No nie mam. I zupelnie nie moge sobie przypomniec wiekszych przygod czy innych przypalow zeby uzasadnic kolejn post-rzeke. Po prawdzie to mam tez pewien niedoczas bo szuka domu i pracy (jedno z drugim w zasadzie nie powiazane, domu szukam od za 1.5 miesaca a pracy od kiedy sie znajdzie), obecna praca w Kolchozie dostarcza emocji niezapomnianych, acz tez i nie bardzo godnych relacji, bo za dlugo by sie zeszlo z wyjasnianiem tla historycznego oraz czemu sa to doznania niezapomniane.
Ale moj umysl domaga sie uzewnetrznienia. Stanowczo sie domaga.
Takze dzis bedzie troche od Sasa do Lasa, a konkretniej to o najnowszym ataku dyslekcji, dygrafii ale chyba nie dysgeografii ;).
Otoz kilka dni temu (tak z 7) szukalam inspiracji literackich bo zapasy na wyczerpaniu, nowy egzemplarz Universum Metro 2033 po polsku jest juz wprawdzie do kupienia ale sie wstrzymuje do wyplaty (pojutrze!!!!!), nowy tom Zelaznego Druida nadal w produkcji, nowej Chmielewskiej czy nowego Pratchetta nie bedzie (sad), a nowy King za tydzen (HURA!!). No wiec szukalam tej inspiracji i na stronie gazety (bo akurat czytalam wiadomosci z rodzimej planety) trafilam na link z intrygujacym tytulem. Byl to jakis taki ni to artykul ni to post, traktujacy o roznych ksiazkach Fantazy i Sci-F (najlepsze wspolczesne powiesci fantazy"), a ja czasem acz nie zawsze i nie byle co, lubie sobie poFantazjowac literacko. No to se poczytam, mysle. Czytam zatem te opisy, jeden po drugim i jakos nic nie jestem zainspirowana, bo ja taki fussitarian jestem (dla niewtajemniczonych fussy=wybredna/grymasna).
W koncu cos chwycilo moje oko...
Autor bodajze Brytyjczyk, a tytul na moje oko patrzyl na "Wielki Swiat".
No to ja czym predzej na strone ksiazek elektronicznych i szukam tutylow tego autora...
Jest lista!
Szukam na tej liscie roznych wariacji "Great World", Big World, Grand World... i dalej w te desen, bo nasi tlumacze bywaja wszak mocno kreatywni (przyklad Full Monty = Golo i Wesolo). Nie ma. Hm... dziwne. Wracam na strone z przegladem, patrze na obrazek okladki bo moze cos zle patrze... a skad, stoi jak byk Wielki Swia... ejze... prr szalona mowie sobie.
Wytrzeszczam oczy i wzrok mi baranieje, bo nagle mym czom ukazuje sie napis "Wieki Swiatla". Tia... Dysgrafia pierdzielona.
Patrze na liste e-ksiazek, owszem, The Light Ages figuruje.
Ale zeby nie bylo za pieknie, dwa dni pozniej udalo mi sie popelnic glupote literacka w odwrotna strone.
Otoz jest taka jakby instalacja "A Room for London", znajoma jednostka wylosowala tam wieczor dla X-ciorga, a ja zaintrygowana zdjeciami z tej imprezy wlazlam na strone i doczytalam sie, ze takich instalacji (o odmiennym charakterze acz identycznie unikatowych) istnieje na Wyspie kilka (sie to nazywa Living Architecture jakby ktos byl ciekaw). Rzucilam okiem na liste dostepnych lokalizacji i taka np Balansujaca Stodola mnie rozbroila srebrzysta elewacjia (Balancing Barn), ale moje oko przyciagnela pozycja, ktora dysleksja roboczo zinterpretowala jako Light House, czyli Latarnia Morska.
Od lat mlodych mam taka delikatna fiksacje na latarnie.
Morskie, nie uliczne!
Od przeczytania Latarnika mniej wiecej, zadawalam sobie pytanie czy moglabym byc latarnikiem i zawsze odpowiedz brzmiala jendoznacznie - TAK.
Niestety rynek pracy latarnikow jest dosc marny wiec rekompensuje to sobie odwiedzaniem wszystkich latarni jakie mi sie w moich wedrowkach napatocza, a juz pomysl spedzenie weekendu w latarni morskiej to moje wieloletnie marzenie.
Owszem, dodam, takie latarnie przerobione na turystyczna kwaterke istnieja, ale stawki za nocleg sa OBEZWLADNIAJACE.
Co zupelnie nie znecheca mnie do szukania nowych, bo a noz?
Takze haslo Latarni Morskiej, pozbawilo mnie mocy postrzegania i kliknelo samo na link.
Mym spragnionym oczom ukazal sie widok... Hm... Widok cokolwiek niezgodny z oczekiwaniem. Jakas taka ta latarnia niska taka. Nno taka parterowa wrecz bym powiedziala. Nie wykonczona jeszcze? Ale dostepna juz... I... zaraz, zaraz, dlaczego ona stoi na srodku lekko wylysialego lasu???
Ze co, ze to taka metafora?
Ze Morze Drzew??
Ale tam tych drzew to w zasadzie jak na lekarstwo, bardziej łąki lesne takie.
Ze takie niby "Stepy Akermanskie"??
"Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
(...)
sród fali łąk szumiących, (...)" latarnia jak bunkier stoi?
Ale od kiedy Mickiewicz, az taka inspiracja dla Walijczykow jest??
No wlasnie.
Patrze na lokalizcje goegraficzna, bo moze blisko jest morze a to jakas skarpa taka uber wysoka?
(bo bylam juz na latarni ktora byla wysokosci pietrowego domku, a stala na bardzo wysokiej wysunietej skarpie wiec nie musiala byc wysoka wieza).
Nie. Morza tam ni cholery nie ma w bliskosci.
Tknieta niecnym przeczuciem i pamietna jeszcze Wielkiego Swiata/Wiekow Swiatla, wrocilam na strone glowna i patrze na liste i wzrok mi baranieje. Cholera by to wziela.
Jak byk stoi Life House. Tym razem to juz nawet nie dysleksja ale chyba jakas ina dyspercepcja mnie dopadla. Albo Bujna Wyobraznia.
Po czym pomyslalma, ze owszem Life z Lite to akurat dla mnie nic nowego pomylic, a Lite to przeciez skrocona wersja of Light wiec w tym szalenstwiem byla logika.
Logika Szalonego Kapelusznika!
Korekta - Bozenka mnie pouczyla, ze to dysortografia, a nie dysleksja byla.
Nie bede sie upierac, bo czepiaja sie mnie obie i skad ja biedny zuczek... tfu mRufa, mam wiedziac, ktora mnie akurat przygwizdala.
Description
Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych
Wednesday, 27 May 2015
Friday, 24 April 2015
Jak to mRufa zostala wyznawca SatNav...
czyli Nawidakcji w skrocie i
cytacie.
Otoz wracamy do roku 2008 najwyrazniej bardzo przelomowego w ostatniej dekadzie. Mamy ostanie tygodnie grudnia.
Wczesniej tego roku zostalam szczesliwa posiadaczka "Niebieskiej Strzaly" - nieduzego trzydrzwiowego kompaktowego auta japonskiej produkcji w kolorze Blue. Testowalam opcje "Bluedaska" aby pociagnac tradycje mojego rudego koreanskiego auta sprzed lat, ktory to z racji notorycznej warstwu kurzu i blota byl pieszczotliwie okreslany mianem "bRudaska".
Dla wyjasnienia - nie zwracam sie do moich pojazdow po imieniu, ani tez nie nadaje im imion jako takich ale operowanie marka szczegolnie w publicznych wynurzeniach jest zbedne chyba, ze dla tresci merytorycznej ma znaczenie.
Ale Bluedasek sie nie przyjal, zas pozornie ironiczna "Blue Arrow" wzbudzala ogolna wesolosc, a w koncu zazwyczaj o to chodzi.
Otoz jako jednostka "starej szkoly kierowcow" upieralam sie od poczatku, ze ja bede sie poslugiwac mapa, a nie jakimis tam protezami elektronicznymi w podrozach. Utrzymalam sie w tym uporze jakies 4 miesiace zdaje sie. Zreszta do dzis mam gdzies upchnieta w zakamarkach bagaznika mape Wyspy, typu atlas drogowy bo jakby co to papierowi nie potrzeba sygnalu z satelity.
Temat za mnie zalatwil "Swiety Mikolaj" aka Fader, bo po naszej pierwsz podrozy za ocean (z pomoca map klasycznych rzecz jasna) zostal zarazony gdzies wirusem nawigacji - nie pomne czy to w TV czy na zywo zobaczyl jak to dziala i polknal bakcyla.
To ,albo mial juz serdecznie dosc padania ofiara moje dysgeografii. Ktore by to nie bylo...
..."Swiety Mikolaj" wlasnie, przyniosl mi nawigacje marki T (pieszczotliwe czasem przeklinany przez mnie mianem Bebenka) z lekkim Swiat wyprzedzeniem i jednego wieczoru przed kolejna podroza (chyba w okolice Lancaster ale pewnosci nie mam, bo mozliwe ze Lancaster bylo w kolejnym roku - niezbyt udanym w ogolnosci ale z kilkoma fajnym szczegolami) usilowalam go rozpracowac, celem uzyca go w trakcie tej podrozy.
Jednym z krokow rozpracowywania tego ustrojstwa jest polaczenie go z komputerem zeby bylo latwiej sciagac updaty, pardon - aktualizacje i inne takie... no i od razu na dzien dobry to gowno mi powiedzialo, ze mapa nie aktualizowana od 20 dni plus upgrade aplikacji niezbedny koniecznie i inne podobne belkoty, a do tego byly tylko babskie glosy a ja sobie zycze miec sexi meskiego przewodnika, a nie jakas babe trujaca mi nad uszami jak mam jechac.
No i po sciagnieciu i instalacji wszystkiego co bylo do sciagniecia to gowno (tym razem mam na mysli interface na komputerze) mowi mi, ze musze zrestartowac device czyli Bebenek, a zeby to zrobic mam go "disconnect" a pozniej "re-connect" go i kliknac OK.
Niby wszystko jasne, ale nie powiedzial mi jak ja mam go "disconnect" a skoro OK dopiero po tych akcjach mam kliknac, no to zrozumialam, ze mam go po prostu sprzetowo odlaczyc, co tez uczynilam (blad), no i aplikacja sie spier... erm rozkraczyla.
Na co mnie sie zrobilo troche cieplo w sobie, ale prawdziwie goraco zaczelo mi sie robic dopiero po godzinie prob podniesienia Nawidakcji.
Oczywiscie ani papierowa instrukcja ani pdf dostepny w wersji elektronicznej nie przewidywaly takiej kreatywnosci uzytkownika.
Coraz bardziej zmartwiona i wsciekla, bo tak do konca nie bylam pewna co zle zrobilam, zaczelam przekopywac strone produktow T.
W koncu gdzies gleboko zakopane, w najmniej oczywistym miejscu obslugi on-line znalazlam pytanie ktore obrazowalo moj status (czyli co Q*£a robic?? w skrocie).
I tam oczywiscie napisali co to znaczy "disconnect", tzn zeby zabic wczesniejdszy komunikat i pozniej wykorzystac funkcje "Disconnect" w interfejsie na komputerze.
To niestety nie pomoglo bo ten most juz mialam za soba spalony, ale odpowiedz przywidywala i taka opcje i zalecila mi skopiowanie zawartosci Bebenka na dysk i sformatowanie go (Bebenka nie dysku!).
Tu przeszedl mnie dreszcz.
Po czym skopiowanie pewnych istotnych elementow i przeprowadzenie upgradu aplikacji raz jeszcze.
Z dusza na ramieniu bo, mimo ze to moj zawod wyuczony i wykonywany jest - tzn psuc rozne rzeczy zwiazane z komputerami i testowac metody ich naprawiania, zabawka nie nalezala do groszowych, a darczynca pochrapywal pare metrow ode mnie - calej operacji dokonywalam wlasnie korzystajac z poobiedniej drzemki Fadera i faktu, ze wspolokatorki okupowaly salon przypominajacy dzieki temu czarna saune (dym).
Emocje jakie mna targaly nie mogly znalezc porzadnego ujscia soczystymi kolokwializmami albowiem rozbudzony Fader pytalby 1) co robie i 2) jak tam Bebenek i 3) czy mozemy go juz uzyc, co pogarszalo sytuacje.
Ale spielam sie w sobie, schowalam leki (strachy nie lekarstwa) do kieszeni i wykonalam zalecenia instrukcji i...
Pomoglo!
Ale powiem szczerze, ze zeby nie farba na glowie, to jestem pewna ze bym byla o jakies 20% bardziej siwa niz przed zadobyciem tego nieszczesnego ustrojstwa...
W instrukcji dalej kazali jeszcze zrobic „clear flash card”, ale cos mi ten soft do robienia tego "clearu" nie chcial sie odpalic na komputerze, a poza tym jak na zamowienie obudzil sie Fader zadajac pytania tak jak przewidzialam, wiec sobie to na razie darowalam, ale w planowana podroz na wszelki wypadek wzielam laptopa wiec jakby co to tego flesza bym sklirowala jak nie sposobem to sila!
A tak na marginesie, wszytko to byloby pi... puszczeniem baczka na wietrze, gdybym przed rozpoczeciem zabawy w aktualizacje zrobila backup Bebenka - backup oczywiscie zrobilam dopiero jak juz sie wszystko rozkraczylo, nie swiadoma oczywiscie, ze sie rozkraczylo. Rzecz jasna po tym wszystkim robie backup kazdego urzadzenia ktore na to pozwala, przed kazdym kichnieciem bo nauczka w las nie poszla.
Teraz moge opowiedziec czemu Nawidakcja, a nie Nawigacja.
Jak wspomnialam wyzej jednym z powodow dramatu z aktualizacja Bebenka byla chec zmiany glosu dajacego instrukcje z damskiego na NIE damski.
Zaczelam skromnie od aktora Johna Cleese'a z Latajacego Cyrku Monty Pythona, a w obecnej kolekcji posiadam tez Duffy Duck, Krolika Bugs'a (wielkie rozczarownie), Rappera Snoop Doggy Dog, Lorda Vadera oraz Stephena Fry. Oprocz krolika uzywam ich wszystkich z rownym upodobaniem.
Na zmiane rzecz jasne nie choralnie!
Chyba najczesciej jest uzywany Kaczor Duffy, szczegolnie gdy jezdze solo, albowiem jego instrukcje i komentarze bawia mnie niewymownie - np polecenie zeby trzymac sie prawego pasa "Keep right" (Trzymaj sie prawej), ktore doprowadza mojego kolege SerboBryta do szalu jesli nawigacja wyglasza je gdzy on jedzie prawym pasem ("Mam wjechac na barierke Baranie??") w wykonaniu Kaczora brzmi - "Keep right... Err... Keep right on driving I guessss..." (nie umiem przetlumaczyc zeby nadal bylo smiesznie)
Albo "Turn right Brother.. Ssister? err Total Sstranger?? (gasnacym glosem istoty przygotowanej na nadciagajacy nokaut). No ja sie prawie turlam ze smiech za kierownica.
Jade raz z Kot i Kaczor mowi
"Take the third left. I want first two for myself." (tlumaczenie (swa)wolne: wez trzecia w lewo, dwie pierwsze chce dla siebie)
A Kot na to "All right you greedy pig!" (Dobra Ty zachlanna swinio!)
no czyz to nie piekne?.
No i kluczowy moment kiedy to jadac z Kaczorem rabnelam sie i pojechalam wbrew instrukcji...
Kaczor do mnie mowi "Turn around. Gosh this would have been so embarrasing if we had one of those Naviduction devices!" ("Zawroc. Kurcze to by bylo bardzo kompromitujace gdybysmy mieli jedna z tych Nawidakcji!").
A czemu wyznawca? Otoz ogolnie dlugo sie bronilam przed pelnym uzaleznieniem od ww Bebenka i na przyklad uzywalam go uparcie tylko wtedy gdu jechalam w nieznane. I na ten przyklad wycieczka z Warszawy do Jastrzebiej Gory na urlopie swiatecznym w 2012 odbyla sie bez udzialu Bebenka i nie bez przygod
Jakie przygody? Ot na przyklad nie udalo nam sie znalezc obwodnicy Bydgoszczy i trzeba bylo rozkminiac miasto, a znalezlismy sie w tamtym rejonie, bo po pierwsze zmiast pojechac na krajowa Siodemke sparlam sie wyprobowac nowa platna Jedynke, ktora byla wtedy dostepna dopiero za Toruniem, a po drugie usilujac jechac na te Bydgoszcz z jednego rondka poprulam zdaje sie na Plock zamiast na Sierpc przez co musielismy jechac trasa kompletnie nieoptymalna ale jaka krajoznawcza...
Pozniej zas, nie wiedzac jak wjechac na te platna Jedynke minelismy Torun i usilowalismy wlasnie odnalezc znany nam sprzed lat fragment obwodnicy Budgoszczy, ktory(a) zdaje sie juz nie istnieje.
Oczywiscie nie bez znaczenia byl fakt, ze owczesny Bebenek fabrycznie na te tereny nie dzialal, ale to w normalnych warunkach nie przeszkoda - wszak tenze Bebenek pojechal ze mna za Ocean nieco pozniej tego samego roku i wcale nie jako totem czy inny fetysz tylko jako wysoce uzytkowy przedmiot.
Po prostu uwazalam z swoj wlasnym kraj ojczysty. A juz w szczegolnosci trase nad Baltyk to ja jednak znam na pamiec i problem od lat mam tylko w jednym miejscu, a to wynika z mojej osobistej dysgeografii i jadac w tamte rejony sama zazwyczaj uszczesliwiam przyjaciolke dElvix lekko stoickim komunikatem: "Nie wiem gdzie jestem" przez telefon lub sms, a czasem nieco bardziej desperackim "Ratunku. Nie wiem gdzie jestem". Uszczesliwialam w ten sposob takze inne zaprzyjaznione jednostki ktore zaleznie od pory dnia i lokalizacji mogly mnie wyratowac z tarapatow, aczkolwiek obecnie jako wyznawca SatNav robie to znacznie rzadziej, ale jeszcze mi sie zdarza, szczegolnie gdy Bebenek pokazuje na przyklad cos takiego:
Bo na przyklad takie to maly pikus:
Niestety nie bylam w stanie uwiecznic cudu rok wczesniej, kiedy to wg innej Nawidakcji jechalam po wodzie (most ktorym jechalam byl nowszy nie wersja mapy w Nawidakcji i ta uparcie namawiala mnie zeby jednak przestala jechac po wodzie), bo jechalam sama i nie moglam zrobic fotki, no i oczywiscie musialam mknac bardzo szybko zeby sie nie utopic, prawda?
Powyzsze fotki pochodza z podrozy za Ocean z 2012 z jedna kolezanka Ewa, i to wlasnie ona zrobila te zdjecia, podczas gdy ja baranim wzrokiem gapilam sie na droge i pilnujac zeby odruchowo nie koryugowac trasy do wskazan nawidakcji, bo zbocza ta gora po prawej miala ultra strome i naszemu wechikulowi szalenie nieprzyjazne. (Inna Ewa, nie ta od skarpetek Kolegi B aczkolwiek z tego samego "Zakladu" i projektu.)
No i wreszcie kulminacja ktora ujawnila, ze bronilam sie przed uzaleznieniem slusznie aczkolwiek uleglam sromotnie.
Jest zeszly rok, pi razy oko poczatek wrzesnia, mozliwe ze blisko polowy. Nie chce mi sie sprawdzac bo moglabym co do dnia, a nawet godziny.
Jestesmy z Faderem na wakacjach, za Oceanem.
Zatrzymalismy sie w jakims fajnym hotelu, ktory jeszcze nie jest otwarty - otwarcie jak sie okazalo jest dopiero za pare dni, w zwiazku z czym po pietrach czasem kreca sie wieksze ilosci pracownikow niz zwykle, bo odbywaja sie rozne treningi i przygotowania do otwarcia. Czas na sniadanie, wiec gotowa juz do wyjscia czekalam na Fadera czytajac ksiazke. Fader gotow stanal na bacznosc przed drzwiami wiec ja zerwalam sie czym predzej, zlapalam karte do drzwi i telefon i wychodzimy. Wyszlismy na korytarz, idziemy do windy... (pietro bylo 6, a za Oceanem nie wierza w schody - jest to absolutna koniecznosc ale nie bywa jawnie eksponowana), winda podjezdza, ja juz mam do niej wejsc i odruchowo patrze na telefonie na godzine i ku mojemu zdumieniu (bo ja sie juz rzadko kiedy dziwie) w reku trzymam nie telefon, ale saszetke z Nawidakcja!
Ale jak to? Przeciez bralam telefon? A telefon? Nie mam.
Przeszlo mi jeszcze przez mysl, ze owszem dystans jest do pokonania nie trywialny bo 6 pieter w dol i do tego jakie 30 metrow korytarza na gorze i pewnie ze 15 na dole, ale chyba sie nie zgubimy? Poza tym nawigacja nie pomoze w przemieszczeniach pionowych!!
Fader nawet sie nie obruszyl na koniecznosc poczekania na mnie, az pobiegne do pokoju dokonac zamiany, ba nawet ze mna poszedl rechoczac mi do wtóru, az sie za nami ludzie krecacy sie po pietrze ogladali do tego stopnia, ze poczulam sie zobligowana do wyjasnienia tak wesolosci jak i tego ze widza nas znowu po minucie od poprzedniego spotkania. Tym sposobem rozbawilam dobre 5 osob i pocieszam sie tylko ze moja publiczna i jakby nie bylo miedzynarodowa kompromitacja Nawidakcjomanki podniosla o poranku poziom endorfin kilku osobom, ktore musialy patrzec jak ja sie bycze na wakacjach podczas gdy one pracuja.
Moze powyzszym tez wywolam jakis usmiech?
Otoz wracamy do roku 2008 najwyrazniej bardzo przelomowego w ostatniej dekadzie. Mamy ostanie tygodnie grudnia.
Wczesniej tego roku zostalam szczesliwa posiadaczka "Niebieskiej Strzaly" - nieduzego trzydrzwiowego kompaktowego auta japonskiej produkcji w kolorze Blue. Testowalam opcje "Bluedaska" aby pociagnac tradycje mojego rudego koreanskiego auta sprzed lat, ktory to z racji notorycznej warstwu kurzu i blota byl pieszczotliwie okreslany mianem "bRudaska".
Dla wyjasnienia - nie zwracam sie do moich pojazdow po imieniu, ani tez nie nadaje im imion jako takich ale operowanie marka szczegolnie w publicznych wynurzeniach jest zbedne chyba, ze dla tresci merytorycznej ma znaczenie.
Ale Bluedasek sie nie przyjal, zas pozornie ironiczna "Blue Arrow" wzbudzala ogolna wesolosc, a w koncu zazwyczaj o to chodzi.
Otoz jako jednostka "starej szkoly kierowcow" upieralam sie od poczatku, ze ja bede sie poslugiwac mapa, a nie jakimis tam protezami elektronicznymi w podrozach. Utrzymalam sie w tym uporze jakies 4 miesiace zdaje sie. Zreszta do dzis mam gdzies upchnieta w zakamarkach bagaznika mape Wyspy, typu atlas drogowy bo jakby co to papierowi nie potrzeba sygnalu z satelity.
Temat za mnie zalatwil "Swiety Mikolaj" aka Fader, bo po naszej pierwsz podrozy za ocean (z pomoca map klasycznych rzecz jasna) zostal zarazony gdzies wirusem nawigacji - nie pomne czy to w TV czy na zywo zobaczyl jak to dziala i polknal bakcyla.
To ,albo mial juz serdecznie dosc padania ofiara moje dysgeografii. Ktore by to nie bylo...
..."Swiety Mikolaj" wlasnie, przyniosl mi nawigacje marki T (pieszczotliwe czasem przeklinany przez mnie mianem Bebenka) z lekkim Swiat wyprzedzeniem i jednego wieczoru przed kolejna podroza (chyba w okolice Lancaster ale pewnosci nie mam, bo mozliwe ze Lancaster bylo w kolejnym roku - niezbyt udanym w ogolnosci ale z kilkoma fajnym szczegolami) usilowalam go rozpracowac, celem uzyca go w trakcie tej podrozy.
Jednym z krokow rozpracowywania tego ustrojstwa jest polaczenie go z komputerem zeby bylo latwiej sciagac updaty, pardon - aktualizacje i inne takie... no i od razu na dzien dobry to gowno mi powiedzialo, ze mapa nie aktualizowana od 20 dni plus upgrade aplikacji niezbedny koniecznie i inne podobne belkoty, a do tego byly tylko babskie glosy a ja sobie zycze miec sexi meskiego przewodnika, a nie jakas babe trujaca mi nad uszami jak mam jechac.
No i po sciagnieciu i instalacji wszystkiego co bylo do sciagniecia to gowno (tym razem mam na mysli interface na komputerze) mowi mi, ze musze zrestartowac device czyli Bebenek, a zeby to zrobic mam go "disconnect" a pozniej "re-connect" go i kliknac OK.
Niby wszystko jasne, ale nie powiedzial mi jak ja mam go "disconnect" a skoro OK dopiero po tych akcjach mam kliknac, no to zrozumialam, ze mam go po prostu sprzetowo odlaczyc, co tez uczynilam (blad), no i aplikacja sie spier... erm rozkraczyla.
Na co mnie sie zrobilo troche cieplo w sobie, ale prawdziwie goraco zaczelo mi sie robic dopiero po godzinie prob podniesienia Nawidakcji.
Oczywiscie ani papierowa instrukcja ani pdf dostepny w wersji elektronicznej nie przewidywaly takiej kreatywnosci uzytkownika.
Coraz bardziej zmartwiona i wsciekla, bo tak do konca nie bylam pewna co zle zrobilam, zaczelam przekopywac strone produktow T.
W koncu gdzies gleboko zakopane, w najmniej oczywistym miejscu obslugi on-line znalazlam pytanie ktore obrazowalo moj status (czyli co Q*£a robic?? w skrocie).
I tam oczywiscie napisali co to znaczy "disconnect", tzn zeby zabic wczesniejdszy komunikat i pozniej wykorzystac funkcje "Disconnect" w interfejsie na komputerze.
To niestety nie pomoglo bo ten most juz mialam za soba spalony, ale odpowiedz przywidywala i taka opcje i zalecila mi skopiowanie zawartosci Bebenka na dysk i sformatowanie go (Bebenka nie dysku!).
Tu przeszedl mnie dreszcz.
Po czym skopiowanie pewnych istotnych elementow i przeprowadzenie upgradu aplikacji raz jeszcze.
Z dusza na ramieniu bo, mimo ze to moj zawod wyuczony i wykonywany jest - tzn psuc rozne rzeczy zwiazane z komputerami i testowac metody ich naprawiania, zabawka nie nalezala do groszowych, a darczynca pochrapywal pare metrow ode mnie - calej operacji dokonywalam wlasnie korzystajac z poobiedniej drzemki Fadera i faktu, ze wspolokatorki okupowaly salon przypominajacy dzieki temu czarna saune (dym).
Emocje jakie mna targaly nie mogly znalezc porzadnego ujscia soczystymi kolokwializmami albowiem rozbudzony Fader pytalby 1) co robie i 2) jak tam Bebenek i 3) czy mozemy go juz uzyc, co pogarszalo sytuacje.
Ale spielam sie w sobie, schowalam leki (strachy nie lekarstwa) do kieszeni i wykonalam zalecenia instrukcji i...
Pomoglo!
Ale powiem szczerze, ze zeby nie farba na glowie, to jestem pewna ze bym byla o jakies 20% bardziej siwa niz przed zadobyciem tego nieszczesnego ustrojstwa...
W instrukcji dalej kazali jeszcze zrobic „clear flash card”, ale cos mi ten soft do robienia tego "clearu" nie chcial sie odpalic na komputerze, a poza tym jak na zamowienie obudzil sie Fader zadajac pytania tak jak przewidzialam, wiec sobie to na razie darowalam, ale w planowana podroz na wszelki wypadek wzielam laptopa wiec jakby co to tego flesza bym sklirowala jak nie sposobem to sila!
A tak na marginesie, wszytko to byloby pi... puszczeniem baczka na wietrze, gdybym przed rozpoczeciem zabawy w aktualizacje zrobila backup Bebenka - backup oczywiscie zrobilam dopiero jak juz sie wszystko rozkraczylo, nie swiadoma oczywiscie, ze sie rozkraczylo. Rzecz jasna po tym wszystkim robie backup kazdego urzadzenia ktore na to pozwala, przed kazdym kichnieciem bo nauczka w las nie poszla.
Teraz moge opowiedziec czemu Nawidakcja, a nie Nawigacja.
Jak wspomnialam wyzej jednym z powodow dramatu z aktualizacja Bebenka byla chec zmiany glosu dajacego instrukcje z damskiego na NIE damski.
Zaczelam skromnie od aktora Johna Cleese'a z Latajacego Cyrku Monty Pythona, a w obecnej kolekcji posiadam tez Duffy Duck, Krolika Bugs'a (wielkie rozczarownie), Rappera Snoop Doggy Dog, Lorda Vadera oraz Stephena Fry. Oprocz krolika uzywam ich wszystkich z rownym upodobaniem.
Na zmiane rzecz jasne nie choralnie!
Chyba najczesciej jest uzywany Kaczor Duffy, szczegolnie gdy jezdze solo, albowiem jego instrukcje i komentarze bawia mnie niewymownie - np polecenie zeby trzymac sie prawego pasa "Keep right" (Trzymaj sie prawej), ktore doprowadza mojego kolege SerboBryta do szalu jesli nawigacja wyglasza je gdzy on jedzie prawym pasem ("Mam wjechac na barierke Baranie??") w wykonaniu Kaczora brzmi - "Keep right... Err... Keep right on driving I guessss..." (nie umiem przetlumaczyc zeby nadal bylo smiesznie)
Albo "Turn right Brother.. Ssister? err Total Sstranger?? (gasnacym glosem istoty przygotowanej na nadciagajacy nokaut). No ja sie prawie turlam ze smiech za kierownica.
Jade raz z Kot i Kaczor mowi
"Take the third left. I want first two for myself." (tlumaczenie (swa)wolne: wez trzecia w lewo, dwie pierwsze chce dla siebie)
A Kot na to "All right you greedy pig!" (Dobra Ty zachlanna swinio!)
no czyz to nie piekne?.
No i kluczowy moment kiedy to jadac z Kaczorem rabnelam sie i pojechalam wbrew instrukcji...
Kaczor do mnie mowi "Turn around. Gosh this would have been so embarrasing if we had one of those Naviduction devices!" ("Zawroc. Kurcze to by bylo bardzo kompromitujace gdybysmy mieli jedna z tych Nawidakcji!").
A czemu wyznawca? Otoz ogolnie dlugo sie bronilam przed pelnym uzaleznieniem od ww Bebenka i na przyklad uzywalam go uparcie tylko wtedy gdu jechalam w nieznane. I na ten przyklad wycieczka z Warszawy do Jastrzebiej Gory na urlopie swiatecznym w 2012 odbyla sie bez udzialu Bebenka i nie bez przygod
Jakie przygody? Ot na przyklad nie udalo nam sie znalezc obwodnicy Bydgoszczy i trzeba bylo rozkminiac miasto, a znalezlismy sie w tamtym rejonie, bo po pierwsze zmiast pojechac na krajowa Siodemke sparlam sie wyprobowac nowa platna Jedynke, ktora byla wtedy dostepna dopiero za Toruniem, a po drugie usilujac jechac na te Bydgoszcz z jednego rondka poprulam zdaje sie na Plock zamiast na Sierpc przez co musielismy jechac trasa kompletnie nieoptymalna ale jaka krajoznawcza...
Pozniej zas, nie wiedzac jak wjechac na te platna Jedynke minelismy Torun i usilowalismy wlasnie odnalezc znany nam sprzed lat fragment obwodnicy Budgoszczy, ktory(a) zdaje sie juz nie istnieje.
Oczywiscie nie bez znaczenia byl fakt, ze owczesny Bebenek fabrycznie na te tereny nie dzialal, ale to w normalnych warunkach nie przeszkoda - wszak tenze Bebenek pojechal ze mna za Ocean nieco pozniej tego samego roku i wcale nie jako totem czy inny fetysz tylko jako wysoce uzytkowy przedmiot.
Po prostu uwazalam z swoj wlasnym kraj ojczysty. A juz w szczegolnosci trase nad Baltyk to ja jednak znam na pamiec i problem od lat mam tylko w jednym miejscu, a to wynika z mojej osobistej dysgeografii i jadac w tamte rejony sama zazwyczaj uszczesliwiam przyjaciolke dElvix lekko stoickim komunikatem: "Nie wiem gdzie jestem" przez telefon lub sms, a czasem nieco bardziej desperackim "Ratunku. Nie wiem gdzie jestem". Uszczesliwialam w ten sposob takze inne zaprzyjaznione jednostki ktore zaleznie od pory dnia i lokalizacji mogly mnie wyratowac z tarapatow, aczkolwiek obecnie jako wyznawca SatNav robie to znacznie rzadziej, ale jeszcze mi sie zdarza, szczegolnie gdy Bebenek pokazuje na przyklad cos takiego:
Bo na przyklad takie to maly pikus:
Niestety nie bylam w stanie uwiecznic cudu rok wczesniej, kiedy to wg innej Nawidakcji jechalam po wodzie (most ktorym jechalam byl nowszy nie wersja mapy w Nawidakcji i ta uparcie namawiala mnie zeby jednak przestala jechac po wodzie), bo jechalam sama i nie moglam zrobic fotki, no i oczywiscie musialam mknac bardzo szybko zeby sie nie utopic, prawda?
Powyzsze fotki pochodza z podrozy za Ocean z 2012 z jedna kolezanka Ewa, i to wlasnie ona zrobila te zdjecia, podczas gdy ja baranim wzrokiem gapilam sie na droge i pilnujac zeby odruchowo nie koryugowac trasy do wskazan nawidakcji, bo zbocza ta gora po prawej miala ultra strome i naszemu wechikulowi szalenie nieprzyjazne. (Inna Ewa, nie ta od skarpetek Kolegi B aczkolwiek z tego samego "Zakladu" i projektu.)
No i wreszcie kulminacja ktora ujawnila, ze bronilam sie przed uzaleznieniem slusznie aczkolwiek uleglam sromotnie.
Jest zeszly rok, pi razy oko poczatek wrzesnia, mozliwe ze blisko polowy. Nie chce mi sie sprawdzac bo moglabym co do dnia, a nawet godziny.
Jestesmy z Faderem na wakacjach, za Oceanem.
Zatrzymalismy sie w jakims fajnym hotelu, ktory jeszcze nie jest otwarty - otwarcie jak sie okazalo jest dopiero za pare dni, w zwiazku z czym po pietrach czasem kreca sie wieksze ilosci pracownikow niz zwykle, bo odbywaja sie rozne treningi i przygotowania do otwarcia. Czas na sniadanie, wiec gotowa juz do wyjscia czekalam na Fadera czytajac ksiazke. Fader gotow stanal na bacznosc przed drzwiami wiec ja zerwalam sie czym predzej, zlapalam karte do drzwi i telefon i wychodzimy. Wyszlismy na korytarz, idziemy do windy... (pietro bylo 6, a za Oceanem nie wierza w schody - jest to absolutna koniecznosc ale nie bywa jawnie eksponowana), winda podjezdza, ja juz mam do niej wejsc i odruchowo patrze na telefonie na godzine i ku mojemu zdumieniu (bo ja sie juz rzadko kiedy dziwie) w reku trzymam nie telefon, ale saszetke z Nawidakcja!
Ale jak to? Przeciez bralam telefon? A telefon? Nie mam.
Przeszlo mi jeszcze przez mysl, ze owszem dystans jest do pokonania nie trywialny bo 6 pieter w dol i do tego jakie 30 metrow korytarza na gorze i pewnie ze 15 na dole, ale chyba sie nie zgubimy? Poza tym nawigacja nie pomoze w przemieszczeniach pionowych!!
Fader nawet sie nie obruszyl na koniecznosc poczekania na mnie, az pobiegne do pokoju dokonac zamiany, ba nawet ze mna poszedl rechoczac mi do wtóru, az sie za nami ludzie krecacy sie po pietrze ogladali do tego stopnia, ze poczulam sie zobligowana do wyjasnienia tak wesolosci jak i tego ze widza nas znowu po minucie od poprzedniego spotkania. Tym sposobem rozbawilam dobre 5 osob i pocieszam sie tylko ze moja publiczna i jakby nie bylo miedzynarodowa kompromitacja Nawidakcjomanki podniosla o poranku poziom endorfin kilku osobom, ktore musialy patrzec jak ja sie bycze na wakacjach podczas gdy one pracuja.
Moze powyzszym tez wywolam jakis usmiech?
Tuesday, 14 April 2015
Jak to skarpetki z Myszka Miki wywolaly fale wspomnien...
Wlasnie przeczytalam post Mamy Ammara, ostatni z grudnia 2014 (bo lubie czytac chronologicznie chociaz zaczelam od wpisow na temat slubu i wesela czyli nowszych ale jednak z mojego punktu czytania nadal chronologicznie!) o Ten wlasnie.
A ze wczoraj akurat wspominalam wydarzenia z mojej przeszlosci migracyjnej z roku 2008 zdaje sie - zaraz uscisle tylko odkopie notatki, to poczulam wrecz obowiazek dokonac kolejnej podrozy w czasie i zadedykowac Mamie Ammara zeby sie ta Myszka Miki nie przejmowala historycznie.
Ale zanim opisze moj przypadek, dodam jeszcze dwie podobne historyjki, kazda z innego etapu mojego zycia.
Historyjka 1
Jest rok moze 2011. I jest polowa druga pazdziernika.
Pojechalam z przyjaciolka jedna Hinduska, nazwijmy ja roboczo Kot (nic obrazliwego, zaraz sie wszystko wyjasni, slowo) do miasta L (nie Londyn) na Uroczystosc Zapalenia Swiatel Diwali - nigdy o tym nie slyszalam, wiedzialam tylko, ze Diwali i o co w tym chodzi. Pojechalam jako ta dama do towarzystwa, czyli (nie)przywoitka - otoz Kot bardzo ale to bardzo chciala pojechac, Brat Koty nie chcial, Tato tym bardziej, a Mama sie nie czula na silach bo tam sie duzo stoi i chodzi wiec nie bardzo bylo z kim, wiec Kot stanela przed mozliwoscia nie pojechania do miasta L na te Uroczystosc bo Tato nie zaaprobowalby takiej eskapady solo. Na miejscu istnial wprawdzie kuzyn z zona ale zdaje sie, ze rodzina wiedziala, iz sie na festiwal nie wybieraja wiec ta opcja tez odpadala.
Nie wnikam tu w koniecznosc posiadania przyzwoitki przez mloda, acz juz od dekady mniej wiecej dorosla, kobiete, ktora codziennie jezdzi sama i wraca rownie sama wieczorem czase mdosc poznym pociagami z przesiadkami do i z O, bo wynika ta koniecznosc z przyczyn kulturowych, ktorych nie pojmuje ale szanuje i braku konsekwencji Rodziciela, ktora Kot akceptuje, a ktorej ja ani nie rozumiem, ani nie popieram ale szanuje jej wybor. Dodam tylko, ze podjechwaszy po Kot pod jej dom zostalam poproszona przez nia aby wejsc i poznac Mame oraz Brata, zeby Tato sie nie denerwowal z kim ona jedzie.
Do miasta L Kot chciala jechac z jeszcze jednego powodu (a moze tylko z tego?) - otoz jednym z punktow Uroczystosci byl program muzyczny prowadzony przez jednego takiego, nazwijmy go Graczem bo tym sie w koncu okazal, do ktorego Kot palala wielka sympatia. Znali sie wokalno-wirtualnie i miala go pierwszy raz spotkac na zywo - co mozliwe, ze wyjasnia czemu nieobecnosc rodziny na uroczystosci generalnie nie spedzala jej snu z powiek. Ale dosc o tym, bo to tylko tlo. Otoz biorac pod uwage okazje i okolicznosci przyrody Kot wykonala duzy wysilek aby ubrac sie w sposob atrakcyjny acz podejrzen rodziny nie budzacy, a biorac po uwage pore roku - pazdziernik to byl i choc nawet dosc cieply to jednak jesien wyspiarska szalala, musiala tez ubrac sie odpowiednio cieplo, wiec ogolnie rzecz biorac wystrojona prawie na wielki dzwon, ale rownoczesnie z niewymuszona swoboda, prezentowala nogi w elegenckich kozaczkach do kolan, kurteczka rozpieta pokazywala gustwona odziez itp, wlos i makijaz jak zwykle nienaganny, a obok ja, w kurtce pogodo-odpornej czyli z elegancja prawie jak "nowy dresik", dzinsach z jedynym akcentem uroczystosciowym, pod postacia manicure w kolorze zlotym - dama jak ta lala!
Mialysmy zlozyc kurtuazyjna wizyte jej kuzonstwu i pod kierunkiem kuzyna znalezc najblizsze festiwalowemu terenowi, legalne miejsce na zaparkowanie "Niebieskiej Strzaly" (pseudonim literacki mojego owczesnego samochodu), a nastepnie wziac udzial w atrakcjach itp. Tak sie stalo, wizytujemy wlasnie kuzynostwo, i nalezy zdjac obuwie. Kot zdjela zatem kozaczki i zasiadla na sofie, ja obok i moim oczom ukazaly sie stopy Kot odziane w cieplutkie kolorowe skarpetki z "diaboliczna" mordka "Hello Kitty" na froncie. Wszystko co moglam zrobic to zachowac powage i powaznym glosem zapytac czy moge skorzystac z toalety, gdzie odesmialam sie i wrocilam na salony.
Po opuszczeniu domu kuzynostwa wyjawilam jej moje doznania - elgencja i atrakcyjnosc z makijazem i koafiura na wielki dzwon kontra dziecinne skarpetki, usmialysmy sie obie po czym Kot wyznala mi ze nawet nie przeszlo jej przez mysl, ze robi taki kontrast bo "HelloKitty" towarzyszy jej od czasow studiow do tego stopnia ze przyjaciolki mowily na nia "Kitty" - stad Kot.
A ponizej pamiatkowe zdjecie moje pierwszej i jak dotad jedynej henny (mehndi) ktora byla ze mna przez ponad tydzien i za ktora do dzis tesknie (w prawym dolnym roku widac kawalek kurteczki).
Historyjka 2
Jest rok mniej wiecej 2004 albo 2005. Nie ma to dokladnie znaczenia bo historyjka jest raz, ze z dalekiej przeszlosci, a dwa nie moja tylko Kolegi B. Z Kolega B siedzialam twarza w twarz w czasie pracy w Zakladzie, "na projekcie" przy ktorym poznalam tez V z Oz. Pewnego ranka jeszcze, aczkolwiek dosc juz póznego Kolega B pochylil sie z krzeselka celem prozaicznego podciagniecia skarpetek i taki pochylony zamarl na dosc dlugo. Siedzaca po jego prawej Ewa (imie popularne, a nawet jak sie rozpozna to sie nie obrazi, Kolega B tez nie ale nazwiskami sobie nie bede wycierac klawiatury) poczula sie zaintrygowana, ja jeszcze nie bo juz przywyklam. Ewa zerka tedy na Kolege B i mowi "Kolego B co Ci sie tam stalo?" Kolega na to "No wlasnie nie wiem, chyba mam skarpetki nie od pary..." Tu juz i ja poczulam sie zaintrygowana, wyjezdzam zza biurka i dokonuje empirycznej weryfikacji. Obie skarpetki sa czarne. Obie podobnie zuzyte. Obie podobnego sciegu. Jedna siega jak skarpetce przystoi nieco nad kostke, druga zas prawie pod kolano.
"Tak Kolego, stanowczo nie sa one od pary" uspakajam go.
Ewa zas dodaje " Kolego B, chyba zaiwaniles zonie podkolanówke?"
Po dluzszej chwili, która mimo halasliwosci nie sciagnela do nas innych pracownikow Zakladu...
...Kolega B porzucil kontemplacje skarpetek i ich niedopasowania i siedzac juz normalnie kontynuuje temat tonem smiertelnie powaznym choc z wyrazem twarzy sugerujacym cos przeciwnego:
"Ja od lat juz mam standardowo takie same skarpetki, kupowane w hurtowych ilosciach aby nie martwic sie ich doparowaniem, a tu taki sabotaz... Ja musz z Zona powaznie porozmawiac, tak dalej byc nie moze..." Zaintrygowana tym kontrastem werbalno-wizualnym zadalam pytanie pomocznicze (bo Ewa nie widziala wyrazu twarzy) "A co? Miales Kolego B jakies przejscia?"
"Ba!" odparl Kolega B "Zeby tylko przejscia"
I kontynuje:
"Bylem wtedy w szkole sredniej i mieszkalem na stancji. Szkola byla stara i z tradycjami i jako obuwie do chodzenia po szkole wymagane byly kapcie. Takie prawdziwe, nie jakies tenisowki czy inne pepegi tylko prawdziwe kapcie wsuwane, bez piet, no ranne kapcie takie. Pewnego ranka, szykujac sie w pospiechu jak to mlody chlopak, mozliwe ze po imprezowym weekendzie, po ciemku jeszcze ubralem sie i pobieglem na lekcje aby sie nie spoznic. W szatni zdjalem kurtke i siadlem celem obleczenie stop w kapcie.
Zakladam kapec numer 1, wszystko ok.
Zakladam kapec numer 2 i moim oczom ukazal sie widok krew mrozacy w zylach - druga stopa jest inna niz pierwsza.
To znaczy bardziej niz tylko ze jedna prawa a drugia lewa.
Otoz prawa ma skarpete czarna, a lewa niebieska!
Zgorzalem.
Lekcja zaraz sie zaczyna, co ja mam robic, w butach to nie problem, nie widac ale te cholerne kapcie zostawialy przeciez odkryta piete.
Kompromitacja. Przeciez mi zyc nie dadza w klasie!"
"I co, i co?" zakrzyknelysmy zgodnie z Ewa sluchajac tej opowiesci z wypiekami i tchem zapartem.
"Poszedlem do wychowawczyni, kryjac sie po katach i poprosilem zeby mnie zwolnila z pierwszej lekcji zebym pobiegl do domu i zmienil jedna ze skarpetek, bo przeciez inaczej koledzy by mi zyc nie dali i by mnie wysmiewali do konca zycia, ze mi dwie rozne piety spod nogawek blyskaja, jeszcze by ze mnie "Pietaszka" zrobili!, a na bosaka za zimno bylo."
"I co, I co?" zakrzyknelysmy znowu z Ewa.
"No i ulitowala sie nade mna wychowawczyni, uwzgledniwszy wrazliwe nastoletnie uczucia i dotychczasowa dobra reputacje. Ale od tamtej pory nie pozwalam sobie na zadne niedociagniecia w sferze skarpet. Maja byc zawsze czarne i basta! A tu taki sabotaz..."
W dzisiejszej szkole sredniej Kolega B uznany by zostal za osobnika trędi i zapewne otoczony nimbem indywidualizmu i podziwu. Ech... w dzisiejszych czasach zrobic z kogos Pietaszka to sztuka nie lada, co?
Historyjka Moja, bardzo krotka w swietle powyzszych
Mamy 22 grudnia 2008, jestem na Wyspie, na Swieta przyjechal do mnie Fader.
Mieszkam na poddaszu z dwoma wspóllokatorkami, mieszkanie jest obszerne nie tylko na Wyspowe stadnardy, mam wlasna lazienka wiec wlasciwie czuje jakbym mieszkala sama, ale kuchnie i salon mamy wspolne i dla biednego Fadera ktory jezykiem lokalnym slabo wlada jest to troche krepujace i w zwiazku z tym ma tendencje czekania z pierwszym posilkiem az obie wspolokatorki wyjda do pracy co dla niego jest za dlugo - ze wzgledow zdrowotnych musi sniadanko spozywac dosc wczesnie, wiec o poranku dopilnowalam zeby Fader zjadl sniadanko.
W zwiazku z tym ubieralam sie do wyjscia w lekkim galopie i siegnelam na slepo po obuwie, zalozylam oba buty, zasunelam suwaczki i wyszlam.
Ide po schodach i jakos tak dziwnie mi sie idzie, ale nie rozumiem czemu, niby wszystko sie zgadza ale cos mi nie pasuje. Wsluchalam sie w siebie i dopiero na pólpietrze dotarlo do mnie, ze tylko jeden but stuka obcasem o podloze.
Pierwsza mysl moja byla, ze zgubilam fleka i widocznie przydeptuje teraz nogawke, ale czemu mi sie krzywo nie idzie??
Podnosze gire do gorym, a ja zamiast obcasa bez fleka mam koturn, na gumie. Na jednej nodze czarny kozak na obcasie, a na drugiej bordowy na koturnie.
No istny Twardowski na Kogucie, w jednym kapciu w drugim bucie!
Myslalam, ze spadne z tych schodow ze smiechu.
Popedzilam na gore, pokazalam Faderowi co wycielam, porechotalismy oboje i od razu przypomnial mi sie Kolega B i jego historia ze skarpetkami Pietaszka..., zmienilam but (juz nawet nie pamietam na który) i pognalam do pracy spozniajac sie zaledwie marginalnie.
I jako grand finale historyjka zadna ale dygresja kojarzaca sie z tematem.
Jakies 1.5 roku temu zaprzyjazniona jednostka z obecnego Kolchozu umiescila na znanym portalu spolecznosciowy taki status:
"Juz trzeci dzien z rzedu mam tylko jedna skarpetke na sobie. Wcale nie dlatego, ze wiecej ich nie mam tylko dlatego, ze w przedziale czasowym przeznaczonym rano na szukanie skarpetek udaje mi sie odnalezc tylko jedna."
Co poczulam sie zobligowana skomentowac
"Ale czy zamieniasz stopy noszace skarpetke czy nosisz ja codziennie na tej samej? Domagam sie równouprawnienia stop!"
A ze wczoraj akurat wspominalam wydarzenia z mojej przeszlosci migracyjnej z roku 2008 zdaje sie - zaraz uscisle tylko odkopie notatki, to poczulam wrecz obowiazek dokonac kolejnej podrozy w czasie i zadedykowac Mamie Ammara zeby sie ta Myszka Miki nie przejmowala historycznie.
Ale zanim opisze moj przypadek, dodam jeszcze dwie podobne historyjki, kazda z innego etapu mojego zycia.
Historyjka 1
Jest rok moze 2011. I jest polowa druga pazdziernika.
Pojechalam z przyjaciolka jedna Hinduska, nazwijmy ja roboczo Kot (nic obrazliwego, zaraz sie wszystko wyjasni, slowo) do miasta L (nie Londyn) na Uroczystosc Zapalenia Swiatel Diwali - nigdy o tym nie slyszalam, wiedzialam tylko, ze Diwali i o co w tym chodzi. Pojechalam jako ta dama do towarzystwa, czyli (nie)przywoitka - otoz Kot bardzo ale to bardzo chciala pojechac, Brat Koty nie chcial, Tato tym bardziej, a Mama sie nie czula na silach bo tam sie duzo stoi i chodzi wiec nie bardzo bylo z kim, wiec Kot stanela przed mozliwoscia nie pojechania do miasta L na te Uroczystosc bo Tato nie zaaprobowalby takiej eskapady solo. Na miejscu istnial wprawdzie kuzyn z zona ale zdaje sie, ze rodzina wiedziala, iz sie na festiwal nie wybieraja wiec ta opcja tez odpadala.
Nie wnikam tu w koniecznosc posiadania przyzwoitki przez mloda, acz juz od dekady mniej wiecej dorosla, kobiete, ktora codziennie jezdzi sama i wraca rownie sama wieczorem czase mdosc poznym pociagami z przesiadkami do i z O, bo wynika ta koniecznosc z przyczyn kulturowych, ktorych nie pojmuje ale szanuje i braku konsekwencji Rodziciela, ktora Kot akceptuje, a ktorej ja ani nie rozumiem, ani nie popieram ale szanuje jej wybor. Dodam tylko, ze podjechwaszy po Kot pod jej dom zostalam poproszona przez nia aby wejsc i poznac Mame oraz Brata, zeby Tato sie nie denerwowal z kim ona jedzie.
Do miasta L Kot chciala jechac z jeszcze jednego powodu (a moze tylko z tego?) - otoz jednym z punktow Uroczystosci byl program muzyczny prowadzony przez jednego takiego, nazwijmy go Graczem bo tym sie w koncu okazal, do ktorego Kot palala wielka sympatia. Znali sie wokalno-wirtualnie i miala go pierwszy raz spotkac na zywo - co mozliwe, ze wyjasnia czemu nieobecnosc rodziny na uroczystosci generalnie nie spedzala jej snu z powiek. Ale dosc o tym, bo to tylko tlo. Otoz biorac pod uwage okazje i okolicznosci przyrody Kot wykonala duzy wysilek aby ubrac sie w sposob atrakcyjny acz podejrzen rodziny nie budzacy, a biorac po uwage pore roku - pazdziernik to byl i choc nawet dosc cieply to jednak jesien wyspiarska szalala, musiala tez ubrac sie odpowiednio cieplo, wiec ogolnie rzecz biorac wystrojona prawie na wielki dzwon, ale rownoczesnie z niewymuszona swoboda, prezentowala nogi w elegenckich kozaczkach do kolan, kurteczka rozpieta pokazywala gustwona odziez itp, wlos i makijaz jak zwykle nienaganny, a obok ja, w kurtce pogodo-odpornej czyli z elegancja prawie jak "nowy dresik", dzinsach z jedynym akcentem uroczystosciowym, pod postacia manicure w kolorze zlotym - dama jak ta lala!
Mialysmy zlozyc kurtuazyjna wizyte jej kuzonstwu i pod kierunkiem kuzyna znalezc najblizsze festiwalowemu terenowi, legalne miejsce na zaparkowanie "Niebieskiej Strzaly" (pseudonim literacki mojego owczesnego samochodu), a nastepnie wziac udzial w atrakcjach itp. Tak sie stalo, wizytujemy wlasnie kuzynostwo, i nalezy zdjac obuwie. Kot zdjela zatem kozaczki i zasiadla na sofie, ja obok i moim oczom ukazaly sie stopy Kot odziane w cieplutkie kolorowe skarpetki z "diaboliczna" mordka "Hello Kitty" na froncie. Wszystko co moglam zrobic to zachowac powage i powaznym glosem zapytac czy moge skorzystac z toalety, gdzie odesmialam sie i wrocilam na salony.
Po opuszczeniu domu kuzynostwa wyjawilam jej moje doznania - elgencja i atrakcyjnosc z makijazem i koafiura na wielki dzwon kontra dziecinne skarpetki, usmialysmy sie obie po czym Kot wyznala mi ze nawet nie przeszlo jej przez mysl, ze robi taki kontrast bo "HelloKitty" towarzyszy jej od czasow studiow do tego stopnia ze przyjaciolki mowily na nia "Kitty" - stad Kot.
A ponizej pamiatkowe zdjecie moje pierwszej i jak dotad jedynej henny (mehndi) ktora byla ze mna przez ponad tydzien i za ktora do dzis tesknie (w prawym dolnym roku widac kawalek kurteczki).
Historyjka 2
Jest rok mniej wiecej 2004 albo 2005. Nie ma to dokladnie znaczenia bo historyjka jest raz, ze z dalekiej przeszlosci, a dwa nie moja tylko Kolegi B. Z Kolega B siedzialam twarza w twarz w czasie pracy w Zakladzie, "na projekcie" przy ktorym poznalam tez V z Oz. Pewnego ranka jeszcze, aczkolwiek dosc juz póznego Kolega B pochylil sie z krzeselka celem prozaicznego podciagniecia skarpetek i taki pochylony zamarl na dosc dlugo. Siedzaca po jego prawej Ewa (imie popularne, a nawet jak sie rozpozna to sie nie obrazi, Kolega B tez nie ale nazwiskami sobie nie bede wycierac klawiatury) poczula sie zaintrygowana, ja jeszcze nie bo juz przywyklam. Ewa zerka tedy na Kolege B i mowi "Kolego B co Ci sie tam stalo?" Kolega na to "No wlasnie nie wiem, chyba mam skarpetki nie od pary..." Tu juz i ja poczulam sie zaintrygowana, wyjezdzam zza biurka i dokonuje empirycznej weryfikacji. Obie skarpetki sa czarne. Obie podobnie zuzyte. Obie podobnego sciegu. Jedna siega jak skarpetce przystoi nieco nad kostke, druga zas prawie pod kolano.
"Tak Kolego, stanowczo nie sa one od pary" uspakajam go.
Ewa zas dodaje " Kolego B, chyba zaiwaniles zonie podkolanówke?"
Po dluzszej chwili, która mimo halasliwosci nie sciagnela do nas innych pracownikow Zakladu...
...Kolega B porzucil kontemplacje skarpetek i ich niedopasowania i siedzac juz normalnie kontynuuje temat tonem smiertelnie powaznym choc z wyrazem twarzy sugerujacym cos przeciwnego:
"Ja od lat juz mam standardowo takie same skarpetki, kupowane w hurtowych ilosciach aby nie martwic sie ich doparowaniem, a tu taki sabotaz... Ja musz z Zona powaznie porozmawiac, tak dalej byc nie moze..." Zaintrygowana tym kontrastem werbalno-wizualnym zadalam pytanie pomocznicze (bo Ewa nie widziala wyrazu twarzy) "A co? Miales Kolego B jakies przejscia?"
"Ba!" odparl Kolega B "Zeby tylko przejscia"
I kontynuje:
"Bylem wtedy w szkole sredniej i mieszkalem na stancji. Szkola byla stara i z tradycjami i jako obuwie do chodzenia po szkole wymagane byly kapcie. Takie prawdziwe, nie jakies tenisowki czy inne pepegi tylko prawdziwe kapcie wsuwane, bez piet, no ranne kapcie takie. Pewnego ranka, szykujac sie w pospiechu jak to mlody chlopak, mozliwe ze po imprezowym weekendzie, po ciemku jeszcze ubralem sie i pobieglem na lekcje aby sie nie spoznic. W szatni zdjalem kurtke i siadlem celem obleczenie stop w kapcie.
Zakladam kapec numer 1, wszystko ok.
Zakladam kapec numer 2 i moim oczom ukazal sie widok krew mrozacy w zylach - druga stopa jest inna niz pierwsza.
To znaczy bardziej niz tylko ze jedna prawa a drugia lewa.
Otoz prawa ma skarpete czarna, a lewa niebieska!
Zgorzalem.
Lekcja zaraz sie zaczyna, co ja mam robic, w butach to nie problem, nie widac ale te cholerne kapcie zostawialy przeciez odkryta piete.
Kompromitacja. Przeciez mi zyc nie dadza w klasie!"
"I co, i co?" zakrzyknelysmy zgodnie z Ewa sluchajac tej opowiesci z wypiekami i tchem zapartem.
"Poszedlem do wychowawczyni, kryjac sie po katach i poprosilem zeby mnie zwolnila z pierwszej lekcji zebym pobiegl do domu i zmienil jedna ze skarpetek, bo przeciez inaczej koledzy by mi zyc nie dali i by mnie wysmiewali do konca zycia, ze mi dwie rozne piety spod nogawek blyskaja, jeszcze by ze mnie "Pietaszka" zrobili!, a na bosaka za zimno bylo."
"I co, I co?" zakrzyknelysmy znowu z Ewa.
"No i ulitowala sie nade mna wychowawczyni, uwzgledniwszy wrazliwe nastoletnie uczucia i dotychczasowa dobra reputacje. Ale od tamtej pory nie pozwalam sobie na zadne niedociagniecia w sferze skarpet. Maja byc zawsze czarne i basta! A tu taki sabotaz..."
W dzisiejszej szkole sredniej Kolega B uznany by zostal za osobnika trędi i zapewne otoczony nimbem indywidualizmu i podziwu. Ech... w dzisiejszych czasach zrobic z kogos Pietaszka to sztuka nie lada, co?
Historyjka Moja, bardzo krotka w swietle powyzszych
Mamy 22 grudnia 2008, jestem na Wyspie, na Swieta przyjechal do mnie Fader.
Mieszkam na poddaszu z dwoma wspóllokatorkami, mieszkanie jest obszerne nie tylko na Wyspowe stadnardy, mam wlasna lazienka wiec wlasciwie czuje jakbym mieszkala sama, ale kuchnie i salon mamy wspolne i dla biednego Fadera ktory jezykiem lokalnym slabo wlada jest to troche krepujace i w zwiazku z tym ma tendencje czekania z pierwszym posilkiem az obie wspolokatorki wyjda do pracy co dla niego jest za dlugo - ze wzgledow zdrowotnych musi sniadanko spozywac dosc wczesnie, wiec o poranku dopilnowalam zeby Fader zjadl sniadanko.
W zwiazku z tym ubieralam sie do wyjscia w lekkim galopie i siegnelam na slepo po obuwie, zalozylam oba buty, zasunelam suwaczki i wyszlam.
Ide po schodach i jakos tak dziwnie mi sie idzie, ale nie rozumiem czemu, niby wszystko sie zgadza ale cos mi nie pasuje. Wsluchalam sie w siebie i dopiero na pólpietrze dotarlo do mnie, ze tylko jeden but stuka obcasem o podloze.
Pierwsza mysl moja byla, ze zgubilam fleka i widocznie przydeptuje teraz nogawke, ale czemu mi sie krzywo nie idzie??
Podnosze gire do gorym, a ja zamiast obcasa bez fleka mam koturn, na gumie. Na jednej nodze czarny kozak na obcasie, a na drugiej bordowy na koturnie.
No istny Twardowski na Kogucie, w jednym kapciu w drugim bucie!
Myslalam, ze spadne z tych schodow ze smiechu.
Popedzilam na gore, pokazalam Faderowi co wycielam, porechotalismy oboje i od razu przypomnial mi sie Kolega B i jego historia ze skarpetkami Pietaszka..., zmienilam but (juz nawet nie pamietam na który) i pognalam do pracy spozniajac sie zaledwie marginalnie.
I jako grand finale historyjka zadna ale dygresja kojarzaca sie z tematem.
Jakies 1.5 roku temu zaprzyjazniona jednostka z obecnego Kolchozu umiescila na znanym portalu spolecznosciowy taki status:
"Juz trzeci dzien z rzedu mam tylko jedna skarpetke na sobie. Wcale nie dlatego, ze wiecej ich nie mam tylko dlatego, ze w przedziale czasowym przeznaczonym rano na szukanie skarpetek udaje mi sie odnalezc tylko jedna."
Co poczulam sie zobligowana skomentowac
"Ale czy zamieniasz stopy noszace skarpetke czy nosisz ja codziennie na tej samej? Domagam sie równouprawnienia stop!"
Subscribe to:
Posts (Atom)

