Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Tuesday, 26 January 2016

Pierwszy w tym roku Merkury Retro w akcji - relacja prawie, ze na goraco, choc nie sensacyjna

Otoz jak niektorzy wiedza wlasnie wychodzimy z tzw Merkury w Retro (Mercury in retrograde), czyli jak ja to mowie tylem do przodu. Oficjalnie 25 stycznia sie zakonczylo, ale echa i lekka czkawka jeszcze chwile moga potrwac.
Jak juz gdzies tam gledzilam, jest to taki czas gdzie rozne dziwne rzeczy sie dzieja tak w transporcie jak i szeroko pojetej komunikacji, w tym na przyklad elektronicznych urzadzeniach.
Sekretarka Bozenki donosila juz, ze gadzina jej dom demoluje, ja nie meldowalam wiele bo u mnie problemy zaczely sie nieco wczesniej i jeszcze trwaja i jakos nijak mi o nich pisac bo wszystko stresujace, a nie o stresach tu chce pisac podczas gdy mnie stresuja tylko dopiero jak sie juz z nich umiem smiac. A jeszcze nie bardzo umiem.
Ale rozne drobiazgi moge opowiedziec.
Ot na przyklad, ze planujac wyprawe na Planete Ojczysta na Sylwestra kupilam sobie tylko bilet w jedna strone i powrotnego nie kupowalam bardzo dlugo, bo az do samego wyjazdu praktycznie i co sie za to zabieralam  - znaczy zeby kupic to jakby mnie cos z tylek trzymalo.
Ale w koncu kupilam, a nastepnie jak nic tknieta przeczuciem ucieszylam sie ze kupiony bilet byl pol-elastyczny, czyli dawal mozliwosc zmiany terminu nawet w dniu wyltou i tylko za doplata w roznicy taryfy, po czym okolicznosci przyrody mi podstawily noge i musialam go przekladac na pozniejszy termin doplacajac jedynie skromne 110zlotych.
A to znowu pani neurolog na jednym ze stolicznych SORow, rozmawiala z Faderem jak z rownym sobie, a ze mna jak z namolna idiotka, ktora trzeba amiesc pod dywanik, podczas gdy Fader byl po kroplowce tramadolu i nawet za bardzo nie wiedzial, ze to do niego mowia w owym momencie, tylko sie blogo usmiechal i kiwal sobie glowa w rytmie, czystym przypadkiem przypominajacym potakiwanie, we wlasciwych miejscach, zas to ja bylam strona, ktora powinna byc poinstruowana.
Albo na przyklad na pytanie w Sylwestra po poludniu jak moge zalatwic zastrzyki dwa razy dziennie od "jutra" (tak od 1wszego stycznia), uslyszalam, ze pani doktor szanowna nie wie bo ona nie z tej czesci Warszawy.
Juz o tym co i jakim tonem zasugerowala jak sie zapytalam, na prawde grzecznie, co robic w sprawach fizjologicznych, zanim zaczna dzialac zastrzyki, to nawet nie wspomne bo sama sie sobie dziwie, ze ta pani odeszla od nas o wlasnych silach i w jednym kawalku...
Nie, nie pobilam jej. Nawet na nie nawrzeszczalam. Ani sie nie poplakalam z wscieklosci.
Szacun dla mnie, co?
Dodam tez od razu zeby nie bylo - oprocz 2 lekarzy na tym SORze (tam ta pani i rezydujacy chirurg, ktory skad innad mial racje ale przedstawial ja tak ze choc nie mnie dotyczyla to i tak mialam chec go pobic), cala reszta ludzi na oddziale - ratownicy, pielegniarki, recepcja i kto tam jeszcze, byli super mili, pomocni i pelni empatii, a to oni wykonywali najciezsza prace i jakos umieli sie odezwac jak do czlowieka w niedoli, a nie jak do posazyta ktory za przeproszeniem zawraca dupe.

Dziekuje wszelkim bogom i Bogom na firmamencie, ze jednak mam kilku wspanialych przyjaciol i jakos to wszystko udalo sie ogarnac.
No wlasnie staram sie nie, ale sie troche ulewa.

W kazdym badz razie z komunikacyjnych nieporozumiem udalo mi sie zalatwic na przyklad Faderowi podwojna dawke leku w pierwszym zastrzyku, na szczescie nie zaszkodzilo i udalo sie to wyjasnic zanim dostal drugi lek przeciwbolowy.
Udalo mi sie tez na przyklad jadac w Warszawie:
- jako pasazer, trafic na taksowkarza, z duzej korporacji, ktory nie wiedzial jak podjechac pod wejscie hotelu przy samym lotnisku. Nawet usilowalam mu niesmialo wyjasniac, ze to przy odlotach powinno byc ale jakos mi nie uwierzyl, dzieki czemu poznalam bardzo doglebnie kazamaty pod hotelem i terminalami. Wycieczki moglabym oprowadzac...
- jako kierownica, mostem Grota przeczytac, ze powinnam byc na jednym ze skrajnych prawych pasow, nie przyjac tego do wiadomosci i twardo jechac srodkowym (bo akurat jest ich tam przez chwile 4 lub 5 nawet), ktory okazal sie byc zlym pomyslem bo musialam pozniej z Targowka zawracac,
- 1.5 tygodnia pozniej, jako pasazer, nie skorygowac kierowcy - dElvix rzecz jasna - i powtorzyc ten sam manewr, po czym usilujac wytlumaczyc gdzie bedziemy zawracac prawie przekonalam dElvix do powrotu na trase, z ktorej wlasnie zjechalysmy bo mi sie wydawalo, ze to juz, a to dopiero nastepny zjazd byl. Przydalaby sie mapka demonstracyjna, ale nie mam sily robic teraz komiksow. Moze dorobie.
- na Zachodni Dworzec, zignorowac instrukcje nawigacji i ocknac sie pod Ozarowem Mazowieckim
- wyjechac z domu 3 razy do upragnionego supermarketu po specjalny ulubiony chlebek i nie dotrzec do niego ani razu.
Przeprowadzic wielce zabawna konwersacje przez telefon z obsluga hotelu ktora doprowadzila do jeszcze bardziej zabawnego rozczarowania tejze obslugi.
Juz opisuje.
Otoz w ubieglym tygodniu przylecialam na Ojczysta Planete i nie mialam gdzie spac, a mialam zalatwic cos pilnie tuz po przylocie, w okolicach Grzybowskiej w Stolycy.
Biorac pod uwage, ze moge byc tego dnia spieszona zamowilam sobie pokoj w hotelu. Takim wiecej wypasionym hotel, co nie? Bo kto bogatemu zabroni (oraz byla specjalna oferta prawie za pol ceny, wiec wychodzil taniej niz inne okoliczne).
Dzieki dElvix udalo mi sie zalatwic wszystko w ekspresowym tempie, ale hotel mi zostal i udalam sie do niego taksowka blizej wieczora. Jak to po podrozy samolotem okolo 17tej dotarlo do mnie, ze sie odwodnilam i trzeba dzialac bo bedzie zle.
Pierwsze co zrobilam w hotelu to przestudiowalam menu "room service". Zreszta nie wiedziec czemu wszyscy usilowali do mnie mowic po angielsku - powod odkrylam dopiero po wyjezdzie z hotelu nastepnego ranka - otoz taksowkarz mnie oswiecil, ze tam kongres jakis byl i inostrancow duzo, a na dodatek - co juz sama zaobserwowalam obsluga recepcji byla wloska, ale mowiaca po polsku.
Spragniona ale nie chcac placic jak za zboze za buteleczke 0.5l wody zdrojowej czy jakiejs tam innej rodzimej kranowy z przersotem ambicji, wzielam szklanke i zamierzalam nalac do nie wlasnego napoju, ale w ferworze walki zaczelam wykonywac kilka czynnosci rownoczesnie i zamiast na przyklad wlozyc w menu telefon, co zwykle robie jak przerywam lekture, a do szklanki nalac plynu, wstawilam pusta szklanke w menu, wstalam i poszlam szukac okladek od karty hotelowej zeby znalezc numer pokoju.
Zdazylam sie podniesc z krzesla, odwrocic i przejsc 2 kroki, gdy uslyszalam taki szum, brzdek, trzask, toczace sie szklo po szkle (biurko ma szklany blat)... zamarlam przerazona, ze jakims cudem stluklam blat biurka, odwracam sie, a tam gdzie stala szklanka jest tylko zamkniete menu, a szklanka czesciowo juz jest na dywanie a czesciowo nadal sie toczy po blacie biurka siejac obficie odlamkami szklanymi po drodze.
Odetchnelam i kopnelam sie w tylek, bo od razu zgadlam coz takiego wykombinowalam - nie zakonotowalam w sobie ze okladka menu jest ciezsza niz pusta szklanka i przepchnela te szklanke na blat, z impetem ktory sprawil, ze szklo upadlo na szklo i szczesliwie dla mnie peklo to mniejsze szklo.
'Szklo sie tlucze na szczescie', pomyslalam, 'ale dlaczego musialam akurat tego dokonac w najdrozszym hotelu w dzielnicy??'
Pozbieralam co moglam, mentalnie odgrodzilam kawalek dywanu gdzie padlo szklo i zaczelam dokonywac zamowienia:
Telefon:
- Room service, how can I help?
(mowilam? wszyscy usilowali mowic do mnie po angielsku. Tym razem mlody meski glos), zgadlam po akcencie, ze obsluga lokalna i mowie:
- Dobry wieczor,
- Ah! dobry wieczor (z ulga w glosie, slowo daje!)
- Czy mogla bym zamowic "danie tanie dranie"? (NIE bylo tanie... ale smaczne oj smaczne)
- Tak oczywiscie.
Zapadla cisza, wiec zachecona nia dodaje:
- Chcialabym do tego 2 "trucizny zastepcze" i butelke wody gazowanej...
tu przerywa mi glos
- "Danie Tanie Dranie"
zdebialam na ulamek sekundy, ale szybko zgadlam, ze glos przekazuje moje zamowienie komus innemu, wiec zamilklam.
Po chwili ciszy mlodzieniec w uchu mowi mi:
- Tak slucham? Przepraszam zamyslilem sie troche.
(Na to zdechlam ze smiechu wewnetrznie bo tak sie sklada, ze Natura chojnie obdarowalam mnie gravitas, a do kompletu dala taki kompletnie nie pasujacy glos, taki tego no, ladny i powabny, no nie? Znajomi wiedza co mam na mysli, a mniej znajomi niech sobie wyobraza, przy jakim glosie damskim moze sie zamyslic i rozmarzyc kompletnie obcy chlop. No to wlasnie mniej wiecej taki glos mam na stanie. Szczegolnie w sluchawce daja do pieca. Dlonie tez mi natura ladne dala, skoro juz sie tak reklamuje, ale w sluchawce nie widac.) Grzecznie powtorzylam:
- Chcialabym jeszcze poprosic 2 "trucizny zastepcze" i duza butelke wody gazowanej, bo troche sie dzis odwodnilam i musze uzupelnic braki.
(I prawie znowu zdechlam ze smiechu wewnetrznie, tym razem tylko z siebie bo sobie uswiadomilam, ze glos w sluchawce pomyslal sobie jak nic, zem skacowana po prostu)
- O tak, oczywiscie, uzupelnimy plyny. Za jakies 20 minut.
- Dziekuje bardzo.
- Dziekuje Do widzenia.
Po 20 minutach pukanie do drzwi, mlody chlopak, drobny i niezbyt wysoki z przyjemnym wyrazem twarzy i gigantyczna taca mowi mi
- Dobry wieczor, room service.
Ten sam co w sluchawce i nic nie poradze ale pomyslalam sobie 'Biedny, po takim rozmarzeniu drzwi otworzyla mu... atrakcyjna ja.'
Zeby nieco ulzyc potencjalnemu rozczarowniu na wstepie wyparowalam:
- Stlukalm szklanke.
a chlopiec z refleksem odparl
- To dobrze ze przynioslem druga!
Co nie wiedziec czemu poprawilo mi nastroj i przestalam mu wspolczuc rozczarowania.

To byl przyklad komunikacyjnych zaburzen ale akurat u mnie to nic nowego.

Wracajac do Merkurego i komunikacji szerokopojetej, wracajac we srode do domu, juz na Wyspie w drodze z lotniska mijalam Kolchoz, o porze wychodzenia z pracy mojego kolego Urosza (tak tego samego co poprzednio), i natrafiwszy na korek postanowilam go ostrzec i probowalam zadzwonic. Nie odbieral b dlugo wiec uznalam ze pewnei juz jedzie i nie bede mu przeszkadzac, tylko napisze wiadomosc z domu ze nic waznego tylko ostrzezenie o korku.
Godzine pozniej dostaje SMS tresci:
"Ah Sorry, gupi telefon sie zaweisil i chyba nawet wcale nie dzwonil"
Pocieszylam go slowy:
"Wyluzuj, Merkury w Retro bedzie jeszcze prze kilka dni, wiec komunikacja i transport beda strzelaly Focha. Wasz przyjacielski astrolog z sasiedztwa. PS Moj siotra cioteczna wlasnie dzwonila z telefonu Fadera powiedziec mi ze jej komorka zdechla"
Na co przeczytalam:
"Alez zbieg okolicznosci - wiesz ze jako student robilem horoskpy urodzenia za pieniadze?"
pozartowalismy na ten temat po czym Urosz donosi
"hm moje ostatnie widomosci nadal u mnie wisza jako niewyslane"
Nastepnego dnia zas kupil mi frytki bo zapytawszy SMSem, czy bym chciala porcje, odkryl po 10 minutach juz w sklepie, ze wiadomosc jeszcze nie zostala wyslana... szczesliwie sie zlozylo, ze mialam slaby lunch i dopiero polowe zjadlam, a porcja byla wyjatkowo mala wiec nie zmarnowaly sie, a reszte swojego lunchu zabralam do domu.
No i kulminacja wieczoru tegoz samego dnia - mielismy kombinacje alpejska bo Urosz potrzebowal odstawic samochod kolezanki na parking zeby ona go sobie pobrala nastepnego ranke, ale nie mial jak wrocic bo dwoma na raz jechac nie umie, nie mogl zatrudnic Polowicy, bo miala zajecia, a po jej powrocie byloby juz pozno, a ja akurat szlajalam sie na miescie udajac, ze pije zdrowie zegnanego kolegi z Lochow Kolchozowych, wiec umowilismy sie, ze jak jego Polowica wroci do domu to sie zsynchronizujemy i odbiore go z tego parkingu, bo jestesmy sasiadami.
Wiedzac, ze z jego telefonem slabo jest, po wyslaniu SMSa kontynuowalam proby porozumienia sie dzwoniac. Niestety wstepnie bez sukcesu, wiec w efekcie udalo mi sie z nim porozumiec dopiero jak juz siedzialam w samochodzie, a on jeszcze nieprzygotowany siedzial w domu.
Powital mnie slowy:
"Kurde, moj telefon zaczal do mnie mowic sam z siebie, bez przerwy i w chwili rozpaczy wylaczylem w nim dzwiek, dzieki czemu nie slyszalem jak dzwonilas, a telefon gadal do mnie dalej!!"
I faktycznie, telefon sie nie zamykal. Co chwila mowil do nas "Sensor aktywny" lub dla odmiany "Sensor nieaktywny", a czasem jako rodzynkiem rzucal w nas haslem "Zainstaluja dzwiek HD". Nijak nie moglismy wymyslic co to moze byc, aczkolwiek zasugerowalam, ze moze cos ostatnio lub niechcacy zainstalowal...
Gadajacy telefon towarzyszym nam w samochodzie, a jemu przez reszte wieczoru, az w koncu poskarzyl sie Polowicy i usilujac zaprezentowac jej problem machnal telefonem w jej strone i z nienacka zaczela grac muzyka - z telefonu zaczela.
Urosz zamarl na moment i w tym zamarciu polaczy fakty - sensor aktywny/nieaktywny, dzwiek HD, ruch i grajaca muzyka... "Ach!" wykrzyknal, "Juz wiem co to bylo - kilka tygodni temu zainstalowalem aplikacje odtwarzacza z czujnikiem ruchu zeby wlaczac i wylaczac muzyke klepnieciem w kieszen z telefonem". Rzeczona aplikacja slabo dzialala wiec ja wylaczyl ale nie usunal... aplikacja postanowila sie reaktywowac sama z siebie i uswietnic mu popoludnie pogawedkami.
No i juz nie pamietam co wiecej sie wydarzylo, bo ogolnie moja uwaga skupiona byla na innych sprawach i zwrocilam uwage tylko na te wieksze albo chociaz zabawniejsze zawirowania.
Chyba ostatnim akcentem Merkurego Retro jaki do mnie dotarl byly slowa sekretarki Bozeny
"Padła mi znów synchronizacja poczty w telefonie i uparcie gnojek twierdził, że nieeee, nie ma żadnego nowego maila." sprzed kilku dni.
Czyli tak. Pierwsze retro tego roku mamy za soba.
I tym optymistycznym akcentem przerywam dluga cisze, acz jeszcze nie obiecuje poprawy.
Ale zaczynam kolejny post.

Monday, 28 December 2015

Kolejne zamki samozatrzaskujace mojego zycia... moze nie ostatnie...




Mamy rok 2008. Wrzesien. Wlasnie przylecielismy do Toronto na urlop, tzn przylecielismy do Toronto, urlop ma byc wedrowny. Ja z Faderem przylecielismy. Wynajelam dla nas samochod.
Rezerwowalam duze auto - 4WD - z mysla wypuszczesnia sie troche na bezdroza oraz generalnym planem, zeby byl to maksymalnie inny samochod od moich europejskich coby mi sie nie pierdzililo za mocno podczas przesiadki oraz zeby miec troche frajdy, ze pojezdze duzym samochodem.
Poszlismy do agencji wynajmu, zalatwilim papierologie i zamiast dac mi kluczyk powiedzieli ze samochod jest otwarty i ma kluczyk w sobie. Troche mi sie to wydalo podejrzane, ale nie czulam sie na silach klocic. 
Facet z agencji poszedl z nami pokazac na msamochod i pokazal mi bialego potwora mechanicznego. Wielkosc powiedzmy, ze bym lyknela... ale bialy?? BIALY??? Ze wszystkich klasycznych kolorow samochodow, bialy jest dla mnie kompletnie nieakceptowalny. 
Bylam normalnie gotowa zawrocic i wsiasc w najblizszy samolot na Wyspe.
No i nie byl to terenowy woz tylko taki rodzinny SUV - jakis Dodge o ile dobrze pamietam. Normalnie maksymalne rozczarowanie na kolkach.
Moje rozczarownie bylo chyba tak mocne i wyczuwalne, ze jak podeszlismy do auta to okazalo sie ono zamkniete.
Na ament zamkniete. Zatrzasniete na wszelkie sposoby.
probowalismy roznych drzwi i nic. Przy klamce kierowcy byly jakies przyciski dziwne przyciski z numerkami, wiec pytam faceta z agencji, czy nie powinni podac mi kodu najpierw, a on ze nie bo tu powinny byc kluczyki w drzwiach. 
hm. Sprawdzamy ponownie wszystkie drzwi tak na wszelki wypadek jakby sie okazalo ze za pierwszy mrazem przeoczylismy klucz z brelokiem agencji tkwiacy w zamku. 
Klucza niet.
Facet popedzil do budki agencji pytac o te znikniete klucze, a oni tam mu mowia, ze powinny byc z samochodem. ale ich tam nie ma.
Hm. Zebrala sie ich w koncu cala ekipa tych agencyjncyh kolesi no i jeden w koncu zajrzal przez szybe nachalnie i wola  "sa klucze!!" 
"gdzie?"
"w samochodzie, na siedzeniu"
No to sobie z ulga pomyslalam, ze nie moga mnie winic o slepote bo ja nie bylam, nawet stojac na palcach, w stanie zajrzec przez te szybe do srodka...
Oraz od razu mi stanela wizja otwierania drzwi patelnia w samochodzi dElvix...
Po jakis 5 minutach kolesie stwierdzili, ze musza dac nam cos innego bo nie moga nas tak dlugo trzymac, a w tym samym czasie Fader (pchany widocznie podobna niechecia do Bialego Potwora, jak moja) energicznie mnie pouczal, ze my nie chcemy tak wielkiego potwora i mam im powiedziec zeby dali nam inny. 
Tak, ze pod presja rodzicielska oglosilam ogolnie i dosc gromko, ze my nie mamy problemu z replacementem byle byl fajny. 
Panowie zarpoponowali zatem inny pojazd, wskazujac palcem okolicznego Jeepa Compass. 
Ja sie umiarkowanie zaslinilam, bo nie byl to moj wowczas ukochany Cheerokee ani nawet Liberty, ale zawsze krok we wlasciwym kierunku. 
Upewnilam sie, ze nie musimy doplacac za te zamiane (btw wydaje mi sie ze nawet powinni mi byli zwrocic pare gorszy bo to jednak juz byla inna kategoria, ale nie bylam nigdy az tak drobiazgowa. 
Wszystko bylo lepsze niz ten bialy potwor, nawet odrobina straty.
W tym czasie poszukiwania kluczy zapasowych do bialego monstra trwaly, bo mimo ze ja bylam wspanialomyslna i zgodzilam sie na inne auto to i tak potrzebowali go otworzyc. 
Osobiscie podejrzewam, ze auto mialo czasowy zamek. Ten juz wtedy nasz tez mial taka opcje, znaczy, ze sam sie zamykal jak poczul sie zaniedbany i porzucony.
Jak sie juz wpakowalismy do zastepczego potworka, a ja ustawilam siedzenie i przestawilam sobie psychike na automatyczna skrzynie biegow, Bialy Potwor zostal otwarty.
Serce mi na moment zamarlo jak temu zajacowi w swiatlach pedzacego samochodu. Calkiem zbednie, bo juz nie probowali nas przesadzac.


Pare tygodni pozniej, jest juz Pazdziernik na Wyspie. Kilka dni po powrocie z powyzej wspomnianej podrozy.
W ten weekend wlasnie Fader wraca do siebie.
Mieszkam akurat na duzy strychu przerobionym na duze 4 pokojwe mieszkanie, z dwiema kolezankami z Kolchozu, przy czym tylko jedna z nich jest akurat w domu.
D, zwana tez czasem Franca,  racji narodowosci, a takze okazjonalnej francowatosci charakteru.
W piatek wieczorem szykujac sobie ubranie na nastepny dzien pomyslalam 'wloze klucze do mieszkania i samochodu do kieszeni  kurtki zeby bylo mi jutro latwiej'. 
Zazwyczaj klucze bralam przed wyjsciem z poleczki w szafie w moim pokoju i upycham po kieszeniach portek i taka mialam rutyne.
Czego nie przewidzialam to tego, ze w nocy i rano temperatura byla zaledwie +4C,  wiec rano uznalam ze zaloze t-shirta tak jak planowalam, ale na to wezme zamiast kurtki  polar.
Klucze rzecz jasna byly juz w kieszeni kurtki i... tam zostaly, bo przeciez ja pamietalam ze je juz bralam (co z tego, ze wczoraj), wiec powinny byc w kieszenie dzinsow jak zawsze.
Ale nie uprzedzajmy faktow -  rano  nastepnego dnia naszykawalam Faderowi  sniadanie i mialam wyjsc wczesniej i wyprowadzic auto z garazu zeby  pozniej bylo szybciej, podczas gdy on mial jesc, ale z nienacka postanowilam, ze ja tez zjem i w efekcie - tuz przed 7dma wyszlismy oboje z jego bagazem.
Zatrzasnelam drzwi.
I dociskajac drzwi wiedzialam, ze jest źle, ale bylo juz za pozno. Klamka zapadla mozna by rzec.
Pomacalam sie profilaktycznie po kieszeniach ale nie, cudu nie bylo.
Zatrzasnelam sobie kluczyki od samochodu i od mieszkania (w tym od bramy co jest istotne!!) w mieszkaniu.
Brama jest o tyle istotna, ze bez klucza do bramy nie da sie opuscic posesji wiec udalo mi sie zrobic najglupsza rzecz, z ktorej sobie zawsze zartowalysmy z wspollokatorkami - zatrzasnelam sie na zewnatrz bez mozliwosci wejscia i wyjscia!
W domu jako juz rzeklam byla tylko jedna z moich wspomieszkaczek – D, ale spala snem glebokim i sprawiedliwym po zaimprezowaniu poprzedniego wieczora. 
Na szczescie - dzwonek do drzwi dzialal i D, po moich kliku dluuugich probach, uslyszala go (co bylo, nie oszukujmy sie fartem bo zwykle nie slyszy i spi dalej) i mnie wpuscila.
Lyso mi bylo jak cholera bo przeciez nawet nie moglibysmy taksowka jechac do tego autobusu, bo nie daloby sie wyjsc z posesji – zakwitla mi nawet mysl ze jak tylko wroce z lotniska pierwsze co zrobie to dorobie klucz do bramy i schowam w garazu - ktorego nie zamykamy na klucz bo jest za zamknieta brama.  Obeszlo sie bez tego gdyz kilka miesiecy pozniej nastapila wyprowadzka z tego lokalu i zamieszkalam z M&Msami we wspolnie wynajetym samodzielanym domu z ogrodkiem i garazem. Owszem z zatrzaskowym zamkiem rowniez ale ten jakos nie przyporzyl mi trosk swa zatrzaskowoscia...
 Dodam jeszcze, ze w desperacji, stojac pod wlasnymi drzwiami i dzwoniac do nich beznadziejnie po raz szosty mniej wiecej, w planach mialam juz dzwonienie telefonem na komorke D oraz galop na dol i wystawienie reki przez brame zeby zadzwonic domofonem, bo ten ma dzwonek blizej jej sypialni i byc moze jego uslyszy.
Ten dzien w ogole byl dosc ciekawy, bo mimo porannego chaosu na autobus zdazlylismy bez problemu choc Fader swoim zwyczajem arcy maciciela usilowal namowic mnie na wsiadanie do autobusu, ktory jechal Z lotniska do miasta – ale tym razem nie dalam sie oglupic!
 Na lotnisku - poniewaz Fader lecial Polskim Orlem, byla szansa, ze bedzie polska obsluga na odprawie (co czasem sie zdaza, acz juz coraz rzadziej) - tym razem odprawiala Fadera pani o imieniu Iwona, co dalo mi podstawy do zadania pytania "czy "dzień dobry" zadziala?" co bardzo ja rozbawilo i odparla, ze jak najbardziej za dziala i to nawet plynnie. 
Nie wiem czy ten zarcik tak wybil Fadera z rytmu,czy po prostu jak ja, ma zwyczaj odpowiadania na zadane pytanie technicznie na temat, ale niekoniecznie zgodnie z intencja pytajacego (czy tez raczej ja mam tak po nim), bo gdy pani zapytala go o ostre przedmioty, majac na mysli podreczny bagaz, on odparl na to na to, ze ma w walizce zyletki.
 Dalej po odczekaniu stosownej chwili odeskorotwalam cennego protoplaste do przejscia na kontrole bezpieczenstwa  i tuz przed przejsciem do bramek pytam, go czy nie ma zadnych plynow  (od 2006 pytam zawsze ), on ze nie i poszedl.
Za jakies 40 minut dzwonie do niego skontrolowac postepy po drugiej stronie – z racji braku wspolnego jezyka z endmicznymi mieszkancami lotniska lubie sie upewnic ze zlokalizowal numer bramki albo przynajmniej czeka na jej wyswietlenie po stosownym ekranem, a on do mnie "wiesz co sie stalo? moja torba na tym pasie zostala i siedziala tak dlugo i siedziala, a oni patrzyli i patrzyli w ten ekran, az w końcu przyszedl jakis jeden i cos im powiedzial i puscili... no to sprawdzam bo moze jakis metal z puszki czy cos, patrze a tam sa kropelki do nosa!"
Prawie wypielam wrotki (tak sie kiedys mowilo w moich kreagach zamiast obecnych LOLi i ROTFLow) i od razu mi sie lepiej zrobilo, bo bylo mi nadal szalenie glupio po tych kluczach o poranku.
A  jako ukoronowania dnia po powrocie z lotniska, samochod mi na parkingu nie chcial zapalic. Najpierw myslalam, ze dlatego ze na biegu usiluje go uruczhomic (kompletnie nie wiem czemu, ale to byly moje poczatki z Blekitna Strzala i pierwszy nowy smachod od lat wiec troche sie nad nim trzeslam jeszcze, i nie rozjezdzalam nim lisow. No dobra jednego.), ale bez biegu tez nic.
Juz mnie nerwa wziela, patrze czy aby na swiatlach nie stal te 5 godzin, ale nie, zamki dzialaja wiec to nie akumulator. Probuje jeszcze raz, tym razem odruchowo wyciskajac sprzeglo i zapalil, a mnie olsnilo wspomnienie - jak odbieralam auto i mialam instruktaz to pan handlowiec sie zachwycil, ze odpalam silnik na sprzegle co wydalo mi sie dziwne bo wlasciwie zawsze tak robie jako, ze zostawiam auto na biegu zawsze. A on kontynuowal, ze inaczej nie zapali silnik - dlaczego to juz nie pamietam, ale samo zdarzenie owszem wrocilo do mnie.
A jeszcze idac do samochodu (na parkingu) odkrylam, ze w ferworze porannych nerwow zlapalam w koncu zapasowy kluczyk do smochodu, zamiast tego wlasciwego, z breloczkiem - na szczescie zapasowy normalnym kluczykiem  ze zintegrowanym pilotem i tymi tam transponderami, a nie taki mechaniczny.
Po tym wszystkim mialam wszystkiego serdecznie dosc i marzylam o chwili (a najlepiej jakims tygodniu) spokoju.

Wednesday, 23 December 2015

Zamki samozatrzaskujace mojego zycia... i czemu "loki" sa niebezpieczne...

Juz bylo o kluczykach samochodowych jakie dElvix zatrzasnela w samochodzie, teraz czas na moje zwiazki... z zamkami zatrzaskowymi.

Otoz kazdy urodzony w moim pokoleniu chyba spotkal te cholerstwa choc raz w zyciu. Ja pamietam jak staly sie popularne chyba gdzies w poznych latach 80tych, moze poczatek 90tych?
Moja rodzina byla (zwykle, za wyjatkiem mnie) typem poznych nowatorow, czyli wszelkie nowinki techniczne i technologiczne, mimo ze nam znane, w naszych progach goscily ze sporym opoznienie, wiec taki zamek zatrzaskowy zostal nabyty ale nie zainstalowany i lezal przez jakis czas w pudelku, nabierajac mocy urzedowej.
W koncu zostal zamontowany.
Na moja zgube mozna by rzec, bo sial w moim zyciu wieczna panike, ze sie bez klucza zatrzasne na zewnatrz. Bardzo dlugo samo-terror dzialal pozytywnie i sprawdzalam czy mam klucz wrecz maniacko.
Krach nastapil pewnego pieknego dnia chyba jak bylam jeszcze w szkole sredniej, chylacej sie juz ku koncowi. Moja Rodzicielka byla akurat w sanatorium gdzies tam w jakims Inowroclawiu albo innym Iwoniczu. Za daleko w kazdym razie zeby liczyc na jej powrot celem ratowania pierdolowatej pociechy w opresji.
Fader w pracy, nie planujac powrotu przed jakas 18ta.
A ja, chyba wrociwszy ze szkoly wczesniej, majac sporo czasu do dyspozycji, postanowilam wykonac fotografie, do paszportu bodajrze.
Decyzja byla poprzedzona dlugotrawlym bojem mentalnym co robic - isc, czy nie isc, bo moze jednak nie isc. Moze samo sie zrobi?
(Nie lubie zdjec swojej facjaty. W zadnej sytuacji. W lustrze jeszcze nieraz ujdzie ale na zdjecia zazwyczaj mam ochote spluwac za kazdym razem jak mi wpadnie jakies w oko.)
I tak bijac sie z myslami ubieralam sie do wyjscia. Do robienia zdjecia nie byl mi potrzebny moj zwyczajowy plecak, wiec mialam w garsci li i jedynie portfel.
W planie byly tez klucze.
W progu juz, dalej ze soba debatowalam i w koncu podjelam meska decyzje 'Zrobie to cholerne zdjecie!' i dla dodania sobie animuszu trzasnelam drzwiami.
I w tym momencie opuscila mnie euforia, a przyszlo otrzezwienie.
KLUCZE!!!
Otoz zostal one w srodku, na antycznej bez mala, szafkowej maszynie do szycie sluzacej glownie za stolik na torby w przedpokoju.
Godzina byla taka, ze wszyscy moi znajomi albo w pracy albo w szkole.
Nasi dawni sasiedzi z dolu, z ktorych corkami przyjaznilam sie od dziecinstwa juz sie wyprowadzili na drugi koniec miasta i jakos nie usmiechalam mi sie do nich dralowac.
Przyszywana Ciotka U rowniez nie obecna, nie pamietam czemu, bo jeszcze chyba mieszkala w L.
Czyli wybralam sobie najgorszy mozliwy moment na wykonanie tego numeru...
Pokrecilam sie troche wokolo bloku, ale niestety jedyna alternatywa przechowania mnie do czasu powrotu Fadera byl taki jeden sasiad, samotny pan w srednim wowczas wieku, ktory trzymal sie zdala od innych, ktorego lekko sie krepowalam kompletnie nie wiadomo czemu.
W koncu przelamalam sie i zapukalam do niego z prosba o udostepnienie telefonu celem zadzwonienia do Fadera, bo w miedzy czasie wpadl mi do glowy pomysl.
Bo nawet zadzwonic nie mialam jak nie majac drobnych na automat w portfelu tylko kase na tego fotografa. A bylo to cale lata przed udostepnieniem telefonow komorkowych pospolstwu.
Sasiad zyczliwie uzyczyl swego telefonu, nie wnikajac w powody. Po rozmowie nawet oferowal, ze moge u niego poczekac, ale ja juz z ulga moglam oznajic, ze:
Fader zaaprobowal moj pomysl (bo idea wracania wczesniej zeby mnie wpuscic z wybiegu kompletnie mu nie przyszla do glowy) i wrotce jechalam autobusem do Stolycy celem dolaczenia do Fadera w jego zakladzie pracy i wybrania sie na zakupy zywnosciowe w drodze powrotnej, bo przeciez zatrzasniety klucz uniemozliwial mi zakupienia zywnosci na obiad loklanie, bo bym musialam z tym towarem siedziec na wycieraczce. Poza tym mialam w portfelu pieniadz wylacznie na zdjecie co pokrywalo koszty dojazdu do Stolycy, ale na pewno nie na produtky obiadowe.
-----------------------------------------
Po paru latach ow problematyczny zamek przestal zatruwac mi zycie (Ale nie na dlugo, oj nie.), gdyz rodzina przeniosla sie do lokalu na przeciwko, ktory byl pozbawiony zamka zatrzaskowego.
Poltora roku po przeprowadzce pojechalam po raz kolejny na wyspe w celach edukacyjnych. Tym razem jechalam solo i mialam sie wstepnie zatrzymac u kolezanki, z ktora mialam pozniej ogladac pare domow, ktore zlokalizowala ona, jako potencjalnie godne naszej uwagi - z miejscem dla 4 studentek, bo mialy do nas jeszcze dolaczyc dwie kolezanki z Niemiec. Tak tez sie stalo.
Ale na poczatku bylo nas tylko dwie, bo Niemki przyjezdzaly pare tygodniu pozniej juz na gotowe niejako.
Dostalysmy po kluczu od pokoju na glowe, dla mnie byl to raz pierwszy - dom przystosowany do mulitlokatorskosci, kolezanka (znowu na M ale za duzo tych eMow, wiec pozostaniemy przy terminie 'kolezanka' bo nie wiem czy jeszcze kiedys o niej bedzie...) w zasadzie zwyczajna, ale poniewaz mieszkac miala z samymi zapryzjaznionymi jednostkami, nie zamierzala specjalnie zawracac sobie glowy zamykaniem pokoju i czym przedzaj powiesila na drzwiach odziez na wieszakach, skutecznie uniemozliwiajac zamkniecie pokoju.
Poza tym dom mial taki zwariowany uklad, ze wlasciwie byla sama na pietrze, ja bylam na czyms w rodzaju polpietra, tez solo, a na dole byly dwie duze sypialnie, ale nie chcialam mieszkac na parterze wiec wybierajac pokoj wybralam najbardziej pokrecony z dostepnych. Byl tez jeden wolny pokoj na pieterku z kolezanka, ale byl bardzo niewielki (nie box-room jesli ktos z bywalcow Wyspowych sie mialby zainteresowac), wiec zostal nam jako tzw goscinny, praktycznie nie uzywany.
No dobrze dosc opisu sytuacyjnego. Mam pewnie jakies "komiksy" - szkice jakie robilam z ukladu domu w listach do dElvix, ale nie wnosza one nic do historii o zamkach.
No i tak.
Przeprowadzka nastapila po mniej wiecej tygodniu od mojego przyjazdu, ja zyjac z walizki specjalnie nie stanowilam problemu, kolezanke nalezalo spakowac i przeprowadzic. w temacie pomogl jej chlopak (obecnie maz) oraz znajomi znajomych.
Po przeprowadzce chlopak kolezanki wyjechal do siebie - w sensie ze on robil kolejny etap dyplomu na innej uczelni niz kolezanka, bo ogolnie poznali sie na studiach wlasnie.
Zostalysmy we dwie i pierwszego wieczoru kolezanka zaprosila mnie do siebie na pogaduchy. Umylam akurat glowe i juz nakrecilam "loki"...
argh, te cholerne "loki" kiedys mnie zgubia. Nie byl to pierwszy ani ostatni raz wpadniecia w klopoty z "lokami" na glowie... Dodam wyjasniajaco, ze okreslenie "loki" nosza walki na rzepach, ktorych uzywam do okielznania wlasny lokow, ktore moze nie sa oszalamiajaco bujne i miewam w zyciu okresy kiedy koafiure moja okreslam mianem "wylysialej wiewiorki w ktora strzelil piorun" (w ostatniej dekadzie troche micno ta wiewiorka poszarzala co w niczym jej nie pimaga), ale niezwykle charakterne i przysparzaja mi wiecznych bolow glowy swoim nieuregulowaniem, albowiem niezaleznie jak bardzo staranna koafiure uloze wystarczy odrobnika mzawki czy wilgoci wlasnej i kedziory me nabieraja charakteru wlosow antycznej Meduzy - zyja wlasnym zyciem. Takie organiczne sa. A po zdjeciu "lokow" pierwsze wrazenie jakie robi moja koafiura to wkurzony mis z grzywka na lata 80te... O albo Funkowy Mis Kolargol. Takze generalnie sypianie na "lokach" weszlo mi w nawyk, chociaz efekty potrafia zniknac pare godziny po uczesaniu. Ot taki intymny szczegol z zycia mRufy.
... gotowa do snu, czyli w nocnej kreacji. Zalozylam zatem sweter na siebie i mozliwe, ze skarpety, wyszlam z pokoju, zamknelam drzwi...
...i z moich ust wyrwal sie ryk godny zranionego zubra.
Kolezanka z pokoju na pieterku zainteresowala sie: "Co Ci jest?"
Ja, dosc rozpaczliwie: "Zatrzasnelam sobie drzwi!!"
Kolezanka:"I?"
Ja: "klucz zostal w srodku!!"
Kolezanka dostala ataku smiechu, powiedziala ze moge spac u niej, a nazajutrz zadzwoni z pracy do wlasciciela domu i poprosi o przyjscie i otwarcie mi drzwi.
Telefon zalozylysmy pozniej albo tez jeszcze nie byl odblokowany.
Wlasciciel istotnie przybyl mi na ratunek nastepnego dnia, i powitalam go w tym samym stroju co poprzedniego wieczoru, tyko pozbylam sie tych cholernych "lokow" co nie wiele pomoglo bo grzebien tez mialam zatrzasniety w pokoju w towarzystwie klucza, wiec by ten Funkowy Kolargol.
Po tej przygodzie dorobilysmy sobie zapasowe klucze do naszych pokoi i u mnie byl klucz kolezanki a u niej moj, tak na wszelki wypadek, zeby wlascicielowi nie zawracac glowy.
Pozostale pokoje tez mialy zatrzaskowe zamki i moja przygode powtorzyla pozniej jedna z naszych wspolmieszkanek - nie pamietam, ktora z dwoch, ale miala mniej szczescia ode mnie bo do jej pokoju nie bylo klucza zapasowego u wlasciciela i przez jakis czas miala drzwi bez zamka.
Trzeci zamek zatrzaskowy mojego zycia dostanie wlasny opis, bo byl to taki zamek ktory mial daleko idace skutki uboczne w postaci calego dnia o dosc nietypowym przebiegu co przedluzyloby ten wpis do poganskich rozmiarow.
-----------------------------------------
Ale jako wisienke na torcie dodam jeszcze jedna przygodem z "Lokami".
Otoz rzecz sie dzieje na Morzem Baltyckim. I dzieje sie nieco przed powyzszym zamkiem samozatrzaskujacym.
Jestem sobie na urlopie/wakacjach.
Jest koncowka urlopu i turnusu za razem, a na koniec turnusu przewidziany zostal tzw "Bankiet". Niektore Babki z turnusu przejely sie rola i kazaly mezom dowozic kreacje wieczorowe, inne kazaly sie chlopom wozic po lokalnych sklepach celem nabycia stosowej sukni itp.
Ja o bankiecie wiedzialam, ale nie zamierzalam sie nim zbytnie przejmowac, jakis tam stroj nieco elegantszy od zwyklych szmat wczasowych mialam i jedyny wysilek jaki zamierzalam wlozyc to twarz z przyleglosciami, albowiem lica me maja zdrowa krasna barwe niezaleznie od okolicznosci. Taka rumiana babka jestem, no.
Jak mozna sie domyslic umylam kedziory, ulozylam je starannie na lbie, zainstalowalam jakies "loki", a przynajmniej jeden... wysuszylam caloksztalt, nieco podtapetowalam rumiane czesci geby zeby troche mniej swiecily swym krasnym odcieniem, wbilam sie w stroj i pobieglam na ten "Bankiet".
Droga na bankiet prowadzila po rozlicznych schodach w dol, bo komnate mialam jak ta ksiezniczka w baszcie - na samej gorze pensjnatu.
Czyli tup, tup, tup, pomykam chyzo w dol, na przedostatnim podescie schodow jest gigantyczne krysztalowe lustro, w ktorym mimochodem przejrzalam sie, krytycznie oceniajac efekty moich limitowanych wysilkow, uznalam ze moglo byc gorzej, nawet twarz jasniaja rumiencem nieco mniej niz zwykle (tu podkreslam, ze spojrzalam na gebe z przyleglosciami), trafilam na kolejnym podescie na kierownika/organizatora, ktory przypominal mi zawsze nieco wychudzonego Tynca i ktory skomplementowal moja prezencje (ale to chlop, a chlopy zwykle nie widza wielu drobiazgow w babskiej prezencji, szczegolnie jesli moje zadowolenie mialo wplyw na jego przychod tak z turnusu jak i z lokalnego baru w ktorym bankietowalismy), dolaczylam to reszty Bankietujacych i zaczal sie ten bankiet.
Na bankiecie byla obecna kolezanka, obecnie loklanie zamieszkujaca nad Baltykiem, wtedy jeszcze pracujaca tylko na obiekcie, z ktora zreszta juz wczesniej bylam nieco zaprzyjazniona. Kolezanka nazywana byla w czasach szkolnych Agent, wiec posluze sie tym mianem, prezentowala moje pokolenie i ogolnie fajna z niej babka wiec przyjaznimy sie z roznym nasileniem do dzis.
Agent spojrzala na mnie celem powitania, po czym zerknela badawczo ponownie, ale nic nie powiedziala. Uznalam glupkowato, ze to pewnie podziw dla mojego kamuflazu rumiencow, bo puder mialam taki bardziej ekstraordynaryjny, obecnie nie do kupienia w Europie.
Siedzimy, bankietujemy, gledzimy. Mnie zrobilo sie dosc cieplo. Glownie w glowe.
Cos mnie zaswedziala glowa nad czolem. Przetrzymalam chwile, ale juz nie mogac wytrzymac dluzej, siegam reka aby sie dyskretnie podrapac i... cos mnie blokuje w ruchu.
Nieco zaskoczona, macam sie po glowie dokladniej...
MatkoJedynoKochano... Ja mam tam "loka"!!
Musialam zapomniec zdjac...
Macam sie dalej, przerazona myslac 'czy ja tu przyparadowalam z calym lebem w "lokach"?'.
Nie. Tylko jeden ten nad czolem.
Wyskoczylam zza stolu jak razona pradem i pedze. Szczesliwie oprocz Agenta malo kto zwrocil uwage no moje ekwilibrystyki.
Pogalopowalam do mojej komnaty na szczycie wiezy - 4 pelne pietra zeby nie bylo - zdjelam "loka" i doprowadzilam koafiure do planowanej formy, z ulga zauwazajac, ze ten rzepowaty walek nie wystawal mi z zadnej strony wiec po prostu prezentowalam grzywke na tapira, ktora juz lata temu wyszla z mody i jeszcze dlugo nie byla przewidziana na comeback (jak to jest obecnie).
Wrocilam na bankiet juz duzo spokojniej.
Agent przywitala mnie pytaniem "Co sie stalo?"
"A zapomnialam zdjac walka i dopiero sie zorientowalam, ze on tam jest jak chcialam sie podrapac po glowie" odparlam ja.
Na co Agenta stoicko odparla"No wlasnie widzialam, ze masz taka nietypowa fryzure troche, ale pomyslalam, ze widocznie w Stolycy tak sie czesza..."
I dostalysmy obie ataku smiechu.
Owszem organizator wypoczynku nie zawrocil uwagi ze mam na glowie fragmenty rusztowania, ktorych niepowinno tam byc, ale jak juz mowilam - chlopy zwykle nie zauwazaja takich drobiazgow.
Reszta bankietowiczow tez jakos nie zareagowala na moj powrot ze skorygowana grzywka.