W sobote sie wybralam.
Tak sie szczesliwie zlozylo, ze Urosz mogl sluzyc uslugami
szoferskimi oszczedzajac mi duzej sterty dukatów wyspowych, ktore musialabym
wylozyc na parking.
(jak juz rzeklam - swiadczymy sobie sasiedzkie uslugi motoryzacyjne dosc czesto i bez oporów, no chyba, ze Zona ma akurat gorszy dzien)
Jak to ze mna bywa, oszczednosc nigdy nie przychodzi za darmo, wiec musialam za nia zaplacic... Ale po kolei.
Spakowalam walizke i okazalo sie ze jest w 1/3 pusta i dosc lekka.
Nie wiele myslac wsiadlam w samochód i pojechalam do lokalnego sklepu,
gdzie zrobilam kipisz polkom ze slodyczami wygarniajac wszystko czego wczesniej nie widzialam, po 2 lub 3 sztuki, zaleznie od produktu, majac w planach
widzenie sie z 4ka dzieci w przedziale wiekowym 5-12 lat (chyba – Bozenka mnie
skoryguje).
Owszem logika nakazywalaby po 4 sztuki, ale ja nie Duo i nie musze
wszystkim tego samego dawac, szczegolnie jak sie nie spotkaja w najblizszym
czasie celem porownanie notatek, no i przy okazji nie wszystkie lubia/moga to
samo.
Zdobyte dobra wsypalam zgrubnie w pusta przestrzen walizki,
ale nadal byly jakies deficyty.
Zrobilam zatem rajd po szafkach i wydobylam z nich pare drobiazgów, ktore zabrac moglam, acz nie musialam – mianowicie mielismy z Faderem miec gosci na obiedzie i pomyslalam, ze sie przygouje na wszelki wypadek.
Obiad byl nie do konca sprecyzowany, bo mogl byc w domu, albo na miescie, ale zanim sie doprecyzowalo to sie nam Goscie sie odwolali, wiec pare produktow zostalo w Stolycy na pozniejszy termin. Ale to nie istotne.
W ferworze pakowania trafilam na listek tabletek antyhistaminowych i zrobilam cos, czego nigdy nie robie – mianowicie lyknelam jedna, ot tak z glupia frant.
Nawet przeleciala mi przez glowe mysl:
‘Kuzwa co ze mna, przesz nigdy nie biore? A dobra, wezme, w
koncu w podroz ruszam.’
Wyjasniam – zwykle woze ze soba selekcje roznych srodkow
zwalczania uczuleniowych reakcji, w tym rowniez antyhistaminy doustne, ale nie biore
chyba, ze w ostatecznosci.
Zapielam walizke podwojnym paskiem, wzielam w garsc i
steknelam...
Nastepnie nieco sie zatroskalam, bo jak musze steknac to
oznacza, ze 20 kilogramow przekroczylo na pewno i prawdopodobnie nawet te 23 limitowe
tez.
Poza zatroskanie nie wyszlam, bo przyjechal Urosz i
gentelmansko chwycil moja walizke. Uprzedzilam go lojalnie, ze ciezka jest bo 20
kilo ma przekroczone na pewno oraz dodalam, ze ja ja zapakuje do bagaznika, ale zotalam
zignorowana i gentalmen wrzucil moja ‘szafe gdanska’ w koncentracie do
bagaznika.
Pojechalsmy.
Dojechalismy i z kurtuazja Urosz wyskoczyl wydobyc moja
walizke z czelusci “Osiolka” aka Foki.
Wyciagnal, zamarl z bardzo dziwnym wyrazem twarzy, splonal
rumiencem i parsknal smiechem.
Ja zamarlam wraz z nim, przerazona ze sobie cos
popsul w sobie, ale to parskniecie mnie uspokoilo, wiec zamienilam wyraz twarzy
z napietego na pytajacy.
Otoz w ramach wysilku wyszarpywania walizki z czelusci,
Urosz wypuscil z siebie nieco powietrza kazdym koncem, co go zazenowalo, a
rownoczesnie uswiadomil sobie, ze moglo byc gorzej – moglo to nastapic w
zamknietym i nagrzanym samochodzie i parsknal smiechem.
Rozbawieni udalismy sie kazde w swoja strone, po czym ja
zwazylam moja “szafe gdanska” w koncentracie i odkrylam ze istotnie – nie tylko
20 ale i 23 kilo przekorczyla – 24.2kg.
Poinformowalam o tym Urosza donoszac, ze mial pewne prawo do
spontanicznej reakcji fizjologicznej na taki ciezar.
Ale zanim go o tym poinformowalam
skompromitowalam sie po raz pierwszy.
Otoz nieco wczesniej nabylam drobiazg dla jednego z dzieci,
no dobra przyznam sie – dla Agatki Wasatej. Takie cos do robienia bizuterii z
zelu.
Zelu, ok?
No i doskonale wiedzac, ze mimo rozmiaru pudla (duze acz bardzo lekkie), zel ów
powinnam upchnac w walizce i taki wlasnie byl mój plan.
Karton z podarkiem lezal sobie w walizce czekajacej dopelnienia.
Karton z podarkiem lezal sobie w walizce czekajacej dopelnienia.
Dopelniajac, zaznalam pomrocznosci jasnej i uznalam, ze to
takie lekki, ze sobie wezme to na plecy a do walizki dopchne cos ciezszego, zeby
plecow nie obciazac.
I tak zrobilam.
W samochodzie, w drodze na lotnisko przypomnialam sobie co
zrobilam i powiedzialam sobie mentalnie, ze musze zapytac przy kontroli czy
musze wyjac ten zel z pudelka czy moze zostac jak jest.
Przy kontroli znowu doznalam pomrocznosci jasnej i
zapomnialam o tym zelu.
Przy pomnialam sobie o nim gdy zobaczylam, ze moj bagaz
podreczny przejechal przez skaner i jest mi niedostepny – mianowicie przejechal
po drugiej stronie szybki.
To znaczy najpierw zbaranialam jak to zwykle ja i zaczelam usilnie sie zastanawiac czego ja mogla qrwaz zapomniec wyjac z plecaka tym razem – poprzednio byl to jeden z telefonow, innym razem ladowarka... a teraz co???
To znaczy najpierw zbaranialam jak to zwykle ja i zaczelam usilnie sie zastanawiac czego ja mogla qrwaz zapomniec wyjac z plecaka tym razem – poprzednio byl to jeden z telefonow, innym razem ladowarka... a teraz co???
I tu udezylo mnie jak blyskawica, wspomnienie tej mysli z
samochodu.
Qrwa, Zel.
Tu mnie odblokowalo i ruszylam sie w koncu z miejsca po czym idac w
kierunku stoiska kontroli intensywnie sie zastanawialam co zrobic – przyznac
sie do winy czy rznac glupa.
Nie koniecznie swiadomym wyborem poszlam w strone
tego ostatniego i zrobilam z siebie kretynke wielkiego kalibru.
Kontrolujacy facet bardzo kulturalnie wydlubal wszystko z
plecaka, pudelko udekorowane stosownie zignorowal jako zabawke (slusznie) i
zdziwil sie, bo nic nie znalazl.
Ja scierplam w sobie bo moze i bywam glupawa,
ale az taki poziom debilizmu mnie troche uwieral w jestestwo, ale stoje twardo
z przyjemnym acz zaklopotanym wyrazem twarzy i zastanawiam sie co dalej.
Kontroler jakby wzruszyl ramionami i zaczal wkladac zgrubnie moje klamoty do
plecaka. Zaczelam oddech z ulga, ale calkiem zbednie bo rzucil okiem na pudelko,
zawachal sie, rzucil ponownie, bo zauwazyl w koncu wielkimi literami napisany z boku
“GEL JEWELERY” czy jakos tak, czyli ze Zel.
I w tym momencie malo brakowalo, a moja fasada pogodnej debilki
by runela z hukiem, bo
zapytal mnie “Czy tu jest Zel?”, a mnie na jezyk natretnie sie pchalo sarkastyczne “a jak myslisz,
baranie – jak jest napisane “Zel” to co tam moze byc?”, ale powstrzymalam sie i
odparlam bezradnie, ze ja nie wiem, to jest dla dziecka, do robienia bizuterii,
kupilam i nie otwieralam bo to na prezent.
Pan kontroler nie drazyl czemy na
twarzy kretynki przemknela maska zlosliwej wiedzmy (to bylo mój charakter
probujacy sie przebic przez kamuflaz) i kazal otworzyc.
Tu juz sie wkurzylam, bo albo niech se sam otwiera, albo niech mi da
nozyczki bo nie bede rozrywala pudelka z prezentem dla dziecka, ale wscieklosc
(glownie na siebie, bo w koncu sama sobie zgotowalam ten los) dodalam mi
pazurow i rozlupalam pudelko bez szkody dla dekoracyjnosci. Pan kontroler
zajrzal i zamarl.
Ja troche tez, bo nigdzie tej tubki nie zauwazylam i nawet przeszlo mi przez mysl, ze mi sie oszukane opakowanie trafilo... Nadal z wyrazem twarzy pogodnej kretynki.
Nastepnie z pudelka pan Kontroler wysypal plastykowa podkladke, rulonik wzornikow i to wszystko. I na tym by sie zakonczylo, gdyby nie podeszla do niego jakas kolezanka pracowa i nie powiedziala polglosem “To nie plyn”, co sprawilo, ze facet kiwnal glowa i dostrzegl pod tym katem wbita w naroznik kartonu, mala tubke tego cholernego zelu.
Powiedzial mi grzecznie, ze musze przewozic ten zel w
torebce z moimi plynnymi rzeczami, wyszarpal go z naroznika i wlozyl do mojej torebki z plynami.
Ja rownie grzecznie
pokiwalam glowa (starajac sie zeby mi tam sie politowanie nie ujawnilo, a zarazem przytrzymujac jedna reka te druga, ktora chciala mu pokazac co o
tym mysli (popukac sie w czolo), nastepnie zabralam manele i nawet nie probujac sie kamuflowac
zapakowalam tubke z zelem z powrotem do kartonu w miare podobnie do
oryginalnego ukladu.
Pies z kulawa noga sie nie zainteresowal tym co robie.
Nastepnie zadzwonilam do Fadera z meldunkiem, ze juz czekam na samolot, a Fader wlasciwie nie sprowokowany poczul w sobie bestie i zaczal perrorowac bez umiaru o tych durniach co to lubia sie rozyrwac, bo im ktos kazal.
Wiedzac, ze rozmawiamy
przez skype gdzie imperialisci od lat prowadza nasluchy na slowa kluczowe
scierplam w sobie i usilowalam grzecznie przerwac tyrade zanim Fader w
zapamietaniu chlapnie cos co mnie wpakuje w klopoty, ale skad.
Zapamietany Fader nie slyszy nic.
Musialam z bolem serce wydrzec morde w sluchawke zeby na chwile przestal tokowac i wlaczyl nasluch.
Wlaczyl.
Gdyby nie wlaczyl po prostu bym sie rozlaczyla.
Wlaczyl zatem i dosc obojetnie przyjal moja sugestie zeby jednak zachowac umiar, wiec jednak sie rozlaczylam, bo mimo wszystko zamierzalam na Planete Ojczysta poleciec.
Zapamietany Fader nie slyszy nic.
Musialam z bolem serce wydrzec morde w sluchawke zeby na chwile przestal tokowac i wlaczyl nasluch.
Wlaczyl.
Gdyby nie wlaczyl po prostu bym sie rozlaczyla.
Wlaczyl zatem i dosc obojetnie przyjal moja sugestie zeby jednak zachowac umiar, wiec jednak sie rozlaczylam, bo mimo wszystko zamierzalam na Planete Ojczysta poleciec.
Taki byl poczatek.
Dalej bylo juz tak, ze w samolocie usiadlam na swoim
miejscu, kolo jakiejs kobiety, na oko mojego pokolenia lub nieco mlodszej, a w tym
samym rzedzie przy przeciwnym oknie usiadla inna kobieta podobna wiekowo z... KOTEM.
Zywym kotem.
W takiej torebce do transportow kotów.
Miauczal
i sie denerwowal ten kot cala droge, usilowal przez okno uciec, a takze w ogole uciec
gdziekolwiek, a ja na pierwsza wzmianke o “kotku” scierplam, a nastepnie przypomnialam sobie te antihistamine, ktora lyknelam 3 godziny wczesniej...
I
niech mi ktos powie, ze przeczucia nie chodza po ludziach.
Uspokojona w kwestii Kota i jego wplywu na moje oczy i sluzowki w samolocie z zamknietym obiegiem dobrze wysuszonego powietrze, wlaczylam bierny nasluch i odkrylam, ze kobieta obok mnie jest czescia wiekszej grupy, podrozujacej sluzbowo, a zlozonej z 3 lub 4rech babek, jednego przedstawiciela mojego gatunku (nie, nie 'kobiety co woli byc samochodem', tylko z IT) i mistycznego osobnika zwanego “Szefem”.
Osobnik ten (Szef) mianowicie podobno
zazyczyl sobie zeby kobieta obok mnie przesiadla sie – zamienila sie z
osobnkiem IT na miejsca, bo Szef sobie zyczy z nim siedziec.
Dziewczyna
zareagowala jakos tak jakby nie w smak byla jej zamiana, ale skoro to wola
Szefa to niech juz tak bedzie (Niech sie dziele wola Nieba, z nia sie zawsze zgadzac trzeba...), a rownoczesnie jakby z ulga, ze nie musi z ITikiem
siedziec.
Jakze ja ja doskonale rozumialam pol godziny pozniej...
Szef nadciagnal i zapytal gdzie siedzi.
Ja jak wiadomo wymamrotalam, ze najlepiej na tylku, ale mnie nikt nie sluchal.
Poinformowany, ze
zgodnie z zyczeniem “Lola1” (nie pameitam imienia, a moze i pameitam ale nie bede sobie nim geby wycierac) sie przesiadla, bo on chce siedziec z ITikiem, z
lekka rezygnacja odparl, ze nic takiego nie dysponowal, ale jest mu wszystko
jedno i tylko chcial wiedziec kolo kogo bedzie siedzial.
Ekipa bylaby calkiem zabawna do obserwacji, bo ten caly Szef byl facetem dojrzalym
i opiekunczym wobec calej swojej ekipy, bez wyboru, a wszystkie prawie dziewczyny (wiek na oko miedzy 30 a 50, tej swity. Szefa, trudno powiedziec ale to 50+ to na pewno, moze ciut wiecej), z jego
swity usilowaly do niego szczebiotac (kretynka na dopalaczach mi natychmiast
sie zamajaczyla).
Co gorsza podobnie zachowywal sie ITik, sidzacy teraz obok
mnie.
Jako chlopak szczuply i z umiarem wysoki, w zasadzie nie
powinien zajmowac duzo miejsca, ale jakims sposobem wbijal we mnie lokcie i ramiona, siegajac do kieszeni lapal za, powiedzmy, ze udo, a
kolanami siegal do polowy oparcia fotela przede mna, spychajac mnie na margines mojego wlasnego fotela.
Znaczy siedzial w
rozkroku jadrowym.
Nie wytrzymalam i wymamrotalam pod nosem parafrazujac wyczytane gdzies slowa “Pszczola Cie synku ukasila, ze tak ci klejnoty spuchly?”
Oraz pare innych srednio pochlebnych uwag.
Zeby nie bylo – ja jestem szeroka w ramionach i to wcale nie
eufemizm, bo chociaz ogolnie jest do czego sie przytulic na kazdej wysokosci, to w
ramionach jestem szeroka nadprogramowo, szczegolnia jak na nie za wysoka kobiete-CoWoliBycSamochodem – ale jak siedze w samolocie to nie
dotykam sasiad swoja osoba chyba, ze to sasiad dokona trawersu na moja strone
oparcia.
Widac bylo, ze Mlody to slyszy, ale albo za bardzo chcial
sie Szefowi podlizac, albo rajcowalo go ze obmacuje obca babe, z ktora na
codzien nie pracuje, bo tkwil jak przymurowany, nawet jak juz sie okazalo, ze
kolezanka z tylu siedzi sama, a kapitan wylaczyc sygnalizcje “zapiac pasy”.
W koncu jednak, jak Szef wstal do wychodka, to i Mlody
wstal, a jak wrocil to Szef nie bardzo chcial go wpuscic z powrotem i mlody chcial nie
chcial usiadl z ta kolezanka co byla sama.
Szef postawil mlodemu wino, to mlodym znowu czym predzej usilowal
wrocic na swoje siedzenie u mego, tfu! jego boku (chyba z wdziecznosci), ale Szef
stanowczo go pogonil.
Chyba zrozumiale, ze wzbudzil moja sympatie od razu. Szef wzbudzil, nie ta jelopa jadrowa.
Szef wylal na siebie troche swojego wina, ale zrobil to tak kameralnie ze nawet nie zauwazylam. Podlal to woda i osuszyl paroma serwetkami, dodatkowe wkladajac w kieszen fotela przed nim.
Po pol godzinie ITik z tylu wykonal wykrok i zlapal serwetki sprzed nosa Szefa.
Szef nieco zaskoczony i z lekkim niesmakiem:
"Dlaczego Ty mi to zabrales?"
Na co ITik jakos tak glupkowato z pretensja:
"Bo! Ja Siekawa zalalem! I mam cale spodnie w Kawie!" jakby to uzasadnialo prostackie zapieprzenie cudzej serwetki bez slowa - typowy roszczeniowy syndrom NNN geniusza (Niedopieszczonego - Niedorobionego -Niedocenionego ), ktore obserwuje w Lochach na codzien.
Szef:
" A ja winem sie zalalem i zyje."
A ja juz totalnei stalam sie psychofanka Szefa i tylko gebem musialam sobie zaslonic bo jednak tak rechotac jawnie troche nie wypadalo.
Poza powyzszym dotarlam na Planete Ojczysta bez opoznien i
dodatkowych atrakcji.
Jakby tego bylo malo.
Ale juz po tym cholernym Zelu wiedzialam, ze lekko nie
bedzie i ze ja sie dopiero rozkrecam.
Ciag dalszy nastapi.
PS. w Hiszpani jest juz od tygodnia zakaz rozkroku jadrowego w srodkach transportu publicznego! Ha! Viva Espana! (chociaz fanka kraju i mieszkanocw jakos jednak nie jestem :D.



