Description

Wspomnienia mniej lub bardziej biezace, bo technologia wyparla potrzebe pisania listow i nawet maili do bliskich i blizszych i tych calkiem oddalonych

Thursday, 12 October 2023

Schowalem, zeby latwo znalezc, czyli jak odkryc, ze przy 2 samochodach nie mozesz uzyc zadnego z nich.

 Rzecz sie dziala 2 tygodnie temu, we czwartek rano. nawet nie jakims wsciekle bladym switem.

I wcale nie mnie to spotkalo.

Mnie spotkalo wylacznie to, ze pojawilam sie w Kolchozie i z zaskoczeniem spedzilam przeszlo pol dnia roboczego prawie sama, w miejscu gdzie zwykle bywa conajmniej 3 innych kolchoznikow.

Tydzien pozniej, czyli tydzien temu stwierdzilam, ze jak mam siedziec calkiem sama to moge zaoszczedzic na paliwie, które na Wyspie zyskalo mocno na wartosci i zostac w domu.

Tak wiem, chyba sie jednak starzeje, albo na prawde czas na zmiane pracy bo moja nienawisc do pracy z domu od blisko roku jest przycmiona niechecia do przebywania w biurze, podbudowana do anafilaktycznej reakcji na korki drogowe.

No i dzis dopiero dotarlam do Kolchozu, gdzie stopniowo powitalam prawie komplet zwyczajowych znajomych.

Apropos od kilku miesiecy siedze znowu w Lochach, bez mala w tym samym miejscu gdzie zaczynalam 17 lat temu.

Przybyl Jase.

Taka, ten sam co tu i oprocz bycia moim kumplem od lat kilkinastu, jest tez od 9 lat mezem kolezanki, która kolezanka moja zostala wychodzac zan za maz. I do dzisjestem jej za to wdzieczna bo zdjela ze mnie ciezar unikania jej meza na bazie dyplomacji.


Zagadujemy sie co jakis czas towarzysko, bo od pol roku jest slomianym wdowcem, wiec czuje imperatyw by sie od czasu do czasu zapytac czy wszystko w porzadku, ale bez przesady, bo nie chce nijakich nieporozumien i niedomowien.

No i dzis okazalo sie, ze nie widzielismy sie od miesiaca wlasciwie, bo mnie nie bylo tydzien temu (jego tez bo byl w inny dzien), a jego 2 tygodnie temu.

Zapytalam sie czemu i uslyszalam, ze nawet mial przyjechac, ale rano nie mogl znalezc kluczyków do samochodu.

Okazalam zainteresowanie i uslyszalam, ze jak poprzednio wrocil do domu, to z nienacka stwierdzil, ze uda sie na spacer dla zdrowia, ale ze nie chce mu sie chowac klucza w zwyklym miejscu, wiec schowal go gdzies indziej z mysla, ze nawet jak zapomni to przeciez na pewno latwo na niego trafi.

W pierwszej chwili wyobrazilam sobie, ze on ten klucz ukryl gdzies poza domem, bo nie przyszlo mi do glowy, ze ten kluczyk ukrywa gdzies gleboko mimo, ze siedzi w tym domu 24/6.

I juz mialam pytac kim jest i co zrobil z moim kumplem, który ma gigantyczne OCD i sam z siebie NIE jest zdolny to przelamania swojej rutyny bez tygodni przugotowan i prób i oswajania sie. 

Ale widac bylo, ze czul parcie na zwiezenia, wiec ugryzlam sie w jezyk i sluchalam dalej.

Jase pospiesznie dodal, ze przeciez, wiem, ze ma paranoje i on zawsze chowa kluczyki przed zlodziejami, bo jak sie wlamia do domu to pierwsze czego szukaja, jesli pod domem stoi samochód, to kluczyków, bo maja wtedy i samochód i moga go wypakowac towarem z wlamu.

Tu pomyslalam sobie, ze u mnie tylko ten samochód w gre w wchodzi, bo moj stan posiadania wzbudzilby obrzydzenie w najmniej wymagajacym zlodzieju.

I poszedl. 

Na ten spacer znaczy, a nie ze porzucil rozmówce w polowie opowiesci.

Po spacerze oczywiscie zapomnial, ze tego kluczyka nie schowal gdzie zwykle, bo przeciez zawsze chowa go tam gdzie zwykle, wiec jakim cudem niby mialo byc dzis inaczej. 

A jeszcze bardziej zapomnial GDZIE go schowal, zeby go latwo znalezc jakby zapomnial...

Tu sie uspokoilam - chwila szalenstwna nie byla trwala i jednak to OCD-Jase stal przed mna.

No i we czwartek rano (2 tygodnie temu) naszykowal sie do Kolchozu, poszedl po kluczyki do zwyklego miejsca, a tam ZONK.

Kluczyków nie ma.

Przypomnial sobie wprawdzie z trudem, ze ten uprawial ten spontaniczny spacer, ale nie mogl sobie przypomniec gdzie ukryl czasowo te kluczyki. 

No i nie mógl przyjechac.

A z nim nie przyjachala reszta ekipy z miasta na B, zwykle przywozi 2 lub 3 dodatkowe osoby.

Cos czuje, ze to zdazenie jeszcze bardziej zniechecilo go do dzialan spontanicznych i nie przemyslanych tygodniami.

Ale przeciez masz zapasowe kluczyki, nie? zapytalam zaintrygowana, bo poza paranoja Jase jest generalnie oraz przez to OCD wrecz nieludzko zorganizowany.

Tak, ma i nawet od razu poszedl do "sejfu" po niego, ale okazalo sie, ze pilot w zapasowym komplecie mial rozladowana baterie. 

Zdzwilo go to nieywmownie bo uwazal, jak i ja zreszta, ze w nieuzywanym pilocie bateria sie nie wyczerpuje. 

Tzn ja tylko uwazalam, ze sie wyczerpuje ale DUZO WOLNIEJ.

Otóz jednak sie wyczerpala, wiec ta opcja odpadla.

No ale przeciez masz drugi samochód? zapytalam glupkowato, zapominajac, ze aby skorzystac z drugiego musialby najpierw wystawic pierwszy, bo wjazda na "podwórko" ma pojedynczy, a samochody stoja jeden za drugim.

Ale Jase jest jak skala. 

Nawet sie nie popukal w czolo z politowaniem tylko wyjasnil mi bardzo cierpliwie powyzsze.

W czolo bylam zmuszona popukac sie z politowaniem sama. 

Juz nawet nie wyrazilam zdziwienia, ze nie mial zapasowej baterii, bo znajac i jego i jego malzonke spodziewalam sie w pelni, ze kupili tych baterii od razu na zapas, bo pewnie akurat nie wiedzial gdzie sa ukryte, a malzonka nie byla mu latwo dostepna. 

Ewentulanie byla dostepna, ale bateryjki schowala tesciowa i zapomnialam gdzie - raz tak na przyklad znalezli po tygodniu splesniale pieczywo naan, w szafce z dlugoterminowymi zapasami makaronu i kapsulek do ekspresu.

Thursday, 28 September 2023

Serek Obiezyswiat, czyli zarcie globtroter

Tym razem wcale nie zaslyszanem, ale stanowczo sequel do Kielbasa na Krecie, bo z Kuzynka aka Macia mojego CO w roli nabywcy.

Otóz od Maja Anno Domini 2022 zdobylam wreszcie kolejna sprawnosc i równoczesnie wznowilam troche moje wycieczki samochodowe. Na srednia skale.

Wieksza od zwyklych, bo opuszczamy wraz z Beastie Wyspe, ale mniejsza od duzych bo nie opuszczam kontynentu, a rownoczesnie korzystam wlasnie z mocy przerobowych Beastie.

Beastie to, ku przypomnieniu, pseudonim artystyczny mojego obecnego dwusladu, który dodatkowo jest hybryda.

Mianowicie zaczelam wreszcie jezdzic z Wyspy na Planete Ojczysta samochodem. Zwykle solo. Ale czasem mam towarzystwo. 

Przygód miewam bez liku, ale nie mam ich jak spisywac na biezaco, wiec musimy sie prosze panstwa obejsc smakiem, chociaz te pierwsza wycieczke moze i kiedys spróbuje opisac, bo obfitowala w kilka atrakcji, które do dzis wspominamy z Kuzynka z bólem brzuchó od smiechu, bo w tej pierwszej wyprawie towarzyszyla mi wlasnie Ona - Kuzynka aka Odwazna Kobieta.

W ten sposób poszerzylysmy zasieg naszych wspólnych wycieczek na kilka dodatkowych krain - po Polsce i Wyspie.

Ale do rzeczy.

Pamietamy Kielbaske juz wszyscy, prawda?

Tym razem wycieczka miala kilka punktów obowiazkowych - dla mnie byla to wizyta w pierwszym napotkanym Oszolomie na francuskiej ziemii, celem nabycia przemytu zlozonego z bezcukrowych delicji dla Fadera oraz walowki i napoju na poczatek podrózy, bo wiadomo bylo, ze zarcie na europejskich MOPsach bywa rozne, a juz najbardziej to drogie i smazone na glebokim tluszczu.

Dla Kuzynki gwozdziem imprezy mialo byc Ghent.

O ile zadna z nas nie ma oporów przed okazjonalnym niezdrowym i smacznym posilkiem to jadanie tego przez 3 dni z rzedu nie jest naszym marzeniem.

Podróz zaczela sie dosc dramatycznie, albowiem w momencie kiedy, po sprawdzeniu stanu na drogach wylaczylam komputer, na droze do przejazdu pod kanalem wydarzyl sie wypadek.

Wypadek byl spektakularny i wymagal ladawania na autostradzie helikoptera ratunkowego i blokady wieeeeelogodzinnej ruchu po obu stronach owej autostrady.

Beastie posiada na stanie nawidakcje z system ostrzegajacym przed korkami, owszem i nawet informowala mnie o tym wydarzeniu, ale niestety nie podawala tych wszystkich szczególow, w zwiazku z czym potrakotwalam te ostrzezenia dosc lekko, co bylo bledem ogromnym.

Nie wchodzac w detale sprawa zakonczyla sie 3-krotnym przesuwaniem godziny przekraczania tunelu, w trakcie jazdy (Kuzynka, ponownie wykazala sie brawurowa odwaga i robila to wszystko na moim tablecie, poslusznie wypelniajac niezbedne pola na stronie Tunelu nie wnikajac w tresc jaka jej dyktowalam), kosztami dodatkowymi, bo wiadomo, ze im blizej weekendu - nawet o godzine, tym ceny wyzsze, dwoma pecherzami wielkosci arbuzów z przepelnienia, bo albo nie bylo gdzie zjechac, albo jak juz bylo, to udalo mi sie przegapic znak, no i dotarciem w koncu do hotelu Metropol w Calaise kolo 2.30 nad ranem zamiast kolo 23.00 jak to bylo w rozkladzie.

Poniewaz w planach mialam zjedzenie sniadania w hotelu, a nastepnie zakupienia jedzenia na dalsza trase z samego rana, nie spakowalysmy jakis oszalamiajacych zapasów jedzenia, a poniewaz noc w hotelu okazala sie jakos wsciekle krótka, to ja ze sniadania zrezygnowalam na rzecz dodatkowej godzinki snu, a kuzynka tez nigdy fanka wczesnych posilkow nie byla.

W efekcie tego wszystkiego w supermarkecie, w powiedzmy ze Dunkierce, znalazlysmy sie nieco pozniej niz bym chciala, ale rownoczesnie nie na tyle pozno aby wzbudzic niepokoj o logistyke.

Tyle, ze glodne juz bylysmy chyba obie.

Co przelozylo sie na zakupy imponujace - jak to zwykle bywa z zakupami robionymi na glodno.

Miedzy innymi kupilysmy dwa rodzaje serków miekkich w malych porcyjkach, a przez to latwo podzielnych w warunkach spartanskich i torbe malych bagietek.

Byl to maly mix serków kremowych w czterech smakach i mix kostek aperitif serków topionych (chociaz to mnie zaskoczylo bo myslalam, ze to tez beda kremowe) z krówka na opakowaniu, tez w kilku smakach. chyba nawet w czterech.

Serki zaczelysmy spozywac juz tego samego dnia (a byl to piatek), blizej wieczora, w Ghent, lub tez jak Kuzynka upiera sie nazywac to miasto, w Gandawie.

Jak dla mnie, za duzo liter, wiec bedzie Ghent.

Bo Kuzynka omówila pojscia ze mna na dol do hotelowej restauracji na kolacje, chociaz specjalnie na nia czekalam (chociaz ona o tym nie wiedziala hehe), wymawiajac sie zjedzonymw centrum miasta waflem belgijskim z czekoladem i bananem. 

Slaba wymówka, tez tak uwazam ;) 

To poszlam twardo i ponuro sama, po sprawdzeniu na tablicy informacyjnej przy windzie, ze restauracja w piatek jest otwarta. 

I zdebialam, bo w restauracji bylo pusto, cicho i bez mala ciemno. 

Otóz restauracja mimo zapenien tablicy informacyjnej w owym dniu nie byla czynna.

 Wyjatkowo.

Bo zwykle jest czynna.

Ale tego dnia nie.

Specjalnie dla mnie jak sadze. 

Zbytek uprzejmosci, doprawdy.

Wrócilam wiec na góre jeszcze bardziej ponuro i spozylam troche naszego prowiantu. 

pt male bagietki z roznymi serkami.

Kuzynka po pewnym czasie nawet do mnie dolaczyla wiedziona bardziej ciekwoscia niz glodem, bo róznosci mialysmy sporo.

Nazarlysmy sie tych serkow do wypeku, szczególnei tych koktajlowych bo sycace, ale bylo ich naprawde sporo, wiec w pudelku nadal zostalo ich bardzo duzo.

Rano bylo sniadanie w hotelu, bo i tak bylo wliczone, wiec reszte serków w myslach skreslilam, gdyz cieplo sie zaczynalo robic, a torba lodówka juz przestala spelniac swa chlodzaca funkcje.

Ale nie wyrzucilysmy tych serków z blizej nie wyjasnionych wzgledów. 

Nastepny wieczór spedzilysmy w Wolfsburgu.

Tam tez z jakiegos powodu Kuzynka odmówila wieczornego posilku, chyba twierdzac, ze najadla sie ciastek albo innych czekoladek, wiec zapiekana kanapke z szynka i serem jadlam w barze sama.

To znaczy sama jadlam, bo towarzystwa mi Kuzynka nie odmówila tym razem.

Nie wiem czy jakies serki byly spozywane tego wieczoru, ale odnosze wrazenie, ze moze symbolicznie, po koktajlowej kosteczce poszlo.

Pokoje mialysmy osobliwie prawie obok siebie tyle, ze po dwoch stronach windy, a w pokojach nie dzialala klimatyzacja, a wlasciwie tochyba nawet nieco grzala.

Nastepnego ranka znowu bylo sniadanie hotelowe, wiec serki w silnej grupie wskoczyly do torby, nie lodówki i dziarsko wisadly do samochodu z nami.

Kolejny przystanek to juz byla Stolyca i tam reszta serków spoczela w koncu, po 2 dniach ciepelka, w lodówce. Byla to niedziela.

W ciagu najblizszych dni ich ilosc odrobine sie zmniejszyla, ale jakosc smaku ku mojemu zaskoczeniu nadal byla doskonala, a i reperkusji rzadnych nie bylo.

We czwartek serki zostaly spakowane do torby-lodówki, znowu chlodzacej i udaly sie ze mna i Faderem tym razem, do Fromborka.

We Fromborku mialy do dyspozycji lodóweczke i trzymaly sie doskonale, acz niecu ich znowu ubylo.

W Sobote, znowu dosiadly torby z wkladami ledwo-chlodzacymi (bo lodóweczka nie miala zamrazalnika) i pojechaly z nami do Leby.

Tam do dyspozycji dostaly juz tylko barek hotelowy ze schlodzonymi napojami, no i posrednio poznaly 3/4 rodziny Wasów, która odwiedzila nas w sobote na pozny obiad.

Szalency, ale mój ulubiony typ Szalenców, którym chce sie rypac pare do kilku godzin, zeby z taka mRufa i jej Protoplasta aka Faderem zjesc posilek lub dwa. 

Serki zakonczyly maly wpad nad Baltyk w Poniedzialek i wrócily z nami do Stolycy, gdzie tkwily grzecznie w lodówce az do konca tygodnia.

W sobote wczesnym popoludniem zostaly na nowo zapakowane do torby-lodówki i ruszylismy (serki i ja) na Zachód.

Jedna noc spedzilismy w hotelu w Helmstedt am Lappwald, serki chyba nawet nietkniete, bo mialam na kolacje do dyspozycji salatke ziemniaczana z majonezem i druga szynkowa z lokalnego supermarketu, kupione troche omylkowo bo myslalam, ze biore ziemniaczana z cremem fresh i druga jarzynowa, a które wiadomo bylo ze podrózy w upalach nie przetrwaja.

Serki zreszta wiozlam ze soba wylacznie z przyzwyczajenia, bo nawet po spozyciu ich na Planecie Ojczystej nie sadzilam, ze przetrwaja kolejna podróz, tym razem w fali upalów.

Kolejny wieczór spedzilismy z serkami w Nieuwpoort w Belgii, gdzie urozmaicily nieco moje sniadanie, a nastepnego dnia, dokldnie 2 tygodnie i 3 dni po zakupie, minely miejsce swojego oryginalnego zakupu i udaly sie ze mna do Tunelu.

I tak w poniedzialek wczesnym popoludniem spoczely w mojej lodówce na wyspie, przejechawszy, z powiedzmy ze Dunkierki do powiedzmy, ze Oxfordu (300km), przez Belgie, Niderlandy, Niemcy i petlac po Planecie Ojczystej, oraz z powrotem, poknujac lacznie blisko 4 tysiace kilometrów, w dwóch róznych pojazdach i spedzajac lacznie blisko 8 dni poza przytulnymi i chlodnymi lodówkami.

Jeden, z chyba 8 wspanialych.

Mrowie kostek koktajlowych, kazda po 1cm3

W odskonalym stanie, bo pozeram je stopniowo do dzis i wciaz mnie jeszcze po spozyciu nie spotkaly zadne zadnie reperkusje.

Hobbit Tam i z Powrotem to przy tym wojazy pikus, bo nawet Smoków w tej wyprawie nie zabraklo!

Powiem tylko tyle - Viva La France jesli chodzi o zarcie! Co do reszty, cóz, spuscmy na to zaslone milczenia.

Tuesday, 21 February 2023

Cudowne rozmnozenie placków. A moze raczej wielka Ucieczka 1 i 3/4

 Rzecz dziala sie dzis.

W Stolycy, czyli na Planecie Ojczystej i wcale mnie przy tym nie bylo.

Dzwonie do Fadera i pytam jak mija mu dzien do tej pory. Otóz objazdy po POTUS, deszcz, koszmarnie zlei dlugo sie jechalo. 

"A ile?" zapytalam pomocniczo.

"45 minut" z oburzeniem wyburczal Fader. Burczal bo chyba wiedzialam jak straszliwie go wysmieje i wypomne jak to mawialo sie, ze do godziny to mozna wytrzymac, zaledwie, och 3 lata temu.

Ale nie w tym rzecz, bo nagle dodaje (Fader) z dziwnym ozywieniem "Ale mialem przygode tu w domu".

Ja zdretwialam, bo znam ja te jego przygody i spektrum moze byc od takich drobnostek, do atrakcji z nieco ponad roku jak to wyladowalim z nim na urazowce z obawa czy nie bedzie amputacji palca (nie bylo, a przynajmniej nie wiecej niz sam sobie wonczas amputowal). 

A i sama jako nieodrodna córka wlasnego Fadera, znam przygody wlasne.

I mówie "a co sie stalo?", nawet jeszcze dosc spokojnym glosem, acz na lekkim bezdechu.

(Tu tlo historyczne - w niedziele, niesiony jakas dzika gastrofaza, Fader nie dosc, ze ugotowal krupnik, upiekl ryby panierowane i z rozpedu jeszcze oraz zapomniawszy, ze ma przedwczorajszy makaron, upiekl placki ziemniaczane. Czego nie zjadl to zakitral w lodówce.)

"Przyjechalem i postanowilem, ze dzis zjem sobie te placki. Bylo ich 5, wiec odlozylem sobie 2 na teraz drugi talerz, a pozostale 3 przykrylem na nowo alufolia i wlozylem z powrotem do lodówki. 

Te do zjedzenia na talerzu podgrzalem w mikrofalowce, wyjalem sobie ryzyk na deser (w nocniczku, pewnej niemieckiej firmy, ktora wypuszcza nie tylko wersje cukrowa, ale rownie bez cukrowa, a od niedawne jeszcze cukrowa weganska), zeby sie ogrzal, usiadlem, placki sie podgrzaly, wyjalem, biore sie za zarcie, a na talerzu mam 3 placki. 

Zdziwilem sie, jak to sie stalo, ale co tam, teraz zjem 3, a jutro beda 2. 

Zjadlem, popilem, zjadlem ryzyk, wstaje z taboretu , patrze a obok na podlodze lezy placek. 

Co do cholery, pomyslalem (na glos). I zajrzalem do lodówki, pod alufolie. A pod folia pusty talerz.

Zbaranialem, bo przeciez na pewno rozkladalem na 2 talerze i zjadlem tylko 3. Rozgloadam sie po kuchni, a glebiej pod bufetem lezy drugi placek!

Jak to sie stalo, nie mam pojecia, ale do lodówki schowalem pieczolowicie owiniety alufolia pusty, nieco zatluszczony talerz.

Wypadly mi jak je zaiwijalem??"

Od chwili "na podlodze lezy placek" ja wyje nie gorzej niz niePotus, tyle ze ze smiechu.

Zgadlam (znowu znajac Fadera), ze jak owijal alufolie to przechylil talerz, dla lepszego uchwytu, zapomniawszy, ze placki sliskie sa, a alufolia nie obcisnieta porzadnie, nie stanowi bariery nie do pokonania. 

Ten sam MO kosztowal mnie ladne pare litrów rozmaitych napojów w butelkach pieknych i nowoczesnych acz niezbyt szczelnych, trzymanych zawziecie przez Fader w poprzek. Pomimo moich prósb, zeby jednak raczej nosic je za wbudowany sznureczek.

Pocieszylam jeszcze Fadera, ze zawsze moglo wyjsc gorzej - mógl pusty talerz w lodówce i przechodzonaeplacki odkryc nazajutrz usilujac i wtedy podwójny cios bo i zarcie zmarnowane i rozczarowanie nad pustym talerzem.

I pomyslalam, ze sie jednak ta historyjka ze swiatem podziele 

Wednesday, 4 May 2022

koniec burzujstwa czyli mRufy ostatnia podróz w klasie de-lux, a raczej przypadki zaslyszane

 A w zasadzie to okolicznosci towarzyszace.

Przez postatnie 2 lata rozbradziazylam sie niemozebnie i latalam prawie wylacznie w klasie delux wyspowym orlem. Wynikalo to tak z rzadszych podrózy, wiecznych zakazów i wyzszych kosztów okolopodróznych dla foliarzy.

Jeszcze w grudniu 2021 zmienialam sobie termin podrózy nie baczac na koszta bo byly to koszta sladowe.

Na kwiecien mialam przewidziana wycieczke 2-tygodniowa na pierwza od 2 lat Wielkanoc z Faderem, ale jakies 2-3 tyg przed wylotem w rozmowie z Faderem zarzucilam mysl, ze "a to moze przylece troche wczesniej to bedzie wiecej czasu i sobie gdzie wyskoczymy?" Fader powital mysl aprobata bez mala entuzjastyczna, wiec wlazlam na strone operatora, zadalam kwerende i dostalam czkawki.

"Juz nie jestesmy w Kanzas Toto" doskonale oddaje moja mysl - a byla ona "oszqr*asz ale drogo" najtansza zmiana wprawaiala ze pobyt na Planecie Ojczystej wydluzal mi sie o 4 dni, a takze dawal mi wylot w srodku nocy bez mala, wiec do listy dodalam sluzbowego laptopa z ladowarka i zaplanowalam sobie dni pracy zdalnej, bo poczatek roku, poczatkiem roku, ale worka z urlopem z gumy nie mam i co sie zuzyje to sie nie wróci.

A! I kosztowalo to (zmiana) 100 dukatów z malutki haczykiem.

Kolejnym krokiem byla organizacja dotarcia na lotnisko.

Plan byl, ze zabiore auto na parking i w ten sam sposób wróce co bylo opcja najbardziej wygodna acz nieco kosztowna przez ostatnie lata latania ze sWirusem.

Sprawdzilam ceny z wyprzedzeniem na okres 2 tygodni i pogodzilam sie z oporem z wynikiem. 

Niestety jak przyszlo co do czego to cena nie dosc, ze byla sporo wyzsza (bo te 4 dni cholernie wypadaly akurat w ferie szkolne) to na dodatek interesujacy mnie parking byl zapelniony - nie mieli miejsca na Beastie! 

A na inne opcje parkingowe ceny rosly wykladniczo. A juz ten najtanszy niegdys parking to spiewal takie ceny, ze taksówkami londynskimi bym taniej dojechala i wrócila.

Troche sie zmartwilam, ale wlasciwie juz sie godzilam, ze ta podróz wyjdzie mi drozej niz wycieczka po Imperium, gdy przyszlo otrzezwienie - przeciez sa firmy które trudnia sie transferami.

Owszem mam przyjaciól którzy sa w stanie mi pomóc, ale kurna mac nie przesadzajmy - wyjazd po 3ciej w na ranem, zeby mnie pobrac o 4tej rano to nie jest cos co chcialabym robic dla innych zbyt czesto sama, nawet za pieniadze, a co dopiero jako przysluga, wiec nie wymagajmy od tych przyjaciól za wiele. 

Poobrazali sie prawie na mnie coponiektórzy, ale byl to tez wyjatkowo glupi termin - bo nie dosc ze srodek nocy to na dodatek to w dzien roboczy.

Wzielam tez pod uwage opcje sprzed prawie 2 lat kiedy to poprzedniego wieczoru zostalam podrzucona do hotelu, ale nic z tego - hotel zapelniony, a drugi ma takei ceny ze juz lepiej ten parking biznesowy wnajac.

Zaczelam wiec kopac z tymi firmami przewozowymi. Lokalna najtansza oferowala przejazd w jedna strone za 85 dukatów wyspowych i juz bylam na nich zedycdowana, gdy przyszla M i wysluchawszy mojej martyrologii przypomniala sobie o kims rekomendowanym na soszjalmedjach i zaoferowala, ze go zapyta. Osobnik, czarujacy niewatpliwie, zaproponowal 65 dukatów i z wielkim krzykiem zarzadalam zeby mnie do terminarza wpisal.

I wlasciwie o tej przejazdzce ma byc ten wpis, ale jak widac przydlugi wstep bym niezbedny.

Troche mialam obawy, bo jednak nieznany czlowiek itp, ale po pierwsze to mialam backup w postaci Beastie i niecny plan wezwania na pomoc Urosza który by na drugi dzien pobral moje auto z kosztownego parkingu, wiec jakos bym rade dala.

Nawet sie o tym niecnym planie nie dowiedzial.

Bo Mlodzian z bialym rumakiem (czterokolowym) dzien przed podróza zapytal smsowo ile osób jedzie. Zapewnilam go, ze jedna osoba, acz z dwoma bagazami. 

Ucieszyl sie albowiem mial obawy, ze jade z trójka dzieci, a on ma tylko 2 foteliki, a trzeciego tak rano nie wykombinuje. Pózniej wyjasnilo sie, ze po mnie ma drugi kurs tylko z innego lotniska i kogos z niego odbiera, wlasnie z dziecmi, ale nie zapisal sobie od razu który kurs bezdzietny i wolal sie upewnic.

O 4tej rano podjechal i rzucil sie na moje walizki jak sokól, nawet mnie to zaintrygowalo, ale zdazylam go ostrzec, ze jedna jest ciezka.

Pamietalam o paszporcie, kase sprawdzilam 3 razy, bo zostalo mi gotówki akurat tyle ile trzeba wiec kisilam ja twardo, zeby nie wydac przypadkiem.

Pojechalismy.

Rozmowa dosc szybko zaczela sie kleic, bo Mlodzian towarzyski i nie bawilismy sie w Panowanie.

A wiadomo, ile mozna o zdrowiu i rodzinie wiec zaczal mi opowiadac o swoich co ciekawszych kursach.

Na przyklad raz zapytal pacjenta, znaczy klienta, któredy woli jechac bo byl to kurs na Luton i mozna glównymi drogami, albo bocznymi, bocznymi jest wpawdzie dalej troche, ale nie bywaja zakorkowane podczas gdy glówne potrafia sie zakorkowac permanentnie i na dlugo. Klient odparl, ze on chce glównymi bo on sie chce piwka przed lotem jeszcze napic. 

Klient nasz pan wiec pojechali glownymi. No i pech chcial, ze na postatnim kawalku autostrady byl wypadek i ich przyblokowalo.

Na poczatku dosc spokojnie po Mlodzian lubi wyjechac nieco wczesniej niz absolutne minimum, wiec mieli rezerwe, ale po pol godzinie zacelo sie robic nerwowo i klient sie zaczal troche rzucac, az w koncu sie odezwal 'Ale jak ja nie zdaze to pan mi zwracasz za lot, nie?' Mlodziana zatchnelo, bo o ile w takich sytuacjach mozna wziac dane od policji i linie lotnicze honoruja takie "usprawiedliwienie", ale klient zaczal byc mocno nieprzyjemny, wiec nic mu o tej opcji nie wspomnial bo sie zezloscil.

Ale minelo kilkanascie minut i ruszyli, dojechali na lotnisko na czas i 'na do widzenia' klient mówi "Ja przylatuje w niedziele, to odbierzesz mnie pan nie?" Mlodzian kiwnal glowa i odjechal, a do mnie mówi "I nie wiem czy on tam do dzisiaj nie czeka, bo po tej akcji w korku to ja dziekuje".

Innym razem Pani odwozona gdzies tam z dzieckiem, wreczyla mu potomstwo z prosba o wpiecie go w fotelik bo ona w taki nie umie, a sama skoczy jeszcze na chwilke do domu.

Dziecko wpiete, Mlodzian za kólkiem czy tam obok auta czeka, mysli ze na Pania z bagazami bo na widoku nic nie ma.

Tu zacytuje "Czekam i czekam i juz pomyslalem, ze ona tam okno zycia znalazla, a jej jak nie bylo tak nie ma"

Po pewnym czasie Pani wyskoczyla z domu, podbiegla do samchodu i mówi, ze gotowa. No to wsiedli i pojechali. Dojezdzaja do lotniska, a Pani mówi "To ja wypne dziecko, a pan moje bagaze wyjmie, dobra?"

"Jakie bagaze?" zdziwil sie Mlodzian

"No moje walizki"

"Ale Pani nie dala mi zadnych walizek" zaprotestowal Mlodzian.

"Jak to, przeciez staly gotowe"

"A gdzie?"

"no w przedpokoju"

"A. No to przeciez ja Pani do domu nie bede wchodzil poza tym dziecka pani samego w samochodzie nie moge zostawic, tak?"

Ukradzione z internetuff!

Pani wpadla w panike, gotowa byla zarzadac powrotu, ale Mlodzian wpadl na pomysl, bo ma/mial znajomka, który regularnie jezdzil na Planete Ojczysta samochodem i akurat mial za pare dni jechac, wiec na szybko telefonicznie i trójstronnie bo maz Pani obiecial walizki wydac (ze tez nie zauwazyl, ze zostaly?? - przypisek mój), a znajomy Mlodziana je za skromna kwote 40 dukatów na Planete Ojczysta dostarczyc. 

Pani nieco sie oburzyla, ze ma doplacac bo przeciez ona za podróz z walizkami na to lotnisko zaplacila, ale koniec konców skonczylo sie dobrze (ja bym na takie rozwiazania zmoczyla sie ze szczescia, ze caly manel pojedzie beze mnie,  ja lekka, wolna i swawolna bede brykala po bezclówce, ale to ja i bez dziecka).

Juz w polowie opowiesci pokiwalam sobie w duchu glowa, bo zrozumialam ten zachlanny rzut na moje walizki, skoro staly pode drzwiami (specjalnie zeby bez ich wystawiania nie móc wyjsc z domu haha).

Moja reakcja na opowiesc musiala byc stosowna, bo historia poszla dalej

"o raz to mi klient zony zapomnial"

Temat mi bliski bo ja raz zapomnialam, ze mam pobrac Przebrzydlucha o poranku, wiec zarzadalam detali.

Otóz to bylo tak

"Klient staly, juz pare razy ze mna jezdzil, zapowiedzial ze bedzie przystanek po drodze, przyniósl bagaze, juz nieco rozweselony piwkiem, zostawil je i zawolal ze na chwilke jeszcze do domu wejdzie i zaraz jada. Chwilke go nie bylo, wyskoczyl z domu z nowym piwkiem, wsiadl i wola 'No to lecimy!' (tu wtracilam rozbawiona "on juz zdaje sie lecial...").

Ruszyli, jada, faceta piwko popija, w telefnie dlubie, nagle odzywa sie 'Kochanie, a moze podjedziemy najpierw tutaj?' 

Sploszylem sie troche, bo staly klient czy nie staly, az tak dobrze sie nie znamy, w oko mu wpadlem, czy co? (errata na bardzie politycznie poprawne slownictwo, bo chociaz cytuje to mialam obawy, ze obrazliwie)

Patrze na niego katem oka, ale on nic tylko dalej dlubie. W koncu pytam 'a do kogo pan mówisz?'

'Co? no do zoo... o qrva, a gdzie moja zona?'

'Jaka zona?'

'No moja - przeciez lece z zona'

Szybki telefon, nie bylismy jeszcze daleko, zawrócilem, a zona faktycznie pod domem stoi i czeka. (tu troche mnie zaskoczylo, ze czeka zamiast dzwonic z reprymenda werbalna do malzonka, zreszta tak wlasnie sobie uswiadomilam, ze o Przebrzydlym zapomnialam przed kilku laty - bo zadzwonil, ale w koncu to jej maz nie mój - dopisek mój).

Pytam sie 'Panie, jak zes pan zony mógl zapomniec?'

'O to juz nie pierwszy raz - jak wypije to od razu o niej zapominam'

'To czego Pan tak pijesz?'

'Bo na trzezwo sie z nia nie da wytrzymac' odparl rozbrajaco facet."

Tu juz nie wytrzymalam i poprosilam o zgode na publikacje bo doprawdy na mnie jedna takie piekne historie nie powiny sie marnowac!

No nie ma za co!


Monday, 4 April 2022

W poszukiwaniu Samolubnej Krowy i co z tego wyniklo

 Wlasciwie to wiedzialam, ze sa szanse na wpis juz w momencie wsiadania w sobotne pózne popoludnie do samochdu Urosza. Ale slowo daje, iz nie podejrzewalam, ze na tylu poziomach!

A wszystko zaczelo sie od tego, ze jakis tydzien z haczykiem wczesniej zadalam kolezance V (dla osób widujacych mnie czasem na instagramie dodam, ze chodzi o wlascicieli Futra z OCD aka kota) pytanie, pisemnie, co by chciala na urodziny, myslac naiwnie ze rzuci haslo "pójdzmy do kina i/lub do Oxy", a w najlepszym przypadku zdradzi jaki by chciala prezent, albowiem od najdawniejszych lat mam awersje do prezentów monetarnych, a giftkarty dzialaja jak czlowiek obdarowany robi zakupy w konkretnych sklepach, jakie by one nie byly, co w przypadku kolezanki V nie dziala.

Kolezanka zarzadala rozmowy, co juz mnie zaniepokoilo.

Ale sie zgodzilam.

Rozmowa ujawnila cos strasznego. Otóz kolezanka od 3 lat nie swietowala urodzin (ja jej raz kwiaty wyslalam na te okolicznosc, a raz niefortunnie wzielam i zapomnialam bo amnezja okolo sWirusowa) i skoro juz zapytalam to ona mi zaraz powie. 

Troche zdretwialam, ale juz trudno, kobylka u plotu itp.

Im glebiej w las tym wiecej drzew, czyli dalej bylo juz tylko gorzej.

Owszem niby dinner out, ale nie dosc, ze z grupa osób (ja nieznosze takich imprez grupowych bo ani pojesc, ani pogadac) to na dodatek okazalo sie, ze kolezanka marzy o Homarze. 

I ma on byc swiezy, a nie z mrozonek...

Troche mnie zatchnelo i wybakalam cos, ze nie wiem czy mnie stac zeby jej zabrac na weekend do Kornwalii z grupa osób, bo tylko tam wiem na pewno, ze serwuja swiezo zlapane czy tam upolowane homary...

Pomijam juz drobiazg ze nie jadam wlasciwie wcale ryb, a owoce morza sa dla mnei taka abstrakcja, ze nawet nie postrzegam ich jako jadalne.

Kolezanka odparla, ze one mnie prosi tylko o risercz czyli rozejrzenie sie za jakims mozliwie lokalnymi (czytaj do godziny jazdy) opcjami, bo ona nie ma pomyslu. 

Tyle to moge, pomyslalam.

Przewijamy do przodu.

Lokal w koncu wybral malzonek V (wspominany na tych lamach przeze mnie przy okazji Porazek kinowych), pewnie dlatego ze patologicznie musi zrobic wlasne badanie rynku z benchmarkingiem, takim ze PWC mogloby u niego tutoriale pobierac.

Dostalismy oficjalne zaproszenia, bardzo dyplomatycznie bo nikt nie wiedzial kto jeszcze zostal zaproszony (opróz mnie bo ja sie otwarcie zapytalam) i ja nawet kliknelam na link do lokalu.

Lokalizacja byla istotnie dosc lokalnie, szczególnie dla mnie bo mieszkam w polowie drogi pomiedzy kolezanka V, a lokalem, którego nazwe uparcie odczytywalam jako "Selfish Cow", ale menu mnie wprowadzilo w stupor.

Otóz serwowali, za wyjatkiem ryb i kawioru, wszystko inne co zyje we wodzie, tzn skorupiaki w róznych odmianach, przegrzebki oraz morskie robale, znaczy krewetki (czy krewetka to skorupiak?)

Oprócz tego 3 rodzaje steków wolowych plus chybaczwarty w menu sezonowym.

I jedna mizerna opcje wege, która nie natchnila mnie optymizmem bo byly to gniotki z pesto. Znaczy Gnocchi z domowym pesto. 

Gniotki to ja akurat bardzo lubie, ale nie przepadam za klasycznym bazyliowym pesto. Ani w ogóle za bazylia w ilosci która jest wyczuwalna smakowo.

O cenach nie wspomne, bo juz i tak wiedzialam, ze nie ja mam za cala impreze placic tylko sprawa bedzie organizowana wyspowo - znaczy kazdy placi za siebie mniej wiecej.

Ale co tam. Kolezanka marzyla, to niech strace. Zjem najwyzej podwieczorek i bede tylko jakas frytke miedlila dla zabicia czasu.

Po co ja glupia pytalam co chce na urodziny?? Przeciez i tak w koncu kupilam jej prezent wg wlasnego uznania.

Koniec przydlugiego tla historycznego.

Dzien przed impreza wystapilam dyplomatycznie do Polowicy Urosza z propozycja, ze skoro jedziemy na te sama impreze z tej samej dzielni, to moze pojedziemy jednym samochodem, w domysle moim, szczególnie jesli moze oboje chcieli by napic sie za zdrowie kolezanki V. 

Po paru niedopowiedzeniach ustalono, ze jade z nimi jako pasazer, bo ich jest wiecej (kobieca logika ma tylez wspólnego z logika co strazacka muzyka z muzyka), wiec zwarta i gotowa stanelam w drzwiach jak tylko podjechalo powóz.

Wsiadajac powitalam wszystkich i w odpowiedzi od Urosza uslyszalam "So what is the chance of more than one place in that area to be called "Selfish Cow"?" (Jaka jest szansa ze w tej okolicy jest wiecej niz jeden lokal o nazwie "Samolubna Krowa"?)

Odparlam zgodnie z wrecz swietym (alarm bojowy!) przekonaniem, ze dosc male, bo to przeciez nie sieciówka.

Urosz wyjasnil, ze tez tak uwaza i dlatego nie wpisal w mape guglowa adresu, tylko wybral nazwe lokalu bez wchodzenia w detale i tam nas wiezie.

Jechalismy sobie wesolo, dyskutujac min. fakt, ze Polowica ma w torebce wczorajsze zakupy z drogerii w tym 2 szczotki do zebów bo jej poprzednia sie rozpadla i juz ma dosc wyciagania wlosia spomiedzy zebów po kazdy myciu paszczeki i takie tam.

Jedziemy juz z pol godziny i tak powoli zaczyna mi sie legnac niepokój bo jakos mi sie wizualnie zdawalo, ze cala ta impreza od nas nie jest zbyt daleko no i ja nie bardzo wiem gdzie jestem, kiedy nagle na zjezdzie ze sporego ronda Polowica oznajmia nam, ze wlasnie rozpoznala okolice i wie gdzie jestesmy. 

Na to ja odparlam, ze to swietnie, bo ja wlasnie przestalam rozpoznawac gdzie jestem.

Po pewnym czasie - powiedzmy po jakichs 8 minutach ktos - NIE ja - zadal zapalne pytanie - czy to na pewno tak daleko? 

Syn Urosza i Polowicy - jeden z sympatyczniejszych nastolatków jakich znam (od ostatnich obsrutanych pieluszek go znam) zaczal guglowac temat, a ja otworzylam emalie od kolezanki V z namiarem na parking.

Syn Urosza i Polowicy oglosil, ze jestesmy od lokalu o 10 minut w przeciwnym kierunku. 

Znaczy oddalamy sie.

Urosz po wstepnym obruszeniu sie, ze "co, sprawdzacie mnie?" na takie dictum natychmiast zjechal na mijana wlasnie przez nas stacje benzynowa i zarzucil ponownie nazwe lokalu na swojej mapie guglowej.

Równoczesnie ojciec i syn odkryli przerazajaca prawde - w tej okolicy, wcale niezbyt daleko od siebie istnieje DWIE restauracji o nazwie "Selfish Cow", ze jedziemy to tej drugiej i oddalamy sie istotnie od tej wlasciwej.

Ja zas w tym czasie znalazlam adres parkingu i podyktowalam go Uroszowi. 

Podkreslajac ze to namiar na PARKING. Ale bez ulicy itp, tylko sam kod pocztowy.

Zawrócilismy, a ja oznajmilam, ze nalezalo jednak jechac mna, bo takie numery to sa u mnie na porzadku dziennymi, a w domysle majac "bo ja nie wierze guglowym mapom i uzywam nawidakcji".

Dojechalismy do tego sporego ronda co go wspominalam powyzej i oczom naszym ukazal sie DUZY napis wskazujac zjazd do wlasciwego miasteczka, który najwyrazniej w swiecie byl wczesnie na chwile zdjety, bo niemozliwoscia jest aby nikt z nas go nie zauwazym za pierwszym razem...

Miasteczko okazalo sie urokliwe, ale niestety brak ulicy polaczonej z parkingiem okazal sie zgubny i udalo na sie go kompletnie przeoczyc. 

Nastepnie minelismy parking nalezacy do supermarketum gdzie za turystyczne pozostawienie auta placi sie standrowa stawke 70 dukatów wyspowych i jechalismy dosc beznadziejnie dalej.

Zaczelam nawet odkopywac reszte adresu parkingu, gdy oczom naszym ukazal sie napis "Parking dlugoterminowy 140" 

Nie odkrylam czy chodzilo o 140 metrów, yardów czy moze pojemnosc na 140 samochodów, bosmy zaparkowali i tylko cudem zdolalam nas powstrzymac przed galopem ta sama droga co jechalismy, pokazuja strzalke wskazujaca kierunek "centrum" ze sciezka dla pieszych.

Droga okazala sie nierówna i waska, a towarzystwo zaprawione w marszobiegach wiec trase pokonalam konentrujac sie na dwóch czynnosciac - oddychaniu i stawianiu stóp na mozliwie równych kawalkach chodnika, wiec nie zapamietalam pierwszej polowy, a nawet 2/3 drogi.

Dalej to juz bylo prosto.

I wtedy zobaczylam wreszcie swiadomie nazwe lokalu na wlasne oczy i odkrylam z zaskoczeniem, ze lokal nie nazywa sie Samolubna Krowa, a

Shellfish Cow...

Brawo ja.

Zazartowalam sobie nawet w któryms momencie, ze ciezko im bylo znalezc nazwe wiec popatrzyli na menu i stwierdzili "Czniac konwenanse, po prostu nazwiemy ja opisowo - co serwujemy? Skorupiaki plus wolowina, dobra nasza bedzie Shellfish Cow."

Nie przewidzieli dysleksji, dysgrafii i dysgeografii klientki z przymusu, która przerobi ich blyskotliwa kreatywnosc na Samolubna Krowe.

Ale to nie koniec atrakcji - wieczór dopiero sie rozkreca.

Lokal miescil sie 2/3 pietrowym naroznym starym domu. 

Parter posiadal bar z dwoma stolikami, strome, waskie i krecone schodki w góre gdzie na 1wszym pietrze byla kuchnia, pokój obiadowy i chyba magazynek (z wychodkiem barowym na pólpietrze). Na razie na tym etapie przystanmy, bo od wejscia do lokalu wrazeni olfaktoryczne troche mnie wbily w posadzke - otóz bylam w restaturacji rybnej, w Hiszpani i przygotowywalam sie, ze dostane zapachowy cios w nos, ale takiego lupnia jaki spadl na mnie przechodzacej kolo kuchni to jwczesniej nie przezylam. Nawet na Planecie Ojczystej w pasazu smazalni ryb nad Baltykiem.

A przypomne, ze ryb nie serwowali w tej Samolubnej Krowie.

Pokój obiadowy, bo sala to nie byla, miescil 4 stoliki, z czego 2 nasze zestawione dla silnej grupy pod wezwaniem, 7mio-osobwej i tylko jeden z pozostalych zajety.

Przytulnie to malo powiedziane. 

Dekoracje i glówne zródlo swiatla stanowily swiece. W sumie nie ma sie co dziwic, w swietle nomen-omen gigantycznej podwyzki stawek za prad i gaz. 

Druga dekoracja izby byla ona.

To znaczy chyba Ona. Trudno miec pewnosc widzac wylacznie wybór dodatków...

Pod egida Zebry w rózowym boa, gustownych koralach, tiarze i perlowej opasce, nasza 7mka dokonala wyborów zywnosciowych. 

Ja niejako wyboru nie mialam, bo od mojego zacyborgowania mam trudnosci ze spozyciem padliny na cieplo (z dwoma wyjatkami) wiec tym silniej identyfikuje sie jako Wegetarianka na odwyku (Recovering Vegetarian idac za teoria, ze once alcoholic always an alcoholic czyli recovering alcoholic) i w lokalach zwykle siegam bo opcje wege. 

No dobrze juz zdradze, ze wyjatkiem sa kotlety schabowe. A takze inne miesa w wydaniu panierowanym i smazony. Nic nie poradze, ze od tego jakos mnie nie odrzuca. 

Korzystajac z chwili spokoju postanowilam skorzystac z wychodka, a ze wrócil wlasnie z takowego przybytku malzonek V czyli kolega od porazki kinowej, to poprosilam go o instrukcje gdziez on zacz.

Ten wychodek, znaczy.

Niestetyz nie dane bylo mi skorzystac z wychodka na pólpietrze, bo obsluga mnie przechwycila i kazal udac sie wyzej - bo toalety restauracyjne sa wyzej. 

Poslusznie potuptalam na kolejne pólpietro, ale mnie troche zastopowalo, bo mimo braku makijazu za dzentelmena nie da sie mnie wziac i przed wejscie do przybytku z taka wizytowka nieco sie wzdragalam. Ale ja sie latwo nie poddaje i widzac, ze schody wzwyz jeszcze sie nie skonczyly to zerknelam wyzej i oczy me osleply. 

Foto z tripadvisora, bo do wychodka w restauracjach z telefonem nie chadzam.

Od razu zorientowalam sie, ze to róza slepota, czyli na górzej jest cos emanujacego wscieklym rózem. Nie buntujac sie przed stereotypem, bo pecherz stosowal argumenty silowe, udalam sie w tamtym kierunku i rzucily sie na mnie... Rózowe flamingi za rózowa framuga.

Dodam ze sama swiatynia dumania miala dokladnie ten sam dekor, wiec usilowalam dokonac stosownych czynnosci z zamknietymi oczami bo te cholerne flamingi usilowaly wydziobac mi oczy.

Czyli jak dotad dosc surrealistycznie.

Szok estetyczny sprawil, ze nie zauwazylam, iz na tym samym pietrze jest drugie pomieszczenie obiadowe, podobno ze scianami w homary i mozliwe ze nieco wieksze, bo drugiej kuchni chyba nie maja.

W naszym pokoiku obiadowym dosc szybko zostalismy sami, bo ten jedyny zajety stolik wlasnie konczyl pólmich jakichs malzowin. Nie znam sie. Ale jak sobie poszli to jakos powietrzu sie lzej na chwile zrobilo. 

Nie na dlugo, bo wrótce zaczeto serwowac nasze potrawy.

Kolezanka V oznajmila, ze poprzedniego dnia obejrzala dwa tutoriale na jutjubie i wie jak nalezy dobrac sie do jadalnych czesci homarów i krabów, wiec na stole pojawili sie tacy oto goscie.

Homary to nawet pojawily sie dwa, bo amatorów bylo kilku, a oprócz tego zagoscily jeszcze jakies krewetki w panierce i te cholerne przegrzebki.

Nota bene ten krab gapil sie centralnie i z glebokim wyrzutem na mnie. Jakby ja mu czyms mogla zagrozic, albo conajmniej ja mu te nogi powylamywalam.

Ogólnie, poza doznaniami olfaktoryczno-wizualnymi wieczór spedzilam raczej milo i wesolo (czemu klam zadaje jedyne zdjecie na kórym jestem, ale to drobiazg bo i tak go nikomu nie pokaze 😈 ), bowiem ekipa znala sie wzajemnie dlugo i szeroko i tylko Polowica z tej calej gromady pala do mnie czyms mnie sympatycznym, ale to jej problem nie mój.

Nadeszla chwila rozstania (bo o rachunku mówic nie bede - alkohol nie szalal na stole a i tak troche nam dech zaparlo, tzn moze mnie nie, bo ja widzialam ceny w innych lokalach i pewna odpornosc na takie szoki juz mam) i okazalo sie, ze z parkingiem tez kompletnie skrewilismy, wiec nasze drogi sie rozeszly i ja z Uroszem&co udalismy sie w lewo, a reszta w prawo. 

Do 1/3 droge poznawalam, ale pózniej kazali mi odbic w prawo i przestalam kompletnie poznawac okolice. 

Za to zaczelo mi dokuczac jakby tu ladnie powiedziec... o! Zapowietrzenie ukladu pokarmowego. Koszmarnie. A towarzystwo grzecznie nie dawalo mi zostac z tylu. Matko, cóz to za droga prez meke byla. I co gorsza nie mialam w sobie nic ognia, aby zarzadac znalezienia tej krórszej drogi. 

Szczesliwie parking znalezlismy, ale dotarlismy do niego... prawie przez pól miasteczka - czyli trasa, której nam zaoszcedzilam na przyjezdzie.

Co sie odwlecze...

Ruszylismy w droge powrotna i pomimo wczesniejszego dowiadczenia z mapa gugla, Urosz wyglosil, ze mozemy pojechac w prawo (skad nadjechalismy) lub w lewo, ale pojechal w lewo, bo mu mapa gugla sugerowala, ze bedzie blizej.

Moze i bylo blizej. Ale nie bylo szybciej.

Takimi zadupiami po nocy nie jechalam od ostatniego koncertu Airborne.

Nagle zza jednego zakretu z nienacka na poboczu minelismy lezaca opone.

Po kilkuset metrach zza kolejnego ujrzelismy druga, w identycznej pozycji.

Syn Urosza i Polowicy zaczal wyglaszac komentarz, ze z jakiegos powodu leza tu losowo rozrzucone opony, gdy zza kolejnego zakretu rzucila sie na nas opona, lezaca na srodku drogi!!

Adrenalina!

Uff. Ominelismy - kudos dla Urosza, bo ja bym najpierw hamowala.

"ciekawe czy za chwile zobaczymy rozkraczony samochód z jednym kolem..." ponuro wyglosilam.

I sie przerazilam bo takiego ryku smiechu sie kompletnie nie spodziewalam - ale nerwowa atmosfera po tej cholernej centralnej oponie jakos zelzala.

I tak to minal wieczór w towarzystwie Samolubnej Krowy

Friday, 11 February 2022

Problemy pierwszego swiata czyli zamki NIE samozatrzaskujace sie

 Otóz prosze jasnipanstwa i nei tylko sytuacja jest nastepujaca:

Ja wciaz zyje. 

Ku memu glebokiemu zaskoczeniu, bo ze mnie szlag nie trafil w ostatnim kwartale ubieglego roku to doprawdy malo powiedziane, ze cud.

I zmagamy sie wraz z Faderem z kompletna odwrotnoscia samozatrzaskujacych sie zamków sprzed lat - mianowicie zmagamy sie z.... Samo-Otwierajacymi sie zamkami. a konkretnie to jednym.

Ten Nowy, malo powycierany jeszcze rok tez sie troche z przytupem rozkreca chociaz poczatki byly, hm... no wlasnie nie prawda wcale nie mile, ale takie jakies jak jakby David Lynch conajmniej sciage pisal dla rezysera.

Nie wchodzac w detale nadmiernie, jak w pazdzierniku rozpoczelam niechlubnie proces dewastacji czolgu (a moze nie tyle rozpoczelam co ja uwizualizowalam, bo doprawdy w grzechotanie silnika we wrzesniu trudno mnie ubrac bez wchodzenia w metafizyke), tak 19 listopada zakonczylo sie dzwonem.

 Dzwon polegal na tym, ze facet wyjechal bladym switem z rodzina oraz z podziemnego garazu i z podporzadkowanej drogi, rezolutnie patrzac w lewo i przydwonil w mojego Fadera w czolgu oraz na skrzyzowaniu i na pierwszenstwie. 

Nie musze chyba mówic jak sie zerwalam na dzwiek telefonu o 6.15 rano mniej wiecej i jak dlugo pozniej mnie adrenalina trzymala, a i tak Fader zadzwonil odczekawszy troche bo niechcial mnie budzic. Jaka róznice zrobiloby mi te pol godziny nie wnikajmy.

Ale i nie o tym rzecz tylko o tym ze jakis tydzien pozniej, a moze niec ponad dostalismy wiadomosc, ze czolg, zeby nie te poduszki to moze i by sie oplacalo go naprawiac chocia byl tez czterosladem, ale ze te poduszki to jednak do kasacji.

Odpukac w niemalowane, dzwon trafil w Faderowego czolgu przednie kolo, wiec tfu-tfu Fader wyszedl z imprezy z podniszczona kurtka, ogluszony nieco i zdaje sie po raz pierwszy w zyciu wysiadal z samochodu przez drzwi paszera. Bo z poduszek jak huknely poszedl taki dym, ze sie wystraszyl ze mu sie czolg zapalil. Czolg widac odczuwal wzajemnosc do Fadera, który kochal go wielce.

Ja zas nigdy nie ukrywalam, ze jezdzic tym moge, ale zachwytu nie ma. Oraz od  razu dementuje jakobym specjalnie dokonala zamachu na te skrzynke z gasnica. 

Ale wciaz nie w tym rzecz. 

Przewijamy do przodu i pieczolowicie wypieramy boksowanie z ubezpieczycielami, a takze epizod szpitalny sprzed swiat.

31 grudnia 2021 odebralismy nowy powóz Fadera i przez nowy wcale nie mam na mysli, ze nowy dla niego ale najnormalniej w swiecei nufke funkiel, nie smigana rumunska gazele. znaczy Captur dla ubogich. Na wypasie.

Czujniki, kamery, bajery, autostopy i reczny palcowy.

Oraz otwieranie bezdotykowe. 

Czyli TADAM zamek samootwierajacy sie!

Do tego ostatniego przyzwyczailismy sie w oka mgnieniu.

Znowu lekki fastforward i jest styczen w rozkwiecie, ja juz wrócona na Wyspe, po nadprogramowo dlugich wystepach goscinnych, wychodze  po dniu pracy z Kolchozu i ruszam do samochodu. Bezmyslnie sobie idac, dochodze do Blyskawicy, pocigam za kalpe bagaznika...i... ZONK. 

Klapa ani drgnie.

Nieco zaskoczona, ze jak to, siegam do kieszenim pstrykam pstryczkiem i klapa sie daje otworzyc.

Nic jeszcze nie laczaczac faktów ruszam do domu.

Nastepnego dnia po wyjscie z Kolchozu sytuacja sie powtarza. i tak przez pare dni, az w koncu mnie to zastanowilo, czemu jak rano pod domem to sie wszystko otwiera, a jak z pracy to nie. 

Ale nie zaklikalam tak od razu. Dopiero jak gdzies, moze pod sklepem, a moze wyskakujac z pracy w porze lunchu nie potrzebowalam nic z bagaznika, podeszlam do drzwi i zlapalam za klamke, a ta nic, dotarlo do mnie czego nie robie - NIE pstrykam pstryczkiem!! 

Rano widac bywam bardziej skalibrowana nawet jesli nietomne, a po pracy widocznie za juz duzo wody w mozgu i usiluje dobrac sie do samochodu metoda na Rumunska Gazele!

Opowiedzialam o tym Faderowi zdalnie przez co sie obsmial i na tym temat sie zakonczyl.

Tak myslalam.

Po paru tygodniach przywyklam z powrotem do uzywania wlasnego auta z przynaleznym pilotem itp.

Tak wyszlo, ze bylam zmuszona poleciec na krótki wystep goscinny na Planete Ojczysta ponownie. NA tyle krótko, ze poczatkowo karte startowa do Gazeli nosil w sobie Fader. No i na dzien dobry pojechalismy do bankomatu z planem wizyty w sklepie, który zostal zlikwidowany chociaz 2 tygodnie wczesniej jeszcze byl i nikt nie mówil, ze go ma nie byc, wiec pozosalam w samochodzie, a Fader poszedl do banku. 

A mnie zatrzasnelo w srodku Gazeli.

Próbowalam pukac w szybe, ale Fader oddalal sie dziarsko, wiec zniruchomialam bo nie bylam pewna czy Gazela przy swoim wypasie nie ma na wyposazeniu jakich cholernych czujnikó ruchu (nie ma, uff) a juz mnie kiedys zamknieto w samochodzie z czujnikami jak drzemalam i o bogowie jaka mialam dzikia pbudke jak sie ruszylam we snie!!

Fader wrócil i macha do mnie rekami usilujac mnei naklonic do rozpoczecia manewru wyjazdowego z miejsca parkingowego. A ja macham do niego ze ma tu przyjsc.

A on stoi 3 metry od samochodu i twardo macha i co gorsza zaczyna byc poirytowany.

A ja macham od srodka, bo co wiecej moge??

I tak bysmy machali do dzis az w koncu zaczalam pukac w szybe i to dalo mu do myslenia. 

Podszedl blizej i pyklo. 

Drzwi sie otworzyly.

Wyjasnilismy sobie przyczyne niedomachania i ruszylismy dalej.

Minal kolejny dzien i Fader udal sie do pracy, a ja pozostalam na kwadracie. Po stosownym czasie przechodzac obok okna zauwazylam ze Gazela zaparkowala pod oknami i spokojnie zasiadlam do gry.

Slysze kroki po schodac, przygotowuje sie psychicznie na poganianie, bo mamy wychodzic za chwile, a tam cisza.

Nawet zaczelam wstawac zeby sie upewnic czy to na pewno Faderowa Gazela i w tym momencie otwieraja sie drzwi i wchodzi rechot, a za nim Fader.

Co sie stalo?, pytam zaciekawiona

"A nic, próbowalem wejsc do mieszkania jak do samochodu, bezdotykowo!"

Nnnoooo i tak.

zródlo Giphy.com

Samozatrzaskowe zle, samootwierajace sie jeszcze gorzej?

Wednesday, 8 December 2021

Strach sie bac, czyli ja chyba dzis nocuje w Kolchozie

Bo do Kolchozu dotarlam, zanim zorientowalam sie, ze cos sie dzieje.

A zaczelo sie niewinnie - o poranku udalam sie do kuchni celem wypicia porannego hiskusa i zabutelkowania porcji poludniowej. 

Obie porcje parze sobie w dni szkolne, tfu pracowe, wieczorem poprzedniego dnia, odszczurzam przed sama noca, zeby sobie przyspieszyc poranna obróbke no i butelkuje jedna porcje na wynos.

Hibiskusa w formie plynnej w kuchni nie zastalam. Braklo mi wprawdzie wspomnienie, ze go przygotowalam, ale to nie byla jakas sensacja, bo tyle rzeczy robie bez angazowania pamieciowego inputu, ze malo co mnie zaskakuje w tym temacie, a parze to gówno od lipca, wiec jakby weszlo mi w nawyk.

Poblogoslawilam swoje roztargnienie dosc niemrawo i spakowalam dwa szczurze hibiskusy do torebki i upchnelam w torbie.

Dokonczylam porannej obróbki i wyszlam z domu (sprawdzajac czy na pewna zamknelam drzwi na klucz, albowiem tez czesto nie pamietam, ze to robie, chyba ze sie przymusze do pamieciowego inputu).

Udalam sie do samochodowego bagaznika, wpakowalam tam plecak i torebke (Te czarna prosze Bozenki i na dodatek z oryginalnym paskiem bo Fader juz naprawili, wiec teraz dzieki Bozence mam paskowy back-up) i zamyslilam sie, patrzac na okoliczna wierzbe, mocno przesonieta, acz nadal placzacac i fakt, ze jakies kable sa zaplatane w jej lyse galazki i popiskuja na wietrze i nawet zamartwilam sie, zeby to nie byl prad, bo wizualnie wyglada, ze te kable ida wylacznie do mojego lokalu. Dopuscilam w myslach, ze to telefoniczne kable.

I taka zamyslona na tle kabli, wierzby i potencjalnych konsekwencji otworzylam drzwi do Bestyjki, wsiadlam i zaczelam sie w srodku zamykac gdy cala soba, fizycznie poczulam, ze cos jest nie tak.

To mnie wyrwalo z zamyslenia i spojrzalam wokolo na tyle bystro, ze nawet sie nie zdenerwowalam, ze mi ktos kierownice podzajaczkowal, bo od razu zorientowalam sie, ze jakims sposobem dosiadlam niewielkiej Bestii jako pasazer tylny. Za kierowca.

Byl to pierwszy raz, jak dotad, zebym  wsiadla omylkowo z tylu zamiast z przodu. 

Bo w ogóle to juz pare razy jechalam jako pasazer w Beastie jak przechodzilam transformacje w cyborga, a raz wsiadlam do Czolgu za angielska kierownice, której jak wiadomo w Czolgu brak.

Apropos, to Czolg przejechal swoj ostatni kilometr w ubieglym miesiacu i wlasnie czeka na ostateczny wyrok.

Skorygowalam moja pozycje w samochodzie mocno rozsmieszona i pojechalam do Kolchozu.

W Kolchozie udalam sie do windy, bo choc urzeduje na pieterku, to o poranku z obciazeniem dodatkowym, nie czuje sie gotowa na wspinaczke. 

Windy mamy w Kolchozie dwie, acz jedna prawie permanentnie popsuta odkad niechcacy stala sie mobiln kabina prysznicowa.

Ta zesputa zwykle po prostu nie przyjezdza. Bo wlasciwie, do dzis, to nigdy nie przyjezdzala jak byla popsuta. Oprócz tego zwykle na drzwich byla albo tasma w paski z kartka, ze "out of order", albo sama kartka.

Dzis kartki nie bylo i na dodatek ta cholera byla pierwsza, wiec nic nie myslac, nie prawda klamie - zdazylam pomyslec, ze "o dziala?", wsiadlam i z satysfakcja wbilam numer pieterka.

Pieterko nadjechalo, a ja w czasie jazdy myslalam, ze ciekawe co zrobie jak drzwi na mnie zleca, tak jak sie stalo przy okazji popredniego krótkiego okresu dzialania windy - a nienacka zaewnatrzne czesc drzwi zeciala na stojacego przed nia lokalnego "inzyniera".

Drzwi sie otworzyly, nie zlecialy, a oczom mym ukazala sie zólta barierka bezbieczenstwa, blokujaca wyjscie z windy. Nieco zbaranialam i szybko przewinelam tasme pamieci z ostatnie minuty szukajac tam informacji, ze moze wsiadlam do popsutej windy, ale nie uparcie nic sie na mnie nie rzucalo.

Otrzasnelam sie ze zbaranienia, odsunelam barierke i wylazlam z windy. Na wszelki wypadek zasunelam barierke z powrotem i fragmentem umyslu zastanowilam sie czy to aby nie jakas kumulacja, ale jeszcze nieco wypierajac te mozliwosci udalam sie do na stanowisko pracy.

Jako, ze nie mialam porannego hibiskusa, to po zalogowaniu sie, udalam sie ze szklanka do kuchni celem popelnienia napoju.

W Kolchozie mamy takie podgrzewacze wody, co niby moga ja gotowac, ale przez kilka miesiecy byly ustawiona ne 80 stopni, wywlujac okazjonalne rozpedziochy i wybuchy zlorzeczen jak ktos sobie tym niedogotowanym plynem zalal nudle. Odkad wrota Kolchozu nieco sie rozchylily i wiecej ludzi zaczelo wydawac te okrzyki oraz dostawac okazjonalnej sr@czki, administracja nieco sie ugiela i zezwolila, zeby jeden podgrzewacz na pietrze osiagal epicka temperature 98 stopni.

Na hibiskusa oraz nudle to nadal troche malo, wiec nie wiem jak inni, ale ja zwykle nalewam plynu do naczynia i wrzucam go do mikrofali na minute, zeby osiagnac wrzenie, nastepnie topie w tym cos, albo cos tym zalewam.

Zatem tym razem nalalam plynu do szklanki, zanioslam do mikrofali, wbilam minute obrotów i niemrawo kontemplowalam co mi kiedys powiedziala kolezanka, ze woda wybucha jak sie ja gotuje w mikrofali i to ze jak zwierzylam sie z tego M to mi powiedziala, ze czasem tak bywa, ale nasze kolchozne mikrofale wibruja za mocno i przez to raczej nie wybuchnie, a katem oka zaobserwowalam ze prawie 30 sekund i nie ma zwyczajawych babelków zygnalizujacych poczatek wrzenia.

Mrugnelam i jak nie ryplo. zdazylam zeszcze zauwazyc jeden gigantyczny babel uwalniajacy sie ze szklanki, dzieki czemu nie nastapilo natychmiastowe popuszczenie po nogach, ale zaskoczenie wmurowalo mnei w ziemie. dobrze ze tylko w nogach, to reka szybko zatrzymalam mirofale otwierajac drzwiczki. I wtedy dopiero zbaranialam.

No szlag jasny co to dzis mnie dopadlo, ze takie nowosci mnie spotykaja od samego rana. 

Ja chyba dzis zostane jednak na noc w Kolchozie bo doprawdy zaczynam sie troche bac, bo jak nic trafie na grabie.


-------------------------

A! I jeszcze dzis pierwszy raz od dluuuugiego czsu musialam sobie sama otworzyc drzwi, bo cos sie popsulo i ochroniarz od siedmiu bolesci nie moze ich zablokowac wychladzajac juz i tak zimny parter budynku. Bo to grzanie co Kolchoz zatopilo 3 blisko 3 lata temu tak do konca nigdy nie zostalo w pelni naprawione. chociaz odszkodowanie z ubezpieczenia przyszlo...

Monday, 20 September 2021

Historia nie niezóltej cizemki i uprowadzenia bialego jelenia ciag dalszy

 Pojde chronologia.

Otóz jak opowiadalam delvix o jelenionappingu z Faderowego warsztatu, to ta odwdzieczyla mi sie historyjka sprzed lat kilku, kiedy to Mlody (aka Latorosl delvix) postradal cizemki.

A bylo to tak.

Mlody u Babci bywajac posiadal tam na stanie laczki podwórkowe - znaczy klapeczki, do biegania po podwórku, zdejmowane przed wejsciem zalózmy, ze na tarasie (nie pamietam). Klapeczki owe czesto-gesto o ile nie zawsze nocowaly na owym potencjalnym tarasie. Podobny zwyczaj kultowowalam równiez Babcia (mowa nie o PaniMamieBabciW, tylko a PaniTesciowejBabci), a mozliwe ze inni zawodnicy domowi równiez, ale tu brak mi wiedzy, wiec tylko suponuje.

No i pewnego ranka Mlody wyskoczyl na taras z zamiarem przydziania sie w klapeczki, a tam zonk. Jednego klapeczka brakuje.

Posiadlosc zostala obszukana, ale po klapeczku ani sladu. Nie ma to nie, no trudno.

Na drugi dzien zniknal drugi klapeczek, co wzbudzilo troche sensacji, ale ze tez sie nie udalo go zlokalizowac to pozyczono klapnapperowi gwaltownej i nieokielznanej sraczki i sprawa by przycichla, gdyby nie to, ze kolejnego dnia zniknal klapek Babci.

Poszukiwania tym razem przyniosly owoc! Klapek sie znalazl i przy okazji znalazla sie niewielka dziura w ogrodzeniu i na jakiejsc podstawie udalo sie zidentyfikowac, ze dziure owa uzytkowal lisek, który obecnie jak nic pomyka po wsi nocami w stylowych laczkach, a kradzieze mu sie ukrócily bo klapek Babci w dziurze sie nie zmiescil i dziure zlikwidowano.

A ja dzis znalazlam historie innego Lisa KlAptomana z Berlina, wiec cos jest na rzeczy ;).

zrodlo-twitter-zartykulu

----------------------------------

Kradziez mydla maja zas swój ciag dalszy, albowiem na pietrze nad lokum sluzbowym Fadera okoliczni pracownicy namierzyli Szczura. 

Wizualnie go namierzyli. 

Zaczely sie dywagacje skad sie tam wzial, bo w sumie zarcia tam za wiele nie bywa, malo ludzi wiec i malo smieci oraz odpadków, stolówki od dawna pozamykane itp. Naszym osobistym zdaniem bydlatko zebate przylazlo z sasiedztwa - bardzo starej kamienicy która obecnie usiluja remontowac, bo wyburzyc jej nie mozna z wzgledu na wartosc historyczna.

Temat zostal zgloszony do okolicznego adminitratora budynku/ów i sprawa troche przycichla.

Nastepnie jedno z ukradzionych mydelek sie odnalazlo w jakims trudno dostepnym zakamarku i nosilo na sobie dowody rzeczowe czyli slady zebów. 

Byl to Bialy Jelen.

Ale kolejnego dnia nie dosc, ze znowu zniklo (pokasane mydlo), to Fader zglosil zazalenie, ze podarl sobie na kolanie fartuch sluzbowy i spodnie robocze. Najpewniej jak lazil po warsztacie na czworaka.

Zapytany kiedy mu sie to przydazylo - tzn lazenie na czworaka odparl ze nic takeigo nie robil wiec logika tego uzasadnienie zostala przez mnie obalona. Przytrzasniecie obu sztuk garderoby na tej samej wsokosci choc mozliwe to malo prawdopodobne bo obie sztuki odziezy przeciete punktowo na wylot.

Zasugerowalam, ze to tez byl Szczur, ale Fader wyparl, bo jak to, lewitowal? Skoro odziez wisiala na wieszaku, a nie lezala na ziemii czy innym meblu.

Po paru dniach druga nogawka i drugi fartuch zostaly "nadgryzione" i tu Fader juz przestal wypierac, ze mógl to byc rezydujacy w budynku gryzon, ale zaczal natarczywie wypytywac dlaczego. Moja teoria byla taka, ze usilowal sobie wyscielic norke i szukal miekkich materialów, a widocznie reszta personelu w budynku nie pozostawiala odziezy na wierzchu do jego/jej dyspozycji. Sadzac po wybranych materialach na wystrój lokalu mieszkalnego obstawiam jedna "jego". Ale nie bede sie upierac.

Cisnieta ciekawoscia i pytaniami niektórych z czytacieli po pewny mczasie - 1/2 tygodni zapytalam jak ma sie sprawa dziekiego lokatora i uslyszalam, ze juz go szlag trafil albowiem szczurolap zbieral wlasnie poprzedniego dnia trutki i widzial ze zostaly nadkaszone wiec jesli jeszcze nie padl, to padnie lada moment.

Zakwestionowalam, czy to wystarczy, ale uslyszalam w odpowiedzi ze nowe szczury nie zagniezdza sie w miejscu, gdzie jakis inny padl. 

Widac zostawiaja na scianach graffiti typu "been there, ate that, got an early demise for my trouble" czyli "to nie jadaj, tu truja".

I taki oto epilog (prawdopodobnie) ma historia znikajacych mydel.

Monday, 16 August 2021

Kto ukradl mydlo? Czyli tajemnicze uprowadzenie Bialego Jelenia.

Bylo tak, ze w pierwszy poniedzialek, po zakonczeniu moich wystepów goscinnych na Planecie Ojczystej Fader udal sie do pracy. Nic w tym dziwnego bo zwykle w poniedzialek udaje sie do pracy bo tak lubi. 

Tym razem jednak zajechawszy na parking zobaczyl mnostwo polamanych galezi, pomyslal, ze musiala byc straszliwa wichura, ucieszyl sie, ze juz nie parkuje tam pod drzewami (bo od paru miesiecy zmienil parking) i udal sie do miejsca pracy.

Gwoli wyjasnienia dodam, ze miejsce pracy w sensie lokalizacji od paru lat tez ma inne niz poprzednio - poprzednio mial duza hale w suterynie budynku, wiec przy duzych ulewach zdazaly sie tam zalania.

Do dzis pamietam jak w analogicznym pomieszczniu tylko na drugim albo i trzecim krancu budynku mialam praktyki (w ramach wspolpracy miedzywydzialowej) i bylam zmuszona do 1-2 dniowej przerwy albowiem w pomieszczeniu gdzie produkowalam tzw "cienkie folie" bylo okolo 1.5cm wody, a ja nie mialam na stanie platform ani drewniakow.

Obecnie jest nie dosc, ze na parterze, to nawet jakies 10 cm powyzej poziomu gruntu, wiec zalania atmosferycznie wywolane nie stanowia problemu.

Oprocz tego posiada dwa nie za wielkie pomieszczenia laboratoryjne przerobione nieco na potrzeby jego dzialalnosci i wyposazone osobliwie w dwie umywalki - po jednej w kadym pomieszczeniu, ulokowane na tej samej scianie, a zatem podlaczone do tego samego ururowania wod/kan.

Udal sie zatem do swojego miejsca pracy i juz na wejsciu zdziwil sie okropnie, bo w pierwszym pomieszczeniu mial balagan, którego nie bylo jak opuszczal prace w piatek.

Puszczeczka po rybkach sluzaca do chlodzenia w oleju efektów jego pracy, zostala zrzucona z swojego miejsca na jednym z urzadzen, podobnie z gabka do zmywania naczyn i  prowizoryczna mydelniczka z brzegu umywalki, a mydla w ogóle nigdzie nie mógl znalezc. Przepadlo.

Wieczorem opowiedzial mi to wszystko ze slowami:

"Co to musiala byc za wichura, ze az sie budynek trzasl (*)? No bo jak to sie moglo stac?"

Zasugerowalam, ze ktos mu tam wlazl, ale jesli nic nie zginelo?

"Nic oprócz mydla" odparl Fader.

To troche bez sensu, ale zasugerowalam, ze skoro to byla wichura to moze przez klatki wentylacji tak sielnie wialo, ale znikniecie mydla pozostalo kompletnie niewyjasnione.

Tym bardziej, ze ma drugie mydlo - na tej drugiej umywalce ocalalo, wiec temat poszedl nieco w niepamiec.

Az do czwartku.

We czwartek Fader poskarzyl mi sie, ze przepadlo mu drugie mydlo.

"Czyzby szczur?"

Fader sie obruszyl bo "jak by tam niby wlazl? Po scianie? "

Tu nie chcialam sie wypowiadac bo nie pamietalam jak bardzo chropowate lub gladkie sa sciany, a kratki wentylacji w scianach wg Fadera nadal tkwily na miejscu, a jeszcze nie slyszalam o szczurach wladajacych srubokretami poza ekranem TV/Kina. 

Ba w zasadzie to tylko o takich Swinkach Morskich film widzialam.

Omówilismy tez opcje wspiecia sie po koszu na smieci, ale ma on obrotowa klapke wiec wyszlo nam, ze potencjalny intruz raczej tkwil by tam nadal, poza tym kosz nie wyjasnial tej pierwszej umywalki, a takze w koszu byly opadki typu skórki od kiwi czy banananana wiec uznalismy, ze bylyby moze wieksza atrakcja niz mydlo.

Fader dodal tez, ze prowizoryczna mydelniczka tym razem znajdowala sie w umywalce. 

Tu juz mnie ruszylo. 

"A czy Ty w odplywie umywalek masz korek albo cos?"

"Nic nie ma bo tam wkladali rury odprowadzajace wode z badan wiec nie moglo byc korków ani kratek."

"No to wylazl z kanalizacji" stwierdzilam stanowczo.

"Nie mozliwe - za maly otwór! 30 mm" (Fader ma skrzywienie zawodowe i centymetry uwaza za zbyt zgrubne.)

"Moze mlody?"

"Ale po co mu mydlo??"

"No jak to, a z czego jest mydlo?"

(chwila refleksji) "No tak kwasy tluszczowe, gliceryna, ale przeciez chemikalia..."

"Jakie chemikalia? A jakie Ty niby uzywasz mydlo? Nie Bialy Jelen aby? Czyli bez szkodliwych dodatków!"

"Ale to co dzisiaj ukradzione to bylo Szare mydlo!!"

"A tak, a szare to niby jaki ma dodatki?"

"No tak", przyznal z niechecia Fader. 

"To bedzie skur(czony) pierdzial babelkami!" dodal jadowicie po chwili i poskarzyl sie

"Ale ja nie mam teraz mydla do rak w robocie!"

Tu bylam w stanie pomóc albowiem posiadalam zadolowane w Stolycznej kwaterze szalenie hipsterskie mydla otrzymywane w podarunku od róznych zaprzyjaznionych i/lub spokrewnonych jednostek.

A ze ja jestem okropna i w sprawie kosmetyków i srodków czystosci (i nie tylko) nie uznaje kompromisów, a zapomnialam kto mnie nimi obdarowal i nie chcialam popelnic faux-pas dajac owe mydelka w prezencie ofiarodawcy (tzw przezenty przechodnie znamy? Nie? No trudno, ja nie portal edukacyjny, nie bede wszystkeigo wyjasniac ;) ) to tak trzymam owe mydelka, coz mi innego pozostalo.

Zaproponowalam zatem Faderu zutylizowanie owych mydelek. 

Nie byl to pierwszy raz, ale Fader zapomina o takich drobiazgach. 

Fader wybral sobie jedno z posiadanych przez mnie zdalnie mydelek i zabral do pracy. Ucieszyl sie nawet, bo nowe mydlo bylo wieksze niz rozmiar odplywu umywalki, wiec moze tym razem kradziez sie nie uda!

Wieczorem zadzwonilam do delvix i opowiedzialam, jej to powyzsze, na co ona sprzedala mi opowiesc o znikajacych klapkach podwórkowych jej syna (sprzed paru lat, kiedy syn dysponowal stopa mniejsza niz jego osobista Babcia), która moze tez opisze, tylko uzgodnie z nia czy sie zgadza. Ubawilysmy sie wzajemnie, przy czym historia zaginionego klapka znalazla wyjasnienie, a mydlonapping jest jeszcze niewyjasniona i zaintrygowalam zagadka samym kolejna osobe.

Minal weekend i nadszedl dzisiejszy poranek. Zadzwonilam jak to mam w zwyczaju do Fadera i pytam

"I jak jest mydlo??"

"Jest!" odkrzyknal. "Ale za to gabeczka do zmywania byla w umywalce."

"O?" zinteresowalam sie "nie mógl podpie...zajaczkowac mydla to postanowil sie chociaz umyc? A sladów zebów na niej nie ma?"

"Nie zauwazylem. Ale dzis zrobie korki do umywalek!"

Frywolne Lazienkowe Szczury Banksy'ego, wyjatkowo znam zrodlo fotki - dla mnie byl to portal bbc.com

Ciag dalszy byc moze nastapi. A moze pozostanie po wiek wieków tajemnica?


-------------------------------------------------------------------------------------

(*) Fader ma za soba pare trzesienie ziemii, a ja to nawet dwa, z czego jedno - to drugie dla mnie - mamy za soba wspólnie, albowiem przespalismy je w pokoju hotelowym gdzies w srodkowych stanach, Imperium, mozliwe nawet, ze w Missouri.
Rano Fader wstal, obejrzal stan pokoju - poprzewracane po stoliku szklanki i drobne przedmiotu ze stolu na podlodze i z wyrzutem zapytal mnie co ja w nocy robilam ze taki bajzel, a ja mialam za soba wyjatkowo niespokojna noc, w sensie jakosci snu wiec zupelnie nie wykazalam sie tolerancja i cierpliwoscia na jego pretensje, po czym przy sniadaniu odkrylismy, ze tak moja slaba noc jak i balagan zawdzieczamy atrakcji geologicznej.
Zreszta w ogóle te srodkowe Stany chyba jakos czuja potrzebe zapewniania mi rozmatiych atrakcji mozliwe naturalnych - a to pokasaly mnie w tamtych regionach pluskwy po raz pierwszy w zyciu, a to znowu trzesienie ziemii, a to powódz, doprawdy nie zasluguje na az takei fanfary.
No chyba, ze to na czesc Fadera. Tu sie nie moge wypowiadac.

Z drugiej strony taka na przyklad Krynica Morska tez jakos zawsze stara sie dostarczac mi atrakcji. Najwczesniejszej wizyty nie pamietam, ale juz druga zostala uwieczniona podstepnym pierogiem z serem i rodzynkami na slodko w porcji pierogów ruskich okraszonych zreszta skwarkami z cebulka, nastepna wizyte, w towarzystwie Wiedzminki, uwiecznilo moje pierwsze trzesienie ziemii w okregu Kaliningradzkim, zas jeszcze kolejna wizyta z okazji ubieglorocznych wystepów goscinnych to byl mega-upal, a juz calkiem ostatnio, widac upal i wilgotnosc  tropików nie wystarczyly i Krynica postanowil dolozyc jeszcze zlosliwosc przedmiotów nieozywionych czyli uszkodzona klimatyzacje ktora po 2 próbach dala sie naprawic dopiero w pierwszy nie goracy wieczór tuz przed naszym odjazdem...  

Chyba zrezygnuje z wizyt w Krynicy Morskiej na jakis czas (Never say never, tak?).

Thursday, 12 August 2021

Nieoczekiwane efekty czipowania, czy tylko stary dobry Niszczyciel w akcji? Czyli Podróze pod egida sWirusa trwaja

 Otóz prosze sie z panstwem serdecznie, albowiem dlugo mnie znów nie bylo, a i z podrozami bylo dosc srednio. Wrecz powiedzialabym rachitycznie.

Jakis tam maly wyskok na Kornwalie, który byl wyjatkowo nieudany i równie kosztownie mi wypadl i tyle.

Spiesze psrostowac, ze to nie wina Kornwalii. Ta nieodmiennie piekna i nie jest jej wina, ze trafilam niechcacy, acz z talentem na jeden z nielicznych pryszczy na jej geografii.

Ale.

Bo dodam, ze jedna z zeszlorocznych parek bietów delux niestety wziela i sie zdechla i ostatnim lot samolotem zaliczalam wracajac ze swiat choinkowych w poczatkach stycznia biezacego roku.

No wlasnie, ale.

Przyjelam na klate, a wlasciwie w ramie (drugi raz w to samo) druga polówke czipa i nawet bardzo dlugo myslalam, ze trafil mi sie slepak, a wrecz zamiast tej drugiej porcji, to ze mi witamine C wstrzykneli, bo oprócz lekkiego dyskomfortu w ramieniu chyba z dobe to nie odczulam kompletnie nic.

Nawet glosy jakos zamilkly.

Ale w juz w poczatkach lipca nabralam podejrzen, ze jednak nie. Ze nie slepak, tylko sie mnie trafil wzmacniacz Niszczyciela albo innej Mentalnej Krowy.

Otóz wybralam sie na wystepy goscinne na Planete Ojczysta. 

Bo nigdzie wiecej nie bardzo mozna, a po pól roku Fader zaczal sygnalizowac, ze moze juz najwyzsza pora zebym go troche podreczyla. 

Do kompletu dolaczyla moja CO ze slowami "czy Ty mozesz mi obiecac, ze przyjedziesz 7mego?" no to uleglam. 

Co bylo tym bardziej latwe, ze od 7mego ceny biletów przestaly byc na wysokosci stratosfery i na dodatek samoloty zaczely latac dosc regularnie, wiec uprzednio wybrany termin z 14tego (bo 2ga dawka miala byc 2giego, ale mi ja przyspieszyli z nienacka o 3 tygodnie) przesunelam sobie podróz na 7mego.

Przesunawszy ten lot zauwazylam, ze wg rozpiski na bilecie samolot nie leci do Stolycy jak to miewal w zwyczaju tylko do Modlina. 

Z zaskoczenie pokopalam w archiwum emaliowanym i odkrylam, ze oryginalny bilet na 14tego tez opiewal na WMI czyli kurde Modlin.

Wiadomix, ze z internetów.

Nibyw teorii mnie dosc obojetne, bo odleglosciowa tak samo, ale Fader nie zna tamtego lotniska i zamartwilam sie, ze albo sie wqr...zajaczkuje na mnie przed przyjazdem, albo juz na samym lotnisku jak bedzie samodzielnie mapowal te bezdroza.

Zdecydowalam, ze wole przed niz pozniej i zaczelam agitacje.

Jak latwo zgadnac tym co Fadera znaja, opór stawial straszliwy.

On przyjedzie i on przyjedzie.

Zniechecalam go na rózne sposoby, ale do samego konca (dzien przed podroza) jeszcze usilowal mnie przekonac, ze jednak przyjedzie.

Lot byl o chorej godzinie pt 7.30, a wybieralam sie na 4 tygodnie nawet z malutka zakladka, wiec po dlugich deliberacjach wewnetrznych (miedzy innymi dyktowanych niecheci placenia haraczu za parking i obawa i baterie niejezdzona przez miesiac), zdecydowalam sie, ze sie zahoteluje poprzedniego wieczoru (hotel byl w bardzo przystepnej, jak na poblize lotniska cenie) i usmiechne sie do jednej z zaprzyjaznionych jednostek, czy by mnie do tego hotelu nie podrzucila. Jednostka nie tylko sie zgodzila ale zaczela agitacje wlasna, ze odwiezie mnie bladym switem, zebym nie musialam tracic kasy na hotel. 

W takich chwilach czuje sie zawsze niezwykle wdzieczna losowi za to, ze choc niezbyt licznie to obdarzyl mnie przyjaciólmi wysokiej próby.

Ale zaprawiona w boju z Faderem nie ugielam sie i zaoszczedzilam jej dzikiego niedospania, a sobie zafundowalam niezbyt kosztowna, prawie nieprzespana noc. 

Ale to drobiazg. Okolicznosci wlasne byly niesprzyjajace, bo hotel sprawil sie doskonale.

Poza tym zanim te noc spedzilam to musialam najpierw tam dotrzec i tu zaczyna sie czesc wlasciwa relacji!

Otóz Hotel miescil sie bardzo blisko lotniska, ale nie tak, zeby mozna bylo przejsc pieszo. Nie zeby takiego nie bylo - owszem byl, ale byl zarezerwowany na kwarantanny hotelowe wiec mnie niedostepny.

Droga do niego na ostatniej krzywej (bo prosto z ronda) prowadzila dosc osobliwie - mianowicie tuz za rondem zjedz w druga prawa. 

Przy czym piewsza prawa sie od razu na wstepie rozgaleziala, wiec jednostak zaprzyjazniona zasugerowana komunikatem werbalnym zignorowala widok na nawidakcji i wbila w pierwsze prawo, a takze w lewo, wiodac nas...

...na dziedziniec zaladunku niemieckiej firmy kurierskiej.

Tam odtanczylismy samochodem odpowiednik tanca z szablami lawirujac pomiedzy ruszajacymi i manewrujacymi potworami z zolto-czerwona szata graficzna, a ja grzecznie przypomnialam, ze wbrew pozorom taniosci (relatywnej) biletu lece OSOBOWA klasa delux, a nie czarterem bagazowym.

Po pary chwilach obficie spryskanych adrenalina i glosnym rechotem kilku kierowców TIRów - po ich minach zgadlam, ze nie bylismy pierwsza osobówka, która im sie miedzy nogami krecila pijanym slalomem, zasiegnelismy jezyka i poslugujac sie wskazówkami udalo nam sie trafic na wjazd pod hotel, który oprócz tego, ze miesci sie w parku nie-do-konca-biznesowym to mial bardzo przyzwoity parking, wielopoziomowy i na dodatek oferowal gosciom restauracje oraz transport na Terminal pomiedzy 5 rano a 12 w nocy zdaje sie.

Pozniej to byla juz byla ta niezbyt przespana noc, pobudka bladym switem i troche nerwowa wyprawa na terminal, gdzie okazalo sie, ze wszystko poszlo gladko i pozostalo mi tylko przezyc sam lot i zdobyc odznake ekspoloracji nowego (dla mnie) lotniska.

Na samym lotnisku (wciaz na Wyspie) juz po odprawie, zdaniu bagazu, a takze objeciu warty przy bramce zadzwonilam do Fadera i zameldowalam, ze co powyzej, na co uslyszalam ze straszliwie sie wqr...zajaczkowal na siebie, bo poprzedniego wieczoru zapomnial z pracy komórki, na co ja sie ucieszylam, bo to oznaczalo koniec klótni o odebranei mnie z lotniska, bo jednak nijak bysmy sie nie mogli odnalezc na nowym terenie majac oboje genetyczne uzdolnienia w takich sprawach.

Polecielismy.

Z milych niespodzianek to okazalo sie, ze w klasie delux przestali rzucac w pasazerów pudelkami i serwuja normalne jedzenie.

Lot jak lot, ale swiadoma, ze mam eksplorowac nowe terytoria, ostatnie 20-30 minut lotu wpatrzywalam sie za okno ciekawa jakie widoki sa dostepne w pakiecie z Modlinem.

Na poczatku faktycznie widoki byly jakby nieco inne niz zwykle, ale nagle zobaczylam panorame Stolycy.

'Hm, czyzbysmy krazyli?' pomyslalam, patrzac dalej ciekawie bo liczylam, ze gdzies w dole zobacze Twierdze Modlin, której mimo bliskosci jakos jeszcze nigdy nie odwiedzilam.

Ale kapitan oznajmij, ze prosze zapiac pasy bo ladujemy i tu zglupialam poteznie, bo zaprawde znam te rejony bardzo dobrze i jako zywo panoramy Stolycy stamtad nie widac, a juz na pewno nie tak blisko i nie od tej strony!!

A my twardo obnizamy pulap, wycigamy podwozie, mnie oczywylaza tak, ze zeby nie okulary to by juz turlaly sie po wykladzinie na pokladzie.

Ladujemy.

Chyba kazdy wie co to za film byl?

Ja zbaranialam, reszta pasazerów jakos bez emocji.

Zblizamy sie do budynku lotniska, a na nim jak wól napisane "Port Lotniczy Okecie" (znaczy stara nazwa c'nie, bo widac od tej strony nie kalkulowalo sie wymieniac).

Obsluga oznajmila, ze mozemy wykonywac polaczenia, wiec czym predzej wykonalam polaczenie i zameldowalam Faderu, ze jestem na Okeciu. 

Fader tez zbaranial, bo jak to?? 

Nastepnie wyznalam melancholijnie, ze ja jestem na calym pokladzie samolotu jedyna zdziwiona osoba.

Zeby nie bylo, pierwsze co zrobilam to sprawdzilam emalie z biletem i na wszystkich jak wól stalo WMI.

Ale, bylo co bylo, nie ma co sie rozczulac, przynajmniej kraj dobry, tak?

No wlasnie.

Wystepy goscinne mimo dosc dlugiego tym razem tourne smignely jak z bicza strzelil, wiekszosc czasu spedzilam ocieraja pot zewszad i na zmiane oganiajac sie od komarów lub smarujac pokasane fragmenty sterydem i nadeszla chwila powrotu.

Chwila owa nadeszla 3 dni wczesniej albowie wg wyspowych wymogów musialam przedstawic dowód, ze nie przemycam zadnych skarbów "koronnych", wiec udalam sie na rekonesans. 

Najpierw w internetach gdzie bardzodzo dokladnie przeczytalam strone rzadowa Planety Ojczystej, a takze firmy swiadczacej ogólnokrajowe uslugi pobierania próbek i nigdzie tam nie znalazalm informacji, ze trzeba dokonywac zakupu testu zdalnie oraz z uprzedzeniem. 

Nastepnie na zywo, po godzinach, aby namierzyc lokal i wyczytac czy aby na pewno dziala. 

Blad popelnilam taktyczny albowiem zamiast wysiasc i przeczytac kazde slowo nadrukowane na namiocie punktu poboru poprzestalam na wizualnej kontroli, ze punkt jest.

W stosownym dniu udalismy sie do punktu i okazalo sie, ze niestety od reki to moge co najzwyzej dostac po pysku, bo test nalezy wykupic wirtualnie i na dodatek nalezy wiedziec samemy jaki test jest potrzebny.
Dobrze, ze ja to wiedzialam, bo znam te moja Wyspe.
Jak na zlosc na te przejazdzke nie zabralam telefonu z internetem wiec wracalismy na ura do domu, zebym szybko wykupila test i zbrojna w te orez wrocilam czym predzej do namiotu celem honorowego oddania wydzieliny z nosogardzieli.

Przemytu nie stwierdzono, wiec przygotowalam kolejne fragmenty lamiglówki których kilka sztuk bylo i nie nich clou finalu. Otóz ostatnim krokiem byl ponowny test, juz na Wyspie w ciagu 2 dni od przyjazdu. 

Obawiajac sie opóznien i kolejek jakimi straszono juz od polowy czerwca nie ryzykowalam testu w dniu przylotu i zamówilam sobie termin an nastepny dzien, na lotnisku, zeby dac szanse samochodowi rozruszac zawory.

Pojechalam ze srednim marginesem czasowym albowiem praca mi stanela na drodze, ale dotarlam w okolice terminala z 15 minutowym zapasem. 

W teorii masa czasu. W praktyce, ech co tu bede szklic, juz detaluje.

Wszystkie górne poziomy wlacznie mialy znak "brak miejsc szukaj dalej", wiec jechalam dalej. W koncu dotarlam do poziomu który mrugal zachecajaco na zielono.

Znalazlam miejsce mozliwie niedaleko od jakiegos wejscia, myslac nie tyle o lenistwie, co o widocznosci samochodu, bo parkingi wielopoziomowe pelne sa pulapek dla osób bedacych niewolnikami roztargnienia.

Swiadoma ze czas mi sie kurczy wydarlam z auta z odrzutem i tylko ostatkiem rozsadku spojrzalam gdzie stoje. 

Poziom 1. 

Rzad? kurde nie widze! 

A nie, ok po prawo wyglada na C, po lewo tez wyglada na C czyli 1 C. 

Jeszcze w windzie utrwalilam sobie poziom, bo wlazlam do windy jadacej na dól chociaz w pamieci mialam, ze mam byc na odlotach, czyli na samej górze, ale skoro tylko jeden poziom w dól byl to szybciej bedzie niz czekanie az nastepna przyjedzie.

Wjechalam na góre i zaczelam sie rozgladac za wlasciwym miejscem. W oko wpadl mi napis sugerujacy ze albo stoje tuz przed punktem, które ni cholery nie widze, albo musze zjechac na dól. Tu nieco zdebialam i korzystaja z wrosniecia w ziemie wyciagnelam telefon celem sprawdzenia emalii z instrukcjami. Na instrukcji jak wól napisali "Przyloty".

Rozejrzalam sie niepewnie i pogodzilam ze slowem pisanym i zjechalam na przyloty (czyli na sam dól).

Oczywiscie napisy z punktem dostrzeglam na szarym koncu budynku, wiec rzuszylam z kopyta ile fabryka dala (czyli nie byla to formula1, zapewniam). Dotarlam z jeszcze 5 minutami zapasu i zostalam zastopowana przez czynnik ludzki. 

Otóz moj test jest na górze, poinformowala mnie pancia stojaca na drodze do mego sukcesu. A ze ja juz od dobrych 20 lat przestalam przyjmowac slowo ludzkie jako swieta prawde to pokazalam slowo pisane i zapytalam co ona na to.
Ona na to uparcie, ze na górze i nie wie czemu tu napisali inaczej.
Upewnilam sie tylko, ze wie co jej zrobie, jak z góry odesla mnie dól i ruszylam z kopyta z powrotem, bo pamietalam, ze pierwsze podejscie bylo prawie na drugim koncu terminala, a przynajmniej w drugiej polowie.

Oczywiscie Niszczyciel byl ze mna caly czas i wypchnal mnie na jedyne schody ruchome, które jechaly w góre tylko do polowy wiec mój misterny plan przyspieszenia sprawy i nie czekania na winde spalil na panewce, bo musialam na nia czekac w glupim miejscu, do którego mozna dojechac schodami, ale nie mozna z niego wyjechac schodami (takie rozwiazanie wymyslil jak nic projektant Matrixa).

Na górze juz na oparach adrenaliny pedzac namierzylam punkt poborowy i istotnie na samym wstepie stalam prawie naprzeciwko niego, ale byl malo widoczny i tej wersji bede sie trzymala.

Zatem dotarlam do wlasciwego miejsca, odnalazlam wlasciwe identyfikacje i oddalam ponownie honorowo nieco wydzieliny z nosogardzieli.

Po krótkiej audiencji z Tamiza udalam sie do wyjscia na parkingi.

Nie udalo mi sie przypomniec którym wejscie przybylam, tzn udalo mi sie zawezic opcje do dwóch i wybralam te po prawej, myslac ze skoro zaparkowalam w 1 C to bede najblizej samochodu.

Wsiadlam do stosownej windy i zjechalam na poziom 1, oplacilam haracz za pobyt i poszlam do rzedu C.

Który byl prawie pusty i w zupelnosci nie kryl w sobie mojego bolidu.

Niedowierzajac wlasnym oczom rozejrzalam sie ponownie, ale nawet Solomon z pustego nie naleje wiec musialam sie pogodzic,ze cos poszlo niezgodnie planem. 

Owszem mysl budzaca groze, ze ktos dopuscil sie carnapingu przeleciala mi przez glowe, ale po pierwsze jak parkowalam to bylo dosc ciasno i nie wierzylam w masowy carnapping, a nie bylo mnie zaledwie 20 minut no moze 30, wiec wszystkich by tak szybko nie wywiezli, a moje auto nie nalezy do nadmiernie lakomych kasków, wiec czym predzej ja wyparlam (te mysl) i zaczelam sie pilnie zastanawiac CO moglam pomylic.

Poziom sprawdzalam 2 razy, ale zadna litera alfabetu w najblizszym sasiedztwie C nie dalaby sie pomylic z C. Tak mi sie przynajmniej zdawalo.

Uznalam wiec, ze moze jednak poziom pomylilam i pojechalam na poziom 2. 

W C tez mojego samochodu nie bylo. Acz ogólnie byl mniej pusty niz na 1wszym poziomie

Tu juz sie troche zdenerwowalam.

W tym zdenerwowaniu powtórzylam ruch sprzed juz teraz 35-40 minut i zerknelam na slupy z literkami po obu stronach pod tym samym katem co po zaparkowaniu.

Ejze! a czemu tam dalej znowu jest C, skoro wczesniej jest E i F??

Hola, hola! To nie C!!

TO JEST              G

Ejze, a moze ja stoje na G?

Pobieglam na G, wciaz na 2gim, ale nadal zonk, tzn samochodów sporo i jakby nieco dejavu, ale mojego brak.

Zjechalam na poziom 1 i juz mocno kolejna adrenalina poganiania, wiec równiez zlana potem od stóp do glów, bo atmosfera parkingu nie grzeszyla rzeskoscia, popedzilam do G i :

ULGA!!

Uffff, jest moja Bestyjka (Beastie). Czeka grzecznie gdzie ja zostawilam.

Dosiadlam bolida i ruszylam, co bylo bledem, bo powinnam byla jednak chwile odczekac na opadniecie poziomu adrenaliny i kortyzolu w krwiobiegu, albowiem natychmiast po wyjezdzie z parkingu pomylilam skrety i objechalam bez mala pol lotniska celem powrotu na wlasciwa trase.

Koniec relacji, a wnioski i analize przyczynowo-skutkowa serdcznie prosze robic samemu!

-------------------------------------------------------------------------------------

Jako ciekawostke dodam, ze na stronie linii lotniczych - Wyspowego Orla wciaz uparcie podaja jako lotnisko docelowe/wylotowe sama nazwe Stolycy, nie rozczulajac sie które lotnisko, a w mailach nadal uparcie dostaje WMI!

Zas wylot osobisty sprawdzalam wielokrotnie na portalach obu lotnisk i dopiero jak na samym Okeciu wyczytalam na tablicy odlotów, ze owszem stad odlata to ptaszysko Albionu uwiezylam, ze jestem na wlasciwym lotnisku!

Wednesday, 19 May 2021

Fader sie Zaczipowal i co z tego wyniklo

 Skoro wszyscy grzmia o tych czipach bilagejtsa to mousze i ja sie zdeklarowac. Otóz nie dostalam. Ale nic stracownego bo jestem dopiero po pierwszej fazie i moze jeszcze dostane.

Rzecz w tym, ze Fader zapragnal sie zaczipowac. Ja go ani nie namawialam, ani nie zneichecalam, bo w owym czasie jeszcze mialam troche wiecej watpliwosci niz pózniej. 

Dodam, ze nie posluguje sie zródlami typu doktor gugle czy doktor soszjalmedja.

Ale nie w tym rzecz i tu tez nie bede agitowac w rzadna strone, ale plaskoziemców uprzejmie prosze o NIE zabieranie glosu.

Na szczescie nie wiem czyje to bo bym z radoscia podala dokladnego autora. A tak to normalnie - ukradzione z internetów.

Bylo zatem tak, ze skoro Fader zapragnal to mi o tym powiedzial i uznal sprawe za zalatwiona.

No owszem, zalatwilam, ale ile sie musialam przy tym nagimnastykowac to w glowie sie nie miesci.

Oczywiscie nie obylo sie bez utrudnien juz po zorganizowaniu terminu w sensownej lokalizacji - z racji bycia nieco "vintage" Faderowi przyslugiwalo pierwszenstwo przejazdum czyli tuz po medykach, a przed nauczycielami zdaje sie czy cos w tym rodzaju - bo jak wiadomo Fader na Planecie Ojczystej przebywa, a nie ze mna na Wyspie gdzie trzeba brac co daja bo grymasuff nikt nie slucha - albowiem poczatki byly na Planecie skomplikowane.

Ale sie udalo i Fader przystapil do czekania na druga dawke.

W tym czasie ja sie w koncu doczekalam swojej kolejki. Z zalem odkrylam, ze dostane nie to co bym wolala, ale jako wspomnialam tu jest ustrój krypto-socjalistyczny (skryty pod plaszczykiem monarchii), wiec trzeba brac co daja. Nie chcec ryzykowac czekania zlapalam jeden z najblizszych terminów i poddalam sie procedurze potencjalnei cziowania.

Okazalo sie jako rzeklam ze nie dostalam czipa, albowiem ani telefon mi lepiej nie odbiera ani nie prowadze rozmó za posrednictwem plomby, ani nawet wzrok mi sie nie poprawil, a w ogóle w drodze powrotnej to zabladzilam mimo wskazówek Nawidakcji, wiec nawet modulu GPS mi nie wszczepili.

Bo po swoja dawke musialam rypac okolo 45 km w jedna strone.

Po powrocie swiadoma ostrzezen róznych osób które odchorowaly czipowanie ta sama szczepionka co ja naszykowalam sie na wszystkie opcje - kubelek na smieci opróznilam, obstawilam wyrko napojami i ulubionymi przegyrzkami a takze paracetamolem, dodatkowy koc lezal w zasiegu rekig, a ni nim zapasowa pidzama. Poszlam sobie pograc w odmózdzajaca gre w srugim pokoju, a nstepnie poczulam mdlosci. 

W pierwszej chwili zwalilam je na karb zezarcia blisko 100 gram trufli z Baileysem, ale z perspektywy nastepnej doby stwierdzam ze byl to poczatek "odchorowywania".

Wieczorem polozylam sie z ksiazka (w otoczeniu tych wszystkich przygotowanych przedmiotów).

Po pewnym czasie zrobilo mi sie chlodno, zatrzas mnie dreszcz i zaszczekaly zeby. Ale to jak.

Pomyslalam sobie 'Ocho? Czyzby?'

Zlapalam paracetamol, ale nie lykalam go tylko siegnelam tez po termometr.

Po chwili temrometr zapiszczal i juz sam charakter pisku powinien mnie zastanowic, ale nie myslalam tylko zerknelam.

noooo....

taaaaak....

37.1

Dostalam takiego ataku smiechu jak rzadko kiedy, podzielilam sie z przyjaciólmi rewelacja i swiadoma, ze to mzoe byc dopiero poczatek zazylam jednak ten paracetamol bo oprócz tego bolalo mnie coraz silniej ramie. Oraz glowa. Oraz te mdlosci jakos nie przechodzily.

Poszlam spac.

Obudzilam sie w nadrannych godzinach mokra jak mysza, i bolalo mnie wszystko. Kazdy stawl o jakim wiedzialam i pare takich co nie wiedzialam ze sa. Lacznie ze stawami w palcach u nóg. Zmienilam na czuja pidzame domacalam sie tym razem ibupromu, lyknelam i poszlam spac dalej.

Obudzilam sie wczesniej rano, znowu nieco spocona, ale juz nie tak mocno, mdlosci i ból glowy mnie nie odpuszczaly, ale nai stawy ani temperatura juz glowy nie zawracaly. 

Poznymy popoludniem dolegliwosci mnie opuscily, ale jako wisienka na torcie spuchla mi lewa dolna strona ryja. Tak smiesznie spuchla bo od rodka - wiec czulam to ale nie widzialam.

Takze odprawcowalam wszystkie typowe i pare rzadziej spotykanych skutków ubocznych i po tym jak mi opuchlizna zeszla (po zazyciu stosownego srodka rzecz jasna, który posiadam bo nie jest to moja pierwsza reakcja tego typu) przestalam odczuwac dolegliwosci.

Nie opisuje tego szukajac porady czy wspólczucia. Otóz zadzwonil do mnie Fader i wypytywal o moje samopoczucie i ja z glupoty - bo on po swoim czipowaniu odczuwal wylacznie ból ramienia przez jedna dobe - opowiedzialam mu to wszystko, podkreslajac moja wysoka goraczke -  "37.1" i przesmiewajac sie z wlasnych przezyc.

Nastepnie przyszla wiadomosc, ze Fadera szczepionka bedzie o tydzien wczesniej czyli kilka dni po mojej pierwszej, co go bardzo ucieszylo.

Fadera czipowanie numer 2 mialo miejsce o poranku, wiec po powrocie zrobil sobie zakupy i spedzal reszte dnia w domu.

Zadzwonilam do niego przed poludniem, a nastepnie wieczorem, ale jeszcze przed zmrokiem bo dni juz dluzsze nieprawdaz.

Wieczorna rozmowa wygladala tak:

'No i nie bylo nic w telewizji, wiec wzialem ksiazke i sie polozylem. No i oczywscie usnalem.

Budze sie, patrze ciemno, przerazilam sie ze tak dlugo spalem, a jeszcze nie jadlem obiadu, wstaje, a wszystko mnie boli. Leze taki polamany kuchni, a tu mnie mdli. 

Pomyslalalem sobie "Ocho, to ja juz chyba dzis nic nie zjem". Goraco mi bylo, a goraczke mialem taka, ze az mnie rece palily, czego nie dotknalem to az parowalo.'

Tu cos mi ie pasowalo, bo goraczka nie tak sie objawia, ale nia mialam szansy zapytac czy mial "dyniowata glowe" bo zazwyczaj tak wlasnie zaczyna sie u niego goraczka.

'I tak chodze po mieszkaniu zalamany i polamany. I mysle sobie "Cholera, prawde mówili ,ze ta druga dawka gorsza" i tak chodze i sie mecze.

I znowu sie budze, i musze despracko do lazienki bo pecherz pelen. Wstalem szybko i poszedlem do lazienki, i tak sobie mysle "jak to sie stalo, ze mnie nic nie boli?? a jaki ja glodny jestem!"

I wtedy dotarlo do mnie, ze tamto musialo byc snem, ale jakim realistycznym! Az nie moglem uwierzyc, ze tak sie moze przysnic.'

Tu dostalam ataku smiechu.

I tak to prosze panstwa w wyniku pelnego zaczipowania nieumyslnie dokonalam incepcji Faderowych skutków ubocznych po szczepieniu.

tylko jak to malzonek Smoczynskiej slusznie podsumowal - w incepcji mieli baczka, a Fader mial pecherz.


Kilka tygodni pózniej

Dzwonie do Fadera, bo juz póznawo. Czekam i czekam i juz sie zaniepokoilam, ze tak dlugo nie odbiera az w koncu slysze 'slucham?'. Pytam sie czy spal. Mówi ze tak i ze wlasnie konczy jedzenie. 

A co, spales wczesniej?

Tak. Rzecze Fader.

Ale obudzilem sie, patrze, ze juz widno, przerazony mysle ze to juz swit, czyzbym przespal budzik? Szybko patrze czy jest wlaczony, a on nie jest. To go szybko wlaczylem i zaczynam brac sie za gimnastyke, ale patrze, a ja jeste mw dresie, a nie w pidzamie, co mnie troche zastanowilo i spojrzalem w koncu na zegarek, a to 17ta. 

Tak, ze tak prosze panstwa. Ja moze jeszcze nie, ale Fadera to juz mi zaczipowali. 

Strach sie bac.