewna, ze nie jest on wiekszy niz 2 dni temu to moze zmierzmy jej cisnienie i podpompujmy bo cokolwiek jej jest, raczej jezdzic na niej moge.
Na ot dictum czym predzej przynioslam nasze manele i kompresor z pozyczonego auta, manele wbilam w mój bagaznik, a pompke podlaczylam do zapalniczki, wlaczyla msilnik i zaczelismy pompowanie.
Halasu bylo jak podczas bombardowania Monachium, a niedowierzanie Urosza, ze takie male-bele-co jest w stanie napompowac cokolwiek zamienilo sie w zachwyt.
Pompowalismy wiec az w koncu Urosz zadal pytanie miesiaca - to jakie cisnienie jest potrzebne??
Zdradzilam mu zapamietana wartosc usredniona, on ja zaokraglil po kawalersku, zakonczylismy pompowanie, opona bez brzuszka, a mnei cos tknelo...
"Ty, a wez sprawdz to cisnienie rekomendowane, co? Bo mam troche obaw czy czegos nie spitolilam.
Urosz, czlowie-dusza i bardzo cierpliwy, co zawdziecza Polowicy, sprawdzil i potwierdzil moje obawy - kawalerskie zaokraglenie byla stanowczo za duze.
Wlaczylam zatem znowu silnik, pomke do zapalniczki i tym razem zmierzylismy cisnienie porzadnie, spuscilismy nadmiar i....
Opona dostala z powrotem tego samego brzuszka co poprzednio. No moze nie calkiem takiego, ale prawie takiego.
Czyli cisnienie w oponie bylo praktycznie doskonale przed cala ta operacja.

bez zmian, kradne z internetów
Wniosek - okulala, a moze raczej wybrzuszyla sie chyba moja opona mógowa, a nie ta samochodowa.

Podsumowanie - bo to nie byl koniec.

W piatek juz wlasnym autem pojechalam do pracy, wizualnie sprawdzajac opone co pare godzin. Przyszla pora wyjscia do domu i ruszylam, ale zjechalam predziutko na stacje beznynowa bo mi sie zaczely opary konczyc. Zatankowalam, poszlam zpalacic, wychodze ze stacji i z przerazeniem widze, jak brzuszek na oponi sie powiekszyl.
QRRRRRRrrrrr zapial, pies zaszczekal.
Naplulam sobie na poczekaniu w brode, ze ten kompresor co juz mialam w koszyku w sklepie internetowym jednak nei zostal zamówiony bo bym na dniach go dostala i prawie zamarlam.
I co teraz?
No nic, jade do domu tam przynajmniem pozycze pompke od kogos znajomego. Urosz jest do wtorku, a od soboty bedzie kolezanka A.
Pojechalam do domu, wysiadlam no moim podjezdzie i...
...opona wygladala normalnie, prawie bez nijakiego wybrzuszenia.

CBDU.

Monday, 12 August 2019

Bunt Robotów, czyli wady i zalety posiadania robo-odkurzacza - zaslyszane

Ciagle nie mam czasu na poopowiadanie moich przypadków, albowiem moje opowiesci maja tendencje do dluzyzny, co przeklada sie tez na ilosc czasu potrzebna do spisania.
Ale wlasnie zaslyszalam cos pieknego i musze sie tym podzielic.

Otóz jeden z pracowych znajomych osobników (ten sam co mi sprzedal Paint it Black) opowiadal nam przypadek ze swojego urlopu, który odbywal sie w minionym tygodniu.

A zaczelo sie od tego, ze powiedzial nam iz byl to urlop bardzo udany, acz z jedna chmura, wprawdzie nie taka jak chumra z urlopu zeszlorocznego Stu, który zdewastowal sobie samochód w drodze powrotnej z Francji, po kilku tygodniach urlopu tamze, ale mimo wszystko dosc zaskakujaca chmura.
Otóz wyjezdzajac z Belfastu, gdzie obecnie mieszka, jakims cudem zostawili z córka otwarte drzwi do domu. Ale nie ze tylko nie zakluczone. Calkiem rozwarte.
(Co wcale mnie nie zszokowalo bo tak Faderu jak i mnie zdazylo sie nie zamknac garazu - Faderu z wlasnym autem w srodku, a mnie pustego garazu, wiec tego, nie dziwi nic.)
Czas owego dnia plynal i w pewnym momencie robo-odkurzacz, który zaprogramowany na kurs poranny, nie napotkawszy przeszkody, wyszedl z domu, zaczal odkurzac podjazd.

Zaniepokojny sasiad widzac robota szalejacego na podjezdzie, podszedl do domu i odkryl, ze dom ma otwarte drzwi.

Belfast to jednak nie sielska prowincja gdzie sie drzwi zostawia niezamkniete, a juz na pewne nie otwarte na osciez, wiec sasiad zadzwonil do znajomego osobnika i poinformowal go o buncie robotów.
A raczej ucieczce Robota.

Ukradzione z internetów
Znajomy osobnik natychmiast zadzwonil do wlasciciela domu, z prosba o dokonanie zamkniecia drzwi na klucz, w jego imieniu, ale poniewaz mu nie ufal - temu wlascicielwi i obawial sie (znajomy), ze drzwi do domu pozostana otwarte przez dajmy na to 3 dni, to w efekcie, nastepnego dnia bladym switem, wrócil do Belfastu - z Westport, celem sprawdzenia osobiscie.
To zywo przypomnialo mi moje wlasne przezycie, ktore zaowocowalo maratonem Edynburg/O/Edynburg, w 13 godzin (z przerwa na sprawdzenie czy piekarnik jest wylaczony, tankowaniami oraz zakupami zywnosciowymi, dla uwieznionych na odludziu pod Edynburgiem Smoków, którzy spedzali urlop), a o którym nie wiem czy opowiadalam, wiec nie bedzie detali.
Znajomy osobnik z podziwem zaobserwowal jak czysty ma obecnie podjazd, zastanowil sei czy robot usilowal mu cos w ten sposób zakomunikowac i zanim zakluczyl drzwi i wrócil do córki siedzacej w Westport, zobaczyl sie jeszcze z uczynnym sasiadem i pobral od niego swój robo-odkurzacz.
Tak, ze chociaz czasem robot straszy koty, to ma tez swoje zalety.
Ale co o tym mysle to widze tego robota z jednym wylupiastym okiem (mial dwa, ale jedno mu odpadlo na sluzbie i prawdopodobnie dostalo przez niego wciagniete), radosnie popylajacego ulica kursem pijanego lumpa.