Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Wednesday, 19 May 2021

Fader sie Zaczipowal i co z tego wyniklo

 Skoro wszyscy grzmia o tych czipach bilagejtsa to mousze i ja sie zdeklarowac. Otóz nie dostalam. Ale nic stracownego bo jestem dopiero po pierwszej fazie i moze jeszcze dostane.

Rzecz w tym, ze Fader zapragnal sie zaczipowac. Ja go ani nie namawialam, ani nie zneichecalam, bo w owym czasie jeszcze mialam troche wiecej watpliwosci niz pózniej. 

Dodam, ze nie posluguje sie zródlami typu doktor gugle czy doktor soszjalmedja.

Ale nie w tym rzecz i tu tez nie bede agitowac w rzadna strone, ale plaskoziemców uprzejmie prosze o NIE zabieranie glosu.

Na szczescie nie wiem czyje to bo bym z radoscia podala dokladnego autora. A tak to normalnie - ukradzione z internetów.

Bylo zatem tak, ze skoro Fader zapragnal to mi o tym powiedzial i uznal sprawe za zalatwiona.

No owszem, zalatwilam, ale ile sie musialam przy tym nagimnastykowac to w glowie sie nie miesci.

Oczywiscie nie obylo sie bez utrudnien juz po zorganizowaniu terminu w sensownej lokalizacji - z racji bycia nieco "vintage" Faderowi przyslugiwalo pierwszenstwo przejazdum czyli tuz po medykach, a przed nauczycielami zdaje sie czy cos w tym rodzaju - bo jak wiadomo Fader na Planecie Ojczystej przebywa, a nie ze mna na Wyspie gdzie trzeba brac co daja bo grymasuff nikt nie slucha - albowiem poczatki byly na Planecie skomplikowane.

Ale sie udalo i Fader przystapil do czekania na druga dawke.

W tym czasie ja sie w koncu doczekalam swojej kolejki. Z zalem odkrylam, ze dostane nie to co bym wolala, ale jako wspomnialam tu jest ustrój krypto-socjalistyczny (skryty pod plaszczykiem monarchii), wiec trzeba brac co daja. Nie chcec ryzykowac czekania zlapalam jeden z najblizszych terminów i poddalam sie procedurze potencjalnei cziowania.

Okazalo sie jako rzeklam ze nie dostalam czipa, albowiem ani telefon mi lepiej nie odbiera ani nie prowadze rozmó za posrednictwem plomby, ani nawet wzrok mi sie nie poprawil, a w ogóle w drodze powrotnej to zabladzilam mimo wskazówek Nawidakcji, wiec nawet modulu GPS mi nie wszczepili.

Bo po swoja dawke musialam rypac okolo 45 km w jedna strone.

Po powrocie swiadoma ostrzezen róznych osób które odchorowaly czipowanie ta sama szczepionka co ja naszykowalam sie na wszystkie opcje - kubelek na smieci opróznilam, obstawilam wyrko napojami i ulubionymi przegyrzkami a takze paracetamolem, dodatkowy koc lezal w zasiegu rekig, a ni nim zapasowa pidzama. Poszlam sobie pograc w odmózdzajaca gre w srugim pokoju, a nstepnie poczulam mdlosci. 

W pierwszej chwili zwalilam je na karb zezarcia blisko 100 gram trufli z Baileysem, ale z perspektywy nastepnej doby stwierdzam ze byl to poczatek "odchorowywania".

Wieczorem polozylam sie z ksiazka (w otoczeniu tych wszystkich przygotowanych przedmiotów).

Po pewnym czasie zrobilo mi sie chlodno, zatrzas mnie dreszcz i zaszczekaly zeby. Ale to jak.

Pomyslalam sobie 'Ocho? Czyzby?'

Zlapalam paracetamol, ale nie lykalam go tylko siegnelam tez po termometr.

Po chwili temrometr zapiszczal i juz sam charakter pisku powinien mnie zastanowic, ale nie myslalam tylko zerknelam.

noooo....

taaaaak....

37.1

Dostalam takiego ataku smiechu jak rzadko kiedy, podzielilam sie z przyjaciólmi rewelacja i swiadoma, ze to mzoe byc dopiero poczatek zazylam jednak ten paracetamol bo oprócz tego bolalo mnie coraz silniej ramie. Oraz glowa. Oraz te mdlosci jakos nie przechodzily.

Poszlam spac.

Obudzilam sie w nadrannych godzinach mokra jak mysza, i bolalo mnie wszystko. Kazdy stawl o jakim wiedzialam i pare takich co nie wiedzialam ze sa. Lacznie ze stawami w palcach u nóg. Zmienilam na czuja pidzame domacalam sie tym razem ibupromu, lyknelam i poszlam spac dalej.

Obudzilam sie wczesniej rano, znowu nieco spocona, ale juz nie tak mocno, mdlosci i ból glowy mnie nie odpuszczaly, ale nai stawy ani temperatura juz glowy nie zawracaly. 

Poznymy popoludniem dolegliwosci mnie opuscily, ale jako wisienka na torcie spuchla mi lewa dolna strona ryja. Tak smiesznie spuchla bo od rodka - wiec czulam to ale nie widzialam.

Takze odprawcowalam wszystkie typowe i pare rzadziej spotykanych skutków ubocznych i po tym jak mi opuchlizna zeszla (po zazyciu stosownego srodka rzecz jasna, który posiadam bo nie jest to moja pierwsza reakcja tego typu) przestalam odczuwac dolegliwosci.

Nie opisuje tego szukajac porady czy wspólczucia. Otóz zadzwonil do mnie Fader i wypytywal o moje samopoczucie i ja z glupoty - bo on po swoim czipowaniu odczuwal wylacznie ból ramienia przez jedna dobe - opowiedzialam mu to wszystko, podkreslajac moja wysoka goraczke -  "37.1" i przesmiewajac sie z wlasnych przezyc.

Nastepnie przyszla wiadomosc, ze Fadera szczepionka bedzie o tydzien wczesniej czyli kilka dni po mojej pierwszej, co go bardzo ucieszylo.

Fadera czipowanie numer 2 mialo miejsce o poranku, wiec po powrocie zrobil sobie zakupy i spedzal reszte dnia w domu.

Zadzwonilam do niego przed poludniem, a nastepnie wieczorem, ale jeszcze przed zmrokiem bo dni juz dluzsze nieprawdaz.

Wieczorna rozmowa wygladala tak:

'No i nie bylo nic w telewizji, wiec wzialem ksiazke i sie polozylem. No i oczywscie usnalem.

Budze sie, patrze ciemno, przerazilam sie ze tak dlugo spalem, a jeszcze nie jadlem obiadu, wstaje, a wszystko mnie boli. Leze taki polamany kuchni, a tu mnie mdli. 

Pomyslalalem sobie "Ocho, to ja juz chyba dzis nic nie zjem". Goraco mi bylo, a goraczke mialem taka, ze az mnie rece palily, czego nie dotknalem to az parowalo.'

Tu cos mi ie pasowalo, bo goraczka nie tak sie objawia, ale nia mialam szansy zapytac czy mial "dyniowata glowe" bo zazwyczaj tak wlasnie zaczyna sie u niego goraczka.

'I tak chodze po mieszkaniu zalamany i polamany. I mysle sobie "Cholera, prawde mówili ,ze ta druga dawka gorsza" i tak chodze i sie mecze.

I znowu sie budze, i musze despracko do lazienki bo pecherz pelen. Wstalem szybko i poszedlem do lazienki, i tak sobie mysle "jak to sie stalo, ze mnie nic nie boli?? a jaki ja glodny jestem!"

I wtedy dotarlo do mnie, ze tamto musialo byc snem, ale jakim realistycznym! Az nie moglem uwierzyc, ze tak sie moze przysnic.'

Tu dostalam ataku smiechu.

I tak to prosze panstwa w wyniku pelnego zaczipowania nieumyslnie dokonalam incepcji Faderowych skutków ubocznych po szczepieniu.

tylko jak to malzonek Smoczynskiej slusznie podsumowal - w incepcji mieli baczka, a Fader mial pecherz.


Kilka tygodni pózniej

Dzwonie do Fadera, bo juz póznawo. Czekam i czekam i juz sie zaniepokoilam, ze tak dlugo nie odbiera az w koncu slysze 'slucham?'. Pytam sie czy spal. Mówi ze tak i ze wlasnie konczy jedzenie. 

A co, spales wczesniej?

Tak. Rzecze Fader.

Ale obudzilem sie, patrze, ze juz widno, przerazony mysle ze to juz swit, czyzbym przespal budzik? Szybko patrze czy jest wlaczony, a on nie jest. To go szybko wlaczylem i zaczynam brac sie za gimnastyke, ale patrze, a ja jeste mw dresie, a nie w pidzamie, co mnie troche zastanowilo i spojrzalem w koncu na zegarek, a to 17ta. 

Tak, ze tak prosze panstwa. Ja moze jeszcze nie, ale Fadera to juz mi zaczipowali. 

Strach sie bac.

Thursday, 7 January 2021

Dawno temu na Niszczycielu, czyli 2021 z mRufa zaczac czas... wspominkami

 Dawno nie bylo skokuff czaso-przestrzennych wiec gogle wzuwamy i...

Witam w poczatkach lutego 2016.

Usilujac troche na sile reanimowac kilkuletnia tradycje swietowania okoloswiatecznego przez "trzy wiedzmy" czyli Kolezanke od Krzysztalów, siebie oraz mnie, Kolezanka Anielska (nazwana tak nieco sarkastycznie, bo rodzice nadali jej imie Angela, kompletnie nie licujace z jej charakterem i osobowoscia) sprowokowala mnie do wydania pieniedzy na prezenty dla niej i jej synka. Byl to ostatni raz kiedy taka prowokacja nastapila w tamtej dekadzie. 

Pojechalam zatem w pewna sobote poznym popoludniem (bo wczesniej pracowalam w tzw nadgodzinach) do kolezanki Anielskiej, która  jeszcze w listopadzie poprzedniego roku, nagarala mi na swoim skyboxie program, ktory bardzo chcialam obejrzec, a takze celem wreczenia podarków. 

Niby bylo blisko dosc, szczególnie z Kolchozu, ale wybralam sie tam z nawidakcja, bo nie znalam dokladnego dojazdu. Adres szczególowy jaki mi podala Anielska na mojej nawidakcji rzecz jasna nie istnial wiec posluzylam sie kodem pocztowym, z nadzieja ze dotre do wlasciwej ulicy i dalej sobie poradze.

Nic bardziej mylacego.

pozyczka z lovethispic.com

Wiedzac, ze ulica jest gdzies ZA wjazdem do lokalnego retail parku (czyli takiego czegos jak centrum handlowe na sterydach i swiezym powietrzu), pojechalam tak jak nawidakcja zalecala i znalazlem sie...

...

...

na parkingu owego retail parku, który usilowalam ominac.

Zawrócilam, wyjechalam, spróbowalam innych wariantów, z których zaden nie przyniósl sukcesu, zadzwonilam i po otrzymaniu od kolezanki werbalnych wskazowek jak i gdzie jechac, ktore poprowadzily mnie wlasnie w te jedna, jedyna uliczke nie zeksplorowana wczesniej, bo optycznie uznalam, ze jest slepa, a nosila inna nazwe niz ta upragniona przeze mnie.

Nastepnie jak juz wreszcie znalazlam sie w z grubsza wlasciwym miejscu (nazwa uliczki sie zgadzala), zaparkowalam w miejscu na oko wydajacym sie uniwersalnym i wylazlam z auta celem znaleznienia machajacej do mnie kolezanki, znalazlam ja, po czym wlazlam z powrotem do auta, celem wypiecia nawidacji.

Wylazac ponownie z auta zaczepialam plecakowym uchem kazdy wystajacy fragment pojazdu, po czym jakims cudem zawadzilam nogawka portek o butelke z napojem, ktora tkwi na stale (tzn nie ze ta konkretna - jaka butelka tam zawsze tkwi) w kieszeni w drzwiach. 

Nie, nie byla to trucizna wyobrazcie sobie, tym razem byl to jakis wynalazek z herbata rooboise.

Zawadzilam o nie tak artystycznie, ze jakbym mniej uwazala to albo bym sobie te butelke wbila w lydke, albo wyladowalabym twarza na mokrym asfalcie, bo oczywiscie lalo i zapadal kurcgalopkiem zmrok.

Ale wylazlam w koncu jakos i rozladowujac zawartosc bagaznika wyciagnelam przy pomocy ucha od plecaka odmrazacz do szyb w spreju (tego samego nie pod praca zreszta tez.) zlapalam go w locie i pomyslalam sobie, ze cos mi to wszystki nie najlepiej wychodzi.  You get the idea, no nie?

Widok musialam stanowic wysoce rozrywkowy szarpiac sie tak ze wszystkim, bo kolezanka czekala w uchylonych drzwiach "balkonowych" bez zniecierpliwienia.

Wytargalam wszystko w koncu, zanioslam do kolezanki, po czym dotarlo do mnie, ze stoje najdalej jak to tylko mozliwe od jej lokalu, a pod samym oknem "balkonowym" sa miejsca, wiec oczywiscie w tym deszczu poklusowalam nazad do mojej Blyskawicy i przeparkowalam, w pierwszej chwili bezmyslnie w krzaki, ktore nie pozwlaly otworzyc mi drzwi, a nastepnie w miejsce dogodniejsze tuz obok. 

Anielska szczesliwie znala juz od lat moje mozliwosci wystarczajaco, zeby przeczekac te machinacje, siedzac stoicko na sofie ze slowami "I will leave the doors unlatched for you dear, ok?" (to ja nie bede jeszcze zamykala tych drzwi, co?)

Jako ostateczny cios od Niszczyciela tego wieczoru wystapil prezent zwrotny jaki dostalam od kolezanki anielskiej, ale to juz sprawy materialne i charakterologiczne, na których temat nie bede sie tu produkowac, dodam tylko, ze przez nastepne prawie 5 lat nie dalam sie sprowoakwac ani razu!

Kurtyna.

PS. zlamalam sie dopiero w 2020 z róznych wzgledów, ale byla to moja wlasna decyzja, a nie prowokacja wiec temat sie nie liczy!!

Friday, 20 November 2020

Sezon na... Kretyna

Prawie jak tytul pewnego polskiego filmy, ale chyba nie. Natomiast zdaje sie ze w tym tygodniu przypadal akurat Dzien Kretyna, 

Jeden kretyn to kolega N z Kolchozu, który cierpi na syndrom. nie wiem jaki to syndrom ale jest to syndrom. Otóz stara sie przypodobac swoim przelozonym nasladujac ich styl tekstylny, wiec jak szfowala mu C która nosi sie na kibola, kolega N tez zaczal - zlochane portki od dresu i t-shirt. Jak przez chwile pracowal dla P, którego z M okreslamy umownie jako Bonda (bo kiedys na nieoficjalna impreze swiateczna odpalil sie we frak, a zbieglo sie to jakos z wjesciem Daniela Craiga w role Jamsa Bonda, a ze typ urody ma zblizony to okreslilysmy go wlasnie ksywka "niechlujnego Bonda"), to ubieral sie w biale koszule ze spodniami od garnituru, tak jak czesto ubieral sie do pracy "Bond", a jak po mniej wiecej rokuwrócil pod wladanie C znowu byly obrzechane spodnie dresowe i obrzechane koszulki - imitowal ja nawet do poziomu "zaloby na paznokciach". Jak przeszedl do Akwarium i zaczal sie czaic na fuche u Stu ruszyl na zakupy i nagle w Akwarium pojawilo sie dwóch Stu - koszula garniturowa plus spodnie chinos. I tylko "zaloby paznokciowej" ciezko mu sie bylo pozbyc.

Oraz jak przez chwila istniala opcja, ze ja bede jego przelozona to juz wyobrazalam go sobie w dzinsach z haftem i ubolewalam, ze juz nie nosze na codzien obcasów.

To jaki to syndrom? 

To takie tlo bylo tak w ogóle. 

Otóz kolega N zachwycil sie zdaje sie sluchawkami jednego z naszych developerów i tak bardzo takie chcial, ze popsul sluchawki, które dostal ode mnie rok temu, sciemnil ze byly stare i kupil sobie sluchawki które wygladaly identycznie. Mianowicie byly swiecace. Znaczy podczas rozmowy swieci sie uszami. Zawsze to jakas odmiana od swiecenia oczami nierawdaz.

Rzecz dziala sie w miniony poniedzialek - tzn dostarzczono sluchawki. 

Sluchawki mialy kabel usb i chyba jakis jeszcze inny albo moze sinego zeba. Podlaczyl je tym kablem USB i okazalo sie ze nie dzialaja. Tzn swieca, ale nic poza tym.

Wg jego relacji wkurzylo go to tak bardzo ze przez pol godziny na nie krzyczal, anstepnie korzystajac z chwili ciszy na nabranie oddechu jego zona zasugerowala zeby przeczytal instruckje obslugi, co zatchnelo go kompletnie i z wrazenia na  te beszczelnosci (to juz zmyslam sama) wzial i przeczytal. 

Okazalo sie ze kabelek USB sluzy w owych sluchwakach wylacznie zasilaniu tych swiecacych uszu. 

A reszta wymaga innego podlaczenia. 

Dalej wyszlo, ze jego laptop tym innym polaczeniem nie dysponuje, co mnie sie wydaje watpliwe bo kolega ma nowszy model laptopa ode mnia, a mój dysponuje np sinym zebem, ale nie czulam w sobie parcia aby koledze N zaoszczedzic zawracania doopy ze zwracaniem i zakupem nastepnych sluchawek wiec przemilczalam.

Szczególnie, ze wspomniala mi sie moja przygoda ze skretynieniem wlasnym - tani odtwarzacz mp3 - o czym moze nawet opowiem jesli reszta relacji nie zajmie mi zbyt dlugo.

Jak tylko wrócilam do Kolchozu, czyli we srode dotarly do mnie raporty z dwóch zródel - od M oraz od kolegi rodaka o biblijnym imieniu (nazwijmy go KROBI), ze nasz Kolchozowy ochroniaz mimo swej oczywistej funkcji gloryfikowanego ciecia zdradza kolejne juz objawy nawet nie obledu, ale kretynizmu.

Po wysluchaniu wszystkiego (czescia sie za chwile podziele) zawyrokowalam, ze ochroniarz ów prowadzi w swej glowie bardzo bogate zycie, pelne akcji i adrenaliny, a M i KROBI wizualizuje jako zakamuflowanych szpiegów czy innych sabotazystów.

Otóz na przyklad przed paroma miesiacami wyszlo nieoficjalne pozwolenie, zeby M i KROBI jak juz zakoncza swoja prace na dany dzien i nikogo z nas - Kolchozników - nie bedzie wokolo to równiez Ochroniaz konczyli prace i opuszczali kolchoz przed uplywam klasycznej dniuffki. 

Czy bylo to nie do konca przemyslane, czy moze zbyt luzno zinterpretowane, okazalo sie, ze Gloryfikowany Cieciu jest na nie. 

Bo tak.

Im glebiej w las tym wiecej drzew i zaczal robic zlosliwosci, np znikal z widnokregu o 19tej, jak tylko ostatni Kolchoznik (Pan Zaba tak apropos) odstawial Elvisa i opuscil budynek, nie odbieral telefonu, kompltnie lamiac protokol, a budynek spory no i wejscie do budynku nie moze byc bezludne wiec którysc z reszty osób musialo tam tkwic i czekac na jego powrót wiec M i KORBI nie mogli go szukac. 

A on wracal na przyklad po 30-40 minutach twierdzac ze byl tylko na pieterku - lzac rzecz jasna, bo az taki duzy budynek nie jest. Po paru takich akcjach M i KOBI stweirdzili, ze w te gre moze grac wiecej osób wiec stawali przed wejsciem, juz na zewnatrz, ale na warcie i czekali az Agent Ciec wróci z rozpooznania terenu. Jak widzieli ze sie zbliza to oddalali sie z godnoscia.

Agentowi Cieciowi sie to nie spodobalo i zlozyl donos. Ale glupio go zlozyl bo czego nie wiedzial to zmyslil. Sytuacja ulegla eskalacji i wyszlo oficjalne upomnienie, ze panstwo pracuja do 20tej i koniec i kropka. Tzn wzgledem M i KROBI.

Pierwszego wieczoru po tym zdarzeniu okolo 20tej, konczac to co akurat robila M zapytala Agenta ciecia czy jest z siebie dumny, co uwazam, ze bylo doskonalym ruchem.

Ale to wcale nie wszystko. Otóz innego wieczoru M szla przez budynek i robila ostatnie swoje kontrole w tym zagladajac to wszystkich kabin w wychodkach, a Agent Ciec szedl za nia i zagladal do wszystkich tych kabin po niej, zeby sprawdzic czy ktos tam nie siedzi.

M, moja krew, nie wytrzymala i parsknela smiecham pytajac czy on na prawde mysli, ze ona by komus do srodka wlazla.

Nastepnie, zbierala swoje rzeczy z powiedzmy szatni, z która sasiaduja prysznice pracownicze (dla wszystkich pracowników dostepne), a które sa od konca marca zamkniete na klucz przez ta sama ekipe w której jest i M i KROBI i Agent Ciec. Bierze swoje rzeczy z szafki i syyszy jak Agent Cieci puka do tych drzwi zamknietych na klucz od przeszlo pól roku wola "Ochrona" i rusza klamka.

Ja zdechlam ze smiechu. 

A dzis jako deser uslyszalam relacjoe od KROBI - otóz Agent Ciec usilowal wejsc do nieuzywanej od przeszlo pól roku kuchni, w której KROBI wlasnie skoczyl myc podloge i bylo to widac - byla jeszcze mokra, zeby sprawdzic czy ktos tam sie nie ukrywa.

KROBI pogonil go od reki, mówiac, ze wlasnie tam byl jak zmywal i niech on sie nie wyglupia. Reakcja? Goryfikowany Agencina: "to przyjde pónjej".

A i jeszcze absolutna wisienka - Agent Ciec kontroluje wszystkie pomieszczenia z drzwiami -w tym salki spotkaniowe. W calym budynku swiatla dzialaja na czynnik ruchu wiec jak kiedys sie zasiedzialam w wychodku z domuzdzajaca gra na telefonie to odkrylam ze czujnik jest ustawiony na 10-15 minut mniej wiecej.

No i teraz mamy budynek zaciemniony bo od godziny conajmniej (czasem Pan Zaba wychodzi przed 19ta) nie ma nikogo oprócz M, KROBI i tego kretyna, kretyn wchodzi w ciemny zaulek, zapalaja sie swiatla, puka do drzwi za którymi widac w szybce ze jest ciemno, otwiera je, wlazi kawalek, rozglada sie dokola - wiekszosc tych salek nie przekraca 4m2 a siele jest mniejszych - nastepnie zaglada za drzwi, bo moze jakis podly kolaborant sie tam przed nim ukrywa, zamyka drzwi i idzie dalej. 

Acha, bo moze t owszystko nie brzmi jeszcze tak drastycznie, zeby zasluzyc na wpis - KAZDY Kolchoznik musi wpisac sie i wypisac sie na papierowej liscie i nie ma opcji zeby tego uniknac, bo ten sam kretyn pilnuje i kazdemu przypomina.

To co on jest? 

Einstein?

https://www.facebook.com/events/klub-futurysta/dzień-kretyna/599952053391694/