Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Wednesday, 31 May 2017

Zaba vs Troll - pojedynek intelektualny gigantow specjalnej beztroski czyli jak bardzo pokrzywiona jest mRufa.

Dzis w telegraficznym skrocie (jak na mnie) bo taka piekna wymiana zdan kolo mnie wystapila, ze grzechem byloby jej nie uwiecznic...

O Zabie juz opowiadalam. A jakby pamiec niedomagala to bylo o nim o tu.
Nie pamietam tylko czy meldowalam, czemu sie w Zabe przepoczwarzyl, wiec wyjasnie.
Otoz chrumka.
Jak mu cos w gardle szwankuje - np zaschnie, albo drapie, to wydaje z siebie takie dzwiek, ktory w pierwszej chwili przez pare miesiecy bralam za bardzo glosne stukanie koleczke (NIE kulki, bo myszki mamy apteczne (czytaj optyczne)) w myszce. 
Taki ni to klekot ni to stukot.
Moja myszka tak robi ale ciszej, wiec zaczelam zwracac uwage bo dzwiek jest dosc irytujacy. Okazalo sie ze myszka nie majdruje jak slychac te dzwieki wiec zaobserwowalam ukradkiem, ze jak slychac ten dzwiek to Maxim przyjmuje uduchowiony wyraz twarzy, z lekkim wytrzeszczem nadyma podbrodek (POWAZNIE!!) i wtedy rozlega chrumkanie. 
Nasila sie po kichnieciu albo ja ma infkecje jakas.
I wydaje ten dzwiek seriami
Dzwiek przypomina tokujaca zabe, albo ropuche - nie kumkajaca, tylko bardziej chrumkajaca.
Wyjasniwszy dzwiek mojej przyjaciolce, ktora Zabe znala jeszcze dluzej niz ja, zaczelam uzywac w mailach do niej tego okreslenia i tak juz pozostalo. Od przeszlo roku Maxim jest Panem Zaba. Lub po prostu Zaba.

(w ten sam sposob z M mamy 'zone Chlebka' - pracowal kiedys z nami facet imieniem Graham, a zeby nie mowic o niej zona Grahamka, to M ukula mu ksywke Chlebek. Poniewaz rozmawiamy ze soba po polsku, a nie jest to zbyt grzeczne, ale inni innostrancy sa gorsi - jawnie beda kolo Ciebie napierniczac w swojej gwarze - my tylko miedzy soba, a jak ktos dolacza to przechodzimy na lokalne narzecze, wiec nie chcemy uzywac imion w opowiadanach, bo byloby to jeszcze gorsze. Przynajmniej naszym zdaniem)

Troll z kolei to taki jeden z pracy.
Nie ten sam co Gollum, ale poziomem oblechu moze nawet bije Golluma. 
Nie lubie go to malo powiedziane. mnie odrzuca sasiedztwo powietrza ktorym on oddycha. 
To jest ak wysokie stezenie negatywnej chemii jakie mozecie sobie wyobrazic.

Kurdupel, nabity w sobie, z wielkim lbem, ktorkim wszystkim pozostalym i konska szczeka oraz dosc wylupiastymi oczami - typowy efekty krzyworodztwa wyspowej (j)elity.
No wiem brzmi to okropnie i swiadczy o mnie tragicznie.
Ale powaznie on tak wyglada - polecam serial Taboo gdzie arystokracja (i nie tylko) wyspowa jest pokazana z prawie calkowictym odarciem lukru i taki ksiaze regent na przyklad... no powiedzmy ze limitowanie puli genowej przy prokreacji ma swoje minusy i wreszcie ktos sie odwazyl pokazac je bez grubej warstwy lukru.
I jestem pewna, ze glosowal na brexit a wczesniej na silnie prawicowa partie podczas wyborow, a wszystkich inostrancow nienawidzi szczerze i doglebnie, ale falszywie sie do nich usmiecha i protekcjonalnie udaje kolonialna dobrodusznosc, podczas gdy jad z kacikow ust scieka.

Acha, z kompleksem wszyskowiedzacego polglowka.
Pod wieloma wzgledami przypomina Horror - wprawdzie jako zenska jednostka konskie zeby ma nieco mniejsze, ale poza tym wszystko sie zgadza, no... ona sie czesciej myje (wbrew dowodom w kalendarzu, gdzie u naszej wspolnej kolezanki S figuruje coroczne wydarzenie pt "Bath with Horror" - co doprowadza mnie od spazmow ze smiechu za kazdy mrazem, a oznacza prozaicznie ze raz w roku jada razem do Bath, zazyc tam urokow SPA), ale do ludzi, szczegolnie inostrancow odnosi sie z identycznym protekcjonalizmem i to dla moich blizszych znajomych powinno oznaczac, ze Horror mnie zywiolowo niecierpi, bo znaja moja reakcje na protekcjonalna wyzszosc. Bezzasadna na dodatek.
Ale wracajac do Trolla (niechetnie i z obrzydzeniem), to on probowal mnie karac nie dajac mi miodu (w komentarzach do poprzedniego wpisu wspomnialam).
Oraz Troll kicha.
Niby nic takiego, bo kazdy raz na jakis czas kichnie.
Ale ten sqr....czony jak kichnie to budynek trzesie sie w posadach, szyby wpadaja w wibracje, a mnie w mozgu peka kolejna pierdzaca zylka.
Gdyby dostawal sraczki za kazdym razem jak mu jej zycze, czyli przy kazdym kichnieciu to by se dupsko zaszyl i modlil sie przed jakims bostwem zebym tylko nie kichnac, bo znienawidzilam kutafona juz za te kichniecia i satysfakcje na pysku jak widzi i slyszy reakcje okolicy. Szczegolnie kreci go jak baby lapia sie za gors w przerazeniu.

Acha i klamie, ale to juz podobnie jak Gollum, czyli musza miec wspolne fragmenty genotypu.

Mianowicie twierdzi, ze ma jakas dolegliwosc, ktora sprawia ze musi kichac jak przez gigantofon. Machajac przy tym lbem na ile jego krotka szyjka pozwala...
Zawsze sie marginalnie zastanawiam kiedy przyrznie czolem w klawiature, ale przezornie siedzi odchylony wiec co najwyzej whiplash mu grozi.

Nazywal sie tak, ze ja na niego mawiam "Loudsneeze Steve" do tubylczych przyjaciol ktorzy dziela moje odczucia, ale tu pozostanie Trollem. Aczkolwiek rzadko sie zdarza ze mnie rozbawi na tyle by zasluzyc na wspomnienie, a o obrzydliwosciach wspominac nie zamierzam.
A czemu klamie? 
Otoz jak kichniecie zlapie go z zaskoczenia to wcale nie ryczy. Kicha wtedy normalnie jak kady czlowiek. czyli jak ma katar to kicha normalnie. A jak nie ma kataru to czuje parskniecie w nosowodach i wlacza gigantofon. 
Nie mam slow zeby opisac ten dzwiek, ale sprobujmy sobie wyobrazic wkurzonego Lwa nadeptujacego znienacka na klocek lego. Albo niespodziewanego jeza.
Taki dzwiek z odleglosci mniejszej niz 50 metrow moze wpedzic z nerwowe drgawki grabarza, a co do dopiero normalna istote ludzka, o mnie nawet nie wspominajac.

Zaba jak wiemy ma jakis tam syndrom z grupy autystycznych, nie ma co do tego watpliwosci, ale duzo mniej intensywny niz wszyscy uwazaja - bo zlapalam go niejednokrotnie na byciu jawnie zlosliwym, z blyskiem satysfakcji w oku. Ale o tym juz gledzilam.

Tez ma syndrom wszystkowiedzacego, ale nie mozna mu odmowic szerokiem wiedzy z wlasnej dziedziny, jednakowoz mniej doglebnej i niezawodnej niz mu sie wydaje.

Recz sie dzieje dzisiejszego poranka.
Rozmowa Zaby z Trollem-dupkiem:
- Czesc Zaba, masz szybka sekundke? Mam pytanie o obecny CRM (Hi Maxim, do you have a quick secund? I got question about CRM webapp server...)
(ja jadowicie mamrocze pod nosem 'a znasz baranie szybkie i nieszybkie sekundy?' ale nie zamierzam nawet dac znaku, ze uslyszalam ten idiotyzm, wypowiedziany wielce profesjonalnym tonem osoby ktora bardzo stara sie zeby rozmowca uznal osobe za nadrzedna i zaczal bic poklony i podsluchuje dalej w powodow zawodowych)
tu pada pytanie.
Zaba udziela odpowiedzi
Troll podziekowal i juz zamierza odturlac sie (na krzesle z kolkami), gdy Syndrom Zaby nie wytrzymuje i dodaje:
- Och i dla Twojej wiadomosci, nie ma czegosc takiego jak szybka sekunda - wszystkie sekundy sa takie same... (Oh, and for you reference, there is no such thing as a quick second, all seconds are the same)

Ja sie oparskalam.
Naplulam sobie w rece, ktorymi zaslanialam gebe i prawie zasmarkalam klawiature, bo rownoczesnie bardzo sie staralam nie pokazac swojej reakcji.
Nie uslyszalam z tego wszytkiego reakcji Trolla, ale nie spodziewam sie lotnej riposty.
Sasiadka z drugiej strony patrzyla na moje spazmy i meczarnie baranim wzrokiem bo nie uslyszala polowy rozmowy, a jak jej powtorzylam szeptem to nie zrozumiala mojej ucicechy.
Wniosek - jestem bardzo, ale to bardzo pokrzywiona mRufa...

Monday, 22 May 2017

Jak sie NIE podrywa mRufy.

Taki anty-poradnik, bo ja zawsze wszystko mam w poprzek i na opak.

Otoz, mRufa bedaca jednosta plci zenskiej, czyli czlowiek-kobieta-ktora-woli-bywac-samochodem, ma preferencje takie bardziej oldskulowe i konserwatywne, mianowicie preferuje plec przeciwna.

Nie afiszuje sie za bardzo z tymi pogladami, co czasem sie na niej msci bo na przyklad pada ofiara zainteresowan osob z preferencja monochromatyczna.
No tak czasem bywa, ale szczesliwie bez przesady.
Jednak w ogolnym rozrachunku tak mniej wiecej trzy do jednego pada ofiara zainteresowania osob rownie konserwatywnych w pogladach jak ona, czyli jednak tej plci przeciwnej.
Bez szalu, umowmy, sie ale na tyle, zeby NIE mogla narzekac na totalny brak.
Co jest czasem gorsze niz brak, bo niewlasciwy-acz-zainteresowany osobnik to jak policzek w niezbyt wybujale Ego.
Ale mniejsza z tym, bo narzekac nie ma podstaw, nieprawdaz ;).
I teraz uwaga. 

Jak NIE podrywac mRufy.

.....1.....
Otoz nie zaprasza sie jej do kina, na film na ktory mRufa z zapraszajacym nie zostana wpuszczeni, bo sa za starzy, jesli nie ma sie poczucia humoru i dystansu do siebie, bo mRufa zabije Was smiechem.
Siebie tez.
Osobnik z brakiem stosownej “funny bone” po prostu zostanie wmieciony w szczeliny podlogowe lokalu, bez szans na rehabilitacje.
Przyklad
Zostal opisany o tu, wiec nie bede sie powtarzac nieprawdaz.

.....2.....
Nie nalezy zakladac, ze mRufa bedzie sie zachowywac, tak jak sobie osobnik wyobrazil, wymarzyl i we wlasnej glowie juz przezyl, bo pozniej bywa ciezko zdziwiony, gdy w glowie uslyszal “I do”, a realia to bedzie mRufa albo turlajaca sie ze smiechu po posadzce, albo mRufa pukajaca sie energicznie w czolo i sugerujaca takie oto lekarstwo.

.....3.....
Nie nalezy rowniez zakladac, ze po przejsciu przez gre przedwstepna (chodzenie luzem oraz za raczke) w rzeczonej wyobrazni mozna w realiach przechodzic do rekoczynow, bo mRufa z zaskoczenia moze sie najezyc, a w ekstremalnych przypadkach nawet przylozyc bykiem. A juz cios szpila sarkazmu jest NIEUNIKNIONY.
No coz, ten typ tak ma.

Przyklad 2 i 3
Jest w Kolchozie (nie w Lochach) taki jeden.
Gollum na niego mowie i to wcale sama nie wymyslilam, tylko nie swiadomy niczego Przebrzydluch kiedys rzucil taka mysl i totalnie sie przyjelo.
Gollum kiedys popelnil blad taktyczny, mianowicie zasugerowal dostawcy, ze moga byc problem ze zrozumieniem mnie bo jestem innostrancem. Bylam w Kolchozie juz 2 lata moze nawet z hakiem i troche sie zapienilam.
To znaczy najpierw zasiegnelam jezyka u roznych osob, dowiedzialam sie ze nie prawda, bo oryginalne sformulowania, owszem podnosza poziom endorfin, ale nie zaciemniaja przekazu i w ogole mam wziac ten Niepierdol, 3 razy dziennie po2 tabletki, bo komplementow nie beda mi prawic w sparawch oczywistych, jakby sie nie szlo ze mna dogadac to by mi nie przedluzyli umowy na czas nieokreslony.
Przyjelam to do wiadomosci i dopiero sie wtedy zapienilam.
Odrzucilam propozycje interwencji osob trzecich bo w Kolchozie, ktory jest miedzynarodowa organizacja charytatywna takie zachowanie jest niedopuszczalne, wbrew misji wizji i halucynacjom i wzielam sprawe w swoje rece – otoz wcale nie pobilam barana ani nie pocielam mu opon tylko powiedzialam, ze nastepnym razem niech mi zrobi uprzejmosc i w takich paszkwilach nie dodaje mnie do wiadomosci bo robi z siebie idiote, a jak ma problem ze zrozumienim mnie to albo niech sie przestanie do mnie odzywac, albo niech mi to powie bezposrednio. Koniec przekazu.
Jakos kompletnie nie widzial powodow narzekac w temacie zrozumialosci tego przekazu.
Dziwne co?
No w kazdym razie totalnie stracil jakiekolwiek szanse na pozytywne nastawienie z mojej strony.
Minelo pare lat i zaczal sie ze mna probowac spoufalac. Teraz wiem ze byly to proby rekoczynow po podboju przedwstepnym w jego glowie, ale zle trafil.
Ze sie najezylam to malo powiedziane.
Jego szczescie ze wzrosu nikczemnego bo mniejszych od siebie nie bije.
Ale widac byl to blad, bo pare lat pozniej – wytrwala zaraza co? – zaczal mnie zaczepiac w temacie moich wycieczek samochodowych, bo jak sie okazalo jedna z moich wycieczek zabrala mnie tam gdzie mieszka jego rodzicielka oraz siostra.
Zaczal obrzydzac mi miejsce gdzie jak sadzil bylam i zachwalac regiony jego rodziny.
Bedac jednsota prosotolinijna, od pierwszego kopa uczciwie odpowiadam co mysle, a pozniej dopiero sie zastanawiam czy nie bylo w pytaniu haczyka, wiec odparlam, ze gowno prawda bo tam tez bylam i pewnie ze ladnie ale bylam tez w piekniejszych miejscach.
Na co zachecajaco poinformowal mnie, ze on ma tam mete i ze jedzie za miesiac.
Jako kobieta prosta pogratulowalam mu koneksji i temat byl dla mnie zamkniety.

Otoz odkrylam pare miesiecy temu ze grubo sie mylilam.

Bo tak mniej wiecej rok temu z haczykiem  zlapal mnie w kuchni w Lochach i zapytal co ja sadze o tym, zeby on sobie kupil camper vana, czyli tak i samochod w ktorym mozna pomieszkiwac. Bo on sie zastanawia i mysli nad tym czy kupic tego campera, czy moze kabriolet.
Na to ja znowu, odruchowo szczerze rzeklam, ze jak go stac na dwa samochody to niech sobie kupuje co chce, bo mnie ani jeden typ ani drugi samochodu nie rajcuje.
Z mina kopnietego szczeniaka Gollum zaprzestal inwigilacji.
Ale nie na dlugo, bo kilka miesiecy temu temat kabrioleta powrocil i rzucil sie na mnie w kuchni w Lochach.
Co ja mysle o kabrioletach?
Odparlam, ze fajne zabawki jak kogos stac na 2 samochody, mnie zas nie stac.
Tym razem zapikaly mi lekko swiatelka alarmowe bo pogawedka zaczynala sie robic upierdliwa. Mianowicie nie udalo sie zamknac tematu zwyczajowym “jak masz fundusze to se kupuj co ja bede ci zalowac”.
W koncu powiedzialam uczciwie, ze z mojego punktu widzenia kabriolet, szczegolnie tzw ragtop czyli ze szmacianym dachem, jako podstawowy srodek transport, to na Wyspy pomysl bardzo sredni. Jako, ze pogoda nas generalnie nie rozpieszcza – wiatry jak nad Baltykiem, dzien bez deszczu to dosc rzadki przypadek ja juz tydzien bez deszczu to prawdziwa rzadkosc, zima cieplo ucieka wiec spalanie rosnie bo ogrzewanie itp, no i co najwazniejsze, dla Golluma to nie problem (wiem zlosliwie, ale juz mialam go dosc, a poza tym on na prawde ma prezencje Golluma, w szczegolnosci w gornych partiach jestestwa), ale z mojego punktu widzenia owszem, problem.
Zadna ze mnie Bridget Jones, ale skutki uboczne mam po przejazdzce takim pojazdem identyczne.
Obrazek widac skad. Podobienstwo dotyczy WYLACZNIE formatu koafiury "po". NIE koloru.
Zgryzliwosc pomogla, odczepil sie ode mnie , ale kurde znowu nie na dlugo.

Z jakiegos powodu niedawno znowu rzucil sie na mnie z tematem Kornwalii i lokali mieszkaniowych.

Dodam tu, ze przez te wszustkie lata nigdy nie wpadl na pomysl zaproszenia mnie na 'kawe', czy cokolowiek innego, wiec kompletnie nie przechodzilo mi przez mysl, ze to jego gledzenie ma jakikolwiek zwiazek ze sprawami kontaktow damsko-meskchi czyli tzw upodoban (oprocz tej proby rekoczynow 4 lata temu, ale uznalam temat za zamkniety, bo i wtedy zadnych sygnalow nie bylo).

Mianowicie rozmowa wygladala tak:
- A wiesz ze zaraz rzut beretem of tego Mitak Theatre, w tej sasiedniej lagunce, to sa wlasnie bloki mieszkaniowe?
- O? (zdziwilam sie kurtuazyjnie, bo mnie to lotto), nie wiedzialam.
- Moja siostra tam mieszka.
- Aha (przyjelam do wiadomosci z totalnym brakiem ognia w jestestwie)
- Tak i te mieszkania sa super tanie.
-Tak? (lekko juz nieobecnie odparlam)
- No na prawde, wiesz jakbym sprzedal swoj dom w K, jednosypialniowy, to moglbym za te pieniadze kupic super apartement w tych blokach. Jak myslisz?
WTF? rozleglo sie w mojej glowie
- Acha?
- No na prawde.
- No ale co tam bedziesz robil?
Zapytalam odruchowo ja, bo na takim zadupiu, a urokliwe, czy nie to jednak jest zadupie, ozywajac wylacznie w sezonie turystycznym i spotkalam sie z niezrozumieniem.
- ??
-  No gdzie tam znalezc prace?
- No mozna by przeciez pracowac zdalnie.
- Ze w sensie co?
- No wiesz, moglabys przeciez robic to co robisz tylko zdalnie.
ALERT, ALERT, RATUJ SIE KTO MOZE, RUN FOR THE HILLS, ryczy alarm w mojej glowie, a ja zaczynam kombinowac.
- Ze niby ja?
- No.
- A nie to odpada, ja zdalnie pracowac nie zamierzam. Wiesz pomysl moze i dobry, ale tak blizej emerytury
-...?
- A ja wciaz jestem piekna i mloda wiec jeszcze o tym nie mysle, to chyba oczywiste, nie? (SARKAZAM)
Gollum vs mRufa 0-1 mysle sobie i juz zaczynam sobie gratulowac w myslach...

Za wczesnie!
- No ale wez, przeciez to tak tanio.
- No owszem, ale przeciez wiesz, ze to wynika z faktu, ze pracy tam nie ma, wszedzie daleko. Pieknie owszem, ale to za malo.
- Znaczy nie?
- No w tej chwili na pewno nie.
Koniec rozmowy.
Odetchnelam z ulga.
A Gollum przez kolejne tygodnie traktowal mnie oschle, normalnie jakbym zerwala zareczyny conajmniej.
Dramat, powloczyste spojrzenia, mina zbitego psa, no nie?
Tydzien temu, siedze sobie przy biurku w Lochach, nic nie podejrzewajac, gdy podbiega do mnie Gollum, radosny, bez mala w podskokach.
- Kupilem!
- ?? patrze nieco baranim wzrokiem.
- Kupilem MX5! Kabriolet!
- No to swietnie. Gratuluje.
Odparlam ja usilujac nie zabrzmiec jakbym to miala tak gleboko w odwloku jak to na prawde mam.
- Ma 52 tysiace mil
Ale to jednak samochod, a niestety motoryzacja na mRufe zawsze dziala...
- Ktory...
- ale jest w swietnym stanie!!
- Któ...
-poprzedni wlasiciel byl bardzo stary i malo jezdzil!!
- KTORY ROCZNIK?
- a... 2007 (klamstwo bo 2006, widzialam rejestracje....)
- No to faktycznie nieduzy przebieg (ja tyle trzepnelam przez 3.5 roku, a i to tylko dlatego ze od 2 lat mniej jezdze), a jaki...
- normalnie w nim lezysz!!
- kolor??
- biegi zmieniasz nad glowa! jeszcze nim nie jezdzilem. A taki ciemnoszary.
- Jak to NIE JEZDZILES? – tu uczciwie zaszokowana wykrzyknelam.
- No bo dopiero go odbieram i jeszcze nie mialem okazji.
Tak, ze tak.
Koniec Przykladów.

Poradami w przeciwna strone sluzyc nie moge jakby co.

Nie wiem jak ja skutecznie poderwac, te mRufe.
Jeszcze sie nikomu trwale nie udalo ;).

Monday, 15 May 2017

Niszczyciel mRufa improwizuje czyli mRufa vs deser na zimno.

Mam taka ciotke.Nazwijamy ja ciocia UT. To jest ciocia przyszywana, swoja droga musze do niej zadzwonic.
Ciocia UT na imprezy rodzinne (na ktorych bywala jej rodzina, nie moja) zawsze przygotowywala swoje dwa sztandarowe desery.
Piszyngera, ktorego lubilam, ale nie na zaboj bo nadziany byl troche za czekoladowo, a juz wtedy zaczynala “hartowac sie stal” moich guscikow i upodoban, a takze biszkoptowa galaretke.

Biszkopty, nie biszkopt, czyli takie ciastka, ktore czesto w  moim domu bywaly, a ktorych ja okropnie nie lubilam, bo byly i sa po prostu NUDNE, nabieraly nagle intrygujacego smaku i zabawnej konsystencji.

Zapytana kiedys jak to sie robi ciocia, dosc ogordkowo mi wyjasnila jak to mniej wiecej sie robi.
Z czasem odkrylam, ze pytanie jej o przepisy czy metody robienia skutkuja tym samym, czyli ogrodkowa informacja typu “na oko” i do dzis nie wiem czy ciocia miala takie opory przed ujawnianiem sekretow, czy moze faktycznie robi wszystko na wyczucie oraz tzw “oko” (jak zreszta i moja RO, tyle ze RO czasem posilkowala sie cudzymi przepisami, wiec tego.
Minely lata, ja doroslam, w miedzyczasie nie zatrulam nikogo moimi potrawami podpatrzonymi u RO, a takze improwizacjami i udalam sie na obczyzne. Znaczy na Wyspe.

Tak, gogle czasoprzestrzena wzuwamy i skaczemy do...
Grudnia 2006 w O. Powiedzmy pierwsza polowa.

Zblizaja sie swieta i Lochy zaczynaja przygotowania do masowego zbiegowiska pt IS Xmas Lunch.
Impreza w owych latach polega na tym, ze rezerwowane sa 3 salki konferencyjne, ktore da sie zintegrowa w jedna duza, podpieprzane sa skads stoly (teraz juz wiem, ze sa to takie skladane stoly udostepniane salkom w miare potrzeb), ustawiane sa w tramwaj po 3 scianach in a tych stolach udekorowanych swiatecznie wystawiana jest pasza wokol ktorej jak sepy kraza wyglodniale Zombiaki z Lochów, a nastepnie podkarmione zaczynaja brylowac towarzysko. 
Zombiaki na pastwisku
Pasza bierze sie z dwoch zrodel – od nas, albo z lokalnego supermarketu na T.
Kazdy ma wybor – cos zadeklarowac, ze przyniesie albo rzucic piataka do kapelusza.
Ja wzielam w imprezie udzial pewnie ze 3 razy w ostatniej dekadzie, z czego chyba raz w ostatniej 5ciolatce, bo zbiegowisk jakichkolwiek nie lubie.
No ale to moj pierwszy raz nieprawdaz. Inostrancow w Lochach nie ma wiele wiec kazdy jest atrakcja i tak to raz w zyciu bylam atrakcja.
To znaczy ogolnie jest miedzynarodowo, ale ja bylam pierwsza zatrudniona jednostka, ktora nie wymagala wizy itp, a rownoczesnie pierwsza z Planety Ojczystej w Lochach.
I chyba z tego przejecia, ze jestem az taka atrakcja, zamiast kopsnac 5taka i olac temat, zadeklarowalam ze dostarcze ptasie mleczko, a oprocz tego moze cos sama popelnie.
O charakterze deserowym – gotowanie kapusty postnej mialam w planach dopiero na Wigilie, z okazji pierwszej wizytyFadera.
W glowie mianowicie stanela mi (podrygujac) ta biszkoptowa galaretka mojej cioci.

Powinnam byla od razu wtedy wziac rozped na najblizsza sciana i walnac sie pozadnie w glowe – moze to by mi glupie pomysly ze lba wybilo.

Pierwszym problemem bylo namierzenie biszkoptow, bo nie lubiac ich nie szukalam ich na Wyspie ani w pierwszej turze migracyjnej, w poznych latach 90tych, ani w moich pierwszych miesiacach obecnej tury.
Nastepnie zdobycie galaretek w proszku, co bylo jeszcze fajniejsze bo na Wyspie funkcjonuja skoncentrowane galaretki do rozprowadzania w wodzie, a balam sie ze sobie z tym nie poradze i sie mi zle rozpuszcza itp.
Kupilam nawet tortownice!
Ciocia robila ten frykas w szklanej salaterce i serwowala go w porcjach na talerzykach. Ja bedac w moim pierwszym kwartale w wynajetym lokalu umeblowanym i nawet z kuchnia uzbrojona w romaite losowe naczynia i narzedzia (oprocz sztuccow, ktore kupilam sama za jakis smiesznym pieniadz i uzywam do dzis), salaterki nie mialam in a talerzykach tez serwowac nie zamierzalam. Stad wyobrazilam sobie uroczy tort galaretkowo-biszkoptowy na tacce i tyc hwszystkich wspol-lochowiczow zajadajacych sie z zachwytem... ech ma sie te wyobraznie...
Majac te kluczowe skladniki, zamiast, jak to mam obecnie w zwyczaju zaplanowac probe generalna przed wlasciwym wystepem, odczekalam do dnia przed impreza i po pracy przystapilam do produkcji.
Rozrobilam pierwsza galaretke (bo w ogole zaplanowalam, ze bedzie z szykanami, kolorowo i warstwowo), przygotowalam tortownice, wylozylam dno biszkoptami i zaczelam zalewach galaretka numer jeden.
Co bylo dalej wypadalobym przemilczec, ale mijaloby sie z celem gdyz jest to wpis ku przestrodze i uciesze czytaciela.

Mianowicie lalam te galaretke, a jej nic nie przybywalo w tortownicy. Oczywiscie kaluze na stole zauwazylam dopiero jak zaczela splywac na ziemie...

Okazalo sie, ze galaretka ma mniejsza gestosc w formie cieklej niz dowolne znane mi ciasto i w zwiazku z tym wycieka z tortownicy.
No kto by pomyslal, nieprawdaz??
Pogratulowalam sobie glosno bystrosci umyslu. 
Inzynier jak z koziej dupy waltornia...

Pora byla taka, ze lokalne sklepy z naczyniam ido pieczenia nie byly dostepne, zaroodpornej michy jeszcze nie mialam, do supermarket rypac mi sie po nocy nie chcialo – no powiedzmy pod wieczor, ale ciemno bylo choc oko wykol, bo Wyspa w ramach oszczednosci swiatla uliczne ma rzadko i niechetnie.
Nie wyrzucilam tortownicy, bo co ona winna.
Nie wiem czemu nie zdecydowalam sie wylozyc jej alufolia – pewnei ze wzgledow estetycznych (buahahahahah...ahahahahaha...hhrr...hhrrrr... no juz mi lepiej), wiec zaczelam kombinowac, bo te galaretki rozrobione, nawet wymuzdzylam ze jedna zrobie gesta i pokroje na paski i wetkne w srodek zeby bylo piekniej. No szal cial mial byc oraz uprzezy...
Zrezygnowala zajarzalam do piekarnika gdzie byly losowe blachy, obskurne i oblesne niemilosiernie, porzucone przez bylych lokatorow i nie wyrzucone przez agencje/wlascicieli.
To byly takie blaczy to pieczenie ptactwa i innej padliny. Poprzepalane itp.
Ja sobie kupilam wlasna mala tacke-blaszke do pieczenie i opiekania malych wegetrainskich roznosci, a te postrachy higieniczne rzucilam w nieuzywany fragment piekarnika.
Wybralam jeden z mniej upapranych, wyszorowalam najlepiej jak moglam, wylozylam szczelnie alufolia. No na tyle szczlnei na ile sie dalo i zaczelam swoj aksperyment.
Po pierwsze okazalo sie, ze te pieprzone biszkopty nie nasiakaja galaretka tak jak sobie wyobrazilam.
Po drugie, skoro nie nasiakaja to zamiast lezec kulturalnie na dnie, wyplywaja jak glupie, co oczywiscie pozniej bylo przydatne bo przeciez zawartosc blaszki byla serwowana do gory nogami, ale akurat to mi do glowy nie przyszlo od razu.
Po trzecia ta gestsza galaretka wcale nie daje sie tak ladnie wylupac z foremki zeby ja pokroic z paski, wiec dekoracja wewnetrzna jest cokolwiek zwichrowana.
Po czwarte mandarynki po obraniu sa nieestetyczne i trzeba je pieczolowisie z tych farfocli obierac nie rzucajac nimy w furii po kuchni
Po piate te mendy nic nie tona, i wszystko plywa po wierzchu.
A to dopier pierwsza warstwa byla.
Na druga musialam czekac pare godzin bo nawet w lodowce nie tezalo az tak szybko jakbym chciala – ze zwgledu na rozmiar naczynia jak sadze, albo kwaski wyciekajace z mandarynek.
Noc sie zaczynala robic, wiec niecierpliwie druga warstwe wlalam na taka jeszcze nie doknca stezala pierwsza wiartwe w zwiazku z czym w przekroju zamias warstw byl przenikajacy sie koloczerwony z zoltym, czyli rozne odcienie pomaranczowego...
Caly ten naboj rozpaczliwie zamknelam w lodowce i poszlam spac.
O poranku mialam natchnienie.
“Skocze przed impreza do T, kupie bita smeitane i jakies dokoracjie cukiernicze i pokryje calosc ta bita smietana.” Powiedzialam do siebie i poszlam do Kolchozu.
Niezmotoryzowana mialam jakies 20 minut spokojnego spacer pokonania. Szlam szczegolnie spokojnie, zeby nie rorzsypac tej cholernej galaretki po drodze.
Do Kolchozu dotarlam, zlozylam pakiet w naszej lodowce, pokazala organizatorom, ze to moje i zeby nie zabierac bo ja jeszcze to chce udekorowac przed podaniem i poszlam na ugór (czyli do biurka).
Stosownie wczesniej pobieglam do T, kupilam bita smietane w sprau, nawet chyba ze dwie i jakies pierdoly do dekoracji, wrocilam do pracy, popedzilam do lodowki... a tam pusto.
Wszystko zostalo wymiecione. 
Lacznie z moim pakietem, ktory mial czekac na mnie.
‘Nosz qrwa mac’ pomyslalam i pobieglam na sale, godzie trwaly przygotowania. 

Oczywiscie jakas picza nie z Lowicza, usluznie wyjela moja glaretke-mutanta z lodowki, zeby sie rozgrzala, kurtyzana jej korzenie rodzinne montowala.

Powiedzialam glosno i wyraznie, ze to byl bardzo glupi pomysl, bo nie dosc, ze desery beda atakowane na koncu “imprezy” to wyjecie galaretki GODZINE przed rozpoczeciem to byl wrecz okropnie glupi pomysl.
Oczywiscie galaretka, po wylupaniu jej z formy przezentowala sie bardzo, ale to bardzo zalosnie, zgodnie z moimi obawami. 
Porównujac w mysli z inspiracyjny pierwowzorem mojej cioci, moje "dzielo" to byl po prosty obraz nedzy i rozpaczy.
Ale bylam juz tak wsciekla i przybita, bo tyle szarpania i nerwow (nie wspominajac o budzecie, ktory przekroczyl tego piataka dosc poteznie) i jakis kuzwa Helpi Helpersson, najbardziej pomocny Norweg swiata (Wendy jej na imie i jak odeszla w koncu z Kolchozu to totalnie NIKT za nia nie tesknil) musial mi naszpacic, ze bylo mi to juz wtedy bardzo obojetne.

Zrobilam galaretce z grzebietu mroki sredniowiecza przy pomocy bitej smietany w sprayu, obsypalam obficie gownem dekoracyjnym, postawilam w rogu deserowym i od tamtej pory moje oko tego rogu uwaga nie zaszczycilo, az do konca imprezy, kiedy przyszlo sprzatac.
Galaretowaty Mutant w barwach maskujacych. Po lewo widac ptasie.
Czulam sie odpowiedzialna za potencjalny koszmar galaretkowo-smietanowo-gówniany ktory tam pewnie stal rozpackujac sie niemilosiernie, wiec poszlam z czarnym workiem, gotowa na najgorsze...
...
..
.
A na tacy, na ktorej byla galaretka, byla doslownie trzy placki z bitej smietany, okruchy galaretowate niczym zarys zwlok, w ksztalcie szerokopojetego prostokata i pare dekoracyjnych gowien .
Zbaranialam.
Z tym czarnym workiem w garsci gapiac sie na ten widok i nie rozumiejac co widze.
Kolega z zespolu, zwany Andy’m podszedl do mnie i misinterpretujac moja postawe z autentycznym wspolczuciem w glosie powiedzial:
“No juz nic nie zostalo. A to byl najlepszy deser – taki  zaskakujaco smaczny i lekki”

Kurtyna.